Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Sama chciała..


– Jak już będę tam, na górze, to czasem tu do was na ziemię zejdę.
– A jak to zrobisz? – zapytał Seweryn Krajewski.
Agnieszka, wskazując na świetlistą pręgę na niebie, odpowiedziała:
– A po takiej ścieżce…

Nosorożce są wybredne

Tradycyjnie: dedykowane Markizowi i Quackowiriposta 🙂

Skaranie boskie z tymi chłopami. Wybrzydzają.Jak masz małe piersi – to im się zachciewa monumentalnych, masz okazałe – pochwilowej euforii zaczynają twierdzić, że duży biust ich odpycha.

Jak się kobieta przyczai przy jednym facecie,to może coś pokombinować, dopasować do wymagań.

Ale co robić, gdy się trafi kilku i to niekonieczniejeden po drugim, ale równolegle, a każdy z zalotników ma inne wymagania. Wtakich sytuacjach stajemy sie bezbronne, wszystkim nie dogodzisz, przynajmniej niepiersiami.

Jeśli niewiasta jest pełna pokory, to zbierate niezasłużone razy.  A bywa, że i odmężczyzn, którzy nie gustują w piersiach typu exposłanki Jakubowskiej.

Emancypacja kobiet spowodowała, że już takpotulnie nie przyjmujemy wymagań naszych facetów. Przynajmniej ja.

No bo jak się trafi taki model, który zamiastpieścić zaczyna krytykować? A to, że za mało fałdek na brzuchu (a na karku tojuż w ogóle), a to, że mogłabym mieć cellulitis jak redaktorka Olejnik i biodrajak Noemi( hamak).

 I co ztakim palantem zrobić?

Mnie tam tytuły szlacheckie nie rajcują. Niepodoba ci się, że jestem śliczna to idź na casting modelek charakterystycznych,podrywaj posłanki albo zrób sobie ćwoku taką wymarzoną.

Ponieważ na medycynie znamy sie wszyscy, nietylko admin, to nie rozwijam tematu, rzucam gołe hasło – klonowanie. W skrócie- z byle czego robimy owieczkę. Ludzkie ucho na grzbiecie myszy i takie tam różne.

Pragnę zauważyć, ze klonowanie to zabieg znanyod wieków, w zasadzie pod początku świata. Już wtedy księgi odnotowały takieprzypadki. Wprawdzie ówczesna wiedza na temat klonowania nie była takugruntowana jak teraz i żeby osiągnąć efekt trzeba było posłużyć sie sporądawką materiału wyjściowego, ale rezultaty były.

Naukowcy twierdzą, że tamten pierwszy zabieg odbyłsię spontanicznie, a klon nie odzwierciedlał w pełni oczekiwań dawcy materiałuwyjściowego. Można powiedzieć, że na skutek błędu genetycznego zamiast drugiegoAdama powstał twór chłopopodobny, czyli moja babcia.

I wiecie, ja, jako spadkobierczyni tegobłędu, czuję jego skutki na sobie. Ile razy ja bym tego herbowego wystrzelałapo pysku, skopała po…wszędzie i utytułowała debilem, a na skutek błędugenetycznego muszę się zachowywać odmiennie. Kulturalnie. I kończy mi sięagresja na słowach „Masz rację kochanie”.

Tylko że moja cierpliwość jest na wyczerpaniu,a jego pomysłowość w pretensjach i oczekiwaniach nieograniczona.

Przyrzekłam sobie, że kiedy zapędzi się woczekiwaniach do żądania szczytowania już na sam jego widok (brrrrr), to powiem:schluss, klonuj się Słonko. Banuję cię na wieki wieków a_ment.

I co ten exksiążę może zrobić?

