Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,270
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Kochane dzieciaki

W pogodny, słoneczny dzień do sklepu zoologicznego weszła mała dziewczynka. Nie za mała, ale i nie za duża – takie wcielenie idei ślicznego, grzecznego dzieciaka. Blond warkoczyki, zakończone czerwonymi kokardkami wesoło kołysały się po obu stronach ruchliwej głowy podczas oglądania licznych klatek z drobnymi zwierzętami, kolorowych paczek z żywnością, pustych i pełnych akwariów. Duże, ciekawe, szaroniebieskie oczy z uwagą przesuwały się od jednego przedmiotu do drugiego; drobna piąstka zaciśnięta była na małej portmonetce.

Stary sprzedawca w milczeniu obserwował zza lady małą klientkę. Przy każdej takiej okazji coraz bardziej żałował swojej samotności. Żony nie było już dawno, córka wyniosła się gdzieś daleko – zresztą nigdy nie miała chęci zakładać rodziny. A on ponownie poczuł, jak fajnie byłoby mieć taką wnuczkę – małego aniołka z uśmiechniętą buzią i niewinnym spojrzeniem!

Dziewczynka też się nie odzywała,rozglądała się po sklepie, wreszcie zdecydowanym krokiem podeszła do lady.

– Czym mogę ci służyć, kochanie? – zapytał sprzedawca.

Jasny, spokojny wzrok małej spoczął na jego twarzy, a delikatne seplenienie dodało dziewczynce dodatkowego wdzięku.

– Cy ma pan królicka? – zapytała, zabawnie zmagając się z dwudźwiękami.

Ufny, dziecinny głosik już kompletnie rozłożył starszego pana. Chętnie przychyliłby nieba małej klientce.

– Oczywiście, kochanie! A jaki by ci się bardziej podobał? O jakim marzysz? Bo są takie białe, z długim futerkiem, bardzo ładne i eleganckie. Ale te z ciemnymi łatami są ciekawsze. Niektóre dzieci wolą łaciate. A ty? Co wybierasz?

Dziewczynka w odpowiedzi jeszcze szerzej otwarła oczęta i swoim słodkim głosikiem grzecznie powiedziała:

– Mojego pytona to wali…

Boogie woogie

(odgrzewane, ale poprawione i uzupełnione)

Moje lata licealne to pierwsza połowa lat sześćdziesiątych. Rock n roll i takie tam nie były już zabronione, ale stopień tego niezabronienia był ustalany indywidualnie dla każdej szkoły i zależał od tego, jak silna była frakcja, nazwijmy ją, zachowawcza w gronie nauczycielskim. W naszej szkole była dosyć silna.
W szkole był pewien chłopak. Mało go znałam. Na imię miał chyba Witek, ale nie jestem pewna. Dwie klasy wyżej niż ja. Wzrostu średniego, szczupły, jasnowłosy. Obdarzony był ponadnormatywnym wyczuciem rytmu i niesłychaną giętkością stawów w kończynach. Na co dzień mało widoczny uaktywniał się na zabawach. Witek tańczył. Ale jak tańczył!!
Szkolne zabawy odbywały się wtedy w sali gimnastycznej. Dekoracje i
aprowizacja wykonane siłami komitetu rodzicielskiego. Obowiązywały stroje wieczorowe, czyli białe bluzki i granatowe spódnice, panowie odpowiednio białe koszule, granatowe spodnie i marynarka jeśli ktoś miał. Orkiestra jak z „Jesteśmy na wczasach”, bo „Żorżyk, gitarzysta basowy” to później. Grali walce, foxtroty, slow foksy i już nie pamiętam, co, ale tanga raczej nie.

Z zabezpieczonych drucianą siatką lamp sali gimnastycznej sączyło się brudno żółte światło i spływało po brudnożółtych ścianach aż do olejnej lamperii już nie brudno żółtej, ale zwyczajnie sraczkowatej barwy. „O bogowie, o bogowie moi, trucizny, trucizny” bym zacytowała, gdybym wtedy Bułhakowa znała.

Po jakiejś godzinie grono nauczycielskie, uspokojone planowym przebiegiem zabawy przerzedziło się, zdaje się poszli do pokoju nauczycielskiego. Tańce trwały dalej i prawdę powiedziawszy było nudno. Nudno, mimo przemyconego i ukrytego gdzieś piwnicy wina, do którego wymykały się chyłkiem i pojedynczo osoby z grona wtajemniczonych. Woń, jaką roztaczali ci, co wrócili spowodowała, że zaczęłam się głowić, jak tu uniknąć degustacji trunku nie wypadając z grona wtajemniczonych.
Wtedy zrobiła się cisza, środek sali gimnastycznej opustoszał. Stali tam tylko Witek i dziewczyna. Z tych dziewczyn, co nawet jak były odziane w szkolny fartuch z granatowej podszewki, było widać, że to półdiable. Witek w jakimś jakby trochę za obszernym garniturze, dziewczyna w przepisowej białek bluzce i granatowej spódnicy, na nogach miała przepisowe pantofle na niskim obcasie. Przepisowe w oczach grona, bo tak naprawdę był to przedmiot ogólnego pożądania, prawdziwe rokendrolki.
Kapela zagrała z ogniem, bo jak się okazało, w repertuarze mieli też inne tańce, a oni zatańczyli. Dokładnie tak, jak para na filmiku.

http://www.youtube.com/watch?v=1QQzbCmlZM4

 

Grono nauczycielskie, zapewne sprowadzone w celu interwencji przez jakiegoś umyślnego pojawiło się w komplecie, ale skapitulowało wobec maestrii tańczących.
Potem oboje zdali maturę i wię
cej ich nie widziałam.

