Wszelkie podobieństwo do realnych osób i wydarzeń
jest czysto przypadkowe i niezamierzone.
Przekleństwa i wyrażenia nieobyczajne
zostały starannie ocenzurowane.
Generał skrzywił się boleśnie. Małe diabełki, tańczące kozaka w jego głowie, zdwoiły tempo. Gdzieś daleko słyszał echo głosu starego majora, doświadczonego towarzysza broni, z czasów, kiedy sam był jeszcze porucznikiem: „Bo pić – to trzeba umić!” Pewnie, że trzeba… a ostrzegali go koledzy i podwładni, żeby nie próbować przepić gości zza wschodniej granicy! Ale jako najstarszy stopniem przy stole musiał trzymać fason. Zresztą – przypominał to sobie jak przez mgłę – na początku nie było tak źle.
Tłusty rosół, po którym na stół wjechała kiełbasy i golonka, stanowił dobry wstęp do pierwszych toastów, za przyjaźń polsko-radziecką, za Pierwszego Sekretarza, za celność rakiet, a potem, kiedy już formalnościom stało się zadość, nieco bardziej konkretnych i wojskowych – zdrowie nasze, zdrowie pięknych pań, potem, naturalnym skojarzeniem, żeby nam zawsze stawał i ochoty nie zabrakło, i tak dalej. Na początku panowie oficerowie raczyli się rodzimą żytnią, ale Rosjanie najwyraźniej traktowali ją jako grę wstępną, coś w rodzaju aperitifu. Kolejne skrzynki, wnoszone na salę wojskowego ośrodka, nie robiły na nich specjalnego wrażenia, a wódka, pita szklankami od herbaty, znikała w oszałamiającym tempie.
Pierwszy nie wytrzymał młody podporucznik, inteligencik w okularkach. Zakrztusił się już trzecią szklanką wódki i zwymiotował na środek stołu, wywołując powszechną wesołość wśród gości i współczucie u niektórych kolegów. Kiedy posprzątano, a dyżurni kaprale wynieśli nieszczęśnika, wszyscy byli zgodni: „No, ten to sobie poczeka na awans!”, i zabawa toczyła się dalej. Podporucznika wyniesiono, a wniesiono gwóźdź programu – upieczoną w całości świnię (co dało asumpt do następnych niewybrednych komentarzy na temat wyniesionego współbiesiadnika). Ponieważ wieprzową tuszę rozbierano zgodnie ze starszeństwem i gościnnością, do najmłodszych szarż doszły już tylko nędzne resztki.
Przy świni rumiany radziecki generał nachylił się do swojego adiutanta, wysokiego, przystojnego kapitana, i szepnął mu coś na ucho. Ten zerwał się i całkiem jeszcze pewnym krokiem wybiegł z sali, by już po chwili wrócić na czele procesji sołdatów, niosących skrzynki ze spirytusem. Nie minął kwadrans, jak zaczęli odpadać kolejni młodsi oficerowie – co było pewną niespodzianką, nie tylko polscy, ale i radzieccy. Zabawa doszła już do tego etapu, na którym nikt nie trudził się ich wynoszeniem, kolejnych nieprzytomnych usadzano tylko – lub układano – pod ścianami.
Generał odchylił fotel. Diabełki najwyraźniej zakończyły taniec i uznały, że czas wziąć się za uczciwą robotę, a konkretnie za odpiłowywanie czubka czaszki. Bez znieczulenia. Nie pamiętał, co działo się dalej, kiedy ze świni pozostał już tylko smętny, do czysta obgryziony szkielet. W planach była część rozrywkowa, ale generałowi w głowie wirowały tylko pojedyncze obrazy: wbiegający na salę rządek dziewczyn w strojach regionalnych… Taniec, nie mający wiele wspólnego z konkretną ludową choreografią, za to taki, do którego ochoczo włączali się goście i gospodarze… Kolejne akrobacje, mające przypominać hołubce i prysiudy… Szczególnie aktywne w tych figurach panie, nagradzane szklankami spirytusu… Zbiorowy striptiz całego zespołu na stołach… Przekrwione oczy radzieckiego pułkownika, który oglądał nagie dziewczyny z coraz szerszym uśmiechem na spoconej twarzy… I dzika orgia, jaka nastąpiła zaraz potem.
