Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,270
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

PAMIĘĆ….

 
 
I oni kiedyś przed nami tu byli,
 Po falach burzy przemknęli po cichu,
 Trwało ich życie chwilę i po chwili
 Już ich nie było….ni widu…ni słychu…

Poeta Niebieski…

Między chmurami przemyka się promień

Rozszerza się czasu kamienna źrenica

Łez krople powoli spadają na domy

I rodzi się w ludziach muzyka

 Budują ją w sobie te małe katedry

Mieniące się wewnątrz paciorkiem witraży

Przechadza się po nich, zamyka się w wieży

Gdzie czeka na głos Księcia z Marzeń

 Dzień Dobry Panie Marku

Poeto Niebieski

Zbudź się, zbudź – już czas

Zaśpiewać, powieszczyć

Dzień dobry Panie Marku

Zerwały się ptaki

Nad tą wieczną mgłą

W malinowym chruśniaku

Dzień Dobry Panie Marku

Daleki i bliski

Prowadź znów ten nasz

Korowód ognisty

Dzień Dobry Panie Marku

Chcę wbrew smudze cienia

Ocalić Cię od zapomnienia

 Gdzie ty nas prowadzisz, tam tabor nasz płynie

nie kończy się droga, nie kończy się granie…

Czujemy podobnie, marzymy podobnie,

a głosy nam łączą się same.

 Słowo w nas żyje i płonie w nas wolność

Radości i piękna nam dając poznanie

Natchnieni,  szaleni, tańczymy jak dzieci

I znów mija noc, i znów ranek…

 Dzień Dobry Panie Marku

Poeto Niebieski

Zbudź się, zbudź – już czas

Zaśpiewać, powieszczyć

Dzień dobry Panie Marku

Zerwały się ptaki

Nad tą wieczną mgłą

W malinowym chruśniaku

Dzień Dobry Panie Marku

Daleki i bliski

Prowadź znów ten nasz

Korowód ognisty

Dzień Dobry Panie Marku

Chodź wybierz się z nami

W te dni, których jeszcze nie znamy… 

Muzyka i słowa: A.K Maciejowscy.

S’amor non e………..

Jeśli to nie jest miłość – cóż ja czuję ?

A jeśli miłość – co to jest takiego?

Jeśli rzecz dobra – skąd gorycz, co truje?

Gdy zła? – skąd słodycz cierpienia każdego ?

 

Jeśli z mej woli płonę – czemu płaczę?

Jeśli wbrew woli  –  cóż pomoże lament ?

O śmierci żywa, radosna rozpaczy,

Jaką nade mną masz moc! Oto zamęt.

 

Żeglarz, cisnięty złym wodom dla żeru,

W burzy znalazłem się podarłszy żagle,

Na pełnym morzu, samotny, bez steru.

 

W lekkiej od szaleństw, w ciężkiej od win łodzi

Płynę, nie wiedząc już sam, czego pragnę,

W zimie żar pali, w lecie mróz mnie chłodzi.

 

Francesco Petrarka roza 

Sławny Destruktor Lrurt

Nie było takiej konstrukcji,  której by nie zdekonstruował. Nie było ani jednej wielkiej destrukcji, która odbyłaby się bez jego udziału,  lub pod jego nadzorem lub chociaż według jego planów. Jak już do czego rękę przyłożył, to nie było co zbierać. Kamień na kamieniu nie pozostawał.  Mokra plama nie pozostawała. Zamówień miał więcej, niż był w stanie podołać. Może się wydawać, że taka destrukcja, to łatwa czynność. Wprost przeciwnie. Jak brali się do tego dyletanci, to skutki bywały niezadawalające, a nawet opłakane. Jeden tylko Lrurt zostawiał nic. Kompletnie nic. To się nazywa czysta robota.

