Cyceron ganił, karcił i wyszydzał Panetiusa za to, ze zanurzywszy się po dziurki w nosie w materii, nie podał jej definicji i nie dał powąchać audytorium, na czym rzecz polega, ale przesławny orator w księdze O powinnościach sam zapomniał o własnej, jakże mądrej, przezornej, zbawienneji stosownej radzie.. By uniknąć przeto słusznych uwag i zarzytów z powodu popełnienia podobnego błędu, wyzyskawszy opinie, wskazówki, wywody oraz błędy rzymskiego mówcy, nie podejmiemy teoretycznych badań nad pierdnięciem, zanim nie podamy jego prawdziwej i zadowalającej definicji.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Ogólna definicja pierdnięcia
Pierdnięcie, zwnae przez Greków (….), przez Rzymnian crepitus ventris, przez dawnych Saksończyków purten lub furten, przez Niemców Fartzen i przez Anglików fart, tworzą wiatry dobywające się raz dźwięcznie, innym razem bezdźwięcznie.
Niektórzy autorzy, dość ograniczeni i nieuważni, upierają się tępo, głupawo oraz arogancko, mimo calepina i wszystkich innych słowników już napisanych lub do napisania w przyszłości, że pierdnięcie, w scisłym sensie tego slowa, czyli w sensie naturalnym, stosuje się wyłącznie do wiatrów puszczanych hałaśliwie. Podpierają się oni wersetem z Horacego, który nie przedstawia pełnej idei pierdnięcoia:
” Nam disposa sonat quantum Verdica pepedi.”
„Tak głośno pierdnąłem, ze pęcherz zabrzęczał”. Któż jednak wyczuje, że Horacy uzył w tym wersecie słowa 'pedere” w sensie ogólniejszym ? I czyz musiał on głosno objaśniać, że słowo ’ pedere’ oznacza dźwięk nadobny, a nie tylko wybuchowo wystrzelany ?
Saint- Evremond, filozof pożyteczny, przedstawił odmienną od zwyczajowej ideę pierdnięcia. Wedle niego pierdnięcie jest westchnieniem, o czym powiedział kochance, kiedy pierdnął w jej kompanii:
Me serce przepełnione łzami,
Strasznie nabrzmiałe westchnieniami,
Na widok zaciekłości Pani
Westchnienie jedno przemieniło
Tak, że z lęku przed ustami
Przez inny kanał się przebiło.
Pierdnięcie zatem, z ogólnym sensie, jest wiatrem zamkniętym w dolnej części brzucha, pobudzonym, jak sądzą medcy, przez nadmiar wystudzonej flegmy, którą ciepłota łaskocze i odrywa, ale jej nie rozprowadza.
Wieśniacy i wszelka prostota mniema zaś, że pierdnięcie wywołują substancje rozdymające lub pęczniejąca strawa.
Można ponadto zdefiniować pierdnięcie jako ’ sprężone powietrze, które ujścia szukając, przebiega rozmaite partie ciała i wreszcie znajduje pospieszne wyjście, którego przyzwoitość nazwać nie zezwala.
My jednak niczego ukrywac nie chcemy: pierdzi się przez odbyt: wybuchowo lub niewybuchowo.Niekiedy natura nie zmusza do wysiłku, innym razem wyzwolinyprzemienia w sztukę, w narodziny Wenus, w przyjemność, niekiedy nawet rozkosz. Stąd przysłowie : ” Żeby zdrowo długo żyć, trza na wiatry wypiąć rzyć „.
Pod jakimi auspicjami niż Wasze „Sztuka pierdzenia” mogłaby się ukazać ? Czyż trzeba tłumaczyć powody, dla których Wam ją dedykuję ? Już cała publika dobrze wie i rzumie, iż dziełko niniejsze podjęte i ułozone zostało za Waszym przyzwoleniem oraz, żr Karnawał oraz Mięsopust łaskawym okiem spojrza na nie, by służyło ono autorowi za kolasę na drodze ku nieśmiertelności. Któż inny lepiej zresztą niż Wy kolasę taką przysposobić umie, kto lepiej niż Wy potrafi ją docenić?
Winienem przeto chwałę Waszą głosić, Wasze początki od niepamiętnych czasów celebrować oraz historię Waszych słynnych przodków przeniec.Wasze cnoty i talenty winienem wychwalać, które przysłowoiwe już się stały, ale wiedząc, żem niezgraba, nie podejmę sie ryzyka uszkodzenia kadzielnicą tak cennych organów powonienia Waszych Ekscelencji, które także przydadzą się w lekturze tego dziełka.
Z wyrazami najwyżzego szacunku pozostaję uniżonym i najwierniejszym sługą Waszych Ekcelencji.
