Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Czas jak rzeka..

SKOWRONKU!!! VIVAT!!! VIVAT!!! VIVAT!!!

 

Serce Twe jest jak klata mała i różowa,

W której paluszkach perła i słowik się chowa.
 
Od perły serce płonie, staje się przejrzyste –
Słowik przez nie spogląda, jak przez szkiełko czyste.
 
I widząc na różowo świat, niebo i ludzi,
Przelewa drżącą perłę w gardziołku i studzi.
 
Lecz jedna perła rodzi pereł coraz więcej,
Coraz ciaśniej jest w sercu i coraz goręcej.
 
Więc łowik z trwogi woła, że świat się zapalił,
Lecz głos mu się w gardziołku perli i krysztali.
 
I języczek jak kropla spada rubinowa
Od pragnienia na poły blada i różowa.
 
I słowik tonąc w perłach gorącego trunku,
Główką boleśnie zgiętą przyzywa ratunku.

Jerzy Liebert

 

 

MURKA


MURKA

Do Odessy przyszła banda aż zza morza,
W niej bandyta, złodziej, szuler -drań.
A za jej wrednymi, ciemnymi sprawkami
Swych agentów słała WCzK!!*

    Ref.    Ech Murka, ty moje mruczątko,
Ech Murka, ty moje kociątko,
Ech Murka, dziewczyno jedyna
Jak jasna kalina!

Była z nami ona, zwaliśmy ją Murka,
Sprytna była, żywa niczym skra.
Najgrożniejsze urki** ufali swej Murce,
Jak rodzona żyła pośród nas.
 
 Ref.    Ech Murka…

Przyszły ciężkie czasy, wciąż wpadali nasi,
Niby swoich nas zaczęli brać,
Jak to szybko sprawdzić, kto nas nagle zdradził,
Żeby mu odpłatę za to dać!
Chcesz czy nie chcesz – czuwasz, może coś usłyszysz.
– Nam na jakieś śledztwa czasu brak!
Nóż musi naostrzyć, a pistolet nabić,
A pistolet nabić  – kto chce żyć!

Ref.    Ech Murka….
 
Szliśmy na robotę, ot! – przyszła ochota
Wypić -my do knajpy, no a tam!
Tam siedziała Murka, a spod poły kurtki,
Spod skórrzanej, sterczał jej nagan!
 – Sluchaj, co się stało, czyś ty oszalała?
Czegóż tobie brakło – powiedz nam!
W sobolowych futrach i blasku klejnotów,
Jak caryca ulicami szłaś!
Witaj, moja Murko, witaj moja miła,
Witaj ten ostatni w życiu raz!
To tyś nas wsypała, to tyś nas zdradziła!
– Za to ołowianą kulę masz!!

    Ech, Murka, ty moje mruczątko,
…Murka… kochana..

….. Murka…. żegnaj….och, Murka…


* WCzK   Wsierossijskaja Czriezwyczajnaja Komissija  (Wszechrosyjska Nadzwyczajna Komisja)
** Urke – złodziej-profesjonalista

WIEDZIAŁEM O TYM LIŚCIE, ALEM TREŚCI NIE ZNAŁ!!

 

Zaporoscy Kozacy do sułtana tureckiego! Ty, sułtanie, diableturecki, przeklętego diabła bracie i towarzyszu, samego Lucyferasekretarzu. Jaki z ciebie do diabła rycerz, jeśli nie umiesz gołą d…ąjeża zabić. Twoje wojsko zjada czarcie g…o. Nie będziesz ty, sukin Tysynu, synów chrześcijańskiej ziemi pod sobą mieć, walczyć będziemy ztobą ziemią i wodą, k….a twoja mać. Kucharzu ty babiloński, kołodziejumacedoński, piwowarze jerozolimski, garbarzu aleksandryjski, świńskipastuchu Wielkiego i Małego Egiptu, świnio armeńska, podolskizłodziejaszku, kołczanie tatarski, kacie kamienieckii błaźnie dla wszystkiego co na ziemi i pod ziemią, szatańskiego wężapotomku i ch…u zagięty. Świński ty ryju, kobyli zadzie, psie rzeźnika,niechrzczony łbie, k…..a twoja mać.