 

Teraz młodzież przychodzi do szkoły w papuzich ubrankach, bo tak chce wyrazić siebie.

My buszowaliśmy po ciuchach i komisach, choć do bikiniarzy było nam daleko, no i nie te czasy. Tamci to dopiero dokazywali. Coś jednak z tego ducha (Tyrmandowego) pozostało. Taka kontestacja.

 

http://www.youtube.com/watch?v=Ys7ywCbpZlY Polska Kronika Filmowa – o bikiniarzach

Bo na przekór. Wszystko skryte pod fartuszkiem z podszewki. Rewia pod nieobecność „ciała pedagogicznego. Narciarskie spodnie z elastilu. Angielski wełniany golf do spódnicy w szkocką kratę, do tego żakiet zamszowy. Kolorowe rajstopy. Czarne, lakierowane szpilki. Ja miałam pierwszy w szkole magnetofon przenośny (Sony) na baterie. 6 tzw grubych paluszków starczało na kilka godzin. Chłopcy tez mieli marzenia. Buty bitelsówki, amerykańskie dżinsy, marynarki ze sztruksu. No a długie włosy – to był szpan. Chłopak z takimi włosami to był dopiero gościu!

Ale członków organizacji wszystkomogących nie było. A jak byli, to siedzieli cicho, dodatkowo uciszeni powszechnym ostracyzmem.

A ze wschodu śpiewali Wysocki, Okudżawa, tak to było głębokie. Filozofia i głębia. Nie, to chyba było później.  Z lektur, poza obowiązkowymi, raczej francuscy egzystencjaliści plus tzw  nieprzyzwoite. Saganka, Nobokov. I filmy z Bardotką.

http://www.youtube.com/watch?v=8qQnpNfNAZk Bonjour Tristesse

http://www.youtube.com/watch?v=Bzy4ezJZ53U Mambo de Et Dieu… Créa la femme

http://www.youtube.com/watch?v=xv-lVnJ03iE&feature=related Brigitte Bardot-Et Dieu créa la femme

http://www.youtube.com/watch?v=8K6y_CyOzHE&feature=related No No, Yes Yes – Serge Gainsbourg

http://www.youtube.com/watch?v=zI2uPvHhuMc&feature=related Lolita (Kubrik, 1961) – Il fattore decisivo

Nic nie muszę

http://www.youtube.com/watch?v=PjsyzVGkHlM

Jak sama o sobie mówi: Jest piosenkarką, która śpiewa piosenki. Piosenka dla Edyty Geppert „to rodzaj wiersza krótkiego, do którego dodaje się muzykę, aby był śpiewany przy okazjach towarzyskich takich, jak: przy stole, z przyjaciółmi, z ukochaną, aby lżej znosić nudę, jeśli się jest bogatym oraz aby lżej znosić nędzę, jeśli się jest biednym”. Preferuje własny recital jako najlepszą formę kontaktu z publicznością. „- Nie lubię słowa kariera. Dziś karierę może zrobić każdy. To jedynie kwestia pieniędzy, reklamy… Ja cenię swoją niezależność. Śpiewam to, co chcę śpiewać, to co lubię.”

http://www.youtube.com/watch?v=SHaVCPu9P2g

Nie, nie żałuję, że byłam na Jej koncercie. Środek tygodnia, Czwartek. Obawy, że sala będzie nie zapełniona. Bilety w pierwszym rzędzie kupione 2 dni przed koncertem mogły na to wskazywać. Czekał mnie pozytywny zawód. Nie tylko wszystkie miejsca były zajęte, ale część osób stała.

Jak zwykle w ostatniej chwili, wróciłam z kilkusetkilometrowej podróży, w nastroju takim sobie, bo i wyjazd był z przyczyn tych nie najradośniejszych. Zdążyłam. Zdążyłam nawet rozejrzeć się i zobaczyć jaki przedział wiekowy dominuje wśród publiczności. Kolejne zaskoczenie. Większość słuchaczo/oglądaczy stanowiła młodzież. Zgasły światła, czekamy…Punktowy reflektor wyławia z ciemności pierwsze takty. Litery monogramu EG splatają się łagodnym blaskiem. Czerń nabiera barw. Tak zaczyna się koncert. Weszła ONA. Jak zawsze ubrana na czarno, szczupła, zgrabna, pełna wewnętrznej energii, co pokazała w trakcie. Przyznaję, że spodziewałam się na początek któregoś z najbardziej znanych utworów, dla rozgrzania publiczności. Rozgrzała nas Hemarem. Udowodniła, że kabaretowe śpiewanie przez wielkie K jest Jej równie bliskie jak poetyckość, bardziej sentymantalno-wrażliwo-prawie smutna, choć w gruncie rzeczy optymistyczna. Po trzech piosenkach pojawił się konferansjer, Piotr Loretz, który najpierw był jej profesorem, a później opiekunem artystycznym, menedżerem i – mężem. „Piotr to taki mój czarodziej Merlin” mówi o nim Edyta Geppert – „Wprowadził mnie w cudowny świat, gdzie żyje się sztuką i dla sztuki.” Oboje brawurowo wykonali piosenkę do tekstu Hemara. Żałuję, ale nie znalazłam w sieci, dlatego tylko tekst. Zaśpiewała brawurowo z mężem, Piotrem Loretzem, konferansjerem.

