Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Lajkonik i dwie oferty

Pan Ignacy Lajkonik obudził się tego dnia nieco później niż zwykle. Wstał z łóżka, w radiu grała muzyka, jak co rano, co akurat było najzwyklejszą rzeczą pod słońcem – radio miało zegar i włączało się samo o określonej godzinie, budząc pana Ignacego. Zaraz, zaraz – pod słońcem? No właśnie nie, ponieważ niebo za oknem wyglądało nie wiadomo jak: raz, że bardziej szaro, a zaraz potem, że bardziej buro. Pan Lajkonik otrząsnął się i skierował w stronę łazienki, kiedy w miejscu zatrzymały go wypowiedziane słodkim tonem słowa – Dzień dobry, panie Ignacy…

„Chwileczkę” pomyślał sobie pan Lajkonik „O tej porze? W moim domu? Słodkim tonem?” – i wtedy właśnie zobaczył, kto do niego mówi, jednym tygrysim susem dopadł szafy, błyskawicznie wyciągnął szlafrok i narzucił go na piżamę, zawiązując pasek w tempie godnym bosmana na portowych zawodach w splataniu węzłów. A wszystko to, ponieważ na kanapie po drodze do łazienki siedziała piękna brunetka w typie Salmy Hayek, ubrana w nienaganną garsonkę, która doskonale eksponowała jej urodę, i uśmiechała się, rzucając tym uśmiechem blask na cały pokój. Reakcja pana Ignacego wcale jej nie zdziwiła, za to w oczach zapalił jej się łobuzerski ogieniek.

Tymczasem pan Lajkonik, szczelnie zawinięty w szlafrok, opanował zaskoczenie i zadał rzeczowe pytanie – Tak właściwie, to kto pani pozwolił… Kto panią tu wpuścił? – a ona, wcale nie przejęta, wstała i wskazała gestem elegancką teczkę z purpurowej krokodylej skóry.
– Zostałam upoważniona do przedstawienia panu wyjątkowej oferty… – otworzyła teczkę, wyciągnęła z niej coś i zgrabnym ruchem zawiesiła w powietrzu pomiędzy nimi. – Proszę – wskazała. – Proszę się przyjrzeć, panie Ignacy…

Pan Lajkonik podszedł nieufnie i przyjrzał się. Na wysokości jego nosa orbitował w powietrzu przedmiot, wyglądający, jak małe, złote jajko Faberge. Im bliżej pan Ignacy się przysuwał, tym większe widział własne odbicie. Z całkiem bliska wyglądało to, jakby zaglądał do tego samego pokoju, niczym Alicja przez lustro na jego drugą stronę. Ale w przeciwieństwie do pokoju po tej stronie, tam było lato, w oknie było widać palmy, które jako żywo nie rosły przed blokiem pana Lajkonika, a on sam, w nienagannie skrojonym garniturze godnym agenta 007 siedział na kanapie, z drinkiem w dłoni, obejmując po ojcowsku towarzyszki dwie, z których jedna… tak, jedną z nich była właśnie imponująca dziewczyna z teczką, która – pan Ignacy aż się cofnął i spojrzał ponad „jajkiem” – stała właśnie koło kanapy w tym prawdziwym pokoju i zmysłowo się do niego uśmiechała.

– No i co to ma być? – zapytał pan Ignacy Lajkonik, nadal zdenerwowany faktem, że w jego mieszkaniu jest ktoś, kogo tam nie powinno być, ale jednocześnie zaciekawiony.
– To, kochany panie Ignacy, jest nowy punkt widzenia, który panu proponuję. Jak pan widzi, jest on całkowicie skoncentrowany na pana potrzebach, tak, aby był pan w pełni usatysfakcjonowany. Ponadto jego wygląd sprawia, że nie powstydzi się go pan w najlepszym towarzystwie, a funkcje dodatkowe… – wyrecytowała całkiem naturalnie brzmiącym tonem brunetka, ale nie było jej dane dokończyć. Pan Lajkonik bowiem zareagował, jak zawsze w takich sytuacjach.
– Po pierwsze, to skąd pani wie, jakie są moje potrzeby? A po drugie – niech się pani nie łudzi, świetnie wiem, że takie rzeczy kosztują, i to nie są pieniądze na waciki! –
– Och, co do potrzeb, to przecież jest pan stuprocentowym mężczyzną – zaśmiała się perliście dziewczyna – A co do płatności, to przez pierwsze życie nie płaci pan nic… Z tym, że po zakończeniu okresu promocyjnego musi pan się zgłosić do naszej siedziby, celem wymianu punktu na nowy –

