Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,270
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Przyjaciel Meneli…

Historia Żabci i Lucia

Cykl o Zaświatach powstał jako ciąg przygód szarej duszyczki na tle doniosłych wydarzeń,  wśród wielkich tego Zaświata. Siłą rzeczy o personelu, zwłaszcza wyższym, musi być z dystansem i bez intymności. Z drugiej strony może być interesujące, jak doszło do takiej konfidencji między Żabcią a Luciem. Czytelnicy pytają a moim obowiązkiem jest zaspokojenie tej ciekawości. Wezmę więc przykład od najlepszych. Profesor  filologii staroangielskiej John Ronald Reuel Tolkien napisał o Hobbitach, Krasnoludach, ludziach i leśnych elfach w powieści Hobbit i w Trylogii, ale o Wysokich Elfach już osobno. Więc pójdę za tym przykładem. Czyściec to Czyściec a to już będzie mitologia.

MIT 1 Historia Żabci i Lucia.

Ta historia sięga bardzo zamierzchłej przeszłości, kiedy nie było jeszcze Raju, Czyśćca i Piekła, bo na Ziemi nie było jeszcze ludzi, których dusze by można było tam osadzać. Mógł to być dzień trzeci albo czwarty  tworzenia świata. Lucyfer był wtedy jednym z Archaniołów. Wielki, posępny, czarno odziany, trawiony przez ambicję – tego opowiadać nie trzeba, jest powszechnie znane. Jeden wszakże epizod nie jest znany. Kiedy po sporach z innymi Archaniołami pragnął odpocząć, szedł do sali koncertowej. Ale nie na koncerty, tylko na próby. Cieszyło go słuchanie po wielokroć powtarzanych fraz, bawiły kiksy, fałsze, błędy i nierówności. Wściekłe stukanie batutą o pulpit przez dyrygenta, jego syczące  „dosssyć” i cięte uwagi.  I to jeszcze, jak z tej kakofonii wykluwał się w końcu produkt doskonały. Teraz też trafił znakomicie. Pośrodku jasnoblond i na biało odzianego chóru stała zielonowłosa, z zielonej barwy skrzydłami na żółto odziana anieliczka. Dyrygent wrzeszczał, ona odszczekiwała mu się zuchwale. Głos miała potężny, o zdumiewającej skali, ale dobór słów był zgoła nie anielski.

 – Pewnie, że mnie bardzo widać i tu ….. nie pasuję, ….. w ogóle nie powinnam tu stać. Jestem  najlepsza, dla mnie są ….. partie solowe!

Może by tak się i stało, ale solistka sopranistka  była związana z jednym z Cherubinów, mezzosopran była siostrzenicą Archanioła M. a altem śpiewała żona jednego z Serafinów. Kontralt – nie pamiętam kto, ale też była z kimś związana.  Skończyło się na tym, że piękna, utalentowana Daffodilia wyszła z sali trzaskając drzwiami, a dyrygent powiedział „ koniec na dzisiaj” i wziął kropelki nasercowe. http://www.spohrgardens.org/daffodildays.html

Lucyfer wyszedł, szczerze ubawiony.

Daffodilia została wezwana na dywanik do Szefa.  – Ja to wszystko rozumiem  – powiedział Szef.  – Powinnaś zostać solistką, ale jeszcze nie teraz. Jesteś zbyt niecierpliwa. Polecisz więc na kraniec wszechświata i przemyślisz wszystko. Oczywiście możesz tam ćwiczyć.

I nie było żadnego „ale”. Daffodilia się spakowała. Zabrała też ze sobą libretto opery La Traviata, nad którym chciała popracować.

Miłość. Przeczytała wszystkie pozycje w bibliotece traktujące o miłości. Ale coś jej się ciągle nie zgadzało.

Lucyfer za to zaraz następnego dnia znów wdał się w spór. Tego było za wiele. Został wezwany na dywanik do Szefa.  – Rozumiem wszystko – usłyszał – ale tym razem przebrałeś miarkę. Siejesz ferment. Polecisz teraz na kraniec wszechświata i przemyślisz wszystko. I tak się stało Lucyfer wylądował na krańcu wszechświata, opadł na ławkę, wyjął z kieszeni cygaro i zapalił. Wtedy spostrzegł, że nie jest sam. Na sąsiedniej ławce siedziała ta zielonoskrzydła piękność z zeszytem na kolanach i przypatrywała mu się uważnie.

 – Przepraszam, panienko, czy dym mego cygara pani nie przeszkadza – zapytał – Nie, dym mi nie przeszkadza, lubię zapach tytoniu, a nawet sama palę, o ile mam pod ręką lekkie papelitos – odparła  (Prosper Mérimée, Carmen, tłum T. Boy Żeleński)

Lucyfer sięgnął do kieszeni i wydobył pudełeczko papierosków* – Takie mogą być? – Tak, właśnie takie – powiedziała Daffodilia, a oczy jej zalśniły. W tej chwili Lucyfer poczuł, że obudziła się w nim jakaś siła, której dotąd nie znał, a która z całą pewnością nie była nie była intelektem. Siła ta kazała mu odrzucić czarną pelerynę, spowijającą jego postać i zaprezentować tors, szeroki i pięknie wyrzeźbiony. Zaprezentować, w nadziei,  że ta  prezentacja utoruje drogę prezentacji pozostałych walorów. I nie omylił się. Daffodilia utkwiła zachwycony wzrok w rzeczonym torsie, wstała ze swojej ławki i usiadła tuż obok Lucyfera, tak blisko, jak to było możliwe – To jeszcze poproszę o ogień – powiedziała altem tak niskim, że aż sama się zdziwiła – Ogień, tak, naturalnie, ogień  – odpowiedział Lucyfer. I podał ogień.

