|
|
Kto powiedział, że jesień jest smutna, Że ma kolor szarego płótna, Że jej prawie nie widać we mgle? Kto to wszystko powiedział? Ja nie!
Dla mnie jesień to pora wesoła, Roześmiana i gwarna jak szkoła! Lśniąca skórką kasztana na trawie, W odlot ptaka wpatrzona ciekawie.
Jesień to roztargniona malarka, Gubi farby po lasach i parkach, A ja biegam wciąż za nią z ochotą I znajduję brąz, czerwień i złoto!
Marek Głogowski
Ten ranek zostanie na zawsze w pamięci wszystkich lokatorów naszej kamienicy. O, rany!…
Z samego rana wszystkich postawił na nogi wrzask starej Kuźminy z pierwszego piętra:
– Luudzieee! Zaliwo! Wszysko zaliwo!
Po chwili prawie wszyscy byliśmy na parterze. Kuźmina stała przy otwartych drzwiach do piwnicy, przez które widać było kłębiącą się – i niestety wzbierającą – falę szaro-brunatnej cieczy, której wygląd i zapach nie pozostawiał wątpliwości co do źródła zanieczyszczeń.
Wszystkie panie domu błyskawicznie policzyły stojące w piwnicach zapasy i natychmiast rozdzwoniły się telefony. Wiadomo – jak jest awaria, to pogotowie na pewno jest zajęte. Tak było i tym razem. Zanim udało się dodzwonić najszybszemu z sąsiadów, poziom cieczy przekroczył już metr. I niestety rósł dalej. Zanim przyjechała ekipa, fekalia odcięły kompletnie dostęp do piwnic, wypełniając je prawie w całości.
Biadający tłum mieszkańców westchnieniem ulgi przywitał ekipę remontową. Ha, ekipę! Za dużo powiedziane. Przyjechał staruszek majster z jednym pomocnikiem – Państwo rozumiecie, czasy takie, oszczędności etatowe – zamruczał stary i poprosił o dokładne opisanie rozkładu piwnic. Potem stęknął niechętnie, zdjął kurtkę i marynarkę, wciągnął na siebie jakieś ochronne ciuchy i z niesmakiem, lecz zdecydowanie wstąpił między pływające łajna. Na przedostatnim schodku, gdy mu już tylko głowa sterczała na powierzchni, wciągnął głęboko powietrze, zachwiał się – i zniknął.
Tłum kibiców zamarł z przerażenia.Pomocnik beznamiętnie dłubał w nosie, sytuacja widocznie żadnej grozy w nim nie budziła.
Po chwili z toni wydobyło się kilka bąbli powietrza, a w ślad za nimi głowa majstra. Z obrzydzeniem zrzucił z włosów i wąsów pozostałości kąpieli.
– Franek! Podaj mi szweda i 14-kę! -zarządził.
Pomocnik wydobył z torby żądane narzędzia i majster zniknął ponownie. Atmosfera grozy ustąpiła gorączce hazardu: zna się na rzeczy, ale czy mu się uda? Któryś z młodzieży próbował nawet zorganizować zakłady.
Po chwili kolejne bąble zasygnalizowały powrót majstra.
– Franek! Teraz młotek i majzel!
Znów zniknął z nowymi narzędziami.Do zebranych dotarły głuche stuki, przez chwilę nic się nie działo – po czym poziom paskudztw zaczął powoli opadać!
Odczekaliśmy chwilę – ukazała się dolna futryna, potem prześwit się powiększył, a po chwili, brodząc w coraz szybciej opadających nieczystościach, pojawił się majster. Gdy wychodził, ociekając, po schodach cała kamienica spontanicznie nagrodziła go brawami. Stary dumnie wyprężył pierś, starł ręką resztki z uśmiechniętej twarzy, i z dumą powiedział do pomocnika:
– Widzisz, Franek? Zawsze ci powtarzam:ucz się, chłopcze, ucz! Bo jak nie, to całe życie będziesz tylko narzędzia podawał!
Wśród prawdziwych przyjaciół psy zajączka zjadły.