Pan Ignacy popatrzył na swojego pięknego gościa, któremu w oczach znowu zalśniły płomyki rozbawienia i nagle już wiedział, gdzie się mieści ta siedziba i jak nisko… a raczej głęboko. – Wybaczy pani, ale nie skorzystam – powiedział najchłodniej, jak potrafił – A teraz proszę bardzo opuścić ten lokal. Nalegam! – Brunetka przestała się uśmiechać, zmrużyła lekko oczy, pstryknęła palcami (punkt widzenia tylko świsnął w powietrzu, wskakując do teczki), obróciła się na pięcie i szybkim krokiem, bez pożegnania, weszła prosto w ścianę. Pan Lajkonik, tym razem jakoś wcale nie zaskoczony, zrobił głęboki wdech, potem wydech, i poszedł do kuchni, z zamiarem wypicia porannej kawy i przemyślenia tego wszystkiego.

W kuchni okazało się, że kawa już paruje na stoliku, naczynia z wczoraj są pozmywane, okruszki zamiecione, podłoga zrobiona na błysk, z wyjątkiem kilku kłębków białego puchu, leżących koło taboretu, na którym przycupnęła skromnie ładniutka blondynka w beżowej sukience ze złotawym wykończeniem. Pan Ignacy tylko pokręcił głową. – Miejmy to już za sobą – powiedział z przekąsem – Pani też zjawiła się bez zaproszenia, tak jak koleżanka, drzwi pani nie otwierałem… O co chodzi? Chce mi pani pożyczyć – na przykład zdrowia, szczęścia i pomyślności?
– Nie – odezwała się cicho – Bardzo przepraszam, ale to mój pierwszy dzień w pracy, więc pomyślałam, że trochę panu pomogę… I nic nie pożyczamy. Moja firma daje zupełnie nowy punkt widzenia, o, taki – tu podała panu Ignacemu przezroczystą, szklaną kulę. Ten przyjął ją i drgnął, zaskoczony jej nikłym ciężarem.

Spojrzał w nią pan Lajkonik i… jakoś niczego nadzwyczajnego nie zauważył. Obrócił w dłoni – nic specjalnego się nie stało. Dopiero po dłuższej chwili zauważył, że zwykłe rzeczy, widziane przez kulę, nabierają pewnej świetlistości, transcendencji i niezwykłego wyglądu, a kiedy zerknął na dziewczynę, wyraźnie zobaczył nad jej głową jasny krążek. Milcząc, oddał jej punkt widzenia. – To jak? Zdecyduje się pan? – zapytała nieśmiało. Pan Ignacy potrząsnął głową – A jaka jest umowa? To znaczy, niby wiem, ale jakoś mi się nie chce wierzyć, że to takie piękne.
– Och, proszę, proszę uwierzyć! Czym jest wobec wiecznego życia te kilka…naście czy …dziesiąt lat? A przecież to takie proste, dziesięć punktów w umowie… z podpunktami trochę więcej. Aha, i po odebraniu nagrody będzie miał pan obowiązek od czasu do czasu zaprosić do naszego grona kogoś znajomego, albo nieznajomego. Tak jak ja pana – teraz.