Wspomnienie tej końcówki bankietu, a może zaserwowany przez cichego i współczującego adiutanta klin, sprawiły, że potworny kac niechętnie i z ociąganiem zaczął się cofać. Generał z coraz większą ulgą przypominał sobie wirujące naokoło damskie wdzięki – nagie uda, tyłki i łona, różowe i ponętne, czasem bliższe, czasem dalsze, czasem kapryśne i wabiące, a czasem zdecydowanie przystępujące do akcji. Wydawało mu się dziwne, że nie pamiętał biustów, ani twarzy, ale potem uprzytomnił sobie, że spod stołu, pod który malowniczo się osunął, nie miał szansy zobaczyć nic więcej. Odetchnął z ulgą i pociągnął jeszcze łyk zmrożonej na klina wódki, a potem przymknął oczy i zaczął przypominać sobie dalsze pieprzne szczegóły poprzedniego wieczoru.
W tym momencie kontemplację przerwał mu łomot obcasów. Diabełki ciekawie nadstawiły uszu, a zanim generał był w stanie wykrztusić „Spocznij!”, młody, dziarski porucznik, który nie brał udziału we wczorajszych wydarzeniach, ponieważ właśnie przybył ze sztabu generalnego, przepisowo strzelił obcasami. Strzał ten przeszył bólem głowę generała, który sapnął gwałtownie i gestem dłoni wskazał młodemu oficerowi krzesło po przeciwnej stronie biurka. Nieco speszony porucznik, nie zdążywszy się zameldować, przycupnął niepewnie na brzegu, otworzył skórzaną teczkę i bez słowa podał zwierzchnikowi papiery.
– Co to… mianowicie jest… po’czniku?
– Towarzyszu generale, to jest spis potencjalnych lokalizacji dywizjonów rakietowych obrony powietrznej kraju. Dowódca sztabu prosi towarzysza generała, żeby towarzysz generał podjął decyzję co do rozmieszczenia dywizjonów o-pe-ka w naszym okręgu, i jeszcze…
– Otwórzcie ten spis – machnął ręką generał – i czytajcie… Tylko nie za głośno.
Po czym osunął się w czeluść fotela, przymknął oczy i z lubością zaczął przypominać sobie ukoronowanie bankietu. Tymczasem porucznik otworzył teczkę, wyjął maszynopis z pieczęcią „Tajne/ Spec. znaczenia” i półgłosem zaczął wymieniać:
– Adamki. Andrzejewo. Aniołki. Antonin. Arciszewo. Babi Dół… – Generał otworzył jedno oko.
– Zaraz, zaraz, cożeście tam przeczytali?! Powtórzcie!
Za Wikipedią:
„24 Dywizjon Rakietowy Obrony Powietrznej (24 dr OP) – pododdział Wojska Polskiego, sformowany w 1963 w Babim Dole koło Kartuz, podlegał dowódcy 4 Gdyńskiej Brygady Rakietowej Obrony Powietrznej. Jednostka rozformowana około 1993 roku. (…) Dywizjon został sformowany na podstawie rozkazu organizacyjnego dowódcy Wojsk OPK z 12 stycznia 1963, jako 24 dywizjon ogniowy artylerii rakietowej w składzie 60 Brygady Artylerii OPK w Gdyni.”
Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Dzień dobry! Udało się opublikować. Powyższy tekst jest luźnym gdybaniem, wysnutym na podstawie nazwy miejscowości, której jeszcze nie odwiedziłem w ramach turystyki fortyfikacyjnej, ale podczas długiego weekendu byłem niedaleko. Panie będą uprzejme wybaczyć wojskową rubaszność : )))
Czołem, Mistrzu!Przeczytałem niedawno, że Umberto Eco pisał swoje książki po ok 6 lat – tyle mu zajmowały badania źródłowe i terenowe. Zastanawiam się, ile znojnych badań kosztowało cię przygotowanie tej miniatury?