Do Czytelnika
Doprawdy wstyd, Czytelniku, ze od kiedy pierdzieć począłeś, nie wiesz nawet, jak to robisz i jak to robić powinieneś. Powszechnie się mniema, że popierduje się albo mało, albo dużo, i że w istocie pierdzenie jest tylko grubiaństwem.
Sprawa ta, analizowana przeze mnie rzetelnie, dotąd zaniedbana była wielce nie dlatego, że niegodna uwagi, ale z powodów innych: zdawało się bowiem, ze żadnej metodzie nie podlega, i nowych w tej materii nie poczyniono odkryć . To błąd.
Pierdzenie jest sztuka, a zatem jest w zyciu użyteczne, o czym wiedzieli Likian, Hermogenes, Kwintylian etc.
Znacznie bardziej, niż zwyklismy mniemać, potrzebna jest wiedza, po co pierdzimy.
Pierd, co prózno szuka ujścia mimo,
W furii rozsadza ścianki okliczne
I zgonu nawet może być przyczyną.
Stwardzony bliźni ku kresowi zmierza,
Gdy pierd na czas puszcza, łasce się powierza.
Mozna pieriec przepisowo i ze smakiem, co poczujesz Czytelniku, w dalszych partiach tego dziełka. Nie uda mi się wyrównać braków wiedzy i uszczerbków w badanich dotyczących sztuki, o której głucgo nawet w największych słownikach, nie uświadczysz w nich ( rzecz niesłychana) nawet jej nazwy.
Pryncypia owej sztuki przedkładam przeto zainteesowanym .
Pan Ignacy Lajkonik dopił poranną kawę i spojrzał przez okno. Spojrzał, dodajmy, z dużą satysfakcją, ponieważ krajobraz po drugiej stronie uległ znaczącej zmianie. Zamiast szaroburo, było teraz jasno i lśniąco. Spadł pierwszy śnieg, który wbrew zwyczajowi nie stopniał, tylko urósł w siłę i białym fartuchem przykrył całkiem sporo rzeczy, które składały się na szarości i burości – w tym śmieci, gołe gałęzie drzew oraz psie pozostałości, których dziwnym trafem nie sprzątnęli właściciele, zajęci zapewne dyskusją na temat idei Kanta lub koncepcji teatru Kantora. Samopoczucie pana Lajkonika – i zresztą nie tylko jego – znacznie się poprawiło, mimo świadomości, że wszystko to, co było przedtem w polu widzenia, nadal jest tam, gdzie było, tyle że przykryte. Słońce odbijało się przepięknie od białych płaszczyzn i krzywizn, rozjaśniając widok i ludzkie nastroje.
Ale i tak każdy zareagował na obecność śniegu po swojemu. Starsi ludzie ostrożnie wychodzili z mieszkań i bloków, a potem dreptali małymi kroczkami po alejkach, klnąc pod nosem w miejscach wyślizganych przez młodzież i koła samochodów – oczywiście ze strachu przed upadkiem. Kierowcy samochodów etap przekleństw przechodzili rano, podczas odśnieżania samochodów, zapalania silników (na mrozie nie każdy odpalał bez problemu), a potem w korkach, kiedy dojeżdżali do pracy. Czekał ich jeszcze etap pyskówek, kiedy po powrocie do domu okazywało się, że pracowicie odśnieżone rano miejsce na parkingu wykorzystał sąsiad.
Najlepszą zabawę miały oczywiście dzieci. W drodze do szkoły i ze szkoły nie omieszkały wykorzystać śniegu do improwizowanych pospiesznie bitew na śnieżki. Po południu zaś, kiedy już mogły wyjść na dwór, a mróz nieco zelżał – i łatwiej było z niego lepić kulki, kule i całe zamki – wpadły w szał lepienia bałwanów. Dzieci dysponowały doświadczeniami z zeszłego roku, kiedy to ich nieco starsi koledzy zabawiali się rozjeżdżaniem bałwanów postawionych na boisku swoim samochodem – przynajmniej do chwili, kiedy trafili na bałwana zbudowanego na bazie hydrantu. Dlatego też bałwany strategicznie stawiane były w załomach bloków, przy murkach i innych podwórkowych obiektach tzw. małej architektury.
Całe dziesiątki bałwanów! Zależnie od możliwości autorów były duże – z trzech, a jeden nawet z czterech kul, i małe – z jednej lub dwóch; proste i rzeźbione w guziki, płaszcze i inne wzorki, naśladujące ludzkie ubrania i części ciała. Jedne proste, drugie pokrzywione, bo przecież mama już woła, więc trzeba w pośpiechu kończyć. Całe ze śniegu i takie z dodatkowymi elementami, tradycyjnymi marchewkami w miejscu, gdzie powinien być nos (i nie tylko tam), oczami z kapsli od butelek, dzierżące stare miotły, połamane gałęzie, wyciągnięte spod śmietnika trzepaczki i nawet jedną popsutą rurę od odkurzacza!
