Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

ŻABA….

 
       

Niech was nie dziwi ten mój tekst,
Bo jest w nim prawda stara;
Szedł raz pijany gość przez las,
Okropny jak poczwara.

Tak sobie szedł i śpiewał w głos
Farura raba daba,
Nagle się na nim zjeżył włos:
Na drodze była żaba.

Żabisko wstrętne – co tu kryć,
Okropność do potęgi:
Te żabie oczy, żabi pysk,
Potworne żabie zęby.

Wędrowcze – zaskrzeczała mu –
Ulituj się nade mną,
Nie pytaj – proszę – jak i co,
Lecz Ty się ożeń ze mną!

Zgłupiałaś Stara – odrzekł Gość –
Ty mi tu nie truj nogi;
Samego siebie mam już dość,
Bom brzydki i ubogi.

I w tym jest błąd – Kochany Mój –
Odparła mu dość grzecznie –
Zbyt trzeźwo patrzysz na swój los,
A trzeba żyć „bajecznie”.

Bo w bajkach często zdarza się,
Że brzydki ktoś i stary,
Po przedzierzgnięciu zmienia się
Zupełnie nie do wiary.

Więc ja ci proponuję tak:
Najpierw się pobierzemy,
Później mnie weźmiesz pod swój dach
I tam się przedzierzgniemy.

Dziś można stwierdzić, że ich ślub
Był słusznym przedsięwzięciem:
Piękną królewną Ona jest,
A On uroczym księciem.

Więc morał pierwszy – cały świat
Jest tego całkiem pewny:
Każda kobieta w sobie ma
Coś z żaby, coś z królewny.

Zaś morał drugi – każdy chłop,
Tak młody, jak i stary,
Natury obie w sobie ma:
I księcia, i poczwary.

Więc Drogim Paniom życzę szczęścia
U śpieszę z taką radą,
By jak najczęściej być królewną,
A ja najrzadziej żabą.

No a zaś Panom prawda ta
Niech się dewizą stanie:
Trzeba się starać księciem być,
By poznać miłe panie.

Dziąble….. i to już koniec bajki :)

 hehehe                                                V

 

Dopłynęli tak zgodnie poprzez Morze Zachodnie

              Na ląd pełen miasteczek i siół;

A tu nabyli Sowę, Ryż i Torcik z Żurawin,

Sprzęt do Wydobywania Ofiar spod Śnieżnych  Lawin     

             I dwa ule doborowych Pszczól .

I kupili też Świnię, parę Rajskich Papużek,

Oraz Orangutana (tak swym wdziękiem ich urzekł),

Czterdzieści flakoników Perfum „Rozkosz Fryzjera”,

Wreszcie, ma się rozumieć, krąg Limburskiego Sera,

              I flaszeczkę Nalewki z Ziół!

 

                         Daleko stąd jest taki ląd,

                               Skąd się Dziąble wywodzą obficie;

                         Zielona ich skroń i niebieska ich dłoń,

                               A w Dal Siną jeśli płyną, to w Sicie.

 

                                                        VI   

   

Gdy w dwadzieścia lat potem przypłynęli z powrotem,

                    Poprzedzani wrzaskami mew,

Każdy, kto ich zobaczył, wołał :”Ależ urośli!

No tak, byli u Jezior…przeszli cały Szlak Ośli

Od Nachalnych Wzgórz do Wrednych Stref!”

Z drożdży pierwszej jakości zagnieciono więc Knedli

I na Bankiecie wszyscy pili i jedli,

W mówili: ” My także kiedyś, przy Należytem

Stanie Zdrowia, musimy ruszyć w taki rejs Sitem

         Do Nachalnych Wzgórz i Wrednych Stref ! „

 

                         Daleko stąd jest taki ląd,

                                 Skąd się Dziąble wywodzą obficie;

                         Zielona ich skroń i niebieska ich dłoń

                                 A w Dal Siną jesli płyną, to w Sicie.