Wyklonuje sobie z żebra może nie drugiegoAndrzeja, ale Piotr II jest pewny. I wreszcie będzie miał to, o czym marzy. Odrana do rana będą się kłócić, wyzywać, dowodzić sobie nawzajem że są idiotami (coim akurat powinno się udać), zapewniać o własnym geniuszu. I pewnie będąkontynuowali klonowanie, to wchodzi w nawyk. W wolnych chwilach, o ile takiebędą mieć, mogą poszukać w sobie inklinacji duszpasterskich. W ogólnym tegosłowa znaczeniu. I jak przystało na osobników o tych właściwościach, będąprzelatywać wszystko, co sie rusza.

A co my, drogie Koleżanki?

Spoko, też sobie poklonujemy.

W podręczniku do geografii syna widziałamzdjęcie Masaja. Wysoki, szczupły mężczyzna o chmurnym spojrzeniu i łagodnym uśmiechu.Ustaliłam adres pastwisk, które dozoruje.

Jeżeli tylko uda mi sie dotrzeć do jegokomórek, już mnie tu nie zobaczycie. Nie ma głupich. Takiego sobie klonawyszykuję, że padniecie z zazdrości patrząc na jego nos.

PS. Czy to prawda, że kobieta obcująca zMurzynem staje sie Mulatką? Lubię śniadą cerę.

Markiz taką ma. Gdyby był Masajem, niemusiałabym biegać po pastwiskach Afryki. Jego strata.

(Ze)skok cywilizacyjny

           dedykowane Markizowi i lzis, do podziału ; )

Turniej Czterech Skoczni w sezonie 2012-2013 rozpoczął się od pozornie niewinnego incydentu. Otóż estońskiemu skoczkowi, debiutującemu w tym sezonie Posti Laapalou, podczas lotu w Garmisch-Partenkirchen rozpiął się i zsunął kombinezon, tak że zawodnik ten lądował nie tylko w klasycznym telemarku, ale także w całkiem nieklasycznym topless. Śmiechu na trybunach i stanowiskach dziennikarskich było co niemiara, dopóki świetlna tablica nad stanowiskiem sędziów nie wyświetliła wyniku. Estończyk pobił rekord skoczni, co więcej, taki wynik pozwalał mu bezapelacyjnie wygrać zawody! Rechot zamarł widzom i komentatorom na ustach.

W środowisku skoczków zawrzało. Trenerzy czołowych ekip zażądali dyskwalifikacji i mieli słuszność, ale sympatia publiczności była po stronie Laapalou. Estończyk został zmuszony do powtórzenia skoku w kombinezonie i tym razem nie pobił żadnego rekordu, skoczył, ot, przeciętnie, jak można się spodziewać po debiutancie. Organizatorzy TCS postanowili jednak przeprowadzić eksperyment i przed następnym konkursem w Innsbrucku wszyscy przedskoczkowie (lokalni zawodnicy niższych lotów) skakali w samych spodniach. Wyniki były o tyle lepsze od zawodników „konkursowych”, że sędziowie musieli uciekać przed rozwścieczonym tłumem austriackich kibiców, żądających uznania osiągów przedskoczków i zaliczenia ich wyników do punktacji.

Korelacja między nagim torsem a osiągami stała się oczywista. Laboratoria sportowe zajmujące się przygotowaniami do skoków rzuciły się w wir pracy i błyskawicznie potwierdziły to, co udowodniono już wcześniej w praktyce: powietrze opływające odsłoniętą ludzką skórę zachowywało się zgoła inaczej niż w przypadku kombinezonu – mikrodrgania mięśni automatycznie wygaszały turbulencje wokół ciała i skoczek bez kombinezonu przeciskał się przez powietrze dużo sprawniej niż ten w kombinezonie. Ze swojej strony federacje narciarskie rozpoczęły zakulisowe negocjacje w celu zmiany przepisów. I dopięły swego, w końcu wszystkim zależało na tym, żeby skoki były dłuższe i bardziej widowiskowe.