– Nie, proszę pani. Dziękuję bardzo, ale nie – powiedział zdecydowanie pan Lajkonik – To brzmi pięknie, ale ja bardzo nie lubię nic sprzedawać swoim znajomym. A co do punktu widzenia, to mam swój i nie zamierzam go zmieniać. A poza tym, wie pani, umowa z dziesięcioma punktami wygląda bardzo fajnie, ale te podpunkty… Jest pani pewna, że tam nie ma nic drobnym drukiem? I co z serwisem, bo słyszałem, że są skargi? Teraz milczała zakłopotana blondynka, a pan Ignacy pokiwał głową. – Proszę teraz już iść. I błagam, następnym razem nie wpadać bez zapowiedzi.
Drugi gość nie zadał sobie trudu, aby wyjść. Po prostu w jednej chwili blondynka siedziała na taborecie, a w drugim – już jej tam nie było. W kuchni było cicho, jak pietruszką zasiał (od kiedy uprawa maku została zdelegalizowana). Pan Lajkonik wręcz pomyślał sobie, że to wszystko mu się tylko śniło… Ale przecież całe pomieszczenie lśniło czystością, a przed nim stała coraz już słabiej parująca kawa. Uniósł więc filiżankę i upił pierwszy łyk. Od razu poczuł się lepiej, raźno zatarł dłonie i zabrał się za krojenie chleba,
sera i wiejskiej kiełbasy od pani Moniki.

Po chwili popatrzył przez okno. Nie – to zdecydowanie nie był sen. Obie panie, brunetka i blondynka, stały obok siebie na śniegu z wyraźnie kwaśnymi minami. Wymieniły kilka uwag, kręcąc głowami. Potem ta w beżach i złocie podniosła dłoń i pokiwała nią ku oknu pana Ignacego w geście pożegnania. Powiedziała kilka słów, wyraźnie do niego, a on z ruchu warg przeczytał „Jeszcze tu wrócimy…”. – Ci akwizytorzy – pomyślał sobie pan Lajkonik – Znajdą cię zawsze i wszędzie… Ale żeby we własnym domu? Rano? Tak z zaskoczenia??? Po czym dokończył sobie robić śniadanie. A na szafce, obok filiżanki z poranną kawą i fotografii pani Chandry położył własny, wypracowany przez lata punkt widzenia. Stary, porysowany i nieco rozchybotany, ale własny.
__________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Na ustach grzechu…… fragment pierwszy :)

 hehehe 

” Słońce zachodziło niespokojnie tego wieczora, Śląc ostatnie spojrzenie swych promieni na stary bór litewski , który tonął cały w odblaskach mgły złocistej, silnej, wciągając w siebie jej bezmiar tęsknoty wprost dziewiczej.

Cisza była, tylko gdMzieniegdzie, jak echo dnia, który gdzies uleciał ( w powietrze niebytu), odzywały się jeszcze szmery pokrzykujących pastuchów i pędzonego na majdany bydła. Ptaki jednak milczały, chcąc widocznie uszanować tę ciszę, w której Febus na złotym rydwanie pośpiesza w zaświaty.

Wtem zapłakał na gościńcu tętent bułana, który przemienił się wkrótce w wał kurzu. Spoza niego wykwitła niebawem młoda kobieta, uganiająca en carriee wraz z wierzchowcem błękitnej krwi arabskiej. Kłusowała dzielnie, odskakując jak piłka od siodła i zdzierając raz po raz zwycięsko głowę bułanka.Słomiany cylinderekze strusim piórem osunął  jej się w pędzie aż na kark. Falująca aksamitna amazonka okrążała zad dobrotliwego zwierzęcia, ukazując dyskretnie rąbek koronkowej halki. Rusałczany woal obłoczył głowy obojga. Włosy jej w jeździe szumiały. Siedziała wygodnie jak na krześle, giętkie młode piersi usunąwszy ku tyłowi. W jednej ręce igrała cuglami, w drugiej trzymała ledwo rozkwitłą różę, która opędzała sie od zapachu końskiego – Dzięki Ci, Stwórco, że jestem młodą i piękną kobietą – szepnęła, po czym wytoczyła okrągłe, bujne biodro naprzód i przygarnęła je jakimś dziewiczym, wstydliwym ruchem białą ręką ku siodłu. Patrzyła dużymi dziecięcymi oczami , w których bujał błękit czerwieniejącego nieba, gdzieś w dal nieznaną.

Witam panią w Dobrojewie ! – odezwał się tuż koło niejjakiś cichy, wrzący, męski głos.