                                                                                     brawo  brawo  brawo 

Edward Lear

Lajkonik i wróżba

Pan Ignacy Lajkonik szedł sobie alejką na skraju osiedla, cały w skowronkach, mimo że była już mocno zaawansowana jesień i większość tych przesympatycznych ptaków dawno odleciała. Alejka wiodła wzdłuż szpaleru topoli, które na jesiennych wyprzedażach zaopatrzyły się w przecenione sukienki z poprzedniego sezonu i teraz żółkły z zazdrości, ponieważ wszystkie wyglądały tak samo. Jedna topola, szczególnie złośliwa, obsypała alejkę kupką mokrych liści, ku której właśnie zmierzał rozanielony pan Ignacy. Jak przystało na rozanielonego, głowę miał wysoko w chmurach, nic więc dziwnego, że nie zauważył pułapki… i w tym momencie prawa noga pojechała daleko do przodu, podczas kiedy lewa niebezpiecznie się ugięła – a pan Lajkonik mimo desperackich wysiłków wylądował z impetem na mokrym asfalcie.

Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest i co się z nim dzieje. Kiedy znowu mógł skupić wzrok, zobaczył, że krajobraz naokoło jest taki sam, ale jakby nieco inny. Rozglądał się, zaskoczony, aż wreszcie dostrzegł różnicę: drzewa, liście, płoty, a nawet osiedle w tle błyszczało własnym światłem. Dokładnie w momencie, kiedy to dostrzegł, całe światło, rozproszone zrazu, skupiło się jakby w jednym, jasnym krążku. Krążek ten, przypominający zajączka, jakiego puszczają lusterkiem dowcipne dzieci w oczy nadjeżdżającym kierowcom, drgał i tańczył w jednym miejscu, ale kiedy pan Ignacy nieco ociężale podniósł się z mokrego asfaltu alejki i stanął na nogi – zaczął skakać w miejscu, zupełnie jak pies, który chce zachęcić kogoś do pójścia za sobą.

– Czyżby mały Timmy wpadł do studni? – mruknął do siebie pan Lajkonik, po czym uważnie rozejrzał się, kto to może puszczać zajączka. Jak okiem sięgnąć, nie widział nikogo, więc bardzo się zdziwił. Okna w tych kilku blokach, jakie było widać z alejki, stały ciemne i puste. Tymczasem krążek światła skakał do przodu, a potem wracał do pana Ignacego, który prawie słyszał jego wołanie „Za mną! Za mną!”. Pan Lajkonik wzruszył ramionami i podążył za upartym światełkiem. Wyraźnie się ucieszyło i poprowadziło go wzdłuż alejki, skręcając jednak od razu pomiędzy topole. Szedł pan Ignacy po trawniku, szedł zarośniętą dróżką pomiędzy kałużami, szedł koło kępy brzóz, których nigdy wcześniej nie widział w tym miejscu, aż zaszedł przed chatkę. Dziwna to była chatka, nie żeby od razu na kurzej łapce… ale wydawała się panu Ignacemu jakaś nierzeczywista. Jej drewniane ściany chwilami drgały jak obraz na starym telewizorze, chociaż drzwi wyglądały bardzo solidnie.

Krążek światła wskoczył na klamkę i podskoczył na niej kilka razy. Pan Lajkonik posłusznie wyciągnął dłoń i nacisnął starą, spatynowaną rączkę z kutego żelaza. W tej chwili poczuł, jakby pod nim wystartował ruchomy chodnik, i sam nie wiedząc, kiedy, znalazł się we wnętrzu chatki. Wyglądało ono przytulnie, a pod ścianami i na półkach piętrzyło się pełno przedziwnych rekwizytów. W przyćmionym świetle małej nocnej lampki pan Ignacy mógł dostrzec między innymi afrykańskie maski z kokosów i mahoniu, czarną kulę bilardową wielkości piłki do siatkówki, czy też małego, srebrnego słonika, stojącego na niedużej komódce. Pod ścianą siedział bardzo elegancki, żywy szczur, z cylindrem na głowie, patrzący na pana Ignacego z godnością przez monokl. Nieco dalej, wśród cieni widniało coś, co wyglądało jak głowa wyścigowego konia, przybrana laurowym wieńcem. Obok, na półce, leżała butelka, która kryła we wnętrzu – na ile pan Lajkonik mógł dojrzeć – bardzo starannie wykonany model żaglowca.