*Ta  sztuczka z papierosami została powtórzona w latach dwudziestych  w Moskwie ma Patriarszych Prudach, przez Księcia Ciemności Wolanda, który poetę Iwana Bezdomnego  poczęstował ulubionymi  przez niego papierosami  Nasza marka, dobytymi z  papierośnicy z dukatowego złota, z trójkątem z brylantów na wieczku. (Michaił Bułhakow Mistrz i Małgorzata)

Zanim nowy dzień zaświtał, Daffodilii zaczęło coś świtać odnośnie miłości. Powtórzenie eksperymentu  rozwiało resztki wątpliwości, że oto właśnie odnalazła  brakujące ogniwa. Lucyfera też cieszyło zdobyte doświadczenie. Czas, który dany im był na przemyślenia spożytkowali bardzo owocnie. Później poprzysięgli dobie dozgonną przyjaźń i rozlecieli się każde w swoją stronę, za swoimi sprawami.

A co dalej?

Daffodilia zrozumiawszy, o co chodzi śpiewała arie zakochanych heroin tak, że tworzyła całkiem nową jakość – interpretacja – to było właściwe słowo. Chóry anielskie  dotąd koncentrowały się na precyzyjnym oddaniu zapisu nutowego, jak najczystszym i jak najdokładniejszym. Ale uczucia tam nie było – zwłaszcza uczucia miłości. Bo niektóre inne uczucia były. Soliści świetnie umieli oddać ducha arii Otella czy Króla Filipa.

Niestety na chór anielski Daffodilia miała szlaban. Doprowadzało ja to do szału. Taki potencjał, co świat na kolana rzuci, a nie ma gdzie wystąpić.  Nagle doznała olśnienia. Otóż przyszła na świat w roku 1785 jako Isabella Colbran, później, w 1882 jako  Amelita Galli-Curci, później, w 1898  jako Lily Pons. Potem już poszła na całość. Przyszła na świat w 1922 jako Renata Tebaldi, w 1923 jako Maria Callas i jednocześnie Victoria de los Ángeles, w 1926 jako Joan Sutherland, 1927 jako Leontyna Price i jeszcze w 1933 jako Montserrat Caballe, w 1934 jako Marylin Horne i w 1935 jako Teresa Berganza,  i chyba ktoś jeszcze. I śpiewała, śpiewała, śpiewała (nawet w duecie z samą sobą). Wymagało to błyskawicznego przenoszenia się z miejsca na miejsce, bywały miesiące, że w ogóle nie sypiała, jetlag również dawał się we znaki. Zdarzało się w tym czasie, że drogi Daffodilii i Lucyfera się przecinały, łącząca ich przyjaźń wzbogaciła się wtedy o czułość i przywiązanie.

Niestety nic nie trwa wiecznie to i to też nie mogło. Znów została wezwana przez Szefa,  –  Ja rozumiem – mówił – sława, kwiaty, owacje na stojąco, kąpiele w szampanie i wyprzęganie koni z karet, to na pewno jest miłe, ale już dosyć tego. Trzeba się wziąć do pracy. Przestać używać tej pretensjonalnej formy imienia Daffofilia na rzecz czegoś poważniejszego i wzbudzającego zaufanie. Wrócić do naturalnego koloru włosów i upierzenia. Szaty powinny być w barwach bardziej stonowanych, bo od tej wściekłej żółci oczopląsu można dostać. Potrzebuję kadr do prac nad organizacją Czyśćca. Zdolnych, innowacyjnych, pełnych inicjatywy.  

No cóż. Temu wyrokowi zawdzięczamy, że złota era pięknych głosów minęła i obecnie żadna ze śpiewaczek nie może pretendować do tytułu Primadonna Absoluta.

 – Tak jest – powiedziała Daffodila – Żonkilia, wykonała przepisowy wtyłzwrot, i ruszyła do drzwi. Już kładła rękę na klamce, kiedy usłyszała – Zaczekaj, jeszcze coś – obejrzała się   – Mam wszystkie twoje nagrania – z powiedział Szef.

A wcześniej Lucyfer dostał zadanie zorganizowania Piekła. Piekło i Czyściec leżały po sąsiedzku.

Lektura obowiązkowa:

http://www.youtube.com/watch?v=2TfddrnmvbA W tych czasach Daffodilia jeszcze dbała o wizerunek kompleksowo i sopran koloraturowy nie miał gabarytów gdańskiej szafy.

 

Listy od redakcji – „Kariera Nikodema Dyzmy”

Szanowny Panie Mostowicz ! ( bo niby co z Pana za Dołęga ! )

Tylko faktowi uprzedniego opuszczenia tego padołu zawdzięcza Pan fakt odstąpienia przez naszą Redakcję od zamiaru doniesienia do Prokuratury o popełnieniu przestępstwa, polegającego na uprzedzającym szkalowaniu najważniejszych postaci w Państwie, a także na sprawczym kierowaniu ( poprzez szczegółowo zaplanowany i opisany przykład ) powstawaniem tak bardzo doskwierającego nam dziś układu !

W każdym razie każdą myśl o wznawianiu w naszym wydawnictwie pańskiej tendencyjnie obelżywej pozycji o karierze możesz Pan sobie wybić i zapomnieć – do piątego pokolenia włącznie !

Za Komitet Polityczny naszej redakcji –
red. Tetryk

W mroku gwiazd

Którejś z poprzednich nocy odkryłam ponownie, przypadkiem.
Dziwnymi drogami skojarzenia chadzają. Tym razem zawiodły mnie poprzez Nietzschego, Marka Grechutę, do…

Tadeusz Miciński. Jeden z czołowych pisarzy polskiego ekspresjonizmu, prekursor surrealizmu. Był przyjacielem Witkacego, Stanisława Przybyszewskiego i Karola Szymanowskiego.
Za życia otaczała Micińskiego legenda „poety maga”, „czciciela tajemnic”.
Zamordowany na Białorusi w nieznanych okolicznościach.