A ja nic tylko ty
A nic tylko z tobą wciąż
A czyś wesół jest?
A czy się smucisz?
A czemu idziesz już?
A kiedy wrócisz?

– I już nic…
Tylko ty
– I już nic…
Tylko z tobą wciąż
Dla ciebie śmiech
Dla ciebie łzy
I już nic
Tylko ty

– Taka miłość, tak?
Tak
– Jaka śliczna?
Tak
– Tak oddana
Tak
– Tak liryczna
– Co wzrusza, prawdaż?
Tak
– Lecz bądźmy ściśli
– Dlaczego o nim nikt nie pomyśli?

– Bo ona przy nim bez chwili przerwy
Tak
– A jego życie, a jego nerwy?!
– Bo ona za nim nie widzi świata
Tak
– Dzień, tydzień, miesiąc, rok, lata!

Bo ona nic, tylko on
– A on nic – cierpliwości!
A czyś wesół jest?
– Tak
A czy się smucisz?
– Nie
A dokąd idziesz?
– Na posiedzenie
A kiedy wrócisz?
– Po posiedzeniu

Ona nic, tylko on
– A on nic, tylko: „ludzie, ratujcie mnie!”
Choć do Adrii
– Nie mam pieniędzy
Choć do kina
– Nie mam ochoty
Nie pal tyle
– Och!
Nie pij wina
– Ach!

Bo ona nic tylko on
– A on nic, tylko może do legii cudzoziemskiej?
A czy kochasz mnie?
– Jak chorobę!
A czemu nie pytasz?
– Bo mam chrypę
A co piszesz?
– Testament
A co czytasz?
– Poradnik dla morderców

Ona nic, tylko on
– A on nic, tylko S.O.S.
Pocałuj mnie mnie w buzię
– Ooooo!!!!
Pocałuj mnie z nuzię
– Uuuuu!!!!
Pocałuj mnie w oczki
Pocałuj mnie rączki

– Wysoki sądzie!
Ona nic tylko on / – proszę mnie nie winić, ja nie mogłem inaczej!
Ona nic, tylko przy nim wciąż / – to nie było życie, tylko piekło na ziemi!

Przez cały dzień ze wszystkich stron
– A on nic – nareszecie WON!!!

Zmiana nastroju…Oprócz znanych mniej pojawiły się też bardzo znane utwory, między innymi mój ulubiony.

Recital Edyty Geppert to znakomita okazja do spotkania z jej niezwykłym kunsztem interpretatorskim i z tak rzadką już dziś umiejętnością budowania kontrastowych nastrojów – piosenki liryczne są zderzane z dramatycznymi, a dramatyczne – z zabawnymi, tzw. kabaretowymi reprezentowanymi przez teksty klasyka gatunku, Mariana Hemara.
Ten recital to niezwykła okazja przeżycia emocji, jakich dostarczają publiczności tylko nieliczni, obdarzeni prawdziwą charyzmą artyści.
Miałam wrażenie, że śpiewa tylko dla mnie. Dłonie bolały od oklasków. Kiedy po godzinie wydawało się, że to już koniec, tak szybko?, nikt nie wstał, wszyscy pragnęliśmy więcej. Owacja na stojąco i bisy trwające kolejną godzinę. I tak było zbyt krótko. Jednym z końcowych utworów był ten, na który zapewne czekało wiele osób. Kocham cię życie, poznawać pragnę cię, pragnę cię pragnę cię w zachwycie, choć barwy ściemniasz wierzę w światełko które rozprasza mrok. Wierzę w niezmienność Nadziei, nadziei W światełko na mierzei Co drogę wskaże we mgle. Nie zdradzi mnie Nie opuści mnie.

http://www.youtube.com/watch?v=UDC9nvzprMQ

Były też do nabycia płyty. Kupiłam najnowszą, bo nie miałam. Za jedyne 30 zł. Mam na pamiątkę z dedykacją Artystki, bardzo osobistą. Stoi na półce tuż obok Marka Grechuty, też z bardzo osobistą dedykacją.

http://www.youtube.com/watch?v=A-xoApPJ_CQ

Dziękuję Pani Edyto.:))

GŁUPCY….

 

Panie Boże, co na Ziemię patrzysz chmurnie
Przez niebieskie teleskopy śledząc ją,
Powiedz proszę skąd się wzięli na niej durnie?
Nie zaprzeczaj Panie Boże – durnie są.