Następny sezon rozpoczął się od plotek i sensacji. Wierne fanki każdego z czempionów tłoczyły się na skoczniach z lornetkami, żeby wreszcie zobaczyć, czy to prawda, że ich idol ma tatuaż na piersi lub ramieniu, a jeżeli tak – to jaki. Tatuaże to był zresztą pikuś, dość szybko okazało się, że skoczkowie w celu osiągnięcia płynności lotu zmuszeni są do depilacji klaty! W ten sposób zakończyło karierę kilku twardzieli, którzy odmówili dokonania tego zabiegu, w tym wyjątkowo obficie owłosiony Fin Miha Kotulu.

Zawodnikom nie było jednak dość. Podczas zawodów w lotach narciarskich w Planicy pomysłowy Austriak Josef Prettzel wystąpił w spodniach, których nogawki oderwał jednym pociągnięciem tuż przed wybiciem, jeszcze na rozbiegu. Nie muszę chyba dodawać, że poleciał najdalej ze wszystkich? Został zdyskwalifikowany, ale jednocześnie padła kolejna granica. Skoczkowie poszli za ciosem i podczas kończących sezon Mistrzostw Świata w Oslo w ramach protestu przeciw wykluczeniu kolegi skakali ubrani od góry jedynie w kaski, a od dołu – w buty. Narciarskie, oczywiście. I to jak skakali!

Kolejnej zimy FIS nie miał innego wyboru poza akceptacją faktu dokonanego – zgodą na skoki w całkowitym negliżu. Zarazem z telewizji zniknęły bezpośrednie transmisje przed godziną 22:00, a na zawody wpuszczano wyłącznie widzów pełnoletnich. Prawdziwa bomba gruchnęła jednak, kiedy po kilku tygodniach stosowania nowego regulaminu odkryto, że w skoku znacznie pomaga odpowiednio rozrośnięty organ. Naukowcy rzucili się do tuneli aerodynamicznych i doszli do wniosku, że ma to coś wspólnego z przeciwwagą oraz sterowaniem w locie. No i już wkrótce przy skoczniach zaroiło się od asystentek, dbających o odpowiedni stan skoczka tuż przed startem. Kamery Eurosportu i innych stacji na stałe zagościły w pomieszczeniu, w którym zawodnicy oczekiwali wejścia na belkę. Dopieszczanie i wygładzanie z użyciem odpowiednich środków nawilżających i ujędrniających – tak, aby podczas lotu skoczek znajdował się w optymalnej formie – było stawiane za przykład milionom telewidzów. Początkowe obawy organizatorów, którzy zastanawiali się, czy ograniczenia czasowe nie zmniejszą widowni, rozwiały się jak sen jaki złoty; oglądalność skoków narciarskich nigdy przedtem nie była tak wysoka!

Oczywiście grupą zawodową, która najbardziej zyskała na nowej formule, były kosmetyczki. Dlaczego właśnie one? A kto inny był lepiej predestynowany, żeby zajmować się przed startem zawodnikami? Aplikować najnowsze osiągnięcia z laboratoriów, kremy i żele, tak, by każdy ze skoczków wyczuwał w trakcie lotu najdrobniejsze drgnienia wiatru i mógł stosownie sterować? W końcu jednym z najbardziej pożądanych atrybutów narciarza tej dyscypliny stał się długi, dziarsko sterczący, starannie utrzymany nos.

Co?

Tak, nos.

A skąd to pytanie?

No chyba nikt z Czytelników nie przypuszczał inaczej???

_________

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Cała sztuka – umieć ziewać bez otwierania ust

Są dwie rzeczy, których mój umysł dotąd nie zgłębił;pierwsza: dlaczego ” mucha tse-tse” nie ma liczby mnogiej ” muchy tsą -tsą „.

A druga: dlaczego niektórzy ludzie, którzy powinni być nudni, bynajmniej nudni nie są, a znowuż inni, którzy nie powinni, są.

Mam znajomego, który nie jest pewny, czy Spinoza to nazwa choroby wynikłej z przejedzenia szpinakiem czy może prehistorycznej agrafki.