Dżem – Paw
Ryszard Riedel, Kazimierz Gayer (słowa) Adam Otręba, Andrzej Urny (muzyka)
http://www.youtube.com/watch?v=3vrxPDDWJAk
Miałem kiedyś wielki dom Piękny ogród otaczał go Gdzie co noc słychać było pawia krzyk Jak zapowiedź losu, kiedy rankiem znajdowałem tam Złote jajo, wielkie, złote jajo
Nie wiem sam, skąd wziął się tam Nigdy przedtem o tym nie myślałem Bo i po co, kiedy miałem Wielki kopiec złotych jaj I przyjaciół wielu otaczało mnie Nie byłem sam, o nie, nie byłem sam
Pewnej nocy prysnął czar Ptak nie znosił już złotych jaj Trefne karty rozdał los Więc przegrałem partię z nim A życie toczyło się dalej
Ładnych kilka, długich lat Minęło od tej nocy, Której nigdy nie zapomnę mu Siedzę teraz sam w ogrodzie Sam, wśród umarłych kwiatów Nikt już nie, nie odwiedza mnie Czasem tylko przyjdzie on Czasem tylko przyjdzie on, piękny Czasem tylko przyjdzie on, piękny, dumny Jak to paw, jak to zwykle paw
Kiedyś o Ryśku fajnie powiedział Czesław Niemen, jak zapraszałem go, żeby wziął udział w imprezie List do R na 12 głosów… Wysłałem mu cała dyskografię Dżemu, prosząc żeby coś wybrał. Po miesiącu, kiedy się odezwałem – Czesław Niemen powiedział: wszystko jest tak piękne, że wszystko mu się podoba… I że on nie wie… I sam nie wybierze – żeby mu zasugerować. Nie wie co ma tam robić w ogóle. Powiedziałem mu – Rysiek się na panu wychował, lubił pana śpiewanie…
Wtedy Niemen powiedział mi ważną rzecz – Rysiek był takim talentem, że fraz wokalnych, które on tworzył nie należy burzyć…
Paweł Beger
Ryszard Riedel i Czesław Niemen – Cała w Trawie
http://www.youtube.com/watch?v=Z0700MnXyDo
Poniższe opowiadanie powstało na kanwie tekstu „Strzelanina i Lajkonik”, opublikowanego przez blogera Zoe pod adresem http://kontrowersje.net/tresc/strzelanina_i_lajkonik, za wiedzą i zgodą Autora.
Pan Ignacy Lajkonik przeciągnął się w przepastnym skórzanym fotelu i ziewnął przeciągle, nie trudząc się zasłanianiem ust. Zrobiła to za niego drobna Azjatka w zielonym sarongu, czekająca cierpliwie obok fotela, aż jej pan i władca gestem lub słowem zdradzi swoje życzenie. Pan Lajkonik podrapał się w owłosiony tors, tuż nad siatkowym podkoszulkiem, wystającym spod mięsistego szlafroka bordo i skrzywił pogardliwie usta.
Naprzeciwko niego siedziało w ugrzecznionych pozach dwóch młodych ludzi w garniturach chińskiego kroju, ze stójkami. Gdyby nie kolorowe, bogato zdobione złotem fulary, jakimi chronili swoje gardła, można by było wziąć ich za funkcjonariuszy chińskiej partii komunistycznej. W obecności pana Lajkonika ochrona gardła była ze wszech miar uzasadnioną przezornością: ze ścian gabinetu, w którym się znajdowali, spoglądali ci rywale pana Ignacego, którzy nie mieli szczęścia i podczas negocjacji stracili głowę. Ugrzecznienie było zresztą tylko pozorne, wiedzieli o tym doskonale zarówno goście, jak i gospodarz. Gdyby nie dbali o zachowanie pozorów, gabinet natychmiast stałby się sceną gwałtownej, zażartej walki, na kły i pazury.
Dwaj goście pana Lajkonika nie wypadli sroce spod ogona. W mieście znani byli jako Mr. A i Mr. Z, a o tych, którzy im podpadli, opowiadano, że poznają cały alfabet tortur, zanim złowroga para założy im betonowe buty i zwoduje ze swojego wielkiego motorowego jachtu na środku zatoki. Co prawda kamerdyner o wyglądzie bliskowschodniego dżinna i równie imponującej muskulaturze grzecznie acz stanowczo pozbawił ich broni osobistej – na co zgodzili się z lekkim zaledwie wahaniem – ale to nie znaczyło, że nie mają w zanadrzu kilku kart, które w decydującym momencie mogłyby okazać się atutami nie do przebicia. Jedną z nich był starannie zamaskowany snajper na jednym ze wzgórz, otaczających rezydencję pana Ignacego. Na odpowiedni sygnał gości – a może właśnie przy braku sygnału? – miał on rozpocząć ostrzał i osłaniać ich odwrót.