Promień słońca brzeżek szaty Twojej złoci
I anielskich skrzydeł w górze słychać szum,
Powiedz Boże – a skąd wzięli się idioci?
Tych na ziemi bez uroku mamy tłum.

Woda w rajskim jadłospisie i miód pszczeli,
A na deser albo cymes albo cud
Panie Boże powiedz skąd się głupcy wzięli?
Bo na Ziemi głupców także dzisiaj w bród.

Czy to prawda? – Spytać o to Ciebie muszę,
Powiadają, że gdy świat stworzyłeś już,
Anioł zebrał na Twój rozkaz durniów dusze,
W wielkim worze zamknął setki głupich dusz.

Miał je przenieść w ciszę planet, na skraj świata,
Żeby mądrych nie zagłuszał głupców chór,
Kiedy anioł nad chmurami sobie latał,
Z rąk mu wypadł i rozwiązał się ten wór

W dół runęli imbecyle i mętniacy,
Za kretynem i matołem leci kiep!
Panie Boże to wypadek był przy pracy?
Ale czemu oni spadli nam na łeb?

Ryszard M. Groński

Zamiast

Ty, Panie tyle czasu masz mieszkanie
w chmurach i błękicie
A ja na głowie mnóstwo spraw
I na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz
Bo patrzysz na nas z lotu ptaka
To powiedz czemu tak mi jest,
Że czasem tylko siąść i płakać

Ja się nie skarżę na swój los
Potulna jestem jak baranek
I tylko mam nadzieję, że…
że chyba wiesz, co robisz, Panie.
Ile mam grzechów? któż to wie…
A do liczenia nie mam głowy
Wszystkie darujesz mi i tak
Nie jesteś przecież drobiazgowy
Lecz czemu mnie do raju bram
Prowadzisz drogą taką krętą
I czemu wciąż doświadczasz tak
Jak gdybyś chciał uczynić świętą.

Nie chcę się skarżyć na swój los
Nie proszę więcej, niż dać możesz
I ciągle mam nadzieję, że…
Że chyba wiesz, co robisz, Boże.

To życie minie jak zły sen
Jak tragifarsa, komediodramat
A gdy się zbudzę, westchnę – cóż
To wszystko było chyba… zamiast
Lecz póki co w zamęcie trwam
Liczę na palcach lata szare
I tylko czasem przemknie myśl
Przecież nie jestem tu za karę.

Dziś czuję się, jak mrówka gdy
Czyjś but tratuje jej mrowisko
Czemu mi dałeś wiarę w cud
A potem odebrałeś wszystko.
Ja się nie skarżę na swój los
Choć wiem, jak będzie jutro rano
Tyle powiedzieć chciałam ci
Zamiast… pacierza na dobranoc

http://www.youtube.com/watch?v=47nCicCm0sw

Nauka

Nauczyli mnie mnóstwa mądrości,

Logarytmów, wzorów, formułek,

Z kwadracików, trójkącików, kółek

Nauczali mnie nieskończoności.

 

Rozprawiali o ” cudach przyrody”,

Oglądałem różne tajemnice:

W jednym szkiełku ” zycie w kropli wody”,

W innym zas – kanały na księżycu.

 

Mam tej wiedzy zapas nieskończony:

2 pi R i H2SO4

Jabłka, lampy, Crookesy i Newtony,

Azot, wodór, zmiany atmosfery.

 

Wiem o kulu napełnionej lodem,

O bursztynie, gdy się go pociera…..

Wiem, że ciało pogrążone w wodę,

Traci tyle, ile….. etcetera.

 

Ach, wiem jeszcze, że na drugiej półkuli

Słonce świeci, gdy u nas jest ciemno!

– Różne rzeczy do głowy mi wkuli,

Tumanili nauką daremną.

 

I nic nie wiem, i nic nie rozumiem,

I wciąż wierzę biednymi zmysłami,

Że ci ludzie na drugiej półkuli

Muszą chodzić do góry nogami.

 

I do dzis mam taką szkolną trwogę:

Bóg mnie wyrwie – a stanę bez słowa!

– Panie Boże! Odpowiadać nie mogę,

Ja…. wymawiam się, mnie boli głowa…

 

Trudna lekcja.Nie mogłem od razu.

Lecz nauczę się … po pewnym czasie…

Proszę ! Zostaw mnie na drugie zycie,

Jak na drugi rok w tej samej klasie.

 ooo 

Julian Tuwim

 

 

PRZYSIĘGA!!!