Dzień dobry! Jeżeli chodzi o warstwę faktograficzną, to kiedyś, podróżując palcem po Wikimapii, odkryłem ze zdumieniem miejsce stacjonowania byłego 24 Dyw. OPK w Babim Dole zaledwie kilkaset metrów od wielokrotnie przemierzanej trasy Gdynia-Kościerzyna. Wyszukanie alfabetycznej listy miejscowości woj. pomorskiego trwało 5 minut, a cała reszta to czysta wyobraźnia, zgodnie z deklaracją. Może w zakresie picia alkoholu nieco wspomnień z czasów, hmm, akademickich? ; )
Wolę bachnalia śródziemnomorskie, bo tam i rozmach inny i trunki bliższe sercu i podniebieniu. Niemniej humor przedni (w drugim namyśle uchwycony dopiero) , cenzura wiele nie zepsuła radości. No i zawsze coś nowego. Ubawiłem się, za co dziękuję.
Ha, dziękuję : )) ja też wolę inne bachanalia od wojskowych z okolic połowy XX w., ale pomysł uznałem za na tyle interesujący, żeby te ostatnie opisać : ) Cieszę się, że ubawiłem, właśnie o to chodziło!
Ha, to paralela się wypełnia! Eco pierwszą powieść – Imię róży – też napisał „z marszu”, bo teoretycznie był przygotowany; średniowiecze znał już jak własną kieszeń ;)))
Ależ gdzie mnie tam do Eco – tak długością formy, jak i erudycją : ) pomysły też takie jakby bardziej stonowane, nawet jeżeli rubaszne, to o mniejszym zasięgu.
Hmmm… jeśli Generał oglądał piękne widoki spod stołu, to kto ocalał ? zaprawione w bojach artystki ? :)))
Hihi : ) artystki zaprawdę pozostały zaprawione w bojach, ponadto zwróć uwagę, że one zaczęły pić sporo później od męskiej – wojskowej – części towarzystwa!
Na patriotyzm szkodzi mi brak informacji, że bracia Rosjanie takoż pod stołem legli, choc to mogło być raczej niemożliwe…. :))))
.. naturalnie nie myślę o młodszych oficerach…. ta młodzież taka jajaś słabowita jest :))))
Zauważ, że młodsi mieli gorzej, bo mniejszy wybór zakąski (choćby świni, której resztki jedynie dotarły na ich kraniec stołu), a poza tym zapalczywość młodości, „co to, ja nie wypiję?!?” daje zazwyczaj efekt odwrotny do zakładanego.
Nie miałem do czynienia z radzieckimi towarzyszami broni w sensie militarnym, ale gdy zaczynałem pracę silne były jeszcze echa radzieckich ekip uruchamiających ówczesne komputery Mińsk-32.Pijali nawet izopropanol, narzekając wszakże że nieprzyjemnie się odbija, a przy nieostrożnym otrząsaniu bywa, że buty przypali ;))My, adepci technologii, zużywaliśmy co najwyżej etanol do czyszczenia głowic …
hihi…. zdarzało mi się oglądać oddawanie Rosjanom zbudowanego okrętu…. ( dobrze mówię, okrętu, nie statku)… specjaliści byli do tego delegowani, z duuużą odpornością wątroby… :)))
A ja w ogóle nie miałem do czynienia z Rosjanami w tym względzie, tylko z Ukraińcami raz, a i to przy okazji, przy której ilość alkoholu była ograniczona. Za to było to w większym międzynarodowym towarzystwie: Austriacy serwowali domowej roboty śliwowicę, tak z 70%. Japończycy odpadli, nie dopiwszy do końca pierwszej kolejki, Francuzi i Hiszpanie dopili, ale za następną grzecznie podziękowali, natomiast Polacy, w tym i ja, oraz właśnie Ukraińcy, wypili do końca, tj. do momentu, w którym skończyła się śliwowica w ogóle.