A kiedy zapadł zmierzch, zaczęło się: bałwany, zachęcone jakże licznymi przykładami ze świata ludzi, ożyły i zaczęły rozrabiać. Zaczęło się niewinnie – po prostu włączyły się do kolejnej bitwy na śnieżki, prowadzonej przez dzieci. Ale kiedy dzieci zostały skutecznie przegnane z podwórka i przyczaiły się po klatkach schodowych, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie, bałwany rozzuchwaliły się. W pierwszej kolejności zaczęły wywlekać śmieci z kubłów i rozrzucać je po całym podwórku. Nikt nie zareagował, więc zgromadziły się po kilka przy rachitycznych drzewkach, posadzonych na wiosnę i wzięły się za ich łamanie, co z kolei skomentował zgryźliwy staruszek z ostatniego piętra, spędzający całe dnie w oknie. – Słabo! – krzyczał – W piątek wieczór nie takie balangi tu odchodzą!!!
Niestety bałwany zgodnie ze swoją nazwą wzięły to za doping i zabrały się za urywanie lusterek, wybijanie szyb i wgniatanie blach w samochodach. Samochody zareagowały pełnym protestu wyciem alarmów, a na to hasło wyskoczyli z mieszkań ich właściciele, nie tak czuli na wywlekanie śmieci i łamanie drzewek, jak na niszczenie swojej prywatnej własności. Napotkawszy przeciwuderzenie bałwanów, cofnęli się w nieładzie, ale zaraz powrócili, zaopatrzywszy się w pospiesznie wyciągnięte z piwnic łopaty, miotły i szufle do odgarniania śniegu. Zwłaszcza te ostatnie ze względu na swoje przeznaczenie budziły popłoch wśród śniegowego wojska. Ale kiedy bitwa przemieściła się w pobliże śmietnika, niedobrze zaczęło się dziać!
Otóż bałwany poczęły obłamywać z dachu śmietnika długie sople, które zdążyły się tam utworzyć po południowej odwilży i wieczornym ochłodzeniu. I tu sprawa zaczęła być groźna dla mieszkańców – sople, którymi bałwany dźgały w bitewnym szale i których używały do rzucania niczym oszczepów, poczyniły znaczne wyłomy w szeregach lokatorów! Na odsiecz rzuciła się mężczyznom pani Fredzia z koleżankami, chlustające wrzątkiem z elektrycznych czajników. Aliści nieroztropny był to wybór broni, a poczuli to mieszkańcy wkrótce, kiedy wrzątek, poczyniwszy pewne szkody wśród zimnokrwistych napastników, zaczął był zamarzać w wielkich taflach. Ludzie jęli się na nich ślizgać, podczas gdy bałwany, z natury rzeczy środek ciężkości mające sporo niżej, doskonale sobie radziły.
I znów zaczęła się podnosić śnieżna fala, już bałwany ruszyły do natarcia, podczas gdy mieszkańcy skupili się wokół samotnej farelki, wyciągniętej na ogrodowym przedłużaczu przez sąsiada z parteru – ale cóż mogła zmienić jedna farelka, choćby i dwukilowatowa! – kiedy cny pan Ignacy Lajkonik, którego braku autor, porwany batalistycznym szałem, dotąd nie zauważył, a który ruszył był wcześniej do ataku w pierwszej linii, pojął, że nie w sile leży szansa na wiktorię, lecz w sposobie! Ruszył tedy z kopyta do swojego mieszkania, a nie w odwrocie, jak zarzucali mu podówczas niektórzy, ale w poszukiwaniu nowej broni. Zaraz też otworzyło się z trzaskiem panalajkonikowe okno, a z niego dobiegł obie walczące strony – znieruchomiałe z nagła na ten dźwięk – głos, zapowiadający pogodę na najbliższe godziny: „W naszym kierunku zmierza ciepły, niżowy front, który spowoduje opady deszczu i nagłą odwilż. Temperatury od plus dwóch do plus ośmiu, ciśnienie będzie raptownie spadać…”.
Na te słowa załamała się bałwania falanga. Paniczny odwrót, podczas którego kilka powolniejszych śnieżnych pałub zostało stratowanych przez swoich kolegów, zakończył się na parkingu za osiedlem. Bałwany porwały stamtąd TIRa-chłodnię na litewskich tablicach i dzięki układowi z Schengen przejechały nim nie niepokojone prosto w Alpy Bawarskie, gdzie na lodowcu Schneeferner założyły własne państwo Snowenię… ale to już całkiem inna historia.