Obróciła twarz półobrotem w stronę, z której głos dochodził, i oczy jej nieufne natknęły sie niespodziewanie na piękną pieszą postać młodego rasowego człowieka w strzeleckimprzebraniu sportowym, którego twarz ostrzyła się szatańskim usmiechem, a oczy, czarne jak noc poslubna, patrzyły na nią z jakąś wyzywającą słodyczą mężczyzny, który jest pewien swojej zdobyczy, zaś spod małej sportowej czapeczki wygladał jego młodociany wąs koloru lnu.

– Przestraszyłeś mnie pan ! – rzekła odwaznie, osadziwszy zdumionego bułana na zadzie i potrząsając złotą grzywą.

– Czy tak ? – odparł nieznajomy, puszczając niedbale fynfę dymu z cygaretki.

– A zatem pozwoli piękna amazonka, że się jej przedstawię: Jestem hrabia Kotwicz – którego sobie pani zapewne przypominasz z dawnych, starych lat dziecinnych. Pani pojechała het !….. na filozofię, ja bujałem po świecie …. I oto teraz tak niespodziewanie…..O, cieszy mnie to spotkanie. A panią , panno Steńko ?”

Magdalena Samozwaniec

cdn o ile zdzierżymy 🙂

  hehehe 

  

 

PAMIĘCI KALIGULI!

Ja też tak potrafię..:)))

Do Marii Pawlikowskiej….. na urodziny!

 roza O, staroświecka młoda pani z Krakowa !

Strzeż się ! Biskup pieni się i krzyczy : horrendum !

Na łąką wychodzisz nocą po kwitnące słowa,

Tajne czynisz praktyki, aby pachniały ambrą i lawendą.

 

Czy to prawda, że warzysz wrotycz i nasięźrzał

W księżycowej źródłosłownej wodzie ?

Już w to pono synod krakowski wejrzał

I wieść gruchnęła w narodzie.

 

W fiołkowych olejkach i w różanych

Warzysz słowa – hiacynty i słowa -akacje,

W jakim grimoirze, w jakich ksiegach zakazanych

Wyczytałaś owe inkantancje ?

 

Co tak szepczesz słodko w wierszach kolorowych,

Że się lud bogobojny wzdryga?

Ach, na stos cię weźmie mistrz ogniowy,

Quia es venefica et striga !

 

Ćmy czartowskie, powiernice twoje,

Znoszą miód, kwiatom wyczarowany,

A potem barwią się, szumią, pachnną trujące miłosne napoje

W wierszach jak w retortach szklanych.   roza 

 roza Julian Tuwim

ZAPRASZAM:)

  

Skowronku Radosny….dla Ciebie imieninowo :))

 

Spiralny mój pałacyk na różowym lodzie
stoi mocno w zawiejach a drży przy pogodzie –

i ma skośne balkony i krzywe sypialnie
w których śpią żywe dreszcze i sny nietykalne.

Słońce stoi i pod kloszem w najjaśniejszym kącie
a księżyc z okna strychu wystawia dwa końce –

W jadalni przy śniadaniu siedzi śmiech majowy
złote ptaszki fruwają po klatce schodowej

pod oknami na śniegu kwitną śnieżne róże
a chustki od łez mokre suszą się na sznurze.

Motyle ku nim lecą pośród białych harcy
bo chustki od łez szczęścia słodkie są jak narcyz

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


 

Ja też Cię kocham:)***
 

Lajkonik i gość z lodówki

Pan Ignacy Lajkonik – który, nawiasem mówiąc, miał już dosyć, że każde opowiadanie zaczyna się od wymieniania jego imienia i nazwiska („A reszta postaci to co? Proszę może sprawdzać listę obecności jak w szkole, alfabetycznie, jak z dziennika, ale żeby wszyscy byli wymienieni, drogi Autorze!”) – był, jak wiemy, kawalerem. Niektórzy uważali nawet, że starym kawalerem, ale ponieważ starokawalerstwo to bardziej stan umysłu niż stan cywilny, to wypada się z niektórymi nie zgodzić. Był więc pan Ignacy na ogół dość czystym i schludnym kawalerem, zwłaszcza w kuchni, w której lubił podziałać i poprzyrządzać czasem także i wyszukane potrawy.