Pewnego dnia sławny destruktor Lrurt zamknął się w swojej pracowni. Wkrótce dały się słyszeć odgłosy stukania młotkiem i rzężenie piły tarczowej. Potem zapadła cisza. Ponieważ mury pracowni były grube, drzwi były pancerne, zaś okna zasłonięte  żelaznymi żaluzjami, nikt z zewnątrz nie mógł usłyszeć szelestu kartek i skrzypienia stalówki. Destruktor dokonywał obliczeń.  Jak już dokonał, to sprawdził trzy razy, a potem wykonał doświadczenie w mikroskali. Ponieważ wynik był zadawalający, postanowił przejść do makroskali.  Zwiedzieli się o tym wszyscy władcy wszystkich światów. I przysłali do Destruktora delegacje z darami i sugestią, aby oszczędził ich królestwo, za to nie oszczędził sąsiadów, gdyż są o wiele wdzięczniejszym obiektem do destrukcji. Lrurt przyjął dary, dokonał kolejnych obliczeń i wyszło, że intencje się znoszą do zera.  Więc nic nie destruował (zdestrukcił).

W życiu prywatnym ten wybitny umysł miał niejakie kłopoty, co nie jest znowu niczym dziwnym. Wielcy ludzie tak miewają.  Żadnej czynności nie mógł wykonać, żeby jej nie spieprzyć.  Potrawy, napoje, odzież obuwie wszystkie sprzęty  domowe i outdoorowe,  zamiast spożyć, czy użyć zgodnie z przeznaczeniem i ku pożytkowi, poddawał destrukcji. Tak, że musiał być karmiony, pojony, odziewany i obuwany. Myty i wożony. W miarę możności w pieleszach domowych na rękach musiał mieć kajdanki, lub na sobie kaftanik ze zbyt długimi rękawami, dla zapobieżenia ewentualnym czynom destrukcyjnym.

Żona jego po wielokroć tłumaczyła mu, że powinien oddzielać życie zawodowe od prywatnego. Higiena psychiczna wymaga, aby zagadnienia z pracy zostawiać pod drzwiami mieszkania. Po to, żeby wychodząc zabierać je sobie z powrotem. Na nic. Tak to już wygląda życie z geniuszem. Szczęściem, kiedy wybierał sobie żonę, nie był jeszcze tak zaprzątnięty  pracą zawodową. Młodość, hormony, chemia, coś z tego zadziałało. A może to ona go wybrała i postanowiła za niego. Nie miała ambicji zawodowych, ale destrukcję umiała także świetnie przeprowadzać.  A i konstrukcję też !

Mało tego. Umiała nawet stworzyć trzy rzeczy z niczego: kapelusik, sałatkę i awanturę (to cytat). Te umiejętności doskonaliła przez wszystkie lata w których nazywała się Mme Lrurt.

Mijały lata. Aż przyszła pora, gdy jeden z władców jednego ze światów umarł. Swoje królestwo zaś podzielił między synów, a było ich dwóch. Zatem liczba królów i królestw stała się nieparzysta. Lrurt obliczał i obliczał, niestety jakiekolwiek by kryteria brał pod uwagę, nigdy nie udało mu się zbliżyć do zera.

No i problem. Jak tu teraz przyjmować dary i nie destruować?  Wyjście było tylko jedno. Należało zdrestuować (zdestrukcić) jednego z królów, tak, aby znów osiągnąć zero z sumy intencji.  Tylko którego – odpowiedź mogła być tylko jedna, zgodnie zresztą z logiką. Tego, którego dary były najmniej warte, czyli tego, który płacił destruktami.  

https://e-numizmatyka.pl/portal/strona-glowna/monety/lista-artykulow/Destrukty-czyli-monety.html

Był taki. Straszny kłopot miał z tymi destruktami, bo musiał je za każdym razem w banku wymieniać na obiegową walutę , co było niewygodne również z tego powodu, że kasjer je liczył i na nazwisko Lrurta kwit wypisywał z sumą.

Więc Lrurt obliczył, sprawdził sukcesję i wyszło, że można. Więc dokonał destrukcji. Nieparzysty, płacący byle czym  zmarł, jego sukcesję przejął brat.  I znowu było zadawalająco, jak dawniej.