Jakie życie, taka śmierć. Nie dziwi nic…

Marek Grechuta – Twoja postać
muz. M. Grechuta, sł. J.Czechowicz, T. Miciński

Wśród drzew schylonych o północy
wśród jasnych widuch złego mroku
coś się przemienia w naszej mocy
ktoś się porusza z naszym krokiem
kiedy tak idziesz w szumnej szacie
a wiatr ją targa i rozwiewa
nie bój się , ty nie idziesz sama
chodzą wraz z tobą wszystkie drzewa
ziemia jak echo minionych dni
grające w borze
a nasze cienie wśród martwych dni
wieszają zorze
dziwnie się srebrzysz aniele mój
w tęczowym piórze
nade mną góry wieżyce miast
nade mną
błękitne szerokie okna
i jasne smugi od lamp
i twoja postać , jasna postać
taką cię znam
taką cię znam

Miła moja już późno
chylą się żółte mlecze
w doliny napływa gór cień
cichy odwieczerz
już późno , już późno
miła moja , trudno z miłość się podnieść
a jeszcze ciężej od złych nowin
gdy patrzą a nas w ciemnym nowiu
chłodniej , chłodniej , boisz się

Nie ma się czego bać
nie ma się czego bać
to tylko księżyc idzie
srebrnych w chusty braci
i tylko cicha trawa
trawa wśród kamieni
wiesz , ludzie , ludzie są dziećmi dużymi
błękitne szerokie okna
i jasne smugi od lamp
i twoja postać , jasna postać
taką cię znam
taką cię znam

http://www.youtube.com/watch?v=_KA2jLGf7GM

Lajkonik i niewidzialne kłopoty

Pan Ignacy Lajkonik właśnie rozmawiał przez telefon, kiedy okazało się, że musi zapisać pewne Strasznie Ważne Informacje, a zwłaszcza Niebywale Istotne Liczby. Sięgnął więc w miejsce, gdzie zawsze leżał dyżurny długopis i złapał w dłoń… powietrze. Nastąpiło gwałtowne przegrupowanie myśli w głowie pana Ignacego, wycofanie się na z góry upatrzone pozycje i przeproszenie rozmówcy na chwilę, którą zajęło panu Lajkonikowi odnalezienie działającego długopisu, ołówka lub flamastra. Oraz kartki. Po skończonej rozmowie pan Ignacy rozejrzał się podejrzliwie po pokoju. Niebieski długopis, który jeszcze pół godziny wcześniej stał grzecznie na swoim miejscu w kubeczku, tkwił w zębach groźnej maski z Indochin, sprezentowanej panu Lajkonikowi swego czasu przez pana Szecherezada. I naśladował papierosa (długopis, nie pan Szecherezad). Pan Ignacy groźnie chrząknął, wyjął długopis z maski i włożył go z powrotem do kubeczka.

Chrząknięcie nie wzięło się znikąd. Od dłuższego już czasu pan Lajkonik obserwował dziwne wydarzenia, mające miejsce nie tylko w jego mieszkaniu, ale właściwie wszędzie, dokąd się udawał. Znikające potrzebnostki, rzeczy, które nie wiadomo dlaczego znajdowały się w miejscach zgoła dla nich nieprzeznaczonych, przegapione terminy i „dowcipne” dzwonki do drzwi w wykonaniu kogoś niewidzialnego, komputer, zawieszający system w najmniej odpowiednim momencie i telewizor z głosem lub obrazem, znikającymi, kiedy nie trzeba, ale również odkurzacz, tracący moc ssawczą zupełnie bez powodu, czy też żelazko, raz niedoprasowujące, a zaraz potem – przypalające prasowane ubrania. Kiedy wreszcie pana Ignacego podczas pewnej zasadniczej rozmowy z panią Chandrą coś przełączyło na zegarynkę do Hongkongu, nasz bohater powiedział sobie: „Dość, u licha!” Użyłby nawet mocniejszych słów, bo rozmowa była priorytetowa, ale za to zegarynka – całkiem miła, co poskromiło nieco krwiożercze instynkty pana L.

Rozejrzał się więc za notesem, w którym trzymał najważniejsze numery telefonów (tak, notesem, ponieważ pan Ignacy był zdania, że książka telefoniczna w komórce może zniknąć, i to ciupasem, przy awarii elektroniki). Notes, jakby przeczuwając, do czego ma posłużyć, wywędrował ze swojego normalnego miejsca, ale pan Lajkonik bohatersko dopadł go, wciśniętego pomiędzy książkę kucharską „Toskania – palce lizać!”, a medyczną broszurkę „Myj ręce!”. Przewertował pospiesznie stroniczki, aż pod literą C znalazł numer pani Emilki Clairvoyant ze znanej już niektórym Czytelnikom firmy „E. Clairvoyant SA. Konsulting, doradztwo, prognozowanie”, chytrze rozejrzał się dookoła i zamiast wybrać numer – wybrał się na spacer. Przeszkadzająca mu we wszystkim tajemnicza siła najwyraźniej nie przewidziała, że na trasie spaceru będzie ostatni na osiedlu automat telefoniczny…

– Proszę nic nie mówić – powiedziała pani Emilka, kiedy tylko pan Lajkonik uzyskał połączenie.
– Wiedziałam, że pan zadzwoni, ale gdybym chciała uprzedzać każdy telefon to… sam pan potrafi przewidzieć, jakie rachunki bym płaciła. Do rzeczy, zanim nas rozłączy. Panie Ignacy, ma pan poważny problem, zalągł się u pana chochlik, prognozuję, że pewnie przywlókł go pan z Belle-Lettre, w którejś z książek… Tak, wiem, że państwo tam byli. I proszę się cieszyć, że to zwykły chochlik, vulgaris sp., a nie typus… TYPUS, mówię, dużymi literami, nie słyszy pan? Drukarski znaczy. Chciałby się pan przedstawiać nowym znajomym jako Iguaçu Balkonik? A pana… dobra znajoma jako Chondra? Albo na przykład Cząbra? Nie? No właśnie. Dlatego lepiej, że to zwykły chochlik. Jest na niego wszakże sposób… – i tu połączenie urwało się, a w słuchawce zamiast głosu pani Emilki rozległo się wysilone dyszenie. Ktoś mniej domyślny niż pan Lajkonik uznałby pewnie, że połączył się z abonentem o specyficznych upodobaniach (oddechowych), ale teraz nasz bohater już wiedział, że to dogonił go chochlik, który najwyraźniej osiągnął niezłe tempo.