O tak ci Kozacy zaporoscy odpowiadają, plugawcze. Nie będziesz tynawet naszych świń wypasać. Teraz kończymy, daty nie znamy, bokalendarza nie mamy, miesiąc na niebie, a rok w księgach zapisany, adzień u nas taki jak i u was, za co możecie w d…ę pocałować nas!

Pamięci K.K…

Kobieta cierpliwa jest, łaskawa jest.

Sytuacja jesttak do upawienia ( podobno „człowiek z pawiem na kolanie – dowie się że żyje” –pamiętacie?) powszednia, że długo zastanawiałam się, czy ją opisywać. Iniewykluczone, że bym przemilczała, gdyby nie dotyczyła naszego znajomegoportalu. A szerzej: blogosfery en masse. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Typowośćprzypadku polegała na tym, że mąż, zastawszy w łóżku małżonkę z zupełnienieznajomym mężczyzną, chciał nieborak zaakcentować swoje prawa do niewiasty anadto odpowiednio zaprezentować się nieznajomemu. Od wczesnych lat dziecięcychżył bowiem w przeświadczeniu, że kultura obowiązuje zawsze i wszędzie – nie możnajej ograniczać do zamykania po sobie drzwi i takoż po sobie spuszczania wody.

Kierując sięzatem wspomnianą ideą kultury przez duże K wślizgnął się elegancko do własnego,od tej chwili nieco przyciasnego łóżka i  poprosił miłym głosem małżonkę, by go przedstawiła.

Padły nicki,a ponieważ oba dość ogólnikowo charakteryzowały postaci, panowie dopełniliprezentacji wymieniając imiona i nazwiska.

Czyliszablon, który nadal nie zaspokajał męskiej ciekawości i ambicji poznawczych. Zpomocą pospieszyła niewiasta pytając Tego z Lewej ( mąż), czy zna Monikę. Po ustaleniuo którą Monikę chodzi odpowiedź ślubnego zrobiła wrażenie przekonywającej. Odtej chwili nabrano wzajemnego zaufania i konwersacja pomknęła jak … (a samisobie wstawcie ulubioną figurę, trudno mi się zdecydować):

– Nowidzisz, to jest właśnie jej przyjaciel. Aktualny, o ile jestem na bieżąco.

– Aaaaaaa… –skwitował inteligentnie, choć z lekką nutką współczucia, Ten z Lewej(mąż).

– Mhmm… -potwierdził ochoczo Ten z Prawej. 

Wypadało terazprzybliżyć sylwetkę Tego z Lewej(męża) Temu z Prawej (dochodzącemu).Kindersztuba to podstawa, prawda?

Ta w Środku( personalia zmieniłam, bo obiecałam dyskrecję) zagaiła, że małżonek mafunkcyjne nazwisko. Dochodzenie ojcostwa mimo przewlekłego procesu nie byłopomyślne dla dziecięcia i w sądzie wyjednano jedynie stwierdzenie, ze jegoojcem jest milicjant. I tak mu zapisano, po ojcu. W obliczu wichru historii ipowszechnej tendencji do przemalowywania starego na nowe chciał nawet zmieniaćna „policjant”, ale ponieważ w blogosferze wyrobił już sobie dobrą opinię,  pozostawił to uroczo staroświeckie, brzmiącenieco archaicznie miano.

Od momentu,kiedy panowie, dzięki pośrednictwu Tej w Środku, stali sie sobie bliscy,zrobiło się miło i rodzinnie.  Co nieoznacza, że zaprzestali wzajemnej obserwacji. Przeciwnie. Jak jeden zaczynałcałować Tę w Środku w ucho, drugi natychmiast dublował posunięcie całującdrugie ucho i angażując w czynność znacznie więcej śliny.

Widać było,że chłopy ambitne, a to dobrze rokowało.

Niestetyzdarzały się i zgrzyty, bo Raj na Ziemi (Lukrecjo, co u Ciebie?), jak okazałosię po raz kolejny, trwa krótko.