    Dawno temu, oj jak dawno, gdym jeszcze pobierał nauki w zacnym liceum w niemniej zacnym mieście, co to w herbie białego niedźwiedzia i trzy dęby nosi, zdarzyła mi się rzecz wpływ na całe moje przyszłe życie mająca!
  Pamiętacie chyba, moi Mili, dziwaczny obyczaj opróżniania z uczniów na przerwach sal wykładowych celem ich wietrzenia…Pamiętacie? To dobrze!
   U nas w klasie mogło zostać jedynie dwu dyżurnych, którzy mieli za zadanie doprowadzenie tablicy do nieskazitelnej gładkości, zwilżenie zawsze wysychającej gąbki i tym podobne rozkoszne zajęcia. Otrzymywali za to przywilej pozostawania w sali między lekcjami. Wdarcie się do przybytku, gdzie nam głowy wiedzą napełniano, w czasie przerwy dozwolone było jedynie w przypadkach szczególnych, a próby przekonania co słabszych fizycznie kolegów demonstracją zaciśniętego kułaka, rozkosze polekcyjnego obicia zapowiadającym, zbywane były jedynie pogardliwym wzruszeniem ramion. Dyżurny był, psiakość, święty!  – Dziwne to były czasy…..Aliści, jak poeta powiada, pewnego razu w dzień majowy słońcem rozświetlony, gdy koniec roku szkolnego chybkim krokiem się zbliżał, na tak zwanej dużej przerwie musiałem, no MUSIAŁEM, wejść do klasy!  Już, natychmiast (a nawet jeszcze szybciej!), com też i starannie zaplanowawszy każdy krok, już już miał uczynić, bacząc pilnie by drzwi, akuratnie zawarte, nawet skrzypnąć nie zdążyły!
   Oknami pachnące powietrze do sali się wdzierało woń każdą niecnotliwą precz unosząc, dyżurny rozmarzony pewnie na kasztany się gapił…I nagle straszny wrzask z klasy, ale taki okropny, jakby kogoś naprawdę ze skóry obdzierali!! – O rany, o rany!!!..Chwyt za klamkę, szybki skok do wnętrza i już galopem gnam ku nieszczęśnikowi szamocącemu się z czymś przy oknie. Nie, z oknem!!  A okna, moi drodzy, to mieliśmy potężnie strzeliste z solidnego przedwojennego drewna o szybach stosownie grubych i ciężkich! Jedno skrzydło takiego okienka ważyło sporo, wiem to…a skąd – zaraz się okaże!
  Stare okno, w starych ramach na starych zawiasach zawieszone nie strzymało widać wiosennych wzruszeń natury i spokojnie, powolutku pochyliło się ku upadkowi….Nieszczęśnik próbował za nie chwycić i jakoś jego lot z pierwszego piętra ku ziemi powstrzymać, a że kształcon był nieźle, Syzyfa i jego głaz z pewnością miał w chwili onej przed oczami…Darł się tedy jakoś tak odruchowo, na pomoc i ratunek specjalnie nie licząc, bo to zanim ktoś posłyszy, zajrzy, cielesność zdębiałą uruchomi, okno jak nic z brukiem zawrze znajomość. Nawiasem mówiąc – bruk też był solidny…! 
   No, ale tu ja!! Już przy klamce przecie, na pęd nastawiony, silny, zwarty, gotowy…Jednym słowem – bohater w akcji!! – Trzy słowa wyszły? Nie szkodzi!

 No tom i skoczył!! Wczepiłem się w ramę okniska, a że jako klasyk już przywoływany powiada „w rencach szczególnie silny byłem” tośmy oba cwaj okienko przed upadkiem uratowali. Nieco uszkodzeń wprawdzie odniosło, kilka szyb zeń bowiem wypadło, ale rama, historyczna, carskie czasy pamiętająca ocalała. I tak z połowa szkła również! No, pierś mnie wzięło i wzdęło! Uczucie dumy i poczucie dobrze spełnionego obowiązku!
 – ………  do dyrektora –  powiada woźny.  Idę! Oj, po raz pierwszy od lat miast opeer nagrodę należną odbiorę!
 –  Juro zapłacisz za wybite szyby – powiada Bosman (tak dyra zwaliśmy) – a i Mama niech się do szkoły pofatygować raczy!
– Tu muszę Wam powiedzieć, że dyro mieszkał jakieś dwieście metrów od mego rodzinnego domu i był starym znajomym moich rodziców, a z tatą niejednego roberka w brydżyka wypił!:(  Bestia!!!
 No i wyobraźcie sobie, że nikt, nikt nie uwierzył, że to nie przeciąg powstały na skutek mego nagłego wtargnięcia okno to z framugi wyrwał! Nikt!!  Własna moja rodzicielka wzdychała smutno gdym się bożył, że to naprawdę nie ja!!
     I wtedy to złożyłem sobie na całe życie PRZYSIĘGĘ – nigdy, ale to nigdy nie przyznać się, że chciało się komuś pomagać, a wołającego pomocy i ratunku dokładnie na wszelki wypadek najpierw o wszystkie okoliczności przepytać!
    I tego się trzymam do dziś!!

Brak tytułu

Apel do Irenki

Aniele Boży, stróżu mój

Ty zawsze przy mnie stój

Rano wieczór, we dnie, w nocy

Bądż mi zawsze do pomocy

Mała dziewczynka, małe kółeczko, rączki, ramionka…

Dzisiejsze dzieci pewnie nie znają tej, jakże popularnej wówczas zabawy przedszkolaków, ja już prawie też zapomniałam.