Wszystko to powoli odjeżdżało w tył, a pan Ignacy przesuwał się ku centralnemu punktowi chatki, którym wydawał się być rozłożysty pluszowy fotel z bogato rzeźbionymi podłokietnikami, stojący przy niskim, okrągłym stole. Za stołem siedziała nieduża postać, zakutana w ciemny płaszcz, na głowie miała ciemny kapelusz, a na nosie – okulary, zza których błyskały mądre oczy. – Pani jest… czarownicą? – zapytał nieco zdezorientowany Lajkonik.
– Nie, szanowny panie Ignacy, wiedźmą – powiedziała uroczyście wiedźma.
– O, widzę, że pani mnie zna?!? – zdziwił się jeszcze bardziej szanowny pan.
– Proszę pana – uśmiechnęła się wiedźma nieco pobłażliwie – czy zastanawiał się pan kiedykolwiek, skąd się wzięło słowo „wiedźma”? Otóż pochodzi ono od słowa „wiedzieć”. Wiem o panu wszystko, czego potrzebuję.
Pan Lajkonik zastanowił się chwilę – A jak to się ma do ochrony danych osobowych?
Wiedźma lekko się skrzywiła – Proszę mi wierzyć, że mam wszelkie uprawnienia w tym względzie. Ale nie po to pana tutaj zaprosiłam. Zdecydowałam się mianowicie przygotować pana na to, co się panu niedługo zdarzy. Chciałby pan przecież wiedzieć?
Pan Ignacy szeroko otworzył oczy – A wie pani, że niekoniecznie… Ale skoro już u pani jestem, to słucham. Jak to w ogóle możliwe?

Wiedźma tymczasem przechyliła się w bok i z widocznym wysiłkiem wyciągnęła skądsiś dużą kryształową kulę, zanim pan Lajkonik zdążył zareagować, zerwać się z fotela i pomóc kobiecie dźwigać ciężki przedmiot. Ustawiła ją na stole, przetarła bawełnianą szmatką i kliknęła dwa razy podłączoną do niej myszką. – To komputer? – upewnił się pan Ignacy – Cóż za oryginalna obudowa…
– Nie – odparła sucho wiedźma – to oryginalna kula do wróżb, model czeski na niemieckich kryształach, późny Rudolf II, początek siedemnastego wieku. Mysz to tylko drobne ułatwienie –
i pan Lajkonik siedział już cicho. A wiedźma zaczekała, aż kula połączy się z położoną w arystotelejskiej kwintesencji siecią, zwaną stąd właśnie Eternetem i zaczęła wróżyć:
– Widzę pana… W sztuczkowym ubraniu, śpiewającego kuplety z „Kabaretu Starszych Panów”… A nie, przepraszam, to zakłócenia, prawdopodobnie od herbaty z sokiem malinowym… Proszę jej tyle nie pić… No dobrze, widzę pana za szkłem… To portret prezydenta? Nie, to jakaś ściana ze szkła… Widać gałąź… To jakaś weranda?
– Oranżeria! – wyrwał się pan Ignacy – To znaczy, że jednak ją zbudują? To świetnie!
– Nie przeszkadzać! – zgromiła go wiedźma – No i masz, cała wizja przepadła. Moment, a to co?
Z boku kuli wysunęła się podłużna paczka. Wiedźma nieufnie podniosła ją do światła, po czym rozpromieniła się. – No proszę, spontaniczna materializacja! To do pana! Proszę to rozpakować za dwadzieścia cztery godziny, a teraz już do widzenia!

Pan Lajkonik wziął od niej paczkę, popatrzył z niedowierzaniem na gruby szary papier, na którym widniało jego imię i nazwisko, nie napisane, ale jakby wypalone za pomocą słońca i lupy. Kiedy podniósł wzrok, chcąc zapytać, co dalej, aż achnął. Siedział na kupie mokrych liści, w alejce nieopodal osiedla! Już, już miał się bez przekonania zaśmiać z własnych urojeń, kiedy jego wzrok napotkał trzymaną w ręku paczkę. Pan Ignacy Lajkonik bez słowa wstał i podążył dobrze znaną dróżką w kierunku bloków.

Zadzwonił do drzwi pani Chandry z myślą, że od razu opowie jej o tym, co go spotkało w topolowej alejce (no właśnie, czy tam go to spotkało? Czy gdzieś indziej?), ale kiedy otworzyła mu drzwi, wiedział już, że coś jest nie tak. Chandra była niezwykle – jak na siebie – blada i milcząca, wszedł więc i usiadł, oczekując raczej niemiłych wieści. A ona zaczęła mówić:
– że właśnie dostała wiadomość z Indii;
– że zmarł
jej prawuj, którego prawie nie znała;
– że był on wziętym biznesmenem, ale niestety nie wiadomo dokładnie, co po sobie pozostawił;
– że strasznie jej przykro, ale jako jedna ze grona spadkobierców musi lecieć do Indii, dowiedzieć się, kto i co odziedziczył, a potem uporządkować sprawy;
– i że nie będzie jej w Polsce przez dłuższy czas.