Kiedy zwróciłauwagę Temu z Lewej (mąż), że Ten z Prawej (dochodzący) ssie jej pierśdelikatniej, to tak się mężowi odwinęło, że trzeba mu było przypomnieć iżkobietę pieści się jednak w jakimś celu i dlatego nie bez znaczenia jest, bymogła to wyczuć. Pomagało.

Wiecie,czemu u nas nie obowiązuje w łóżku system trójkowy? Nie wiecie? To wampowiem.

Bo wcześniejczy później kończy się wszystko nocną Polaków rozmową.

I tak też byłow opisywanym przypadku. Panowie, by nie angażować ust, bez resztyzaabsorbowanych konwersacją, ochoczo przeszli do rękoczynów. Zafascynowanidyskusją – od czynu do czynu – przez nieuwagę, roztargnienie lub tryw
ialny brakpodzielności uwagi – nonszalancko demolowali Tej w Środku klatkę piersiową.Byli tak zajęci problemami banowania, zmiany rękawiczek, stałości poglądów,choroby wyższości świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia, juroramiw konkursie na Blogera Roku, że im przez myśl nie przemkło. Co? Że Ta w Środkunie kończy sie na piersiach. Że pozostałe atrybuty ma nie mniej ponętne.

Gnojki.

No ja sięnie dziwię (a Wy zapewne wraz ze mną), że Tę w Środku, z tych nerw, wyrwało złóżka. Definitywnie.

A oni, wferworze wymiany poglądów, nawet nie zauważyli jej, może trochę mało kobiecej,ale jednak zgrabnej sylwetki i urokliwego nosa (wypisz, wymaluj – Quackiego).

Inna sprawa,że jak ja się zapędzę w konwersacji, to też wielu rzeczy nie zauważam. Owszem,nawet płci.

Niemniej takiegoafrontu, jaki spotkał Tę w Środku, to bym nie zniosła.

Z miejsca dajęignora i dzwonię po tego mojego szlachetnie urodzonego.

Kochanychłop. Zasypia momentalnie, a wtedy mogę sobie gadać i gadać.

Nikt mi nieprzerywa, nikt się nie kłóci, nie poucza, nikogo nie obrażam, nikt mi nie grozibanem.

Ja się przynim zestarzeję. O ile jeszcze nie jest za późno.

 

Niebajka o dobrym pustelniku

Ech, nie było we wsi świętszego człeka niż pustelnik Paprycy. Nie gonił za nowościami, nie śledził światowych plotek, do polityki nie ciągnął. Nawet radia nie puszczał – jeno blusy i rokabili ze starych winylowych płyt, co je na sprężynowy adapter nadziewał. I to w naszym dwudziestym wieku! Co gadacie? Że w dwudziestym pierwszym już? Może to być, może.

Miał ci on kawał ziemi, ale pożal się Boże, co to za ziemia – ot, sam piach, sosenek małowiele, strumyczek leniwie i niepewnie cieknący. A on nie dla bogactwa tę ziemię trzymał, nie dla KRUSu, a nawet nie dla unijnych dopłat – a mógłby przecie brać niezłe ojro. Jakimże to cudem, zapytacie? A toć ziemię miał całą w pagórach i magórach jak stary Ciuńdzielak, co to go ze śmiechem „Góralem” przezwali, bo jak orać traktorem wyjeżdżał, to inklinometr wieszał przy kierownicy – a wiadomo, że takim Unia płaci nawet na naszej nizinie, jak tym na Podhalu. Byle góra pochyła, jak trza.

Ale nie Paprycy, o nie, ten jeno w zagrodzie stado kóz trzymał, co to się na wszystkim pożywią, mleko od nich doił, sery sobie sam z niego wyciskał, a i warzywa własne trzymał w ogródku za chatą. Dla każdego uśmiech miał serdeczny, z każdym zagadał, a jakieś takie dobro od niego szło, że nikomu się nie chciało figli mu płatać. No, byli młodzi, co im hormony do łbów walą, przejechali raz bez las, coby z Paprycego sobie żarty postroić. Wyszedł przed chatę, rękę do nich wyciągnął, „Pis, men” powiedział, a wcale nie „pis of” a oni jakosi dziwnie ścichli. Weszli na gumno, pustelnik fajkę zapalił, w krąg ją puścił, zapach słodki a drażniący się rozszedł wokoło – i więcej już Paprycemu młodzi w drogę nie weszli.