O ile dotychczas działania chochlika były tylko uciążliwe, to od następnego ranka zaczęło się po prostu piekło. Najpierw pan Ignacy, wstawszy z łóżka, poczuł dziwną wilgoć – okazało się, że zamiast jednego z kapci przed łóżkiem stał czajnik, chwała Bogu, że woda gotowała się w nim po raz ostatni ubiegłego popołudnia. Kiedy już czajnik wrócił na swoje miejsce, dokładnie umyty, pan Lajkonik skierował się do łazienki, gdzie czekała na niego następna niespodzianka. – Oranyboskie!!! – dobiegło znad umywalki. Pan Ignacy, doszedłszy do siebie, stwierdził, że ktoś zakleił mu lustro idealnie pasującą reprodukcją portretu Henryka I Brodatego z „Pocztu królów Polski” pędzla Jana Matejki – po czym wyobraził sobie, co by się stało, gdyby w porannym zaćmieniu próbował zgolić TAKĄ brodę, której w rzeczywistości nie było… i oblał go zimny pot. Ogolony i umyty, ostrożnie przedostał się do kuchni, o włos unikając rozsypanych szklanych kulek – pamiątki z dzieciństwa. Nieufnie popatrzył na puszkę z kawą i zaparzył sobie herbatę. Instynkt powstrzymał go przed sięgnięciem po malinowy sok – na butelce zamiast napisu „malina” widniało złowróżbne „maligna” i znaczek z czaszką oraz skrzyżowanymi piszczelami. – No! – przeraził się pan Lajkonik – Tego to już za wiele! I poszedł – jakżeby inaczej – poradzić się pani Chandry.

  

Pani Chandra przejęła się tą opowieścią. Zaparzyła panu Ignacemu kawy, a w trakcie parzenia (kawy!) na przebudzenie dała mu bardzo energetycznego całusa. Tego chochlik nie potrafiłby podrobić ani zastąpić! A potem usiadła naprzeciwko przy stole i zaczęła bardzo intensywnie myśleć. Pan Lajkonik z doświadczenia wiedział, że nie należy jej przeszkadzać, więc popijał kawę i czekał, co z tego wyniknie. Pani Chandra myślała, myślała, aż wymyśliła. – Poczekaj tu – rozkazała, ubrała się i wyszła, mrucząc pod nosem do siebie – No! To go utemperuje! – aż pan Ignacy zaczął się obawiać, kogo też miała na myśli. Ona jednak wróciła wcześniej, niż się spodziewał, nie zrzucała płaszcza, nie wypuszczała z rąk papierowej reklamówki z napisem „Cepelia”, tylko uśmiechnęła się i jeszcze raz go pocałowała. Tym razem był to pocałunek triumfalny, po którym poszli razem do mieszkania pana Lajkonika.

W międzyczasie okazało się, że pan Ignacy wybiegł z domu w takim pośpiechu, że zatrzasnął drzwi, ale kluczy nie zabrał. Sprowadzony naprędce fachowiec z pogotowia ślusarskiego szybko zrobił, czego od niego żądano, i uciekł w popłochu. Spłoszyły go groźne pomruki pani Chandry, jakich nikt nie spodziewałby się po tak spokojnej na oko i – umówmy się – niezbyt okazałej kobiecie. Pomruki brzmiały mniej więcej tak: „Osz ty!… Poczekaj no… Jeszcze chwileczkę… Już ja ci…”. W końcu pan Lajkonik i jego wybranka weszli do środka. Przywitała ich nabrzmiała znaczeniami cisza, ale pani Chandra nic a nic się nią nie przejęła. Omijając kulki i jedną skórkę od banana, która notabene już zaczynała schnąć, dotarła do stołu – pan Ignacy, jak nie on, trwożliwie pozostał w progu – wyjęła coś z reklamówki, rozejrzała się, podniosła kubek i wstawiła do niego to coś. – Dodać jeszcze welon? – zapytała, odwróciła się do pana Lajkonika (który chwilowo zdębiał) i zachichotała. Na środku stołu, w glinianym kubku stała dumnie, prezentując całemu światu pięknie rzeźbioną wypukłość, drewniana chochla ręcznej roboty. – No. Teraz zaczekajmy – powiedziała pani Chandra, wróciła do pana Ignacego i – obejmując się – poszli na długi, jesienny spacer.

Kiedy wrócili, w mieszkaniu pana Lajkonika panowała cisza zupełnie nienabrzmiała znaczeniami. Wręcz przeciwnie – pełna ulgi. Wszędzie było widać wzorowy porządek. Szklane kulki wróciły na swoje miejsce w wielkim ozdobnym słoju tuż koło gipsowej Mamy Muminka, a skórka od banana gdzieś zniknęła, przypuszczalnie w kuble na śmieci. Z butelki soku czerwieniła się przepyszna malina, łazienka błyszczała czystością, a w lustrze odbijały się tylko uśmiechy pani C. i pana L.
I od tej pory wszystko było już na swoim miejscu, a pomyłki i awarie zdarzały się dużo, dużo rzadziej, tak jak każdemu. Chochlik z chochlą zaś zajmowali się najwyraźniej już tylko swoimi sprawami, ponieważ po jakimś czasie panu Ignacemu ktoś zaczął znowu robić psikusy – co prawda drobne i nieszkodliwe. On zaś przypominał sobie tamten jesienny poranek, uśmiechał się i z ulgą kręcił głową. W końcu chochliczęta też musiały się gdzieś wyszaleć!

  

________________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Rozkosze zycia

 hehe 

Wszystko dziś biada :” Lepiej wcale nie żyć „.

      I pesymizmu słychac zewsząd jęk,

A jednak, państwo, zechciejcie mi wierzyć,

   Życie jest piękne, życie ma swój wdzięk;

Umieć je cenić, to pierwsza zaleta,

   Nie żądać więcej , niż nam może dać:

Wówczas, braciszku, jak mówi poeta,

   Garściami rozkosz zewsząd będziesz brać

 

Choć wszystko wezmą ci losy przeciwne,

   Pociechę  pewną zesłał dobry Bóg:

To – ze tak powiem – szczęście n e g a t y w n e,

   Tego nie wydrze ci najsroższy wróg;

Gdyś tego szczęścia przeniknął sekreta,

   Pogodny idziesz wśród gromów i burz:

Gdzie nogą stąpisz – jak mówi poeta –

   Wszędzie ci życie kwitnie wieńcem z róż !