Pan Lajkonik nie wiedział jednak nic o snajperze; miał zresztą własne atuty. Popatrzył na ozdobne fulary gości, uśmiechnął się złośliwie i jednym ruchem niewidocznej zza blatu biurka ręki przekręcił klimatyzację na grzanie. Już po kilku minutach rozmowy na skroniach i karkach gości pojawił się perlisty pot. Mr. A ziewnął i już chciał poluzować fular dłonią, gdy napotkał ostrzegawczy wzrok towarzysza. Powoli wstał z nieznośnie parzącej kanapy i zrobił kilka kroków w kierunku okna. – Czy można? – zwrócił się do pana Ignacego. Ten zmełł w ustach przekleństwo, widząc, że plan nie wypalił i machnął dłonią, zirytowany. Już po chwili temperatura w pomieszczeniu spadła do znośnego poziomu, mimo to negocjacje utknęły w punkcie, nomen omen, martwym.
Wreszcie goście zrozumieli, że nic nie wskórają. Wstali, ukłonili się zimno i ruszyli w kierunku wyjścia. W drzwiach Mr. Z odwrócił się i przebiegle uśmiechnął. – Czyli idziemy na materace!? – rzucił, ni to pytająco, ni to twierdząco. Gospodarz zamiast odpowiedzi utkwił w nim zimny wzrok i jedyne, co pozostało gościowi, to pokiwać głową i opuścić gabinet. Pan Lajkonik przez chwilę przeżuwał wściekłość, potem jednak opanował się. „Zemsta najlepiej smakuje na zimno” pomyślał i pstryknął palcami. Drobna azjatycka rączka posłusznie wsadziła mu w dłoń cygaro, obcięła końcówkę i podała ogień. Ignacy Lajkonik, szef organizacji trzęsącej miastem, odchylił się w fotelu, zaciągnął wonnym dymem i podniósł ku górze kciuk i mały palec. W ułamku sekundy przy jego twarzy pojawiła się słuchawka telefonu, a kiedy po drugiej stronie odebrano, zmrużył oczy i wycedził: – Za godzinę rozpocząć operację „Chandra… Nie przerywaj mi, chyba że chcesz iść na pierwszy ogień. Powiedziałem. Tak. Rozpocząć operację „Chandra unyńska”!
* * *
Pan Ignacy Lajkonik obudził się rano z poczuciem, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Od jakiegoś czasu nękały go powracające koszmary… A może to nie były koszmary, tylko zwykłe sny?
W tych snach był zupełnie innym Lajkonikiem, kimś w rodzaju prawuja Ruperta, który w czasie Prohibicji uciułał niezłą fortunę na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Kanady. W tych snach Lajkonik najpierw przeżywał burzliwą młodość, potem stopniowo coraz rozważniej planował strategię i taktykę, by w końcu negocjować z dobrze uzbrojonymi partnerami. Podczas tych negocjacji nieodpowiednie słowo mogło skończyć się wzajemnym podziurawieniem garniturów. Pan Ignacy pamiętał również, że podczas tych sennych rozmów wszystkie chwyty były dozwolone, jak to u gangsterów, więc musiał bacznie się pilnować.
Było tam również dwóch młodszych kolesiów, prawdziwych pistoletów, oczywiście w przenośni – świetnie posługiwali się każdym rodzajem broni, od wykałaczki począwszy, a skończywszy na obsłudze taktycznych głowic atomowych, oczywiście pod warunkiem posiadania aktualnych kodów odpalenia. Znali się na wszystkim, a jeden z nich, ten w okularach, o ironicznym wejrzeniu, kojarzył się panu Lajkonikowi słabo z wydarzeniami bezpośrednio poprzedzającymi jego niedługą prezydenturę… Ale z czym konkretnie? Pan Ignacy zupełnie nie wiedział.