I nie miał w ręku książki, odkąd utknął  na trudnym czterosylabowym słowie w drugim rozdziale dzieła pt.”Wesołe sprawki małej Żyrafki”

Jego największym życiowym triumfem było wydarcie śmieciarzom wyrzuconej przez pomyłkę do kubła pamiątkowej popielniczki z napisem „Międzynarodowy Zjazd Pszczelarzy”.

A jedyną opinią, jaką kiedykolwiek powziął na własny temat – przekonanie, że z wąsami mimo wszystko nie jest mu do twarzy.

Mózg tego osobnika jest naprawdę zupełnym ugorem ( bo nawet nie rżyskiem),

I co ?  – facet odnosi szalone sukcesy w życiu towarzyskiem.

Inny mój znajomy natomiast jest ekspertem we wszystkim od czarnej magiii demonologii poprzez teatr elżbietański aż do metodyki wywabiania z krawata tłustej plamy,

Był raz zaproszony na weekend jako osobisty gość Dalajlamy,

Innym razem zastąpił niedysponowanego ichneumona w walce z kobrą, a jeszcze kiedy indziej przeprowadził pierwszą w historii udaną podwodną operację trzustki,

I co ? – każda jego opowieść pozostawia mnie w stanie nieopisanej nudy, czczości i pustki.

Co do mnie samego, tak się składa, że los pobłogosławił  mnie wyjątkowym darem snucia refleksji w sposób, który wprawia słuchaczy w fascynację i głębokie przejęcie ,

I z pewnością moi liczni przyjaciele mieliby więcej okazji rozkoszowania się tym moim darem, gdyby pilne sprawy, wzywające ich do domu zawsze w chwili, kiedy wkraczam na jakieś przyjęcie

 

Ogden Nash…. hehehe 

KICZ…

 

Żółty jesienny liść

Tyle mi opowiedział,

Dałaś mi go bez słów,

jednak on dobrze wiedział.

Jesień wszystko odmienia,

Niesie smutek i łzy.

Lecz zawdzięczam jesieni,

Że kiedyś kwitły bzy.

 Żółty liść opadł z drzewa,

Naszych uczuć i marzeń,

Tulę do ust i szepczę,

Że to nie takie proste.

Jesień wszystko zamienia,

Zwiędłe liście i watr,

Miłość moja do ciebie,

Wciąż trwa, wybacz, że trwa.

Garstkę prochu liścia,

Zostawiłaś po sobie,

Garstkę prochu wspomnień,

Porwał jesienny wiatr.

Porwał jesienny wiatr

Porwał jesienny wiatr

Męczarnie z puentą

Ponieważ ostatnie opowiadanie o panu Lajkoniku powstawało tak długo (od deklaracji „zaczynam pisać” do efektu), winienem jestem Czytelnikom słowo wyjaśnienia. Otóż ogólne ramy opowiadania przyszły mi do głowy błyskawicznie, natomiast nad tym, jak zakończyć wizytę pana Ignacego w wielkim biurowcu – głowiłem się naprawdę długo. Ostateczny kształt opowiadania, w jakim (mam nadzieję) mieliście przyjemność je przeczytać, jest efektem kilku poważnych i kilku niepoważnych przymiarek i koncepcji. Trwało to tyle czasu, że aż mnie samego naszła refleksja „jak to możliwe?”.

Refleksja znalazła ujście w formie wiersza, dość jednak nietypowego. W ramach świątecznego relaksu wróciłem do „Fioletowej Krowy” – zapewne znanego wielu z Was zbioru przekładów wierszy poetów anglojęzycznych, przekładów autorstwa Stanisława Barańczaka. w tym zbiorze swoją szczególną urodą zachwyciły mnie utwory Ogdena Nasha (wydane również w Barańczakowej monografii amerykańskiego poety „W świecie mułów nie ma regułów”), o dość dowolnym metrum i niespodziewanych rymach, a w dodatku zawierające właśnie przemyślenia autora na tematy przeróżne. Ta forma tak mi się spodobała, że postanowiłem ją naśladować. Z jakim skutkiem – niech ocenią ci Czytelnicy, którzy dysponują materiałem do porównania.