 

Wszędzie radości znajdziesz nowe źródło

   I do rozpuku śmiejesz się raz w raz;

Patrzysz, jak grzebią jakieś stare pudło,

   Pomyślisz sobie ; „Na mnie jeszcze czas !”

Przystaniesz sobie za trumienką z boku,

   Posłuchasz śpiewu i żałobnych mów,

Dziewczątko małe uszczypniesz gdzieś w tłoku,

   Już się od dawna tak nie czułeś….. zdrów.

 

Wyjdziesz na miasto dla użycia ruchu,

   Z daleka widzisz jakieś twarze dwie:

To Rydel komuś wierci dziurę w brzuchu –

   Pomyślisz sobie : „Dobrze, że nie mnie!”

Niedługo szukasz za nową podnietą:

   Na „Warszawskiego” do kawiarni idź:

Poczytasz sobie Hoesicka felieton –

   No i sam powiedz: czy nie warto żyć ?

 

W zimowy wieczór śpieszysz do teatru,

   W fotelik miękki rozkosznie się wtul:

Ciepło, zacisznie, ni sniegu, ni wiatru,

   Tragedii sobie wysłuchasz jak król!

Z piątego aktu prosto na kolację,

   W gazetce znowu jest nowinek dość:

Tu masz bankructwo, tam znów licytację,

   Z trzeciego piętra zleciał jakiś gość !

 

Tak sobie chodzisz wesoły jak ptaszek,

   Radosną wszędzie widzisz zycia twarz;

Wreszcie znużony i syt juz igraszek,

   Wracasz do domu: własny kluczyk masz;

Słychać szmer jakiś, zaglądasz przez szparkę:

   I jak tu człowiek się nie cieszyć ma ?

Tam ktoś…ten tego….właśnie twą kucharkę,

   Pomyślisz sobie:” Dobrze, ze nie ja!”

 

Śmiejesz się błogo przed zamknięciem powiek

   I dziękczynienia czynisz korny gest:

Byle chciał tylko, znajdzie szczęście człowiek,

   Nie ma co mówić  – dobrze jest , jak jest!

Więc choć świat biada :” Lepiej wcale nie zyć”.

    I pesymizmu słychac zewsząd jęk,

Najmilsi bracia, zechciejcie mi wierzyć,

   Życie jest piękne, życie ma swój wdzięk!

 

Tadeusz Żeleński – Boy

              brawo  

 

  

 

 

   

 

Wierszyk, który sam autor uważa za nie bardzo mądry..


Niech mi kto wreszcie powie –
Diabłów kroć sto tysięcy! –
Czemu się tak nerwowi
Stajemy coraz więcej?
 
Długom to zgłębiał, przecie
Doszedłem kwintesencji:
W tym zło, że na tym świecie
Nic nie ma konsekwencji.
 
Rzecz jedna sama w sobie
Nie ciągle jest jednaka,
Lecz bywa w różnej dobie
To taka, to owaka.
 
Bywają dni, że człowiek
Strasznie jest siebie pewny,
Rad, od otwarcia powiek,
Jak prosię w deszcz ulewny.
 
Przed lustrem wówczas staje
I sam jest z siebie dumny,
I sam się sobie zdaje
Przystojny i rozumy.
 
Na drugi dzień, przeciwnie:
Ta sama ot, osoba,
A wszystko się w niej dziwnie
Znów człeku nie podoba.
 
Pysk mu się widzi krzywy,
Wiersze haniebnie głupie
I bardzo jest zgryźliwy,
I sam ma siebie w pogardzie.
 
Nie macie wprost pojęcia,
Jak to jest źle na nerwy,
Bez chwili odpoczęcia
Tak huśtać się bez przerwy.
 
Ba, gdyby się to dało
(To byłoby najprościej)
Wprowadzić jakąś stałą
Podstawę wszechwartości!
 
Tak głowę dręczę biedną,
Gdy myśl się jakaś czepi:
Ach, czyż to tylko jedno
Mogłoby tu być lepiej…

T.B.Ż.

Czyściec Rozdział 7

Zwiedzanie piekła.

Streszczenie poprzednich odcinków : Po doprowadzeniu Czyśćca do stanu używalności nastąpiło doniosłe i bezprecedensowe wydarzenie – wizyta Anioła z Raju.

Obecność gościa z Raju zamieniła życie w naszym sektorze w nieustające święto

http://www.youtube.com/watch?v=6xv4fV9DJ8U&feature=related

Po kilku dniach które Rajska Bibliotekarka musiała poświęcić na aklimatyzację w daleko surowszym niż Rajski, klimacie Czyśćca, nastąpiła chwila, w której zaproponowano jej główną atrakcję pobytu i gwóźdź programu – zwiedzanie Piekła. Ekskursja przygotowana była perfekcyjnie. Zajechały wehikuły, wsiadły obie Archangelice i ich orszaki. Osobno jechał Psiapora z własnym orszakiem. Lekko licząc mogło nas być około stu tysięcy. Przestrzeń była wymieciona ze śmieci, gwiazdy, planety, księżyce, konstelacje wypolerowane lśniły  jak nowe. Podróż wprawdzie daleka, ale tak komfortowa, że się czas nie dłużył.

Wreszcie zajechaliśmy. Nasza grupa wysypała się z wehikułów u bramy Piekła. Oprócz Psiapory nikt z nas tu jeszcze nie był. Zagrzmiały fanfary. U wrót ozdobionych sławnym napisem*, stała  kompania honorowa i Mefistofeles z siarką i smołą na tacy. Ukłonił się nisko dostojnym gościom i wygłosił krótkie przemówienie. Że wizyta ta otwiera nowy rozdział, że pójdą za nią, niewątpliwie, w przyszłości, bardziej ożywione kontakty, wymiana doświadczeń i szeroko rozumiana współpraca. Ponieważ nie wiadomo było raczej, co zrobić z siarką i smołą, wręczył po chwili tę tacę jakiemuś paziowi, który taktownie zniknął. Mefistofeles podał ramię Philadelphii Coronarii i ruszyli przez otwartą bramę, za nimi weszliśmy wszyscy po kolei, a kompania czortowska salutowała widłami.