Chodziły słuchy, że on sam – chłop w kwiecie wieku, dobrze już czwarty krzyżyk na grzbiecie noszący – za młodu wiele po świecie jeździł, egzekutywem był czy tam innym si i oł, i w góry okrutnie wysokie w Indii zajechał, i na Jamajkę, gdzie też rum przedni pędzą, i nad rzekę Amazonkę, co ponoć jak morze wielka, ale nie wiem, jakby to mogło być. No, słowem człek bywały, z niejednego pieca chleb jadał i z niejednej paczki papirusa kurzył. A z tym dobrem to i tak było – powiadali – że nieraz od chałupy Paprycego blask się niósł przedziwny, a wraz z nim błogość niezmierna i ochota, by ino dobrze czynić. Ale kto by im tam wierzył, pijakom.

Chociaż prawda, że w naszej wsi, od kiedy nam pustelnik nastał, wszystkim jakoś lżej było żyć i weselej, a z czasem i w okolicznych wsiach, w całej gminie i w powiecie, w samym Unyniu. Chłopy mniej pili, na co sarkał stary Poździerz, co w Geesie prywatny sklep miał, że mu piwo i gorzała coraz słabiej i słabiej schodzą. Ale i to przyznać musiał, że mąki, herbaty, kawy i luksusów za to więcej brał z hurtowni, bo baby zadowolone ze swoich ślubnych ciasta piekły na potęgę, żarcie lepsze gotowały i nic im do szczęścia nie brakowało. No a jak starzy sobie z dziobków jedli, to i ich dzieci – w spokoju i zdrowo się chowały.

Aż kiedyś wracał Jędrek od Maciupów nocką bez lasek koło pustelnika . Wiatru nie było, księżyc na niebie wisiał, a Jędrek usłyszał jakie rozhowory, śmiechy, co z chałupy pustelnika się niosły daleko. Ciekawy był chłop, to do okna się podkradł, a tam w środku Paprycy z dziewczyną… to robili, do czego Pan Bóg dziewczyny i chłopaków stworzył. Jędrek czerwony się zrobił, jak cichcem pod okno trafił, tak zaczął cichcem ku wsi dreptać, aż tu z chałupy światło jakieś buchnęło, myślał Jędrek, że pożoga, ale zaraz pojął, że nie, bo go zamiast żaru coś za serce wzięło, aż się zawstydził, że tak podpatrzeć chciał.

Wrócił się Jędrek do swojego obejścia, ale zasnąć czegoś nie potrafił. Wstał skoro świt, wyjrzał na ulicę, a tam wszyscy gospodarze się zbierają, kręcą, sami nie wiedzący, czego chcą. W końcu jeden się w głowę klepnął – Chłopy, a ta nasza droga dziurawa jak sam… Biermy się, dziury zalepimy, wszyskim się bedzie równiej jeździło! Wzięli się do roboty, dziury tłuczonym kamieniem zasypali, beczkę asfaltu któryś przytoczył, rozpalili przy drodze ognisko – nie minęło czasu wiele, a droga załatana była. Siedli se przy drodze i swoją robotę podziwiali, gwarząc o Maryni i jej wdziękach, aż Jędrek – co z nimi dziury łatał – powiedział, co w nocy u pustelnika widział. A opowiadał o tym ze łzami, jakby na spowiedzi, że taki niecnota, co pod cudze okno polazł. Posłuchali, głowami pokiwali… i ucieszyli się, że mają takiego Paprycego, co dobrem się dzieli ze wszystkimi.