ROZWAŻANIA NA TEMAT PUENTY W FABULE
WZOROWANE NA ROZWAŻANIACH OGDENA NASHA
PRZEŁOŻONYCH PRZEZ STANISŁAWA BARAŃCZAKA

Nic nie sprawia bardziej, że pisarz jest pogięty, zmięty i niekontenty
Niż fakt, że pisarzowi do zakończenia fabuły brakuje celnej puenty
Chodzi po domu markotny, pod nosem coś mamrocze po cichu
I ani jemu, ani jego żonie – jeżeli ją ma – ani tym bardziej dzieciom, nie jest wcale do
        śmichu.
Albowiem jak to może być, że fabuła pełna, dojrzała, nic, tylko ją zerwać i wbić zęby w
        miąższ,
A tu smak gorzki, bez tryumfalnego zakończenia, jakby za gąszczem wydarzeń
        zamiast zakończenia następował następny gąszcz?
Męczy to pisarza bardzo, gorzej niż ból zęba lub głowy
Że tak niewiele brakuje, aby miał kolejny odcinek albo rozdział całkiem gotowy,
A brakuje tylko zdania lub dwóch, no – najwyżej jednego akapitu
Aby całość ta wyłoniła się niczym w Wielkim Wybuchu nowy Wszechświat z niebytu.
Więc skręca się wewnętrznie i męczy niczym potępieniec
Kombinując, co by tu zrobić, żeby zasłużyć na – ze strony krytyków literackich, nie
         mówiąc już o fanach – na pochwalne pienie.
Każe więc przeżywać bohaterom najbardziej nieprawdopodobne perypetie
I myśli, jakby je tu zakończyć, żeby było to prawdopodobne i jeszcze brzmiało świetnie.
Tak jak James Bond, który po wielkim wybuchu wychodzi z siedziby wroga cały i
         zdrowy,
Mówiąc – do swojej dziewczyny – o czarnym charakterze, zgilotynowanym odłamkiem:
         „Ten to miał prawdziwe urwanie głowy!”
Jest to swego rodzaju ideał, do którego pisarz dąży i wzdycha
A na jego nieobecności cierpi niebywale pisarza soma i psyche.
Ale pisarz pociesza się tym, że ma przynajmniej fabułę, do której musi wymyślić puentę,
Co i tak jest korzystniejsze niż sytuacja odwrotna, czyli koło błędne oraz zaklęte
Pisarza, który ma puentę, ale musi jeszcze wymyślić do niej fabułę!
Nawet sobie nie wyobrażacie, jaką ulgę właśnie poczułem : )
_________

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Lajkonik i wielki zjazd

Pan Ignacy Lajkonik zaraz po Nowym Roku zmuszony był wybrać się do wielkiego biurowca. Z powodu wielu zmian w przepisach, następujących równolegle od pierwszego stycznia, musiał wyjaśnić to i owo z odpowiednimi paniami (dlaczego zawsze paniami? Panów było jak na lekarstwo, nie licząc ochroniarzy, którzy z kolei robili wrażenie, że nie są w stanie ochronić nawet siebie). Dlatego też pan Lajkonik zaparkował swój (nieco porysowany przez pewnego bałwana) samochód w odległości zaledwie dwóch przecznic od celu podróży. Poczytał to sobie za dobry omen i raźno przetuptał odległość, dzielącą go od biurowca.