Stateczkowi z najserdeczniejszymi…

 

  

 martini  prezent  roza  serce 

Kiedy U…

Obiecaj mi, że kiedy mnie już nie będzie, postarasz się być szczęśliwa.
Śmiała się i obiecywała. Przecież to nigdy nie nastąpi.
Wierzyła w ZAWSZE.

Zaczekaj na mnie, prosiła, tylko kilka dni, teraz nie mogę.
Rozstawali się od zawsze na czas jakiś. Nic nadzwyczajnego.
Po powrocie nie było końca opowieściom. Rozstania zbliżają.

Tym razem było inaczej.
Jadę. Muszę teraz. Powiedział.

Gdy go odprowadzała Księżyc był czerwony, ogromny, nigdy wcześniej takiego nie widziała. Dotykał stopami ulicy, budził podświadomy lęk.
Gdy mówiła dobranoc, do zobaczenia… płakała. Wstydziła się tych łez. To głupie. Przecież wróci za dwa tygodnie. Nie chciała żeby taką ją zapamiętał. Uśmiechnęła się.

Następnego dnia wybrała się z przyjaciółką na wycieczkę rowerową. Marne 20 kilometrów miało wysiłkiem fizycznym zagłuszyć irracjonalny lęk.
Tylko ten pies. Czarny. Wciąż ten sam. Co kilka kilometrów siedział na poboczu i patrzył.
Było Lato, piękna pogoda a nią wstrząsał dreszcz.

Dzwonił codziennie.
U mnie wszystko w porządku, czuję się dobrze, tęsknię.

Dwa tygodnie dawno minęły. Minął miesiąc… Nie wracał… Ona tęskniła coraz bardziej i czekała.

Nie może podejść do telefonu. Jest zajęty. Usłyszała gdy przez kilka dni się nie odzywał.

Początek Września, piękny, słoneczny dzień…

Przeczytała w internecie, że wkrótce spotka ją coś dziwnego. Głupota, pomyślała. Wróżkowe bajanie. Nie powinnam takich głupot czytać.

Idź do sklepu, pośpiesz się, kup koncentrat pomidorowy, usłyszała.

Otworzyła drzwi, kiedy stanęła na schodach coś przykuło jej wzrok.
Po bezchmurnym niebie w jej stronę mknęło… Można to porównać do bierek…
Wiązka światła… uderzyła ją w splot słoneczny, zabolało, walnęła plecami o drzwi.
Spojrzała na zegarek. Było kilka minut po 14-ej.
Opowiem mu o tym jak wróci, pomyślała. A teraz muszę iść do sklepu. Mama czeka na koncentrat pomidorowy.

Wieczorem zadzwonił telefon.
Dziś, kilka minut po 14-ej zmarł, usłyszała.

***(kiedy umrę kochanie)

kiedy umrę kochanie
gdy się ze słońcem rozstanę
i będę długim przedmiotem raczej smutnym

czy mnie wtedy przygarniesz
ramionami ogarniesz
i naprawisz co popsuł los okrutny

często myślę o tobie
często piszę do ciebie
głupie listy – w nich miłość i uśmiech

potem w piecu je chowam
płomień skacze po słowach
nim spokojnie w popiele nie uśnie

patrząc w płomień kochanie
myślę – co się też stanie
z moim sercem miłości głodnym

a ty nie pozwól przecież
żebym umarła w świecie
który ciemny jest i który jest chłodny

Halina Poświatowska

http://www.youtube.com/watch?v=vfnyJwi1AL4

MUSLIMOWI….

    
W me milczenie niech nie wierzy nikt,

Bo gdy nawet zabraknie mnie już,
 Nie odejdę ot tak, w szarą ziemię, o nie!
Ja nie w nią, ale w swą pójdę pieśń.

Jabłoń jesień spotyka co rok,

Gwiazdy płyną na ziemię we śnie,
A gdy piosnkę radosną z was ktokolwiek zanuci,
Ja ożyję gdy zabrzmi jej śpiew..

Zbudzę się z mego wiecznego snu,
Spojrzę w niebo z uśmiechem – i cóż
 Tchnieniem wiatru powrócę, kruszkiem śniegu powrócę,
W echu pieśni znajdziecie mnie znów.