Za bramą czekały dwie postaci. Łatwo było je rozpoznać  –  naszymi przewodnikami byli Wergili i Dante we własnych osobach. Popłynęły strofy z La Divine Commedia recytowane pięknymi głosami, za znakomitą dykcja i Ł przedniojęzykowo – zębowym. Akustyka rewelacyjna.  Każde słowo było słyszalne, bez pogłosów i ech.

Więc, już na progu stając, zapłakałem.

Okropne gwary, przeliczne języki,

Jęk bólu, wycia, to ostre, to bledsze,

I rąk klaskania, i gniewu okrzyk

Czyniły wrzawę, na czarne powietrze

Lecącą wiru wieczystymi skręty,

Jak piasek, gdy się z huraganem zetrze.

(Pieśń III, 24 – 30). Tłumaczenie Edwarda Porębowicza

I oto ukazał się naszym oczom Przedsionek i słynne sceny dantejskie:

Nędznym, co w świecie żyli nieżywotnie,

Rój os i przykra kąsa ciało mszyca;

Jęczą, gdy ból im do żywego dotnie

Od tych ukąszeń krew tryska na lica,

Którą u stóp ich łzami napojoną

Kłąb glist natrętnych kałduny nasyca.

 (Pieśń III, 64 – 69. Chodziło o dusze, których Bóg i czart równo się wyrzeka. Pieśń III w.63

Szliśmy dalej. Przewodnicy objaśniali nam strukturę piekła, które składa się z dziewięciu kręgów. Poza pierwszym, gdzie pozostają dusze ludzi dobrych i sprawiedliwych ale niestety nieochrzczonych, którzy cierpią jedynie tęsknotę, dalej już są prawdziwi grzesznicy. To posłużyło do objaśnienia zasady contrapasso. Zasada ta, wzmiankowana przez Tomasza z Akwinu w dziele Summa Theologiae ( nie mylić z Summa Technologiae), jest oparta na Arystotelesowskiej Etyce Nikomantejskiej, co z kolei mogło mieć początek w starotestamentowym prawie talionu i sankcjonuje związek srogości kary z ciężarem czynu. Przy czym kara może być podobna do rodzaju popełnianych grzechów (jak w obrazie Siedem, z Morganem Freemanem i Bradem Pittem), albo być tych grzechów przeciwieństwem.

Podobnie zresztą rzecz się ma z nagrodą. Za życia człowiek sam wybierał, co go spotka.  Przynajmniej wiedziało się, na czym się stoi.

I tak w drugim kręgu ludzie targani zmysłami za życia – po śmierci są targani wichurą. W trzecim kręgu nie znający umiaru w jedzeniu i piciu, są szarpani kłami przez Cerbera, a w czwartym skąpców i rozrzutników, toczących ogromne głazy, pilnuje gniewny Pluton. W piątym z kolei, za krwawą rzeką Styks potępieni za gniew, leniwi i pesymiści szarpią się nawzajem zębami. W szóstym kręgu heretycy leżą w płonących grobach.

Siódmy krąg należy już do piekła dolnego. Bluźniercy, tyrani i mordercy tkwią po brwi we wrzącej rzece krwi, Flegetonie. Samobójców szarpią harpie, a gwałtowników, lichwiarzy i (ba) homoseksualistów siecze ognisty deszcz.

Tak doszliśmy do ósmego kręgu i wtedy zdarzył się ten wypadek. Szliśmy po moście, pod nami huczały płomienie, liżąc kamienne przęsła. Wergili opowiadał, wskazując na co ciekawsze przypadki. Nagle jeden z aniołków niosących tren szaty Jaśminowca Wonnej potknął się i runął z pomostu prosto w płomienie. Zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek przedsięwziąć, Mefistofil duchem skoczył i wyłowił nieszczęsne stworzonko. Dziw nad

dziwy : ani blond loczki, ani białe szatki nie były osmalone, a malec, jakkolwiek mocno przestraszony nie wydawał się zbolały. Rozległ się szmer uznania dla diabelskiej sztuczki i refleksu Mefistofelesa. Orszak ruszył dalej, ja się ociągałam, aż zostałam na końcu. Wtedy, szybkim ruchem włożyłam w płomienie rękę aż po łokieć. I nic. Nie bolało. To nie były prawdziwe płomienie, tylko taka gra światła. Zobaczyłam, że z daleka Archangela Żonkilia patrzy na mnie, lekko potrząsając głową i kładąc palec na ustach, nakazuje  milczenie.

 

Szliśmy dalej. Wmieszałam się w tłum i znowu słuchałam strof wygłaszanych przez Wergilego. Przede mną szedł Psiapora, obok niego ten domyty kierowca. Ciągnął Psiaporę za rękaw i coś szeptał do ucha. Wyłowiłam tylko słowa : „pędziło kilka wehikułów” i „tak wyglądało, jakby mnie gonili i chcieli zepchnąć z drogi”. Psiapora słuchał uważnie. „Niektórzy, to byli nasze chłopaki, poznałem Kozogrzmota”, jeszcze usłyszałam na koniec.

– Ósmy krąg, proszę wycieczki – mówił Wergiliusz – dzieli się na dziesięć czeluści. Tu, strzeżeni przez potwora Geriona cierpią oszuści, uwodziciele, symonici ( to tacy, co kupczą urzędami kościelnymi), hipokryci, złodzieje, fałszerze, wróżbici . Oraz Ulisses, bo był nazbyt żądny wiedzy.

Wycieczka sunęła pomostem, teraz nad zimnymi i burzliwymi wodami, w których taplali się potępieni. Wyciągali do nas ręce w błagalnych gestach.  Czy nie można tym nieszczęśnikom jakoś pomóc? Rozległy się głosy w orszaku.