Do środka wszedł już nie tak raźno. Nie żeby go onieśmielała powaga urzędu, co to, to nie, w końcu miał swoje lata i byle przerwa śniadaniowa czy też imieniny kierowniczki nie były w stanie go przestraszyć. Jednak w wyniku ostatnich decyzji na najwyższym szczeblu, że urzędy mają  oszczędzać, a w związku z tym przenieść się do wspólnych siedzib, olbrzymi biurowy budynek został zasiedlony zgodnie (?) przez mnóstwo urzędów, agencji, delegatur, oddziałów… Słowem, sama tablica informacyjna miała rozmiary nowoczesnej instalacji pewnego znajomego plastyka, który jakiejś bezsennej nocy wyobraził sobie, że przygląda się mu wieżowiec z naprzeciwka, i stworzył dzieło, wielokrotnie potem nagradzane, a zatytułowane „Argos, czyli Stuoki”.

Na sążnistej tablicy sąsiadowały więc między innymi: Urząd ds. Opluskwiania I Odpluskwiania, Instytut Upiększania Rzeczywistości, lokalny oddział Agencji Parzenia Kawy Oraz Herbaty, czy też Samodzielny Referat Obrachunków Wet Za Wet. Trzeci Urząd Skarbowy, do którego kierował się pan Ignacy, też gdzieś tam miał swoją tabliczkę, ale gdyby ktokolwiek próbował ją znaleźć, skończyłby zapewne dawno po godzinach pracy tej instytucji (i innych też). Dlatego lokalny Urząd Pracy w ramach walki z bezrobociem wykształcił i zatrudnił kilka osób, które cały biurowiec znały jak własną kieszeń i były w stanie doprowadzić interesantów w każdy zakątek. Fama głosiła, że od przyszłego roku przewodnicy wyposażeni zostaną w urządzenia GPS i maczety do torowania sobie drogi przez nazbyt bujnie rozrośnięte paprotki.

  

Póki co jednak, pana Ignacego poprowadziła uprzejma młoda kobieta w granatowym uniformie, która chętnie udzielała mu informacji na temat mijanych instytucji, ale niedługo to trwało – już po dwóch przejazdach windami i trzykrotnej zmianie klatek schodowych byli na miejscu. Pan Lajkonik podziękował przewodniczce i grzecznie ustawił się w kolejce podobnie jak on zaaferowanych interesantów, którzy umilali sobie czekanie wymianą informacji. Dzięki temu na połowę pytań znał odpowiedzi jeszcze przed wejściem do pokoju pań z Urzędu Skarbowego, a co do drugiej połowy – łatwiej mu było wyjaśnić, o co chodzi. Dlatego mimo kolejki załatwił wszystko szybko i sprawnie, a pani Zosia tylko raz musiała dzwonić do koleżanki po wyjaśnienie. Pan Lajkonik pożegnał się więc i wyszedł z pokoju.

I wtedy okazało się, że nie ma pojęcia, jak trafić do wyjścia! Pamiętał, że przyszedł korytarzem, wyłożonym burym chodnikiem w zielony szlaczek, ale co było przedtem? Winda czy schody? A jeżeli schody, to które? Te z lewej strony windy, czy te z prawej i nieco dalej? Pan Ignacy wybrał tak, jak mu się wydawało, że będzie dobrze. Niestety, szybko okazało się, że nie jest dobrze. Na próżno wypatrywał Lajkonik kogoś w granatowym uniformie! Co więcej w pewnym momencie zniknęli również inni interesanci i pan Ignacy został sam na korytarzu w gamie brązowo-buraczkowej, nie mając pod ręką żywej duszy, której mógłby zapytać o drogę. Żywej duszy? No, chyba że za którymiś drzwiami…

Pan Lajkonik zatrzymał się niepewnie przed drogowskazem. Dwie strzałki wskazywały w dwóch przeciwnych kierunkach. Na jednej z nich widniał napis „Urząd Celny”, a na drugiej… „Urząd Niecelny”. Pan Ignacy przeczytał obie i nie powiem – zaciekawiła go ta druga. Urzędy celne znał, a jednego celnika nawet osobiście, ale NIEcelny? Zdecydował, że poszuka informacji w drzwiach na prawo. Zapukał, nacisnął klamkę – było otwarte – i wszedł.