Problem był w tych dwóch słowach: „na ogół”. Pan Lajkonik zapoznał się z problemem pewnego dnia, kiedy postanowił zrobić porządki w lodówce i w sposób mało nagły, ale dla powonienia dość jednak nieprzyjemny przekonał się, że od jego czystości i schludności bywają niestety wyjątki. Otóż na dolnej półce przyczaiło się plastikowe pudełko do przechowywania różnych różności, a kiedy pan Ignacy je wyjął, okazało się, że ma ono zawartość. Nasz bohater wyciągnął pudełko, otworzył, zaiste po bohatersku, wieczko i omal nie upadł, powalony falą zapachu, jaka wionęła nań z wnętrza. Czym prędzej zamknął pokrywkę, odstawił pudełko na blat koło lodówki i popatrzył na nie podejrzliwie.

Podejrzliwość jednak po chwili minęła, twarz pana Lajkonika rozjaśniła się w błysku zrozumienia, a pamięć, niezawodna, ale też i nie pierwszej młodości, podsunęła mu rozwiązanie: pudełko musiało zawierać porcję francuskiego sera, zakupionego niegdyś hurtowo w podmuchu gastronomicznego szaleństwa, a użytego zaledwie kilka razy w ilościach symbolicznych jako dodatku do zapiekanek, zup (francuska cebulowa z roztopionym serem, palce lizać) czy też po prostu kanapek. Po niedługim czasie pan Ignacy znalazł inną kulinarną inspirację, ser został więc zapakowany do pudełka i odstawiony na czarną godzinę. No i właśnie nadeszła, kiedy z wnętrza pudełka rozległo się delikatne, ale stanowcze pukanie!

Pan Lajkonik zdębiał. Zaczął nawet wypuszczać liście i zapuszczać korzenie, ale opamiętał się w porę i delikatnie otworzył pudełko, z tym że zanim to zrobił, zdążył jeszcze chwycić klamerkę do bielizny i zatkać sobie nos. Powoli, delikatnie podniósł pokrywkę i zobaczył, że zamiast sera w środku spoczywa coś, co wygląda jak stereotypowy Obcy z filmów SF. Bryła zielonkawej materii patrzyła na pana Ignacego wodnistymi oczami, a on patrzył na nią, nie wiedząc, co powiedzieć. W tej sytuacji istota zdecydowała się powiedzieć coś jako pierwsza.

– Dzień dobry – powiedziała bulgocącym głosem.
– Dddzień dobry – wyjąkał pan Lajkonik,  nie zapominając mimo zaskoczenia o dobrych manierach – Czym… kim jesteś? – dodał, bo ciekawość jednak wzięła górę.
Zielonkawy zmarszczył miejsce, które wypadało u niego ponad oczami. Efekt był taki, że pan Ignacy zaczął się zastanawiać, czy na wszelki wypadek nie stanąć bliżej kuchennego zlewu. Ale obca istota przemówiła:
– Właściwą wszystkim inteligentnym stworzeniom metodą dedukcji ustaliłem, iż musiałem wyewoluować drogą wewnętrznego samodoskonalenia i cierpliwej filtracji komórek z substancji, którą wy nazywacie serem. Czy mógłbyś na pewien czas pozostawić mnie na zewnątrz tego oto pomieszczenia – tu czymś w rodzaju nibynóżki istota zastukała w ściankę pudełka – abym mógł w pełni doświadczyć wszystkimi dostępnymi mi zmysłami nowych głębi wszechświata, który tak niespodziewanie przede mną otworzyłeś?