Ale przysłuchiwało się temu dwu miastowych, elegancko ubranych, z teczkami, jeden książeczkę malutką wyciągnął i coś sobie zapisał. Poszli potem do Poździerza, a kiedy już pojechali, stary galopem ze sklepu wybiegł i dalejże pytlować; a że to kontrola skarbowa, a że w całym powiecie mniej gorzałki sprzedają i za akcyzę mniej do skarbówki trafia. Pokręciły chłopy głowami, że ta gorzała taka ważna, żaden tego nie wiedział, jak ją pił, a tu proszę – kontrola aż przyjechała. Minęło czasu znowu trochę, lato przyszło nad podziw skwarne i parne, nad chatą pustelnika co i raz się błyskało – czy przy nawałnicy, czy też bez niej, a za każdym błyskiem ludzie się sobie życzliwsi robili.

I tak się życie toczyło i wszystkim było lepiej – póki jednego dnia pod chatę Paprycego dwa auta nie zajechały. Jedno wielkie, czarne, z niebieskimi lampami schowanymi za szybą, a drugie – odwrotnie, białe, ale z krzyżykiem. Karetka, znaczy. Już miejscowi myśleli, że coś się pustelnikowi niedobrego stało, ale nikt się nie spieszył, nie biegał koło chaty, pomocy nie wołał. Tylko trzej w czarnym pierwsi weszli, a za nimi doktorzy z pakunkami. Zabawili tam conieco, kole obiadu pojechali, a zaraz jak tylko zniknęli, z chałupy znowu błyskać zaczęło. Ale nie jak kiedyś, raz i nic, tylko błysk za błyskiem, jakbyś iskry krzesał.

Biło to światło, biło, a ludziska tacy dobrzy dla siebie byli, że aż nadto. Jakby ich co ze zjadaczy chleba w anioły zamieniło! Żeby to całe dobro jakie ujście sobie mogło znaleźć, w końcu się wzięli i tak: popłacili podatki, dochodowe i od ziemi, co to niektórzy od lat zalegali, mandaty, co się ich ani policja, ani windykacja doprosić nie mogli, abonamenty z odsetkami, a kiedy już sami nie wiedzieli, co z tym dalej, wyskoczył młody Kierpca jak z procy i pobiegł na posterunek, samemu z siebie zeznać, że to on wiatę na PKS po pijaku połamał. I wtedy światło z chaty Paprycego zgasło.

Ochłonęli trochę ludzie, odchwycili się i odważyli podejść do pustelni. Najsampierw przez okno zaglądali, potem Jędrek Maciup do środka głowę wetknął, a za nim to już reszta poszła. Leżał Paprycy na legowisku, głowę miał w bandażach, a biegły do niej druty jakieś, od skrzynek, co przy łóżku stały. Sam pustelnik widocznie omglał, bo nie ruszał się, a i oddychał prawie że nie. Zmizerniały był, wychudzony, kości mu wystawały, więc wzięły się chłopy, poniosły go na drzwiach i do drogi, a dalej już autem, co Poździerz użyczył, do Unynia, do powiatowego szpitala. Doktorzy Paprycego zbadali i orzekli, że to skrajne wyczerpanie, że go muszą na łóżku potrzymać, a ile, to się zobaczy.

No i wróciło bez pustelnika stare na naszą wieś, do gminy i powiatu. Jak dawniej, chłopy zamiast co dobrego zrobić, przy piwie albo i gorzałce siadają, jak dawniej baby bez chłopów plotkują, aż się kurzy, jak dawniej młodzi w auta siadają i na drzewach lądują. Z miejscowych nikt nie wie, kiedy Paprycy wróci i czy dalej będzie dobrem siał po ludziach, a Poździerz, co w powiecie bywa, na
pytania ręką macha. I tak to zmarnowało się po raz kolejny dobro, co mogło ludziom posłużyć, a pożytek z tego kto ma? Ano ci, co druty pustelnikowi w głowę powsadzali, bo do nich przecie podatki i inne takie trafiły.

Co najlepiej dowodzi, że prawdę wam tu opowiedziałem, jak w życiu, boć to właśnie w życiu nie trafiają się hepi endy.
_________

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Piosenka z nie napisanej opery

Ktoś obcy kiedyś z konia  zsiadł

  I zanim wyrzekł słowo,

Liliową mojej pani dłoń

  Całował po kryjomu.