I wtedy w oknie ukazał się nie kto inny, jak pan Ignacy Lajkonik, w dłoni trzymający mikrofon, podłączony do niedużego wzmacniacza oraz zestawu kolumn! Mieszkańcy runęli ławą, wynieśli pana Ignacego na rękach przed blok i zgotowali mu huczną owację, chwaląc przytomność umysłu i kreatywność na polu walki. Byli mu wdzięczni do tego stopnia, że nie oponowali nawet wtedy, gdy zaproponował im grzecznie posprzątanie pobojowiska. W pobitewnym uniesieniu wszyscy, włącznie z panem Lajkonikiem, zabrali się do pracy. I wtedy zaczął znowu padać śnieg, co pozwoliło kilku mniej entuzjastycznie nastawionym sąsiadom zgarnąć część śmieci na kupę i przykryć zwałem białego puchu… A z kolei sam pan Ignacy, schylony nad miotłą, usłyszał, jak jedno z dzieci państwa Młodzieżyńskich (tak, tak, to tenże sam eks-Krzyżak z żoną!), mówi do drugiego, wyraźnie ubawione – Ty, ale beka była, co nie? I popa, znowu pada. Jutro lepimy te bałwany od nowa, co nie?
Pan Lajkonik westchnął. Zapowiadała się raczej ciężka zima. ___________
Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
[ponieważ mechanizm bloga uparcie nie pokazuje mi filmu w podglądzie, mimo że wkleiłem zgodnie z najlepszą wiedzą, na wszelki wypadek linkuję do źródła – tutaj. Jeżeli więc poniżej nie będzie widać filmu, należy go sobie kliknąć, żeby posłuchać : ) ]
You saw sagacious Solomon Salomon to był światły król, You know what came of him, Co roztropnością słynął w krąg. To him complexities seemed plain. Nie było trudnych pytań dlań He cursed the hour that gave birth to him Lecz on swą mądrość miał za błąd. And saw that everything was vain. Daremnym zwał geniuszu stan How great and wise was Solomon. Ten najmądrzejszy z wielkich król.
The world however did not wait I patrzył na to wierny lud, But soon observed what followed on. I wniosek stąd wyciągać jął: It’s wisdom that had brought him to this state. „Mądrość? Daremny to jest trud! How fortunate the man with none. Ma szczęście, kto nie grzeszy nią”
You saw courageous Caesar next Odważny Juliusz Cezar był You know what he became. Jak skończył, wie to każdy z was. They deified him in his life Za życia czczony był jak bóg, Then had him murdered just the same. Ale gdy ostrza zalśnił blask And as they raised the fatal knife „Ty przeciw mnie?!” już tylko mógł How loud he cried: you too my son! Przed śmiercią krzyknąć z wszystkich sił.
The world however did not wait I patrzył na to rzymski lud, But soon observed what followed on. I wniosek stąd wyciągać jął: It’s courage that had brought him to that state. „Odwaga to nie żaden cud, How fortunate the man with none. Ma szczęście, kto nie grzeszy nią”
You heard of honest Socrates Sokrates – uczciwości wzór, The man who never lied: Nie kłamał nigdy, ależ skąd! They weren’t so grateful as you’d think Lecz zamiast go z wdzięcznością czcić, Instead the rulers fixed to have him tried Wezwali władcy go przed sąd. And handed him the poisoned drink. Trucizny wybrał zdrowy łyk, How honest was the people’s noble son. I tyle przyszło z cnoty mu.
The world however did not wait I patrzył na to Aten lud, But soon observed what followed on. I wniosek stąd wyciągać jął: It’s honesty that brought him to that state. „Uczciwość to do śmierci skrót, How fortunate the man with none. Ma szczęście, kto nie grzeszy nią”
Here you can see respectable folk A tu – szacownych ludzi ląd, Keeping to God’s own laws. Co Boskich przestrzegają praw, So far he hasn’t taken heed. Dbając o własny dom i wikt, You who sit safe and warm indoors Pilnując tylko swoich spraw. Help to relieve our bitter need. I pomóc się nie kwapi nikt How virtuously we had begun. Z tych, co to w gębie mocni są.
The world however did not wait I patrzy na to dzisiaj lud, But soon observed what followed on. I wniosek już wyciągnął stąd: It’s fear of god that brought us to that state. „Takiej bojaźni chce Pan Bóg? How fortunate the man with none. Ma szczęście, kto nie grzeszy nią!” _____________
Jedna z moich licznych kuzynek zainteresowała mnie w tym roku muzyką zespołu Dead Can Dance, której wcześniej – ze względu na nazwę wykonawców, jakoś nie kojarzącą mi się najlepiej – się nie interesowałem. Wśród licznych nagrań, dostępnych online, spodobał mi się powyższy utwór, „How Fortunate The Man With None” – przede wszystkim dlatego, że łączy melancholijny klimat, właściwy tej grupie, ze znaczącym i niezłym tekstem. Postanowiłem go przełożyć, najlepiej w takiej formie, która pozwoliłaby na jego wykonanie do melodii DCD. Nie żebym od razu się rzucał wykonywać. Efekt – powyżej.