Ale zanim przedszkole, była wieś daleko od szosy. Był zagajnik szumnie nazywany lasem, w którym bezpiecznie można było się zagubić i płynący z wolna strumyk . W błocie nad strumykiem zbieraliśmy z babcią naszego kolegi, co to wszystko potrafiła wyleczyć, pijawki. I wiadomość która mną czteroletnią wówczas, wstrząsnęła. Pszczoła, biegaliśmy boso, zostawiając żądło umiera.
Moje ostatnie wspomnienie stamtąd.Olbrzymie drzewo, ja sześcioletnia przemądrzała, klarująca o czymś tam dorosłym i turkuć podjadek. Fascynujący i budzący obrzydzenie zarazem. Nie potrafiłam od niego oderwać wzroku.

Następne wspomnienie to taksówka. Tym razem nie kojarząca się z wizytą u lekarza. Przeprowadzamy się do dużej wsi. Jest tam nie tylko szkoła w której mama będzie uczyć ale też przedszkole. Za duża byłam więc tej cudowności zaznałam tylko rok.

Ale przecież ja nie o tym chciałam…

Druga klasa szkoły podstawowej, Wrzesień, nowy telewizor w nowym domu. Ja z doczytywaną pośpiesznie książką Chłopcy z Placu Broni. Musiałam skończyć. Skoro świt tata wiezie mnie do Warszawy. Tym razem to nie badania, zostawi mnie w szpitalu.

Przyklejam się z całych sił do nogi taty, odrywają mnie owłosione łapska, sanitariusza zapewne, który mnie kąpie. Wstydzę się, jestem przerażona.

Na sali dziewczynki czekające jak ja na operację. Gdyby nie ogolona do gołej skóry głowa, jakże byłam dumna ze swoich pięknych, gęstych włosów, to już byłoby prawie dobrze. Do dziś mnie zadziwia jak szybko dziecko potrafi się przystosować. Pamiętam. Do dziś na samo wspomnienie szpitalnej owsianki robi mi się niedobrze. I dziewczynki zamieniające się ze mną śniadaniem. Wolałam bułkę z dżemem. Tylko przez chwilkę byłam zła,że jedna z nich nie oddała mi Małej księżniczki. Pożyczyła.

Zakaz odwiedzin. Rok bez przytulania, bez głosu mamy i taty, w międzyczasie króciutka przepustka na święta ale nie te dla mnie najważniejsze, nie na Boże Narodzenie. Wtedy, po operacji zostawiono mnie samą na sali, inne dzieci mogły podziwiać olbrzymią choinkę i poczuć choć przez chwilę namiastkę atmosfery świątecznej. Wtedy właśnie osiągnęłam apogeum swojego geniuszu i napisałam wiersz. O Szczęściu. Znalazłam go po latach.

Teraz już wiem dlaczego
szczęście jest niewdzięczne
tak rzadko nas odwiedza

Czy choć przez chwilę
ktoś je pokochał
ktoś je odwiedził
ktoś do niego zadzwonił
ktoś zapytał o zdrowie

Wszyscy chcą je tylko mieć

Ten tekst nie po to, żeby epatować, wzbudzić litość którą gardzę. Jest po to, żebyśmy nigdy nie zapominali, że po tamtej stronie monitora jest człowiek i jego nie zawsze usłane różami życie. Z reguły bywa tak, że im ktoś bardziej gryzie i kopie, tym bardziej potrzebuje żeby go przytulić, powiedzieć coś, co pomoże mu opuścić skorupę. Pamiętajmy o tym w naszych forumowych sporach. Miłość potrafi czynić cuda. Ja w to wierzę. Kiedyś tam mi pomogła.

Wszyscy jesteśmy Aniołami z jednym skrzydłem. Musimy się mocno objąć żeby polecieć.


http://www.youtube.com/watch?v=w-_5_RBhouE

Czyściec, rozdział 8

Motto

– Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść?

– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść .

– Właściwie wszystko mi jedno.

– W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.

– Chciałabym tylko dostać się dokądś

– Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.

LC

 Po wyjeździe Rajskiej Delegacji życie wróciło do normy, a przynajmniej tak się wydawało.  Bo czułam jakiś niepokój. Albo coś dziwnego się działo, albo ja potrzebowałam odmiany. Wakacje, urlop – to chodziło mi po głowie. Dlaczego właściwie nie? Pamiętałam tamtą jazdę do Raju, to poczucie wolności. Tak, trzeba to powtórzyć. Projekt dojrzewał.

Kiedy dojrzał, postarałam się o audiencją u Żonkilii. Przyjęła grzecznie, prosiła siedzieć, dała wina zieleniaka, w miarę jednak, jak wyłuszczałam swój plan, oblicze jej poważniało.

 – No wiesz, niby można, ale tak w pojedynkę? Może poszukajmy jeszcze chętnych i zorganizujmy wycieczkę..

– Nie, och, nie. Mnie chodzi o to:  wyjazd bez planu, marszruty, ot, gdzie oczy poniosą  –  Zasępiła się.

– Niby zabronione nie jest, ale muszę przemyśleć. Głęboko przemyśleć. Dam ci znać za parę dni.

To mnie zdziwiło. Bardzo nieprzyjemnie mnie zdziwiło.