Otworzył szeroko oczy, przekręcił głowę i przyglądał się przez chwilę szafce nocnej i stojącej na niej lampce z abażurem w uspokajającym, rudobrązowym kolorze, kojarzącym się z jesiennymi liśćmi i zapadaniem w sen zimowy. Wziął głęboki oddech i podniósł się, usiadł na łóżku, zwiesił stopy i automatycznie zaczął szukać nimi kapci, kiedy jego wzrok padł na mały przedmiot, leżący obok poduszki. Przez chwilę, jeszcze zaspany, nie mógł zogniskować wzroku. Wreszcie to zrobił, sapnął głośno, wyciągnął dłoń i podniósł tę rzecz. Teraz doskonale widział, że była to głowa czarnego szachowego konika. Obcięta u samej nasady.
______________________
Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Kiedy umrę to na wzgórzu Wznieście mi mogiłę, Pośród stepu szerokiego Ukrainy miłej. Aby łany rozłożyste I brzeg Dniepru stromy Można było widzieć, słyszeć Jego grzmiące gromy. Gdzie uniesie z Ukrainy Do sinego morza Wrażą krew… dopiero wtedy I łany, i wzgórza . Wszystko rzucę i ulecę Do samego Boga, Aby modlić się… aż dotąd Ja nie uznam Boga. Pochowajcie mnie i wstańcie, I kajdany rwijcie, I posoką, wrażą juchą, Wolność swą obmyjcie. Mnie zaś w wielkiej już rodzinie, W kraju wolnym, nowym, Pamiętajcie wspomnieć czasem Dobrym, cichym słowem.
Taras Szewczenko
Tego dnia Zenek był w wyjątkowo złym humorze.
Zaczęło się od tego, że poprzedniego dnia pokłócił się z Kryśką. O co? Po prawdzie to o nic. Zaczęło się od drobiazgu, ale że żadne nie chciało ustąpić, to po wykorzystaniu wszystkich dostępnych zarzutów z wielokrotnie przećwiczonego repertuaru zapadła grobowa cisza. Bić się przecież nie będą! Wieczorem, gdy Zenek wyszedł z łazienki, Kryśka już głęboko spała (lub starannie udawała taki stan), odwrócona do ściany.
Rano Zenek bez słowa zjadł coś i poszedł do roboty. Robota mu się nie kleiła (to akurat jakieś nadzwyczajne nie było; tak przynajmniej twierdził jego szef), nie było więc żadnego powodu do poprawy nastroju. Tym bardziej nie chciało mu się wracać do domu.
Powlókł się bez celu przez miasto. Poczucie krzywdy i samotności potęgował fakt, że dosłownie wszędzie widział zajęte sobą, zgodne pary. W parku na co drugiej ławeczce patrzą sobie w oczy.
– No tak – pomyślał – młodzi się kochają, a tym z mojej półki to już tylko chandra za towarzyszkę zostaje…
Na chandrę znał tylko jedno lekarstwo. Wszedł do ogródka pobliskiej piwiarni, zamówił piwo i wygodnie rozsiadł się w wyplatanym krzesełku. Pociągając ze szklanki, leniwie rozglądał się po otoczeniu. Niestety, to co widział, wcale nie koiło jego nastroju…
Po dużym placu, na który wychodził ogródek, przewalały się tłumy ludzi. I, co szczególnie frustrujące, w większości byli to ludzie radośni, najczęściej w parach lub w większych grupkach; dominowali wśród nich turyści z całego świata, ale i miejscowej młodzieży było sporo.
– Że też ja musiałem sobie wybrać taką… taką… – tu właściwie zabrakło Zenkowi precyzyjnego określenia, ale przeszedł nad tym do porządku dziennego – myślał przecież o uczuciach! Zrezygnowany, przesiadł się na drugą stronę stolika, plecami do placu. Nie chciał patrzyć ta tę idiotycznie szczęśliwą, głupio ufną w swój los młodzież – przecież każdy z nich prędzej czy później natnie się na swoją Kryśkę!
Chcąc-nie chcąc zaczął się przyglądać parze przy sąsiednim stoliku. Znów los z niego zadrwił! Nie byli to bynajmniej ludzie młodzi: starszemu jegomościowi w garniturze towarzyszyła nieco młodsza kobieta (o ile kobiecie powyżej 18-ki da się przypisać konkretny wiek!), o intrygującej urodzie sugerującej wschodnie korzenie i dość egzotycznym stroju (to akurat do Zenka dotarło w stopniu minimalnym). Na pozór zupełnie nie pasowali do siebie: szary miejscowy urzędnik i ten egzotyczny motyl, też wprawdzie nie pierwszej młodości… ale taki inny.