Jednak coś nie dawało mi spokoju – po przesłuchaniu wszystkich kawałków składających się na płytę „Into The Labyrinth” rzeczonej grupy doszedłem do wniosku, że tekst utworu całkowicie nie pasuje do reszty albumu. Szybki rzut oka do Wikipedii potwierdził to – „Tekst ostatniego utworu, „How Fortunate the Man with None”, pochodzi z wiersza Bertolda Brechta „Die Ballade von den Prominenten” (1928), przetłumaczonego na angielski przez Johna Willetta; sam Brecht wykorzystał odmienną wersję tego poematu pt.”Salomon-Song” w Operze za trzy grosze (1928, akt III, scena 18) – [do posłuchania w wykonaniu zespołu Young Gods – tutaj – przyp. Quackie] i bardzo podobną pt. „Die Schädlichkeit von Tugenden” w swojej sztuce teatralnej 'Matka Courage i jej dzieci’ (1939).” Aaa, powiedziałem sobie, masz babo placek, już ktoś to przełożył. Ale kto? I jak? Ano według mojej najlepszej wiedzy – Władysław Broniewski, a brzmi to tak – do posłuchania w wykonaniu Agnieszki Fatygi – tutaj .
Jednak jako mól wikipedyjny i generalnie osobnik namolny i skrupulatny w takich sprawach drążyłem dalej: i oto monografia Petera Thomsona „The Cambridge companion to Brecht” (2002) na stronie 109 wyraźnie mówi (o „Operze za trzy grosze”): „Kiedy Brecht ostatecznie dotarł do Berlina 20 sierpnia, dodał do sztuki kilka elementów. Najważniejszymi z nich były cztery ballady Villona, które przepisał prawie dosłownie z wczesnodwudziestowiecznego tomiku przekładów K.L. Ammera; tomiku zawierającego wersje wierszy, które miały się stać jednymi z najwybitniejszych „brechtowskich” piosenek z tej sztuki. (…) Wprost od Villona/ Ammera pochodzą także „Ballada sutenerska” i „Ballada o słynnych”, która została użyta również w „Matce Courage”. Ahaa, a więc nie całkiem Brecht, ale Villon! Co prawda, bliższa analiza zdaje się wskazywać, że ballada Villona była raczej inspiracją niż dokładnym źródłem… Dla Ammera? Dla Brechta? Ale jeżeli Villon, to na szczęście mamy polski przekład Boya-Żeleńskiego – tutaj tekst, z którego przytoczę dla porównania drugą strofę wraz z oryginałem (całość oryginału – tutaj – i ręcznie należy przewinąć do s. 45):
Orpheus, le doux menestrier, Orfeusz, wdzięczny mistrz na fletniey, Jouant de flustes et musettes, Chcąc folgę dać miłosney męce, En fut en dangier du meurtrier Omal nie zginął co naszpetniey Bon chien Cerberus ŕ troys testes; W Cerbera srogiey psiey paszczęce; Et Narcissus, le bel honnestes, A Narcyz, młodzian pięknolicy, En ung profond puys se noya, W studni głębokiey pogrzebany, Pour l’amour de ses amourettes… Przepadł dla iakieyś krasawicy… Bien heureux est qui rien n’y a! Szczęśliw, kto nie zna co te rany!