 

Ktoś obcy kiedyś stanął w drzwiach

  I zanim wyrzekł słowo,

Rózanych mojej pani ust

  Kosztował po kryjomu.

 

Ktoś obcy kiedyś w ogród wszedł –

  I w ogród biegła pani –

Pod mego pana krzewem róż

   Ręce splatali.

 

A służka odtąd jedwabny ma szal,

   I pierścień i brabanty,

I raz całusa kiedyś ktoś obcy jej dał,

Nim wskoczył na bułanka

 ca 

John Keats

Konkurs na Blog Roku

Szanowni Wyspiarze i Czytelnicy

Jest kilka rzeczy, w które w życiu wierzę. Wśród nich najistotniejszą dla mojego pisania jest wiara w to, że Czytelnicy lubią być zaskakiwani (ja sam lubię). Nie mam tu oczywiście na myśli wyskakiwania z krzykiem zza węgła (dla Czytelników z Poznania i okolic: zza winkla), ale jego blogowy odpowiednik. Jak wyjaśniłem w opisie mojego bloga, lubię żonglować rzeczywistością, układać jej „klocki” w różne kształty, które pod koniec czytania pokazuję ze strony, od której wyglądają zupełnie inaczej niż to wcześniej sugerowałem.

Moim skromnym zdaniem na tym polega dobra rozrywka: (przyjemnie) zaskoczyć czytelnika, sprowokować go do uśmiechu albo przemyślenia paru rzeczy jeszcze raz w innym świetle. Jeżeli to lubicie i jeżeli lubicie, jak ja Was zaskakuję (a wydaje mi się na podstawie dotychczasowych reakcji, że tak : ), poprzyjcie moje pisanie i swoje zaskoczenia w konkursie Onetu na Blog Roku.

Zachęcam również do głosowania na lzis – najpiękniejszą spośród startujących Tutejszych i Kontrowersyjnych autorów, której bloga oceniać będzie Maria Czubaszek w kategorii „Absurdalne i offowe”. Życie bywa absurdalne, a lzis potrafi pięknie to opisać.

W tym samym konkursie udział bierze blog Matki Kurki – Gospodarza Kontrowersji, bez którego nigdy byśmy się nie spotkali. Jeżeli chcecie, zagłosujcie także na niego, nawet jeżeli wydaje się Wam nieco zbyt kontrowersyjny.

Na blog Matki Kurki zagłosujecie, wysyłając SMS o treści C00205.

Na blog lzis zagłosujecie, wysyłając SMS o treści I00031.

Na blog Quackiego zagłosujecie, wysyłając SMS o treści G00482.

Te okrągłe w kodach do wysłania to zera, a nie litery „O”! Wszystkie SMSy należy wysyłać na numer 7122.  Głosowanie trwa do 20 stycznia, do godz. 12:00, a z jednego numeru telefonu można wysłać tylko jeden konkursowy SMS (na dowolną ilość blogów). Potem wszystko w rękach Jurorów.

Pozdrawiam!

Edit: PS. Bardzo przepraszam, ale zapomniałem podać kosztów konkursowego SMSa, już się poprawiam – jeden SMS kosztuje 1 zł 23 grosze.

Jedna nieskazitelna róża

 blee 

 

Ten jeden kwiat mi przysłał na drugi dzień rano :

       Symbol swych uczuć znalazł w rozkwitłej Naturze –

Czysta, wonną, kroplami rosy rozbłyskaną,

       Jedną nieskazitelną różę.

 

O, płatki aksamitne, wiem co mi powiecie:

      Że mi w was przysłał swoje serce – dobrze wróżę?

Znam waszą mowę  – niewraz wręczano mi przecież

      Jedną nieskazitelną różę.

 

Swoją drogą – dlaczego do ciężkiej zarazy,

      Nigdy nie jeden skromny Rolls – Royce lub nieduże

 Ferrari?.Ech, mój losie – ile można razy

     Znieść tę nieskazitelną różę ?

 

 roza ???

Dorothy Parker