:)) Mistrzu, wspominany przeze mnie post niżej mój przyjaciel, rosyjski „zielony beret” jest Ukraińcem. Służył w rosyjskiej armii, tylko taka wtedy była. Od kilku lat jedynie dzwonimy do siebie. Piotrek mieszka z powrotem na Ukrainie, a sporo lat w Polsce przeżył. Po polsku mówi pięknie, gramatycznie, choć z akcentem. Za nic nie mogłem wyplenić z niego „ałe” z akcentem na „e” zamiast ale i „awtamaticzna” zamiast automatycznie. Na to nie było siły!!:) Lubię draba!:)
Kiedyś popadłem w głęboką refleksję gdy na rumuńskiej wsi zobaczyłem chłopów nad ogromnymi kuflami z żółtym płynem. Rzecz sama w sobie nie dziwna, ale że piany nie było wcale zainteresowałem się, co to za kiepskie piwo – to była tsujka, ichnia śliwowica; nie tak mocna wprawdzie bo zaledwie ok 38% (jak się producentowi udało!) – ale kielonki imponowały!
Może rozmiar naczynia miał bezpośredni związek z wielkością pragnienia?? Wędrowiec na pustyni dotarłszy do wodopoju tez raczej sięgnie po cebrzyk niż szklaneczkę:))
Moi drodzy, żeby dotrzymać kroku naszym braciom Słowianom wschodnim należy mieć pewien gen, nienaukowo zwany rosyjskim. Kiedyś (Incitatus, nie chwal się zbytnio, niezbyt jest czym!), po raz kolejny ułożyłem do zasłużonego snu byłego oficera mar-woja o pięknym imieniu Piet’ka. Chłopisko był mojej postury, nieco mniejszej jeno wadze, no i młodszy był ode mnie o kilkanaście lat! Piet’ka został leżeć na dywanie, przykryło się go jedynie pieczołowicie lekkim pledem by nie zmarzł przypadkiem. Taszczenie jego cielska na jakieś legało było ponad siły dwu słabych, obecnych przy tym gorszącym widowisku niewiast, a i moje chwyty mogły okazać się zbyt mało pewne. Walczyliśmy przecież z okrutnym wrogiem ładne parę godzin i szkody na zdrowiu też poniosłem. Ale ad rem, czyli do genu! Pietiucha pozbierawszy się dnia następnego do względnej całości spojrzał na mnie wzrokiem ranionej łani i powiada – Jurka, druhu serdeczny, skąd u ciebie taka wytrzymałość? Ja – powiada – dużo mogę, ale ja mam słynny „ruski gen”, ale ty?- Piortusiu – ja na to – ty masz jeden, biedaku, a ja mam dwa! I 🙂
PS Od niego to dostałem słynną tielniaszkę rosyjskiego Specnazu. Był mój Pietia afgańcem!
Co to jest ” tielniaszka”, Senatorze ?
Witam:))) Po polsku to T-Shirt!:)) Koszulka noszona pod mundurem. Paski biało-niebieskie mają najczęściej marynarze choć i inne formacje w tym kolorze je noszą, tyle że nieraz te paseczki są różnej szerokości. To takie nawiązanie do tradycji marynarzy II wojny. Specnaz też je nosi, taki szyk, choć właściwie w ich mundurze powinny mieć kolor czarny, ale w tej formacji wolno więcej niż w innych!:)
Ha, Mistrzu Incitatusie, czyli jest prawdopodobieństwo, że opisana historia mogła wyglądać mniej więcej w ten sposób, jak została opisana? : ) Chodziło mi przede wszystkim o docieczenie, skąd akurat w tym miejscu taka jednostka, ale i z trafionego opisu (który wszak miał być tylko środkiem, do celu prowadzącym) człek się cieszy!