I wreszcie ostatni, dziewiąty krąg, studnia podzielona na cztery strefy. To miejsce zdrajców. W pierwszej cierpią zdrajcy bliskich, w drugie, zdrajcy ojczyzny, w trzeciej leżą pod lodem ci, którzy zawiedli zaufanie swoich gości. W ostatniej strefie, na samym dnie Piekła, nad lodowym jeziorem Kocyt cierpią trzej najwięksi zdrajcy, każdy z nich przeżuwany przez jedną z paszcz Lucyfera. Zdrajcy swych dobroczyńców, Judasz, Brutus i Gajusz Kasiusz Longinus.

Z ust każdych sterczał grzesznik i jak pęki

Trawy w miętlicy na miazgę był tarty:

Te jednocześnie trzej cierpieli męki.

Skazaniec przedni, nie dość że w zażartej

Tkwił paszczy, szarpan Disowymi szpony,

Raz po raz łypał ze skóry obdarty.

Rzecze Mistrz: „Zbrodzień najsrożej męczony,

Dowiedz się, Judasz jest Iskariota;

Wewnątrz ma głowę, na zewnątrz nóg trzony”.

(Pieśń XXXIV, 55 – 63).

 

Wstrząsające.

 Zwiedzanie Piekła dobiegło końca. Podziękowaliśmy oklaskami. Wtedy Mefistofeles zaprosił wszystkich na uroczysty bankiet, wydany na naszą cześć przez samego Lucyfera. Szłam pełna obaw, jak też będzie wyglądał Książe Piekieł i ile gąb straszliwych będzie posiadał, ale niepotrzebnie się bałam. Okazał się być dystyngowanym panem w sile wieku, dosyć  przystojnym. Stał w otwartych drzwiach sali bankietowej i ujmującym gestem zapraszał do środka. Sala była ogromna, rzęsiście oświetlona, stoły, pięknie nakryte (Dapifer Inferni stanął na wysokości zadania) i uginały się wprost pod jadłem. Podano przekąski, zakąski, półgąski, pieczenie i wina, rolady i sztuflady, dalej desery, likiery, torty, tarty, sery i wety, cukry i frukty, nieodzowne  frykasy i ananasy, bez których żaden wykwintny bankiet nie może się obejść, kawę i koniaki, sorbety, suflety i kulebiaki. Pocillator Inferni oraz Incisor Inferni stali za fotelem Księcia Piekieł i usługiwali, próbując trunki i potrawy.

Gwar rozmów mieszał się z brzękiem szkła i kryształów, podzwanianiem srebrnych i złotych sztućców, siorbania sorbetów i ciamkania sufletów i chrupania kotletów.  Magister Culinae Inferni zapowiadał kolejne dania a wyfraczone diabły podawały potrawy, nalewały wina, likiery, koniaki i tym podobne. A maleńkie, kilkucalowe zaledwie diabełki, ubrane w pstre kubraczki pląsały po stole, między pucharami i paterami, fikały koziołki, żonglowały, kuglowały, podsuwały solniczki i cukierniczki, przyprawy, octy, sosy. Inne przygrywały na lutniach, cytrach, fletniach i violach da gambach.

Ze zdumieniem zauważyłam, że Archangela Żonkilia i Lucyfer są po imieniu. Po kilku koniakach mówili do siebie Żabciu i Luciu.

Po bankiecie wesoło ruszyliśmy z powrotem. Zachowanie protokolarnego porządku nie było już wymagane, toteż przyłączyłam się do świty Psiapory, żeby go zapytać o te płomienie.

 – To był oczywiście teatr – odpowiedział –  Wielkie widowisko multimedialne. Uważam, że pięknie zrobione. Prawdziwego piekła nie można pokazywać, jest zbyt straszne. To jest właśnie powód, dla którego wyrwałem się  stąd, Jestem za wrażliwy. I empatyczny.

Zapytałam jeszcze o to, co mówił kierowca, ale zbagatelizował całą sprawę. Nie całkiem, jak się później okazało, bo naszego gościa do Raju odwoziła już kolumna wozów, ze zbrojnymi. Niby dla okazania szacunku. Niby, znaczy, tak jest efektowniej.

*Pełny tekst napisu, który na odrzwiach bramy się czyta:

Przeze mnie droga w miasto utrapienia,

Przeze mnie droga w wiekuiste męki,

Przeze mnie droga w naród zatracenia.

Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwej ręki.

Wzniosła mię z gruntu Potęga Wszechwłodna

Mądrość najwyższa, Miłość pierworodna;

Starsze ode mnie twory nie istnieją

Chyba wieczyste – a jam niespożyta!

Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją

 

Słowniczek:

Magister culinae Inferni – Kuchmistrz Wielki Piekielny W czasie uczt asystował Lucyferowi, zapowiadając podawane potrawy.

Dapifer Inferni – Stolnik Wielki Piekielny Do jego kompetencji należało nakrywanie stołu.

Pocillator Inferni – Podczaszy Wielki Piekielny Do jego kompetencji należało dysponowanie napojami w czasie uczt dworu królewskiego. Podawał Lucyferowi puchar, skosztowawszy najpierw trunku, co miało na celu ewentualne wykrycie  trucizny. Podawał także desery,

Incisor Inferni – Krajczy Wielki Piekielny Do jego zadań należało krojenie i próbowanie potraw w czasie uczt.

Piwniczy Wielki Piekielny – Były trzy stanowiska piwniczych: zajmujący się winem, zajmujący się piwem i zajmujący się koniakami, wódkami, whisky, whiskey i rumami.

 

Niebo

Stęskniliście się, prawda?

No to posłuchajcie… Kiedy nasz Ireczek się już naszalał, nawłóczył,na-bradziażył, nałajdaczył i w ogóle wszystko na nap…, przyszła do niego takamyśl, żeby sporządnieć. I sporządniał. I to jak – wzór do naśladowania.Młodocianym kupował landryny i nie tylko (dzieciom bogatych też), skacowanymmenelom donosił browarki, a kobiety zapomniane przez partnerów tak długo tuliłdo swojego łona i vice versa, aż uwierzyły w swoje możliwości i po tym zabieguruszały w Polskę idąc od sukcesu do sukcesu. A jaki był propaństwowy isolidarny! Zgromadzone oszczędności przelał na konto rządu w Atenach, by tenregulował swoje długi. Akurat na ten gest mógł sobie pozwolić, gdyż Irenka powyspecjalizowaniu się w zaciąganiu nieściągalnych kredytów wzięła go na swój garnuszek.