Zanim doczekałam się odpowiedzi, na naszym tarasie pokazał się Psiapora. Nie pytany zaczął mówić o trudnościach technicznych jazdy w przestrzeni, jakby zapomniał, że kiedyś już tam byłam, a on sam wtedy  trudności żadnych nie przewidywał. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Te marudzenia podziałały mobilizująco i żeby mi nawet powiedzieli o pożerających wszystko smokach czy czarnych dziurach, też by mnie nie zniechęciło. Uparłam się.  Psiapora skapitulował. Powiedział, że wyszykuje mi Challengera. Za tydzień będzie gotowy.

Po tygodniu auto przyprowadził mechanik, umorusany, jak wszyscy pracownicy Psiapory, ale jakiś mniej gamoniowaty

–  Jest sprawny. Silnik mu zmieniliśmy na neutrinowy. Nie jest szybszy od światła, bo ma jednak dużą masę, ale na dłuższych trasach to się prawie wyrównuje. Cofnęłam się, przestraszona.

– Pani bierze – namawiał – niedługo takie będą zabronione.

No to wzięłam. Napęd okazał się rewelacyjny Wciskało w oparcie. Przyspieszenie żywego by zabiło, no ale przecież byłam duszą.

Na razie latałam dookoła Czyśćca.

Nauczyłam się tankować ze światła. Światło zawsze gdzieś było. A, jeszcze pilota zabrałam, nie wiedząc nawet,  czy będzie tam działał. Zobaczy się. Nocowałam, przycupnąwszy przy jakiejś grawitacji, tylko uważałam, aby nie za blisko, bo ściągnie i nie za daleko, bo wypuści. Tego się też nauczyłam. Sama, albo od kogoś. Bo w przestrzeni byli wędrowcy. Dawnych pracowników Psiapory było wtedy w tamtej okolicy jeszcze sporo i przeważnie byli życzliwi. Obcych trochę się bałam i nie wysiadałam z Challengera. Oni też, jak się zdaje, byli ostrożni.

Pewnego dnia spotkałam Paskudę Beskidzk
iego. Jego wehikuł był  pogięty i osmalony , a on sam jakiś spięty i podenerwowany. Powiedziałam mu, ze chcę polecieć gdzieś dalej. Kusiła mnie mgławica, która co wieczór mogłam podziwiać po północnej stronie. Spojrzał strapiony

– Czy mówili ci, na co się narażasz?

– Nie, a na co?

– Różnie gadają. Szybki ten twój wehikuł?

– Nawet bardzo

 –A broń masz?

– Broń?

Sięgnął za pazuchę i wyciągnął colta kaliber 44.

– Ja wracam, nie będę go potrzebował.  A strzela się tym – podał mi paczkę amunicji – To są srebrne kule. Tylko takimi.

– Ale ja nie umiem

 – To wracaj. Trzeba umieć. Zresztą, widzisz ten meteoryt? Bierzesz colta i mierzysz  tak, jakbyś wskazywała palcem, no, spróbuj –  Pociągnęłam spust, huknęło i kula brzęknęła o meteoryt. Był z tych większych, żadna sztuka.

 – Dobrze. Tak się ładuje, po strzale bębenek się  obraca, jak nie będzie chciał, to popchnąć palcem. I nigdy nie zostawiaj nienabitego.

 – Zaraz, co się dzieje

 – Może się nie przyda, mnie właściwie nie był potrzebny, ale lepiej mieć. No, na mnie już czas – i odjechał.

Naładowałam skrupulatnie colta i schowałam do schowka, bo bałam się go, szczerze mówiąc. Ale zrozumiałam, że Paskuda mnie ostrzegał. Nie wiem, przed czym i dlaczego nie wprost. Oni wszyscy mnie ostrzegali!

 Mimo to wyruszyłam do odległych mgławic. Droga jak stół, prędkość upajała, samotność, tak samo.  Bo nikogo w zasięgu wzroku. Właściwie zaczęłam myśleć, że to właśnie jest Raj.  Tak bym chciała. Trzeba się będzie coś zrobić, aby tak zostało. Żeby w takim raju zostać.

Mgławice okazały się z bliska mniej interesujące, niż myślałam. Otoczka gwiazdy pięknie świeciła z daleka, ale temperaturę miała 10 tysięcy stopni Celsjusza.  To mogło uszkodzić wehikuł. Więc obleciałam dookoła i zawróciłam.

Pewnego pięknego dnia, kiedy pędziłam przestrzenią, podśpiewując, że lubię mieć luz, humor  i sprawny wóz, wpadłam w coś, co robiło wrażenie śmietnika. A  jakaś płachta papieru, przywarła do przedniej szyby. Aż musiałam stanąć, bo nic nie było widać. To był list. Zdumiona obracałam go w rękach. List z aktualną pieczęcią. Z Raju do Czyśćca. Rozejrzałam się. Wokół fruwało więcej takich przesyłek. Zaczęłam je łapać i wrzucać do kabiny Challengera. Potem zobaczyłam wehikuł pocztowy. Sunął wolno przestrzenią, obrócony na dach. Kierowca był wewnątrz.  Wypadek? Tutaj? Jak to możliwe? Może się zderzył z kometą? Potem zobaczyłam. Kierowca był przybity do oparcia fotela kołkiem osinowym. Nie żył.