Tu, Mistrzu Quackie, mogła dojść do głosu iście szatańska przebiegłość doskonale wyszkolonego wyższego oficera! Jakiż szpieg będzie w Babim Dole szukał akurat rakiet :))
Mam swój pogląd na tzw.mocne głowy . Mialem kiedyś okazję uczestniczyć w pewnej konferencji naukowej w czeskiej Pradze .Uczestnikami byli przedstawiciele całej Europy i częsci Azji.Na zakonczenie odbyła się tradycyjna uroczysta kolacja ,ze szwedzkim stołem ,kelnerami podajacymi alkohol i całą elagancją salonową .Pod koniec fety ,niektórzy prelegenci ,niezależnie od kraju pochodzenia zachowywali się jak ów generał,a może jeszcze gorzej. Na ” gorzałe ” nie ma mocnych ,potrafi zeswinić człowieka niezależnie od pochodzenia i posiadanych naukowych papierów .Na zdrowie Mistrzu Quackie ! ….!!!
Ależ na zdrowie. W umiarkowanych ilościach : ))
Witaj Max:) Z tzw. „mocną głową” są najczęściej co najmniej dwa kłopoty. Po pierwsze odporność na duże dawki mocnego alkoholu powoduje spotęgowanego kaca, bo to i po wytrąbieniu wanienki ukochanego trunku leczyć jest co, no i druga niedogodność – doprowadzenie się do stanu nierogacizny znacznie drożej wychodzi!:))
Mam swój pogląd na tzw.mocne głowy . Mialem kiedyś okazję uczestniczyć w pewnej konferencji naukowej w czeskiej Pradze .Uczestnikami byli przedstawiciele całej Europy i częsci Azji.Na zakonczenie odbyła się tradycyjna uroczysta kolacja ,ze szwedzkim stołem ,kelnerami podajacymi alkohol i całą elagancją salonową .Pod koniec fety ,niektórzy prelegenci ,niezależnie od kraju pochodzenia zachowywali się jak ów generał,a może jeszcze gorzej. Na ” gorzałe ” nie ma mocnych ,potrafi zeswinić człowieka niezależnie od pochodzenia i posiadanych naukowych papierów .Na zdrowie Mistrzu Quackie ! ….!!!
A to wioseczka cicha, wśród lasów ukryta… W jedną stronę drogowskaz do rezerwatu Jar Raduni (pięknego swoją drogą), przy poboczach pacholęta i babuleńki runo leśne sprzedają… I kto by pomyślał, że w stronę przeciwpołożną do rezerwatu bęc, bateria rakiet.
Si vis pacem para bellum!!:)
Dobranoc:)))
Dobranoc również. Całkiem na trzeźwo!
Całkiem trzeźwa lampka i równie trzeźwe „dobranoc” ……do równie trzeźwego poranka :)))
Dzień dobry:))) Ja to jestem ciekaw jak to nam po wczorajszym dziś Skowronek zaśpiewa!:)))
Dzień dobry! Skowronek jeszcze pewnikiem śpi. Obudzi się, to zacznie śpiewać ;-))
Dzień dobry:)))) Nie, nie śpi.. zwarty i gotowy biegiem do samochodu:))) Kolejne wejście zrobi z pracy:)))) Jaaa chcę na emeryturę!!!:)))) Chlip!!!
Twój rocznik do siedemdziesiątki będzie zasuwać!:)))
Chwała Panu, że nie do ostatniego tchnienia:)))
Dzień dobry:)))) Nie, nie śpi.. zwarty i gotowy biegiem do samochodu:))) Kolejne wejście zrobi z pracy:)))) Jaaa chcę na emeryturę!!!:)))) Chlip!!!
A ja chcę do pracy, ale nikt już mnie nie chce!!! Wiosna mija a ja niczyja chlip ;-((
Witam:)) A gdybyś tak spróbowała coś sama, na własną rękę? Najwyżej się nie uda!