Sam nie wiedział, czego się spodziewać po tak nietypowej nazwie – a widok był zaskakujący. Obszerny wspólny pokój wyglądał bardziej jak sala odpraw lotników z drugiej wojny światowej, z tym że między odprawami. No i zamiast rzędów krzeseł stały tam rzędy biurek z komputerami, ustawione koncentrycznie wokół urządzenia, które było dokładną kopią słupa zjazdowego w remizie Straży Pożarnej. Mimo tak nietypowego wystroju urzędnicy wewnątrz nie sprawiali wrażenia specjalnie przejętych. Siedzieli przed komputerami, rozwaleni leniwie w swoich fotelikach. Jeden z nich podniósł oczy i najwyraźniej miło się zdziwił.

– Dzień dobry! Pan tutaj nowy?
– Jaa… W zasadzie jestem… – odchrząknął zakłopotany pan Ignacy.
– Aa, to proszę siadać, rozgościć się. Biurko pan sobie wybierze, o, tu jest wygodnie…
– Ale ja tu nie do pracy, ja zabłądziłem, szukam wyjścia, panie szanowny! – wyjaśnił zdziwiony nieco takim przyjęciem pan Lajkonik.
– Eee, ahaa – powiedział zawiedziony urzędnik – A może jednak zostałby pan u nas chwilę dłużej? Może i nie do pracy, ale tak dla towarzystwa?
To już było tak nietypowe, że pan Ignacy postanowił dowiedzieć się nieco więcej. Usiadł więc na wolnym krzesełku i uśmiechnął się do młodego człowieka, który go zaprosił.
– A co właściwie robi wasz urząd? – zapytał.

Mężczyzna ożywił się, rad z towarzystwa kogoś nowego, dla kogo wszystko w tym miejscu jest świeże i nadzwyczajne.
– Nasz urząd, proszę pana, został utworzony w celu uporządkowania i ułatwienia systemu pragmatyki służbowej i awansów wewnątrzresortowych w świetle polityki public relations Urzędu Rady Ministrów –
Pan Lajkonik potrząsnął głową, lekko oszołomiony – A mógłby pan dać mi jakiś przykład, bo na razie to mocno niejasne.
– Proszę bardzo – rozpromienił się urzędnik – Słyszał pan na pewno o ostanich problemach z PKP? I o tym, że został za to zdymisjonowany jeden wiceminister? No to, proszę pana, jak tylko się zaczęły problemy, ten wiceminister został oddelegowany do ministerstwa właśnie z naszego urzędu! Siedział właśnie tu, gdzie pan teraz!
Pan Ignacy wzdrygnął się nerwowo.
– A nie, nie, niech pan siedzi, proszę pana. Nic się nie stało strasznego, przecież on przeszedł do ministerstwa właśnie w tym celu! Nie rozumie pan? Cała tajemnica kryje się w naszej nazwie: jesteśmy z urzędu odpowiedzialni za wszystkie niecelne decyzje!

Ignacy Lajkonik niepewnie ogarnął wzrokiem pomieszczenie. – I co, tak sobie siedzicie? Przecież to musi być straszne, taka niepewność, w każdej chwili możecie zostać powołani… do odwołania?
– Iii tam – lekceważąco machnął dłonią jego rozmówca – Na tym w końcu polega nasza praca. A co do odwołania… wie pan, jakie premie dostajemy? A odprawy? A dodatek za pracę w warunkach niebezpiecznych dla zdrowia?
– No gdzie tam niebezpiecznych? – zdziwił się pan Ignacy – Przecież sam pan powiedział, że przywykliście?
– To przecież nie za to! – zatrzepotał dłońmi urzędnik – To za to – i pokazał słup do zjeżdżania, stojący pośrodku pomieszczenia.
– A właśnie, po co to? – zaciekawił się pan Lajkonik.
– W naszej pracy, proszę pana, liczą się nieraz minuty – nadął się lekko młody człowiek – Dobra dymisja musi być przeprowadzona precyzyjnie! A zanim dymisja, musi być z odpowiednim wyprzedzeniem awans, więc… Sam pan rozumie, zjazd przez cztery piętra t
o nie przelewki!
– A na którym piętrze jesteśmy? – zapytał pan Ignacy z lekko nieobecnym uśmiechem.
– No właśnie na czwartym! Co pana tak bawi? – zapytał urzędnik, zastanawiając się, czy by się na wszelki wypadek nie obrazić.