Pan Lajkonik zgodził się pospiesznie, ponieważ zapach zaczął przebijać się już nawet przez spinacz, a nawet poszedł istocie na rękę (na nibyrączkę?), wystawiając pudełko z lokatorem na balkon, aby umożliwić mu poznanie jeszcze większych głębi. Korzystając z faktu, że po wyniesieniu pudełka i pozostawieniu otwartego okna można było wreszcie zdjąć z nosa klamerkę, pan Ignacy chwycił za telefon i na dobry początek połączył się z lokalnym komisariatem Policji. Co mu tam powiedzieli, nie wypada powtarzać, ale wiadomo, że odpowiedź zaczynała się od porady, aby pan Lajkonik zaczął ograniczać spożycie alkoholu (w nieco innych słowach), a dalej było tylko gorzej. Siny z irytacji pan Ignacy zadzwonił z kolei do Inspekcji Sanitarnej. Tam z kolei po chwili ostrożnej ciszy dyżurna pani inspektor zapytała, czy były ser stwarza dla otoczenia zagrożenie epidemiologiczne, na co pan Lajkonik po zastanowieniu odparł, że chyba nie. Pożałował tego w tej samej minucie, ponieważ pani szybciutko powiedziała „A to nie do nas z tą sprawą”, pożegnała się i odwiesiła słuchawkę.

Pan Ignacy poskrobał się nieco bezradnie w głowę. Usiadł do komputera i znalazł numer polskiego oddziału organizacji SETI, czyli Searching for Extra-Terrestial Intelligence. Bardzo miły i pełen zapału młodzieniec wysłuchał całej historii, po czym zapytał, czy wspomniany ser pochodził może z innej planety? A może chociaż, hehe, z Księżyca? Nie, odpowiedział pan Lajkonik, ze sklepu, a dalej to ponoć z Francji. Aaa, to w takim razie będzie pan uprzejmy zwrócić uwagę na naszą nazwę – „Extra-Terrestrial” oznacza „Pozaziemskie”, a ta istota najwyraźniej jest całkiem ziemskiego pochodzenia. – Jedyne, co mogę panu zaproponować – ciągnął niezwykle poważnie młody człowiek – to stworzenie własnej organizacji – Searching for Intra-Refrigerator Intelligence, SIRI. Już na starcie będzie pan w o niebo lepszej sytuacji od nas, przecież pan odnalazł w swojej lodówce inteligentną istotę! Pan Ignacy zakończył tę rozmowę dość nieuprzejmie, ale też i nie było mu wcale do śmiechu! Jak zadbać o takie stworzenie? Czym je karmić? Jakie warunki mu zapewnić? Jak mu najlepiej okazać gościnność?

Na takich rozmyślaniach zastał pana Lajkonika jego siostrzeniec, przybyły tym razem nie na pomidorową i w ogóle nie w celach kulinarnych, ale dla podtrzymania wuja na duchu po wyjeździe pani Chandry. Karol w pierwszej chwili przestraszył się, że panu Ignacemu zaszkodziła samotność, ale po przedstawieniu sobie byłego sera zrozumiał, zachwycił się i po chwili wpadł na znakomity pomysł. – Wujek, ja mam tam koło nas taką znajomą mleczarnię – rozwijał przez panem Ignacym swoją koncepcję – Zawiozę go do nich, tam już będą wiedzieli, co z nim zrobić!

Jak powiedział, tak się i stało. Ser o znacznej zawartości inteligencji został przetransportowany do lokalnej mleczarni w pobliżu domu pani Moniki, po drodze zachwycając się każdym mijanym widokiem. Prezes mleczarni zatrudnił go na stanowisku konsultanta ds. produkcji i w krótkim czasie mleczarnia zawojowała rynek serów w Polsce, Europie i na świecie, a serowarzy z Francji, Holandii i Szwajcarii pielgrzymowali do Polski, żeby poznać serowego geniusza. W końcu kto lepiej wie, co najlepsze dla sera, niż sam ser? A jeżeli jeszcze potrafi o tym sensownie opowiedzieć, no to sukces murowany. Wszystko szło jak najlepiej, a ser – dla którego, nawiasem mówiąc, naukowcy znaleźli nazwę gatunkową Caseus magnus sapiens – odkrył pewnego dnia Internet. Od tej pory po godzinach pracy zawzięcie surfował, wypowiadał się na forach, a nawet założył własnego bloga. Zatytułowanego „Uśmiechnij się do sera!”.
_____________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk
tylko za zgodą autora.

