Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Dziąble..cd

 hehehe 

                                               III

Naturalnie, że w łódce mokro było już wkrótce

            Woda ciekła przez dno wszerz i wzdłuż;

Zeby więc nie zmoczyć nóg (bo chorób stąd szereg)

Owinęli je schludnie w woskowany papierek,

           Na agrafkę zapięli, i już.

Noc pędzili bezpiecznie, bo schronili się w słoik;

Każdy rad był, że z niego taki mędrzec i stoik.

I spiewał:” Choć rejs długi, chociaż chmury gęstnieją,

Żaden z nas sie nie boi i nie żegna z nadzieją

             Kiedy Sitem prujemy toń mórz !”

 

                 Daleko stąd jest taki ląd

                          Skąd się Dziąble wywodzą obficie;

                 Zielona ich skroń i niebieska dłóń,

                          A w Dal Siną jeśli płyną, to w Sicie.

 

                                                 IV

Na pieniącej się fali całą noc żeglowali,

             I noc całą w tonacji B-dur

Taką piosnkę nucili przygrywając na gongu

Aż się na widnkręgu ( dla rymu : widnokrągu)

          Zjawił zarys Tabaczkowych Gór.

” O Timbamballo! Co tam huraganu ryk dziki!

Nam wystarczy to Sito i ten Słój na Pierniki,

I będziemy płynęli w bladym blasku księżyca

Póki nas nie zatrzyma zarzucona kotwica

           W cieniu słynnych Tabaczkowych Gór !”

 

                         Daleko stąd jest taki ląd,

                                  Skąd się Dziąble wywodzą obficie;

                          Zielona ich skroń i niebieska dłoń,

                                   A w Dal Siną jeśli płyną to w Sicie.

Edward Lear

wg St. Barańczaka  brawo 

cd możliwy 🙂

 

                                   

 

                

 

BĄDŹ ZNÓW CHOC PRZEZ CHWILĘ WŚRÓD NAS..



     W me milczenie niech nie wierzy nikt,
Bo gdy nawet zabraknie mnie już,
 Nie odejdę ot tak, w szarą ziemię, o nie!
Ja nie w nią, ale w swą pójdę pieśń.

Jabłoń jesień spotyka co rok,

Gwiazdy płyną na ziemię we śnie,
A gdy piosnkę radosną z was ktokolwiek zanuci,
Ja ożyję gdy zabrzmi jej śpiew..

Zbudzę się z mego wiecznego snu,

Spojrzę w niebo z uśmiechem – i cóż
 Tchnieniem wiatru powrócę, kruszkiem śniegu powrócę,
W echu pieśni znajdziecie mnie znów.

Spadnie z nieba ciepluteńki deszcz,

 Liście będą na wietrze znów drgać
I dopóki na ziemi ludzie będą się kochać,
Wierzcie mi – będę stale wśród was!

Ku dolinom strumyczek niech mknie

I słowików rozlegnie się trel,
Kocham życie i skromne moje wszystkie piosenki
 Wam i jemu śpiewałem co dzień…….
           
 …….W me milczenie niech
nie wierzy  nikt,
          Bo gdy nawet zabraknie mnie już,
          Nie odejdę ot tak, w szarą ziemię, o nie!
         Ja nie w nią, ale w pieśń pójdę znów…….

Joe..


…
…I gdybyś nie istniała,
Myślę, że znalazłbym
Tajemnice i sens życia,
Po prostu by Cię stworzyć
I by Ciebie oglądać.

Potęga prasy

Dwaj chłopcy grali na jednej z ulic Toronto w uliczny hokej.Ni stad, ni
zowąd, pojawił się rozżarty pitbull i rzucił się na jednego z grających.
Drugi bez namysłu wsadził swój hokejowy kij w obrożę psa i używszy całej
swojej siły, skręcił mu kark. Będący na miejscu reporter lokalnej gazety opisał
wydarzenie, przeprowadził wywiad i zapisał tytuł sensacyjnego wydarzenia:
„ Kibic Toronto Maple Leaf ocalił swojego przyjaciela zabijając rozżartego
psa ludożercę”.
Widząc to chłopak powiedział:

-OK, tylko ze ja nie jestem fanem Male Leaf- Reporter niecosie zdumiał i napisał nowy tytuł: „Kibic Blue Jay
ratuje swojego najlepszego kumpla z kłów wściekłego psa”.
Chłopak popatrzył na to i mówi:

-Cóż, nie jestem również kibicem Blue
Jay…-Dziennikarz, mocno juz skonsternowany, pyta:

-No dobra, skoro nie kibicujesz ani tym, ani tym, to komu?
-Crvenej Zvezdzie Belgrad- odpowiada chłopak.
 