Spadnie z nieba ciepluteńki deszcz,
 Liście będą na wietrze znów drgać
I dopóki na ziemi ludzie będą się kochać,
Wierzcie mi – będę stale wśród was!

Ku dolinom strumyczek niech mknie
I słowików rozlegnie się trel,
Kocham życie i skromne moje wszystkie piosenki
 Wam i jemu śpiewałem co dzień…….
           
 …….W me milczenie niech nie wierzy  nikt,
          Bo gdy nawet zabraknie mnie już,
          Nie odejdę ot tak, w szarą ziemię, o nie!
         Ja nie w nią, ale w pieśń pójdę znów…….

Rubajaty

*

Nam poskapiono dni. Przeputać je o wodzie,

Bez wina i miłości? – czy się godzi?

Świat? Wszystko jedno, gdzie jest rzeczy sedno,

Gdy trzeba odejść – cóż nas to obchodzi?

 

*

Choć szariat napój uznał za skalany

I cierpką gorycz sączą pełne dzbany –

Słodko się z miłą pije, ja według prawa żuję !

Smakuje lepiej owoc zakazany.

 

*

Czym piekło ? Czym niebiosa? Czym losu koleje ?

Nic nie wiem i nie ziębi mnie to ani grzeje.

Mój anioł przy mnie we dnie, lutnia, wino przednie,

A twoją rzeczą – posmiertne nadzieje.

 

*

Przybądźmi w noc pochmurną, wstąp w moje cztery ściany,

Nie, ze w ciemnościach błądzę – jam zawsze zakochany,

Rozprosz je swą uroda,piękna, i dzban podaj,

Pijmy, nim z prochu naszego uczynią dzbany.

 

*

Nie mów, że w soku gronowym niczym jest miłość

Wiedz, że gdy spalasz się tworząc – zniczem jest miłość,

Ona to tętni i dźwięczy rymem do piesni młodzieńczej –

Zważ, co powiadam, człowieku – życiem jest miłość.

Omar Chajjam serce  

JESIENNA PIEŚŃ…

  W jesienny sad prowadzą mnie
Moje wspomnienia,
 On płonie pomarańczowym strojem,
Powietrze rześkie i żurawie
 Krążą po niebie.
 
I zdaje się, że my oboje
Nie rozstawaliśmy się nigdy.
Ty jesteś jak słońce i woda,
Żyjesz zawsze ze mną razem.
 
I tak kolejne wiele lat,
Kiedy przychodzi jesień znów,
Chcę znaleźć ów cichnący sad,
Żeby marzenia i całą miłość
Przywróciła pamięć.
 
I znowu twój usłyszę głos,
Słowa jak ciepłe płomnienie,
Wołają mnie w minione dni,
….Nie umiem ciebie zapomnieć….
          Wiem….
Przekład: Inictatus

Dr Haus

Po szkieletczyźnie poszła jakaś zaraza – kobiety przestałyrodzić. Pogłowie mieszkańców natychmiast drastycznie spadło, bo starsiumierali, a dzieciaków nie przybywało.

Ponieważ ta sytuacja miała proste przełożenie na zawartośćniedzielnej tacy, do walki z bezpłodnością włączył się Kościół.

Po zakończonych fiaskiem próbach aplikowania z ambon łagodnejperswazji musiano się uciec do bardziej drastycznych metod. Nie tylkomałżeństwa, ale i pary mające się ku sobie dostawały kalendarzyk, w którym odrygorem ekskomuniki notowano zbliżenia, czas ich trwania, kolejne pozycje iliczbę orgazmów. Jak na spowiedzi. Partnerzy wzajemnie kwitowali sobie wkalendarzu prawdziwość danych i taką dokumentację dostarczano raz w miesiącu doparafii.

Ale dzieci, mimo tego, nie przybywało.

Gdy zaklęcia, egzorcyzmy i odczynianie nie odnosiły skutku,do walki z problemem zaprzęgnięto medycynę.

Miejscowi medycy jednak, widząc, ile za procedury płodnościpłaci NFZ, swoje porady ograniczyli do aplikowania mężczyznom viagry, aniewiastom kaczeńców. Świeżych, bo suszone już takim afrodyzjakiem nie są.