Ćma

Autor/Autorka/AutorzyJ „Dłoni” –  Quackowi w odpowiedzi na tekst „Lajkonik itrudna decyzja”

Budziła się zawsze bardzo wcześnie, o szarym brzasku.Zaczynała dzień od patrzenia na śpiącego obok męża – na jego profil, policzek,tył głowy… Pół roku po ślubie zrozumiała, że to jednak nie jest On – mężczyzna jejżycia, więc co rano poświęcała chwilę na bezlitosne wpatrywanie się w jegostarzejącą się z roku na rok twarz dobrodusznego poczciwca. Zmarszczki na czole,nalane policzki, szadź na włosach, coraz głębsze zakola na skroniach.  Każdego ranka – przez całe miesiące,kwartały, lata, dekady. Tak było do niedawna.

Leżała w łóżku gapiąc się bezmyślnie na zielonoamarantowybukiet storczyków poprzetykanych jakimś nie znanym jej zielskiem oświetlonyciepłym blaskiem stojącej obok lampki. Patrzyła próbując desperacko odtworzyć wmyślach tamtą swoją radość  zprzedwczoraj, gdy Jan wkroczył zamaszyście do ich wspólnego gniazdka niosącprzed sobą ten olbrzymi pęk kwiatów w jej ulubionych barwach. Ale kolory corazbardziej rozmazywały się w oczach. Jak akwarela, gdy przypadkiem rozleje się naniej zbyt duża kropla. Niecierpliwie otarła policzki starając się nie pociągnąćnosem zbyt głośno, nie chciała żeby ją usłyszał. Zostawiła go w tej kuchnisamego tłumacząc się sennością. Nie zdziwił się, zrozumiał, że ona nie jest wstanie towarzyszyć mu codziennie do szarzejącego za oknem świtu, kiedy tokochali się nieco pośpiesznie, bo chociaż on kładł się spać, ona musiała juższykować się do pracy.

Z kuchni dobiegał od czasu do czasu delikatny brzęk szklankiodstawianej ostrożnie na marmurowy blat stolika. Dół brzucha bolał ją jak w tetrudne dni, bolały piersi i uda, cała była jednym kłębkiem mięśni napiętych woczekiwaniu. Nigdy by się nie spodziewała, że pragnienie może boleć takdosłownie i fizycznie. Przez dwadzieścia lat małżeństwa w ogóle nie wiedziała,że można pragnąć mężczyzny.

Wyczulone zmysły zarejestrowały cichy dźwięk otwieranejlodówki, sekwencję kolejnych odgłosów znała już na pamięć – kostki loduuderzające o grube dno szklanki, bulgot brandy, ciche „puff” zamykanej lodówki,chwila ciszy, delikatny, podwójny brzęk szkła stawianego na kamiennym blacie… Którato już tej nocy? Czym prędzej odpędziła złą myśl. Nie trzeba liczyć.

Wróciła pamięcią do listów Jana, do swojej dzikiej radościna widok migającej na monitorze ikonki sygnalizującej nadejście maila, dowyznań, do marzeń.  Powtarzała w myślachsłowa wierszy, które pisał dla niej przez cały ten rok, zanim zdecydowali sięna pierwsze spotkanie. I oszaleli dla siebie, po wakacjach wyprowadziła się odmęża i zamieszkała w przytulnej kawalerce, którą Jan własnoręcznie dla niejumeblował, którą opłacał. Przyjeżdżał w każdy weekend, a niedługo wprowadzi sięna stałe. Nie zawsze rozumiała co do niej mówił i pisał, ale wszystkie jegomaile znała na pamięć, powtarzała teraz w myślach jak mantrę: „…kocham, pragnę,szaleję, tęsknię, jedyna, najdroższa…”

Tak, na pewno ją kocha tak, jak ona jego, powinna byćbardziej tolerancyjna, przecież wie jak mu ciężko, opowiadał o tym u terapeuty.Ten palant wyrzucił ich wtedy każąc wrócić dopiero, gdy Jan zdecyduje się oddaćmu  wszystkie poukrywane w zakamarkachsamochodu butelki brandy. Sama była oburzona tym pomysłem – jak można takbeztrosko szafować cudzym dobrem? Tyle kasy!