* * *
Mój przekład jest więc dość specyficzny:
Po pierwsze, stanowi ogniwo w łańcuszku: Villon – Ammer – Brecht – Willet, z rozgałęzieniami od Villona do Boya-Żeleńskiego i od Brechta do Broniewskiego, i jako takie ogniwo przypomina nieco pomysł Tuwima, opisany w jego artykule „Traduttore – traditore” („Pisma prozą”, wyd. 1964, s. 334):
„Zrobiłem kiedyś zabawny eksperyment. Jeden z moich wierszy, jeszcze wówczas nie drukowany, posłałem znanemu niegdyś tłumaczowi J. Michelowi z prośbą, aby go przełożył na niemiecki. Otrzymany przekład pokazałem niezapomnianemu memu przyjacielowi śp. Józefowi Kramsztykowi (był on fizykiem i tłumaczem, m.in. Rilkego) jako oryginalny wiersz pewnego młodego niemieckiego poety, z prośbą, aby ten utwór spolszczył. W ten sposób wrócił do mnie własny mój wiersz – w nowej postaci. (…) Figiel ten można kontynuować dowolną ilość razy, zwracając się oczywiście do coraz innych tłumaczy na niemiecki i polski. (…) Można tę zabawę jeszcze bardziej skomplikować: dać przekład Kramsztyka do przetłumaczenia na rosyjski, potem tekst rosyjski ściągnąć z powrotem do polszczyzny – ten polski wiersz przetłumaczyć na francuski, z francuskiego znów na polski, z nowego polskiego wiersza zrobić przekład na angielski, z angielskiego z powrotem na polski, z polskiego na hiszpański itd. itd. Piękna zabawa! Przypomina to historię pewnego pana nazwiskiem Abel, który pojechał do Ameryki. Tam nazywano go Ebel. Zaczął się więc pisać Ebel. wtedy mówiono mu: Ibel. Pisał się więc Ibel. Wtedy zaczęto go nazywać Ajbel. Więc na wizytówce zjawił się Ajbel, co Amerykanie wymawiali Edżbel. Na wizytówce ukazał się Edźbel… Słowem, po paru miesiącach p. Abel wyjechał z Ameryki jako Mr. Kopstruczumcziwadze.”
Po drugie – uprzejmie proszę pamiętać, że to przekład wersji angielskiej, tłumaczony pod wpływem klimatu utworu Dead Can Dance, a więc ducha Brechta w nim jest niewiele. Villona zresztą też nieprzesadnie : )
Wasz Quackie (od dzisiaj znany również jako Mr. Kopstruczumcziwadze) _____________
Tekst przekładu chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl .Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Miesiąc przeleciał chyżo od czasu, jak Steńka widziała hrabiego Zenona, miesiąc od owej pamiątkowej chwili w lesie dobrojewskim.Dziwna i niepojęta zmiana stała sie w niejod tej chwili. Ona, wesele całego domu,, „Słoneczko”, jak ją dowcipnie przezywał ojciec, stała się dla rodziny obojętną, nieuchwytną, jak jakaś nieodpowiednia zagadka. Co w niej sprawiło tę zmianę, nie wiedziała sama.Snuła sie jak cień filigranowy dawnego słońca po ciemnych, starych komnatach dworku doryckiego, jak głos mogilny puszczyka, jak bielmo własnej prababki .
Nieraz o zachodzie miesiąca stawała w onie, podając białe ciałozimnym uściskom nocy, w białym gieźle i złotym diademie włosów na czubku głowy. Czasem, bywało, uśmiechnęła się z nagła, klasnęła w dłonie i biegła do pokoju matki, gdzie pod łóżkiem stała zakuta skrzynia z kosztownościami rodu. Wtedy zza piersi wyciągała maleńki kluczyk i śmiejąc się cichutko, jak dzwonek, stroiła się w nie do srebrnego miesiąca, czyli księżyca.
Tak ! kochała! – Czuła to teraz wyraźnie, ale co kochała ? Czy to zycie swoje młode, a tak bujne, które oddech jej zapierało, uganiała konno na Rodrygu przez pola i wąwozy ? Czy ten ogród dyszący pod czarną przeponą nocy ? Czy swoje młode, opalowe ciało o aksamitnym glansie ? Czy może włsy swe przepaścisto – miedziano – płowe, które w przegubach i skrętach zwrotnych spływały jej wzdłuż stosu, zakrywając ją niby płaszczem ognia – czy też ? Czy też ? Nie, ona nie może, cóż znowu, przecież jest kobietą, a nie dzieckiem, żeby kochać mężczyznę i do tego jeszcze hrabiego ? – szaleństwo. Nigdy! przenigdy! raczej spalić sie ze wstydu, a potem rzucić w lustrzaną taflę jeziora bladoniebieskiego w lila mgle nocnej – ach, umrzeć , i to raz na zawsze, by nie wstać więcej.
Albo być uratowaną i wybawiona przez miłość Zenona – szeptał jej zły duch w usta.
Precz, czarcie ! – wołała żegnając się z nim znakiem krzyża – Precz !
Nikt by w takich chwilach nie poznała dawnej Steńki, młodego źrebaka, uganiającego konno na Rodrygu przez padoły i kurhany leśne.Wyglądała teraz jak westalka, święta dziewica, pilnująca swego ognia namiętnoci, aby nie zgasł nadaremnie.
Pewnego wieczora, gdy tak stała, kapiąc się w księżycu i we własnych myślach, drzwi skrzypnęły cichutko i do pokoju weszła pani Dorycka obarczona liste.