Par w mieście i parkach pojawiało się nieco mniej, cozdawałoby się świadczyć, że medykamenty zadziałały. Jednak przyrostu jak niebyło, tak nie było.

Sejmik samorządowy podjął uchwałę – zaklęcie „ O dalszy przyrost naturalny mieszkańcówwojewództwa świętokrzyskiego”.  I teżkicha.

Ludność chodziła coraz bardziej umęczona tym prokreacyjnymseksem, a jednostki najbardziej prospołeczne zaczynały powoli wyglądać jakzombie. Parafie i organy samorządowe słały kontrole, a samorzutnie powstającelotne brygady sąsiedzkiego wsparcia doglądały przebiegu prokreacji.

 I też nic.

Wkroczył wojewoda ze środkami rządowymi, ściągając do pomocyzespół diagnostyczny dr Hausa.

Przebadali wszystko – kształty jajeczek, zaradność plemników,drożność kobiet i siłę wtrysku chłopów. Laboratoryjnie wyszło im, że dziecipowinno być jak mrówków.

Tylko że w dalszym ciągu nie było.

W końcu zdesperowany dr Haus wysłał ambitnego dra Czarnuszka, żeby podglądnął jak oni, znaczy tubylcy, to robią.

I okazało się.

W tym miejscu wypada przywołać dygresję. We wszystkichmiastach i miasteczkach, a także w co większych wioskach  szkieletczyzny funkcjonowały oddziały biurapodróży Orient – Ciuchcia, które na skalę masową organizowały wycieczki dlapań. Zamki nad Loarą.

Co te kobitki w tych zamkach robiły, pozostało tajemnicą.Poliszynela, tym niemniej jednak. Ale bezspornym faktem jest, że przywiozły ztej Francji nowe i nowatorskie umiejętności w dziedzinie poczęć. I tafrancuszczyzna zyskując powszechna aprobatę przyjęła się, i była stosowana naskalę masową.

Panowie, żeby nie biegać po łóżku góra – dół, polskim sprytemwprowadzili innowację i ubogacili pożycie układając swoje poduszki w nogachłóżek. To eliminowało wędrówki wzdłuż krawędzi mebla i dawało przyjemność obustronom jednocześnie. No, prawie.

I te to właśnie praktyki odkrył wspomniany dr Czarnuszek.

Wojewoda dostał na biurko analizę przyczyn brakurozrodczości. Zgodnie procedurami, po trzech miesiącach dokument przetłumaczonona język polski, następnie z powrotem na angielski, po czym dokonanostreszczeń. W obu tych językach. Na szczęście jeszcze zanim analiza trafiła doUrzędu Wojewódzkiego, w lokalnej prasie opublikowano wspomniane streszczenie:

„ Do czasu, aż partnerzy nie przestaną sypiać w pozycjach jakdotychczas, naiwnością jest liczyć naprzyrosty.

Populacja dysponuje odpowiednim materiałem wyjściowymniezbędnym do zapłodnienia, więc wystarczy tylko stworzyć warunki do zetknięciasię jajeczka z plemnikami.

Ponieważ trudno oczekiwać, by ludność zgodziła sięzrezygnować z wyuczonych pozycji, nie istnieje żadna skuteczna metoda zaradczapoza refundacją zapłodnienia in vitro.

Bezwzględnie należy zlikwidować wspomniane biuro podróży -ten szkodnik może zniszczyć województwo. Ku zadowoleniu mieszkańców tegoż.”

Dlaczego o tym piszę?

Oszczędzamy, bierzemy nadgodziny, byle tylko pojechać na jakąśwycieczkę, coś zobaczyć, czegoś się nauczyć. A po co? Po to jest Internet, byodszukać odpowiednie linki i godzinami uczyć się wszystkiego. Darmowo i bezgniecenia kiecki w autokarze.

I do tego drogich Kolegów i Koleżanki zachęcam, jakom Irenka. Idzie kryzys,oszczędzajcie na podróżach.