Niby specjalista a nie zrozumiał, jak bardzo Janowi jesttrudno. Nie docenił, że się stara. Tylko dla niej. Dlatego to ona poda mupomocną dłoń. Przytoczyła wtedy kochankowi myśl wyczytaną w jakiejś kobiecejksiążce – miłość jest najlepszym terapeutą. Pochwalił, że jest mądra i dodał,jak bardzo on ją za to kocha. Dlaczego więc nie przychodzi teraz do łóżka?Pewno czeka, aż ona zaśnie, nie chce jej budzić po nocy, kochany jest.

Te lęgnące się od czasu do czasu niedobre myśli to jej wina.Jest zaborcza, chciałaby go zmienić w kilka miesięcy, a przecież ma na to całąresztę życia. Powinna okazać tylko więcej cierpliwości i dać mu więcej ciepła.

Pobiegła myślami do syna. Ciekawe, czy Piotr zaliczył jużten ostatni egzamin, rano zadzwoni do męża i zapyta. Od kiedy jej wychuchany,wypieszczony jedynak przestał odbierać telefony od niej, tylko za pośrednictwemmęża mogła dowiadywać się jak mu idzie na studiach.

Musi się trochę przespać, za trzy godziny będzie jużwychodziła do pracy. Gdyby nie ciało napięte w oczekiwaniu, miałaby pewnieszansę na odrobinę odpoczynku . Myśl o synu ukoiła ją trochę, ból zelżał.Wierzyła, że kiedy Piotr dojrzeje, zrozumie ją i zaakceptuje jej decyzję. Już wpółśnie zrozumiała, że niepotrzebnie się martwi, że przecież wszystko się jakośułoży. Najważniejsze, że jest wreszcie szczęśliwa.

Oswój mnie…..

…..Wtedy właśnie zjawił się Lis.

 – Dzień dobry – rzekł Lis.

 – Dzień dobry – odparł grzecznie Mały Książe, który odwrócił się , lecz niczego nie

zauwazył.

 – Tutaj jestem – rzekł głos – pod jabłonką.

 – ktoś ty ?  – spytał Mały Książę – Śliczne z ciebie stworzenie.

 – Jestem lisem – rzekł Lis.

 – Chodź, będziemy się bawić – zaproponował Mały Książę.Jest mi tak smutno.

 – Nie mogę bawić się z tobą – rzekł Lis – Nie jestem oswojony.

– Och! przepraszam – wykrzyknął Mały Książę.Ale po namyśle dodał – Co to znaczy 

„oswojony”?

 – Nie jestes stąd – zauważył Lis – Czego tu szukasz ?

 – Szukam ludzi – rzekł Mały Książę.

–  Co to znaczy ” oswojony „?

 – Ludzie – – rzekł Lis – mają strzelby i polują. To denerwujące! Hodują także 

  kury.To    jedyne, co w nich może zainteresować.Szukasz kur ?

 – Nie – rzekł  Mały Książę – Szukam przyjaciół. Co to znaczy ” oswajać „?

– To rzecz, która poszła w zapomnienie – rzekł Lis. – to znaczy ” tworzyć zwiążki”.

– ” Tworzyć związki ” ?

Oczywiście – rzekł Lis – Jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, takim samym, jak sto

tysięcy innych małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. A ty nie potrzebujesz mnie.

Dla ciebie jestem po prostu lisem, jak sto tysięcy innych lisów. Ale jesli mnie oswoisz,

będziemy siebie wzajemnie potrzebować.Ja stanę się dla ciebie jedynym na świecie.

……………………………………………………………………………………………………………………

 – Proszę cię bardzo, oswój mnie – powiedział

 – Bardzo chętnie – odparł Mały Książę  – Ale nie mam wiele czasu.Muszę poznać  

  bardzo wiele rzeczy i odnaleźć przyjaciól.

 – Tylko rzeczy oswojone  nadają się do poznania – rzekł Lis – Ludzie nie dysponują 

  już wystarczającą ilością czasu, zeby cos poznać. Kupują gotowe wyroby u

  sprzedawców, a poniewaz nie ma sklepówz przyjaciółmi, ludzie już ich utracili. Jeśli

   pragniesz mieć przyjaciela, oswój mnie !

  serce 

Antoine de Saint – Exupery