– Nie spisz jeszcze, Steńku ? A ot ! dobra nowina dla mojego kociaka: wyobraź sobie dziecko, co za honor nas spotyka. Hrabina Kotwicz ma zaszczyt zaprosić nas do siebie na jutro na ogromne polowanie, które urządza z powodu bliskich zaręczyn swego jedynaka z baronówną Świdrypajło. Dziwię się nieco – trzepała skwapliwie – bo panna ani taka ładna, ani nazwisko nie takie piękne, tylko tyle, że straszna bogaczka, a dla tych magnatów pieniądz to czas, to nazwisko, to wszystko.
Ale, Steńku – zatrzymała sie nagle – co tobie, dziecko jedyne? Tyś blada jak ten księżyc zamglony za chmurami, ty mdlejesz! Jezu Chryste ! Ja po doktora !…….
Stefania zapłoniła się aż po białka , a nawet żółtka swych oczu.
– Nie tak gwałtownie, hrabio ! – rzekła hardo – to dziwi, boli i drażni. Ja z panem hrabią rozmawiać nie mogę, pan masz dziwny sposób patrzenia na kobiety, Ja się pana oczu boję, zawsze ich się bałam….ale a propos – zaczęła mówić o czym innym z tym taktem wrodzonym osobom wyższego tonu – czy matka pańska, hrabina Kotwicz, jest w domu, to jest, czy wróciła już z Karlsbadu, gdzie z takim oddaniem i zaparciem się siebie pielęgnowała swą biedną chorą nogę ?
– Dziękuję w imieniu hrabiny za pamięć o jej w rzeczy samej zreumatyzowanej nodze – uśmiechnął się Kotwicz blado – Właśnie od niej wracam, ma się już o wiele lepiej. Ale… ale…. Panno Steńko, maleńka uwaga, tylko proszę się tak na mnie nieładnie nie patrzeć.Czy ja taki brzydki ? Czy ja zbój ? – żartował, z fantazję nasuwając czapkę na bakier, a spojrzawszy na już weselej nadąsany buziak dziewczęcia, ciągnął dalej:
Otóz czy pani wiesz, że znajdujesz się w tej chwili w obrębie mego państwa, a zatem mogę z panią zrobić, co mi się podoba…. O, nie myślałem, że sławny Nemrod da mi dziś sposób zdobycia zwierzyny tak rzadkiej i drogocennej !
Piękna twarz Steńki skurczyła się jak do skoku.
– Zdobyczą pana nie jestem i nie będę – syknęła – a jeżeli chcesz pan zdobywać w tak ubliżający sposób samotną kobietę z porządnego domu, to idź pan lepiej do swoich dziewcząt wiejskich. Tam będziesz hrabia lepiej przyjęty…. Żegnam pana – dowodziła przez zęby, jak zraniony w serce tygrys.Chciała podciąć bułanka szpicrutą i ruszyć z miejsca szalonym kurcgalopem, ale hrabia Zenon chwycił konia mocno przy pysku za cugle i wżarłszy się w nią szponami swych kuszących, czarnych źrenic rzekł ze stłumionym zręcznie skowytem:
– Nie odjedziesz, nie, nie puszczę cię, jedyna, o, choćbym miał zginąć trupem i cały paść martwy pod twe kolana.Ja cię pragnę i pożądam ! – krzyczał martwo, po czym puścił nagle cugle i zdarł ją jakimś nadludzkim wysiłkiemz końskiego siodła. Ale ona wyrwała mu się obcesem z ramion i ruchem młodocianego kota śmignęła mu przez twarz ze szczególnie drwiącym chichotem ostrą jak stal szpicrutą.
– Czy tak ? – uśmiechnął się drwiąco Zenon, ścierając ręką drżącą z nadmiaru wrażeń czerwoną pręgę z czoła. – Gdybyś była pani mężczyzną, wyzwałbym cię natychmiast, ale tak mogę cię tylko jeszcze więcej kochać. O, jakże piękną i godną miłości jesteś pani z tym straszliwym a ponętnym tygrysem w twarzy!
Ale ona już nie słyszała, blada jak chusta do nosa, przycięła konia prętem i poszybowała na przełaj przez pola i jary i tylko z daleka dobiegł ją jeszcze szczęk jakiegoś piekielnego chichotu.
I znów spokojną przyrodę obległa pajęcza nić cichoty, urozmaicona tętentem bułanków polnych.I tylko jako jedyny oddźwięk życia przeleciała przez morze nieba bieluchna chmurka pędzonego w niebyt obłoku.
Wszystko zaczęło się pewnego dżdżystego i wietrznegoponiedziałku (okropność, nie?), gdy kierownik wtruchtał do pokoju numer 4 z lekkąpaniką w swych podkrążonych po ciężkim łykendzie, odrobinę jeszcze zaropiałych oczachi rzucił porażającą nowinę – Skomputeryzująnas!