Osłupiałam. Co robić? Zaraz, jest pilot, można wezwać kogoś, może Psiaporę? Nic innego nie przyszło mi na myśl. Ręce mi się trzęsły, ale uzyskałam połączenie.

 – Halo? –  odezwał się Psiapora – Czy coś się stało?

– Tak – krzyczałam – i nieskładnie opisałam mu, co widzę – Przepraszam,  –  dodałam – oczywiście nie jesteś już moim konsultantem, ale doprawdy nie wiem, co robić.

 – Gdzie to jest? – rozejrzałam się po gwiazdach i określiłam położenie.

 – Wsiądź do wehikułu i bądź gotowa w razie czego uciekać.  Zaraz wyślę tam patrol. I zawiadomię Licho, bo to jego kurier, prawda?

Pozbierałam resztę przesyłek i zrobiłam jak radził. Patrzałam na tego zabitego. Nie znałam go, ale tak bardzo było mi go żal. Wyglądał na porządnego diabła, na pracy takich jak on Univerce się opiera. I coś takiego go spotkało.  Wtem spostrzegłam błysk we wstecznym lusterku. Patrol Psiapory? Jeszcze za wcześnie. Błyski szybko się zbliżały i było ich coraz więcej. Nie ma na co czekać. Temu biedakowi i tak już nic nie pomoże. Kluczyk, jedyneczka i gaz do dechy. Te neutrina, to dopiero paliwo. Błyski nikły w oczach. Na liczniku miałam 299 692 458 metrów na sekundę. Takie coś to dopiero uderza do głowy.

Delikatny szum próżni, śpiew opon – wprost symfonia sfer. Nagle coś cmoknęło, szarpnęło, wehikuł zwolnił, szum zmienił się w ogłuszający huk, wokół coś migało. Rzut oka na wskaźnik gęstości próżni wyjaśnił wszystko. Gęstość skoczyła tysiąckrotnie. Zwolniłam, bo swąd palącego się lakieru także mnie zaalarmował. Pomyślałam, że weszłam w atmosferę ziemską, ale raz, że za mała ta gęstość, a dwa, wcale nie leciałam w tym kierunku. Zwolniłam jeszcze bardziej, i dobrze, bo mgła zmieniła się w zarysy czegoś. Droga, jakieś zabudowania, przechodnie i ruch uliczny. Przechodnie, rozmaite –oidy Humanoidy, Psoidy Kotoidy, Słonioidy i tak dalej – tyle na pierwszy rzut oka zauważyłam. Na jednym z budynków był szyld BAR. Zaparkowałam Chellengera i weszłam. Bar był z tych raczej obskurnych, ale ofertę miał imponującą. Ciekawe, czym się tu płaci.   Za kontuarem stał jakiś Humanoid. Gości nie było, jeśli nie liczyć drzemiącego w kącie Muchoida. Ze staromodnej szafy grającej płynęła muzyka. Skądś znam tę melodię, pomyślałam.

http://www.youtube.com/watch?v=JaPf-MRKITg

Siadłam na wysokim stołku i wyciągnęłam srebrną kulę, jakimi miałam nabijać colta.

 – Bourbona za to – powiedziałam, kładąc kulę na ladzie. Humanoid –barman obejrzał ją ze wszystkich stron, spróbował zębami, a potem poszedł na zaplecze i przyniósł skrzynkę 12 sztuk. Podał też szklankę. Wypiłam trochę, mocne było i nawet dobre. Siedzący w kącie Muchoid ocknął się i zaczął mi się przypatrywać czterema tysiącami oczek. Poczułam się nieswojo. Wyciągnęła w jego kierunku butelkę, zapraszając tym ogólnie zrozumiałym gestem. Podszedł i wziął butelkę i przyssał się do niej. Złapałam skrzynkę z pozostałymi jedenastoma i ruszyłam do drzwi

– Hola  –  krzyknął za mną barman – nie wolno na wynos, tylko na miejscu

– Skończę jak wrócę –  i już byłam za drzwiami, wpakowałam skrzynkę do bagażnika i ruszyłam z powrotem.  Pamiętając o gęstości nie rozwijałam pełnej prędkości i zaraz okazało się, że mam towarzystwo. Dogonił mnie jakiś Psoid w mundurze. Stanęłam. Podszedł, zasalutował i kazał otworzyć bagażnik.

– Tego nie wolno wywozić, takie są przepisy – powiedział

– Dlaczego, kupiłam i za to zapłaciłam, to moja własność.

– Czym zapłaciłaś – pokazałam srebrną kulę. Wziął, obejrzał, spróbował zębami.

– Dał za to jedną skrzynkę? Oszukał cię, należały się dwie. Przez chwilę ważył kulkę w dłoni, przepraszam, łapie, potem wsunął ją do kieszeni, obrócił się na pięcie i odszedł. Dalej pojechałam już bez przeszkód aż do bram Czyśćca.