Pan Lajkonik nie odpowiedział. Wstał i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Czystym przypadkiem znalazł drogę, którą szybko i sprawnie mógł się wydostać z biurowca.

Wyjątkowo – Post Scriptum

Jak być może niektórzy z Was zauważyli, zdecydowałem się zgłosić mojego bloga (edycję kontrowersyjną) do konkursu Onetu na Blog Roku 2010. W tym konkursie wiele zależy od Czytelników, więc jeżeli uważacie, że warto oddać głos na pana Ignacego – zapraszam. Od 11 stycznia będzie można wysyłać SMSy, a potem jeszcze raz – od 20 stycznia. a potem już wszystko w dłoniach jurorki Grocholi.

  

_________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Raz na ludowo:)

Żył Matysek, nie znał biedy,

Zazdrścili mu ludziska.

Nikt nie myślał, żeby kiedy

Przyszła kryska na Matyska. ( bis)

 

Czarnobrewa cud – dziewoja

Zakochała się w nim skrycie

.Mój Matysku, będę twoja.

Będę twoja cłe życie ( bis)

 

Wtem ktoś inny sypnie grosza

I dziewoi miłość zyska.

A Matysek wziął odkosza.

Przyszła kryska na Matyska ( bis)

 

Ze zgryzoty i frasunku

Zachorował tejże doby.

Przybył lekarz dla ratunku

I napędził trzy choroby( bis)

 

Za recepty i za leki

Wziął ze stajni dwa koniska.

I pojechał w świat daleki.

Przyszła kryska na Matyska ( bis)

 

Na cmentarzu nad kurhanem

Modrzewiowy krzyżyk błyska

A na krzyżu napisane :

Przyszła kryska na Matyska( bis)

 groza 

Liścik…..jak. do Ćmy ?

Pani Agnieszka Osiecka

Warszawa 33

 

Lakoniczna moja !

Uroczo Ty piszesz, ale króciuteńko, może dlatego, że przeważnie na odwrotach.Odwrót z Twoją buzią uśmiechniętą przyprawił mnie o zawrót.

Trochę się zawstydziłem, że zalewam Cię pisaniną niekontrolowaną, i zaopatrzyłem się w papeterię, która ogranicza moja grafmanię Zupełnie się nie martwię, że możemy się znaleźć sami w pokoju, bo mam dokładnie przemyślane każde posunięcie – jestem doskonale przygotowany w domu.Natomiast martwię się o to, czy kiedykolwiek znajdziemy się sami w pokoju. Moje poczucie humoru zupełnie nie koliduje z bardzo  powaznym zapotrzebowaniem na Ciebie nie tylko jako na poetkę..

Myślę, ze i Ty nie będziesz cały czas pękać ze smiechu , ze jesteśmy sami w pokoju.

Przeżartowałem sobie ten liścik, anie chce mi się żartować Paryż to bardzo smutne miasto, Agnieszko bardzo Daleka !

                                                                                               Jeremi

 

 papa 

Śniadanie do łóżka…:)))


….Nowe życie na śniadanie
Pozwól że Cię nim nakarmię
Szczęściem nie bój się nakruszyć
Wypełnijmy nim poduszki…