Pan Lajkonik słuchał i z każdym słowem coraz mocniej rozumiał, że będzie się musiał z panią Chandrą rozstać na dłużej, a na myśl o tym rozstaniu czuł, jakby w środku z hukiem spadały mu wielkie, ciężkie pudła. Pożegnali się tego wieczoru prawie we łzach – ona musiała się spakować, a on nie chciał przeciągać pożegnania. Zostawiła mu klucze do mieszkania („Pamiętaj, podlewaj bauhinię – i dopilnuj, jak będą budować oranżerię!”), a potem zadzwoniła do niego jeszcze z lotniska – że wróci tak szybko, jak tylko się da.

Kiedy następnego dnia osowiały pan Ignacy siedział na własnej kanapie, przypomniał sobie o tajemniczym pakunku, otrzymanym u wiedźmy. Poszedł do przedpokoju, wygrzebał paczkę spomiędzy starych gazet i dłuższą chwilę siedział, wpatrując się w nią nieżyczliwie. W końcu podjął decyzję, sięgnął po nóż do papieru i jednym ruchem rozciął opakowanie. Spojrzał – i parsknął nieco histerycznym śmiechem. Trzymał w dłoniach doskonale mu znane wydanie powieści Juliusza Verne’a z 1959 roku, z ilustracjami Daniela Mroza – „500 milionów hinduskiej władczyni”.

  

_________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Ludzka ograniczoność

 co?  

Znam pewnego solutnie ciętnego sobnika,

Nie intro – i nie ekstra -, zaledwie wertyka;

O ciętnych podobaniach, roście,nętrznym glądzie,

Teligencji, tałceniu oraz topoglądzie.

 

Gdy ten gomość ciętnością swą jest pośledzony,

Ja sam szalanckim  gestem mykam w regiony

Wyższe – niosą mnie wórczej mej obraźni skrzydła,

Którym obce ajdany, neble i ędzidła ..

 

David McCord 

 

 

Chwyt moralnie uzasadniony?

 

Starszy pan dzwoni z Phoenix do swojego syna w NY i mówi:
– John, przykro mi jeśli zepsuję Ci dzień, ale muszę Ci coś powiedzieć. Twojamatka i ja postanowiliśmy się rozwieść. Doszliśmy wspólnie do wniosku, że 45lat to wystarczająca ilość czasu i nie ma co się więcej ze sobą męczyć.
– Ale tato! Co Ty opowiadasz!?
– No niestety, ale już nawet patrzeć na siebie nie możemy, a zresztą nie chcemi się nawet o tym gadać, więc może Ty zadzwoń do swojej siostry, do Chicago ijej o tym powiedz – stwierdził ojciec i odłożył słuchawkę.
Syn cały przejęty dzwoni szybko do siostry:
– Mary, nasi starzy chcą się rozwieść!
– Co?? O nie, nie pozwolę na to! Dzwonię do nich – kończy rozmowę i dzwoni doPhoenix.
Odbiera jej ojciec, ale Mary nie dopuszcza go do głosu tylko woła:
– Tato! Nie możecie się rozwieść! Nie róbcie nic dopóki mnie tam nie ma. Zarazdzwonię do Johna i jutro u was jesteśmy. Wszystko wspólnie sobie wyjaśnimy i napewno będzie dobrze. Tylko nic nie róbcie bez nas! – po czym się rozłącza.
Ojciec odkłada słuchawkę, odwraca się do swojej żony i mówi:
– Zrobione, będą na Wigilii, tylko co wymyślimy na Wielkanoc?

Z wielką przyjemnością:)

"Opowieść o mnie i doktorze Freudzie…."

  sceptyk 

Opowieść o mnie i doktorze Freudzie jest powszechnie znana – mówi mój dziadek.