Zenon o mało się nie zadławił spożywaną właśnie kanapką zboczkiem wyłuskaną z różowego celofanu. Jakby fortuna dała mu znak, że właśniezmienia się jego życie.
Cała akcja przebiegła nad podziw sprawnie – pan Zenek dostałnowy mebel biurowy w kolorze olcha sina, a na wprost pięknych oczu urzędnikastanął on – monitor.
Nasz bohater był sprytnym i pomysłowym chłopakiem, więc dośćszybko odkrył korzyści płynące z komputeryzacji blatu swego biurka. Jakżenieporównanie lżej przychodziło mu teraz pozbycie się natrętnego petenta! Zenonopanował tę sztukę do perfekcji. Najpierw układał fizjonomię w grymas imitującyuprzejme zainteresowanie, które w miarę udzielania przez petenta wyjaśnieńcoraz bardziej przechodziło we współczucie i nienachalnie manifestowaną chęćpomocy, następnie ruchem podpatrzonym u wnuka klikał w parę przypadkowychklawiszy, gapił się z rosnącym zniecierpliwieniem w intrygująco milczącymonitor i oznajmiał z mistrzowsko symulowanym w głosie żalem, że przykro mu,ale system się zawiesił (to też od wnuka) i proszę przejść do pokoju numer 8,pierwsze piętro, drzwi na lewo. Działało bez pudła.
Niestety, inni szatani byli tam czynni – w kierownikawstąpił widocznie jeden z nich i ustami opętanego biedaka wysłał całe biuro nakurs jeszcze zanim zdążyli przeprowadzićspontaniczną akcję dobrowolnej zrzuty na opłacenie usług egzorcysty.Zenon nauczył się wkrótce uruchamiać komputer i ani się biedaczyna obejrzał,jak wpadł w sieć.
Coraz częściej, tłumacząc się połowicy nawałem obowiązków,zostawał po godzinach. Polubił te miłe wieczory, gdy żadna menda nie ładowałamu się do gabinetu zakłócając frywolne pogaduszki z poznanymi na Portalu Randkowymdamami. Ale co to za damsko – męska impreza bez grama dopalacza? Zenon wypijałsetkę w celu rozluźnienia się po ośmiu godzinach ciężkiej, odpowiedzialnejpracy i przystępował do kontynuacji rozpoczętej rankiem i trwającej przez całydzień kulturalnej konwersacji. Stało się to rytuałem, a nasz bohater odkryłniebawem (wspomniałam – chłopak był bystry) że jeszcze bardziej czarujący bywapo dwóch, a nawet trzech setkach. Zenon spożywał coraz więcej, damy szalały.Wkrótce otrzymał od kierownika premię za doskonałe pełnienie obowiązków i mógłwreszcie , nie narażając się na małżeńskie nieporozumienia, nabyć swój komputerosobisty. Portal Radkowy rozkwitł, bo Zenon poświęcał damom także weekendy.
Zwłaszcza jedna przykuła wkrótce rozchwianą uwagę naszego permanentniezawianego czarusia. Urocza, dowcipna, zawsze zgodna. Anioł, nie kobieta. Szybkoosiągnięto konsensus w temacie wymiany adresów mailowych i dama o boskim nickuMaryjka zaczęła przysyłać coraz bardziej płomienne liściki oraz śmiałefotografie różnych szczegółów damskiej anatomii odzianych w fikuśne fatałaszki.A także nie odzianych. Zenon rankiem nie bardzo co prawda kojarzył co i kiedy,o ile w ogóle, odpisywał, ale dama wydawała się być usatysfakcjonowana wymianąkorespondencji. Jednak gdy Zenio otrzymał zdjątko zatytułowane „serce na dłoni”puściły tamy i zalała go fala gorącego uczucia, które zdołało jakoś przebić sięprzez alkoholowe opary i zawładnąć spragnioną ciepła duszą mężczyzny.
Teraz już poszło szybko. Amant, rzutki państwowy urzędnik,wykazał się właściwą dla tej grupy zawodowej pomysłowością i inicjatywą. Wkrótcezwiązek został skonsumowany jak się patrzy (dama deklarowała że mieszka wsąsiednim miasteczku) i nie zwróciło uwagi oczarowanego lowelasa, że prezentowanena zdjęciach wdzięki niezupełnie odpowiadały tym konsumowanym w motelu. Nic to,bo nie ma brzydkich kobiet, a i czilijskiego wina nie brakło.
A szkoda, bo nieco bardziej dociekliwy obserwator łatwozauważyłby, że sfotografowane atrybuty należały jakby do … kilku różnych kobiet?O różnej karnacji? Tuszy?! Wieku?!!
Najnowsze komentarze