Mogli w takim luksusie i błogości żyć i żyć, ale chłop to zawszejednakowoż tylko chłop.

Ireczek nie byłby sobą, gdyby nie gonił za dobrymi uczynkami.Póki gonił psy, obgryzające ciało wisielca, wszystko było w porządku. Ale jaksię wziął za ratowanie tonących sandaczy, to i się doigrał. Sandaczeprzetrwały, a Ireczek utonął.

Utonął, ale nie tak zupełnie.

Przeszedłwszy stadia śmieci klinicznej i biologicznej doszedłdo świeżego odkrycia metafizyków i teologów – śmierci niebiańskiej.

Dla niewtajemniczonych – śmierć niebiańska polega na tym, żeten niby ale tak nie całkiem zmarły ląduje w Niebie i dostaje kilka dni narozeznanie, czy mu ten przybytek odpowiada, czy akceptuje towarzystwo,kierownictwo i obowiązujące tam zasady.

Akceptuje, to zostaje, nie – to wraca i dalej brnie w dobreuczynki.

Nasz Ireczek zaliczył właśnie ten zgon niebiański i stanął uwrót Nieba.

Jego przybycie było odpowiednio zaanonsowane, bo jak samiwidzicie to nie człowiek był, a święty.

I mimo iż w ciągu doby umiera na ziemi z milion ludków iwielu z nich dobija się do drzwi Nieba, jedynie Ireczek został przyjęty znależnymi mu honorami.

Witał go sam Szef.

Słowami.

„Czuję się zaszczycony, że mogę cię osobiście przywitać wmych skromnych progach.

Będę niezmiernie rad, jeżeli zechcesz z nami pozostać nadłużej, tak długo jak zechcesz.

Twoja obecność wpłynie dydaktycznie i mobilizująco na etatowypersonel nieba. Nie będę ukrywał, że ówże personel bardzo mi się ostatnio rozbisurmaniłi dobry przykład brany z ciebie wpłynie korzystnie na morale załogi.

To co, Ireczku – zostaniesz? Nie bądź świnią, zostań.”

Ireneusz, jak wiemy, bystrzakiem był rzadkim i takąwazeliniarską gadką zwieść by się nie dał, ale ta „świnia” zmobilizowała gookrutnie.

– Zgoda – rzekł po strategicznie dyplomatycznym namyśle – alemuszę mieć wolna rękę przy ustalaniu kryteriów przyjęć do nieba. Tam u nas, nadole, legendy krążą o tej tu waszej korupcji. Kiedyś wystarczał obol, terazrodzina musi zdrowo wyposażyć zmarłego. Mówi się nawet, że już i dolarami anieuro wkupić się nie można. Chodzą jeszcze sztabki złota, a od Żydów tylko diamenty.

Niewiasty narzekają na mobbing. Nie wszystkie oczywiście,wiele jest zadowolonych, ale uważam, że musimy wyeliminować to „ Niebo za sex” zczysto praktycznego powodu. Sam sex może i nie jest taki zły, ale personelzwyczajnie go nadużywa, w efekcie czego chodzi pewnikiem tak wyczerpany, żesprawozdawczość leży…

 Kiedy Ireczek wymieniałniebiańskie niedociągnięcia, Szef kiwał głową ze zrozumieniem.

W przypływie szczerości dorzucił, że ten powitalny sex zbytczęsto owocuje niepożądanymi ciążami i już widać wyraźną nadprodukcję małych,rozkosznych aniołków. A wyż demograficzny to same kłopoty. Nic, tylko sięzachlastać.

Tom razom Szef wykazał się strategią. Wprawdzie od początkuwiedział, że zgodzi się na wszystkie warunki. Zwyczajnie, z racji wieku, już musię nic nie chciało i taki pomagier z pomyślunkiem był mu na rękę.

Ale dostojnie rzekł:

– Zgoda synu. Ale pamiętaj o buchalterii, kwartalnychsprawozdaniach, miej w poważaniu związki zawodowe i ostrożnie z tymprzykręcaniem śruby, bo nam zrobią pogotowie strajkowe, a później strajk okupacyjnyodcinając dopływ zmarłych. A musisz wiedzieć, że mamy płacone od łebka. Po kilkudniowymstrajku zmniejszają się nam obroty i zaczyna grozić deficyt budżetowy.

Pamiętaj także o swoich rodakach. Zaczęli handlowaćcertyfikatami pobożności – podobno to u was najważniejszy dokument wyborczy.

Wobec uzgodnienia warunków wstępnych strony doszły do porozumieniai od tego momentu Ireneusz przejął funkcje, że się tak wyrażę „odźwiernego”.

Kochani, ale ja znam Ireczka i wiem, że on z tą dobrocią todługo nie wytrzyma. Sodówa uderzy mu do głowy. W dodatku tam też obowiązujezasada „wejdziesz między wrony – kracz jak i one”

A wtedy do nieba dostana się tylko ci, którzy mają kapuchę noi oczywiście te z pań, które  do celudochodzą nie szczędząc kroku …defiladowego.  A biedak będzie musiał przechodzić wielbłądzimsposobem przez igielne ucho.

Warto te uwagi przemyśleć, jak się planuje wypad do Nieba.

 

Płótno

Myśl  się dzis moja jak płótno na trawie

w słońcu nad woda bieli

i grzeje.

Zamykam oczy i nie wiem prawie,

czy śni mi się tak,

czy dzieje?

 

Myśl  sie dziś moja jak płótno rozściela

w długich, wilgotnych pasmach

nad wodą.

Niech ją wiatr chłodzi, słońce wybiela,

niechaj przesiąka

pogodą.

 

Beata Obertyńska

 hahaha