– Zakochaliśmy się w tej samej parze czarnych butów, stjących w witrynie tego samego sklepu z obuwiem. Na nieszczęście sklep był wiecznie zamknięty. Na drzwiach pojawiały się tabliczki ZGON W RODZINIE albo WRACAM PO OBIEDZIE., ale można było czekać nie wiem jak długo, a nikt sie nie pojawiał i nie otwierał sklepu.

Pewnego razu przyłapałem przed witryną doktora Freuda: wpatrywał się w buty z bezwstydnym podziwem.Przeszylismy się nawzajem ostrymi spojrzeniami, a potem każdy poszedł w swoją stronę i nigdyśmy się nie spotkali.

 papa 

Charles Simic

 

STATECZKU, WYBACZ!!!

   

…Już nie mów nic, Ty stary wiesz,
Że sen zbyt długo trwał nie będzie,
A droga, którą trzeba przejść,
Przez najtrudniejsze ścieżki wiedzie
Najtrudniejsze ścieżki …

…..Chciej morzu podarować wiersz,
Chciej morzu podarować wiersz,
Ostatni wiersz, ostatni
Bo to jest nasz ostatni rejs,
Bo to jest nasz ostatni rejs,
Nie ,nie ostatni!!!

Lektura jest dobra na wszystko!

Dzień dobry, dobry wieczór.

Mam znajomą, obecnie rezydującą dość daleko, więc kontaktujemy się przez sieć. Nie byłoby w tym nic interesującego, gdyby nie to, że koleżanka ta (jak Senator już wie, bo wspominałem w dialogu z nim tutaj, na forum) lubi doszukiwać się u siebie objawów przeróżnych chorób. Nb. jej możliwości w tym względzie zwiększyły się znacznie, od kiedy ma dostęp do Internetu. Doszukuje się niesłusznie, ale biorą się stąd przeróżne ciekawe sytuacje, takie jak ostatnio.

Otóż koleżanka ta stwierdziła nie tak dawno temu podczas internetowej wymiany zdań: „Miałam zamiar mieć grypę (albo nowotwór krtani), ale mi przeszło, całkiem niepostrzeżenie, bo się zaczytałam i zapomniałam o objawach.”. Na co ja marzycielsko zareagowałem: „Żeby tak się ze wszystkim dało zrobić, ludzie leczyliby się w czytelniach : )”.

A potem to już samo poszło, bo koleżanka zaczęła wyszukiwać lektury odpowiednie dla poszczególnych chorób, a ja dzielnie jej w tym sekundowałem. Bardzo szybko zdaliśmy sobie sprawę, że może być z tego niezła zabawa. Specjalnie dla Was powybierałem z tej wymiany zdań co celniejsze tytuły i zastosowania, wymyślone przez nas oboje:

Na grypę i alergię – „Katar” Lema,
Na zapalenie krtani – „Nie ma się z czego śmiac” Hellera
Na słowotok – „Słownik synonimów”
Na samotność – książka telefoniczna województwa pomorskiego
Na nadmierną potliwość „Pachnidło”,
Na bolące korzonki – „Panny z Wilka” Iwaszkiewicza
Na brak szczęścia w kartach – „Powrót króla” Tolkiena
Na zoofilię – „Lassie, wróc!”,
Na kardiomiopatię – „Serce roście” Kochanowskiego
Na megalomanię – „Trudno być bogiem” Strugackich.
Na łysienie – „Myśli nieuczesane” St.J. Leca
Na omamy słuchowe – „Głos Pana” Lema
I absolutne panaceum na jąkanie się – „Całe zdanie nieboszczyka” Chmielewskiej
A w ramach antykoncepcji – „Pięcioro dzieci i coś” E. Nesbit

Zaraz po zakończeniu zabawy pomyślałem sobie, że warto by podać ją dalej – co myślicie? Ma ktoś dalsze wskazania i tytuły? : ))) Zapraszam!

Jakież to dziwne…..czyli powtórka z rozrywki :)

 hahaha 

Choćbym radości rosą wciąż się zraszał,

             Choćbym wilgocią łez drzwi duszy paczył.

Nie cieszę się, jakem nieraz ciaszał,

              Ani nie płaczę, jakem niegdyś płaczył.

 

O, bachanalie, balie i batalie

             Młodości! Nieba , gwiazdę moją zgaście !

Kto z Placka Życia wydłubał Bakalie,

             Temu dziś Pustka zieje z Dziur w tym Ciaście. buuu 

 

Thomas Hood Młodszy

w przekładzie St.Barańczaka