Witaj Bożenko… zawsze tak wcześnie na nogach ? :))))
Witaj Senatorze… dobrze Ci się spało ? :)*
Dzień dobry! Osobiście nie nadużywam już w takim stopniu, żeby się sponiewierać, przestaję dużo wcześniej : )
Dzień dobry:) Anioł Stróż, czy dozorca??:)))
Och, raczej Anioł Stróż. I zdrowy rozsądek, wyjątkowo odporny na alkohol ; )
Pozwól Mistrzu Quackie ,że uzupełnie wczorajsze uwagi .Podam autentyczne obrazki ,które możesz ubrać w pióra literackie.Na wspomnianej uroczystej kolacji w Pradze ,profesor z Edynburga (Szkot ?Anglik ?) usnął przy stole szwedzkim z głową na półmisku ,tak jak w filmie „Swiat sie smieje ” W Mińsku ,stolicy Białorusi ,autentyczny generał z lampasami ,usiłował obsiusiać drzewo w parku ,ale siła przyciągania drzewa była tak wielka ,źe zwalił się jak podciety snop zboża .W jednej z parafii na Mazurach ,podczas procesji ,pijany proboszcz ,wymnknął się podtrzymujacych go też pijanych panów i rabnął monstrancją w glebę .A ja ? Za kołnierz nie wylewałem i kiedyś na kacu pucowałem szczotka do butów bose nogi ,bo byłem pewien ,ze jestem w butach .Takie to są skutki picia wodki Pozdrowionka.
Ze wstydem przyznać muszę, że wiem to doskonale; za czasów już małżeńskich, ale jeszcze na szczęście bezdzietnych zmieszałem nadmiernie (3 różne gatunki wódki, a na koniec jeszcze Jaś Wędrowniczek w ilości niepomiernej i, o zgrozo, ciepły!) i skutki były opłakane, całkiem dosłownie. Nigdy więcej!
Aha, Anioł Stróż w bucikach na stalowej szpilce?:)))
Och, Senatorze, w tych szpilkach, co Ty wiesz, a ja rozumiem, to nie Anioł S. – to SUMIENIE! ; )
Głos sumienia, drogi Mistrzu, należy nauczyć się zagłuszać!!
Głos można, drogi Senatorze, ale te szpilki!
.. a może syndrom dnia następnego ? :((
Dzień dobry ! Nie, ja nie chcę do pracy….. ja chcę słoneczka wesołego… :)))
Słoneczka wesołego zatem!http://www.youtube.com/watch?v=3cnSbVjojzM
2. Dziekuję Tetryku :))))) a kwiaty .. śliczne :)))
Mistrzu Quackie, trochę mnie zjeżyłeś swoją opowieścią, jest tak oddalona od rzeczywistości jak kalafior od pterodaktyla :)) Osobiście dwukrotnie uczestniczyłem w opisywanej przez ciebie imprezie na poligonie w miejscowości Harabali, wraz z 33 i 35 brt. Nigdy żaden z naszych oficerów nie padł wcześniej, niż nasi radzieccy towarzysze. To są naprawdę mity o ich niesamowitych głowach, myśmy się bawili, kiedy większość radzieckich oficerów spoczywała pod stołami. Byliśmy lepsi od nich pod każdym względem, Nasi piloci z 39 plm zestrzeliwali cele rakietami bez głowic bojowych. To miały być tylko przymiarki do prawdziwych ćwiczeń :)))
Trening, jak wiadomo, może prowadzić do mistrzostwa – albo do przetrenowania…
Oj, strasznie mi przykro. Znaczy stereotypami nie należy się kierować – ot, nauczka na przyszłość.
Oj, strasznie mi przykro. Znaczy stereotypami nie należy się kierować – ot, nauczka na przyszłość.