Ironia losu polegała na tym, że sąsiedzi, siedząc nad miniaturowymi filiżankami kawy, mimo swego wieku intensywnie przeżywali radość wspólnego spędzania czasu. Coś sobie nieśpiesznie szeptali – Zenek nawet nadstawił ucha,ale lekki wiatr odwiewał od niego słowa kobiety, które ginęły w hałasie ulicy. Chwilami docierały do niego pojedyncze słowa, chyba padło imię Ignacy… To w sumie nie miało znaczenia, Zenek wsłuchiwał się raczej w samą melodię jej miłego głosu. W porównaniu z powarkiwaniami Kryśki wczoraj – to było zupełnie co innego!
Niestety, zanim Zenek zdołał rozmarzyć się na tyle, żeby poczucie zazdrości zastąpić wyobrażeniem podstawienia, pan Ignacy poprosił o rachunek i para powoli oddaliła się. Zenek poczuł, że wraca w objęcia chandry. Musiał szybko coś z tym zrobić.
Spojrzał na kelnerkę, która sprzątała filiżanki po sąsiadach. Była to młoda, ładna brunetka o zachęcającym uśmiechu i zgrabnej figurze. Minispódniczka wraz z czarnymi rajstopami podkreślały długość nóg, niewielki fartuszek częściowo tylko zasłaniał obiecujący dekolt. Rzut oka wystarczył, żeby Zenek wiedział już, co zaraz zrobi. Zdecydowanym gestem ręki poprosił ją o podejście.
– Czym mogę służyć – dziewczyna pochyliła się z uśmiechem.
– Poproszę jeszcze jedno piwo! -odpowiedział Zenek.
biegli docierali do mety rozbijali o ściany twierdząc trzeba biec dalej z nimi obok biegłam cząstkę siebie w tym biegu gubiąc po drodze cel sam bieg był celem sam w sobie szybciej! dalej! lepiej! już braknie tchu nie ważne chwała niezwyciężonym! stop! nie dogonię ujrzałam gwiazdy jednak istnieją poranek bywa piękny śpiewa ptak rosa na trawie ma smak dzieciństwa omal nie zapomniałam omal omal nie zapomniałam kim jestem
Ja wysiadam http://www.youtube.com/watch?v=-2zuXfcoqEE
Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy.
Haruki Murakami
*
Raz Zeus z góry patrzał rad,
jak mądrych tłum kapłanów
na stosie mu płonacym kładł
tłuszcz wołów i baranów.
Kapłani uroczysty śpiew
powaznym piali głosem;
barania się dymiła krew,
tłuszcz smażył się pod nosem….
Wkoło stał wierny, liczny lud
czcząc Zeusa i kapłany;
biedny, bogaty, ze swych trzód
gnał woły i barany.
I Zeus był rad na tronie swym,
skąd gromy ziemią trzęsą,
i rad stan święty: Zeus miał dym,
kapłani mieli mięso.
Lecz pewien Grek, złej matki pęd,
bezbożne jakieś licho,
z boku, wierzbowy gryząc pręt,
przez zęby gwizdał cicho.
Więc arcykapłan zstąpił doń
i marszcząc brew surowo –
kark miał jak bawół, brzuch jak słoń,
rzekł groźnie trzęsąc głową:
„Bezbożny ! Coś nie przygnał nam
jednego nawet wołu !
(Żeby choć kozę! ) Czemuż sam
nie modlisz sie pospołu?
Azali nie wiesz hardy łbie,
Ze kto kapłanów nie czci
i lądotrzęscę ma za mgłę
umrze, odarty ze czci?”
A ów zaś odrzekł :” Powiedz sam,
cóż pocznę, człowiek grzeszny,
gdy was za rzezimieszków mam,
a wasz Zeus nadto śmieszny ?”/
Kazimierz Przerwa – Tetmajer
Czy ktoś widział jak biegnie króliczek ulicą Czy to widział kto… W naszym mieście szukali króliczka ze świcą Aż znaleźli go...
|
|
Najnowsze komentarze