Wiatj Stateczku… cała naprzód ?:)))) bardzo mi się podoba Twój tekst, bo moje patriotyczne uczucia były nieco nadwerężone :))))
Jedno mi się nasuwa: aby na pewno wszyscy biesiadnicy przeżyli??:))))
Alleńku :))) Nie tylko przeżyłem, lecz wciąż czuję się znakomicie :)))
Dobranoc….. magiczna lampka świeci…..i czuwa :))))
Dzień dobry!!! Melduję się, że jestem ;-))
Dzień dobry:))) No no, ja nie mogę spać, bo mi moje dawne grzechy sen mącą i odbierają, ale ja tak płacę za życie hulaszcze!! Ciekawe coś Ty musiała nawyprawiać!:)))
Hi hi może lepiej żebyś nie wiedział ;-))
:)))))
Dzień dobry:))) Kochany Onet, taki dobry, taki miły taki przyjazny!! Nawet licznik odwiedzin ruszył:))
Pomyśleć, że po wczorajszych bojach o wejście ba blog z całego serca życzyłem Onetowi żeby oparszywiał!! I ni cholery mi dziś nie wstyd!!!
No widzisz, jak mogłeś!!! Nasz Omlet jest przecież taki kochany…
Ja go kocham jak psy dziada w ciasnej ulicy!:(
Dzień dobry. To znowu ja. Po dość długich rozjazdach, służbowych i prywatnych, jestem chwilowo na miejscu więc niezwłocznie się melduję. Zaraz po espresso i mentosku biorę się za przegląd wpisów z ostatnich trzech tygodni.
Dzień dobry:)) O rany, Stan! Prawie jak żywy!!:)
Tak, tak Senatorze! Pogłoski o moim zejściu, jak widać, były mocno przesadzone:))))))
Dzień dobry!! Natomiast mnie po interwencji, przywrócono do życia. Od wczoraj , znów jestem zwykłą śmiertelniczką a nie aniołem w niebiesiech!! Nie wiem , co jest lepsze 🙂 Ale , żeby nie było że się uskarżam, Niech żyje życie !!! Amen!! Pozdrawiam serdecznie wszystkich, życząc udanego dnia.
Dzień dobry ! :))) jaśniej dzisiaj, biedny nasz niewyspany Senator, i Wędrowniczek sie odnalazł ! i Bożenka powróciła z mrocznych szaleństw…. i Tosia w osobistej postaci…… no no :))))
Negatyw: Na niebie burym, chmurka jeszcze bardziej bura z czarną obwódką słońca. Na lewo, czyli prawo, biała gałąź czereśni z czarnymi kwiatami. Na twojej ciemnej twarzy jasne cienie.Zasiadłeś przy stoliku i położyłeś na nim poszarzałe ręce. Sprawiasz wrażenie ducha, który próbuje wywoływać żywych, Ponieważ jeszcze zaliczam się do nich, powinnam mu się zjawić i wystukać: dobranoc, czyli dzień dobry, żegnaj, czyli witaj. I nie skąpić mu pytań na żdną odpowiedź, jeśli dotyczą życia, czyli burzy przed ciszą. W. Szymborska. Tak jakoś dziwnie mi przypasował ten wiersz, do zaistniałej sytuacji. Prawda, ze ciekawy??
Prawda Tosiu…. :))) i przez to słoneczko mi się chowa za chmury :)) a omlet nie pozwala na nowy wierszyk … :))))))
Dzień dobry. Od rana trwa docieplanie i jakieś remonty w budynku obok, siedmiu krasnoludków raźno łomocze młotkami. A to ci pobudka!
Wyrychtowałam nowe pięterko….. ma być już za 15 minut… :)))) nie byłabym taka optymistka, ale… a nuż…. a może ?:))))
Już jest! Już jest! Ale czy na pewno z końcówką wszystko w porządku???
Jestem pod ogromny wrażeniem. Opis sytuacji, wydarzeń, bohaterów. Rewelacja. Na pewno nie raz wrócę do twórczości tego autora!Pozdrawiam gorąco mimo chłodnego wtorku : )
Witamy i serdecznie zapraszamy!:)))