Na drugi dzień, w gazecie, pojawia sie artykuł pod tytułem:

„ Serbski sadysta morduje z zimna krwią czworonożnegoprzyjaciela rodziny”

Lotna kaczka

Do baru wchodzi kaczka. Wskakuje na krzesło i mówi dobarmana:
– Setę i śledzika!
Barman zaskoczony podaje kaczce gorzałę i śledzika, kaczka wypija, wciągaśledzika i mówi do barmana:
– Słuchaj stary, jestem majstrem-murarzem na budowie opodal tego baru i przezjakiś czas będę tutaj wpadał około 15.00 na wódeczkę i śledzika… Pomyśl nadjakimś małym rabacikiem…
Tego samego dnia barman zadzwonił do zaprzyjaźnionego dyrektora cyrku:
– Janek! Nie dasz wiary! Przychodzi do mojego baru kaczka, która mówi ludzkimgłosem, pije gorzałę i wciąga śledzie…
Dyrektor chcąc zobaczyć to na własne oczy przyszedł do baru przed 15.00, siadłprzy stoliku i czeka. W drzwiach pojawiła się kaczka. Wskakuje na krzesło imówi ludzkim głosem do barmana:
– Jak zawsze: wódeczkę i śledzika proszę… Jak tam? Przemyślałeś sprawęzniżki?
Do kaczki w tym momencie podchodzi dyrektor cyrku i mówi:
– Chcę pana zatrudnić! Jestem dyrektorem cyrku…
– Zaraz, zaraz… cyrku?
– Tak, panie kaczko, …cyrku
– Cyrk… hmmm… cyrk… to taki wielki namiot?
– Dokładnie…
– Z takimi drewnianymi ławeczkami?
– Właśnie.
– Z taką okrągłą arenką z piachem i trocinami?
– Oczywiście!
– W takim razie na co panu murarz?!

Dziąble

 hehe              I

Wypłynęli na morze zwykłym Sitem, o Boże,

        Popłynęli Sitem w siną dal !

Wbrew przestrogom Przyjaciół (Rodzin też, oczywiście),

Rankiem ósmego grudnia, w wyciu wichru i świście

         Popłynęli Sitem w siną dal !

A gdy Sito się dziko kolebało na fali

Wołano im z brzegu:”Wyście powariowali”

Oni tak odkrzyknęli:”Nasze Sito nieduże,

Ale niech się wypchają huragany i burze –

My płyniemy Sitem w siną dal!”

 

                         Daleko stąd jest taki ląd,

                                       Skąd sie Dziąble wywodzą obficie;

                           Zielona ich skroń i niebieska ich dłoń,

                                       A w  Dal Siną jesli płyną, to w Sicie. 

                          II

Odpłynęli więc  w morze w swym kuchennym przyborze,

             Odpłynęli w noc chmurną, bez gwazd,

Pod groszkowozielonym kretonowym żagielkiem,

Przywiązanym przemyślnie sznurowadłem niewielkiem

             Do łyżeczki służącej za maszt.

A kto widział z nadbrzeża wyjście Sita z przystani,

Lamentował ” To obłęd, istny szał, proszę pani ,

Podróż długa przed nimi, a tu chmury gęstnieją:

Kto żegluje na Sicie, niech się żegna z nadzieją,

             Gdy pioruny bić zaczną szast – prast !”

 

                            Daleko stąd jest taki ląd.

                                  Skąd się Dziąble wywodzą obficie: 

                          Zielona ich skroń i niebieska ich dłoń,

                                  A w Dal Siną jeśli płyną to w Sicie.

 

Edward Lear

cdn jeśli Wyspiarze zechcą  hahaha  

                            

Lajkonik i długość dziobu

Pan Ignacy Lajkonik pospiesznie ruszył w kierunku drzwi. Ktoś za nimi raz po raz dzwonił, pukał, i tak na zmianę, a pukanie było tego kalibru, że nieco bardziej wrażliwy lokator mógłby uznać je za łomotanie, zadzwonić pod numer 997 (albo i 112) i zgłosić próbę włamania. Pan Lajkonik jednak wyszedł a) z założenia, że do niego nie ma po co się włamywać, oraz b) z pokoju do przedpokoju, uznawszy, że ktosiowi za drzwiami się po prostu spieszy.

I rzeczywiście – za drzwiami stał zdyszany i spocony siostrzeniec pana Ignacego, Karol, zwany również Koperkiem. Jego wuj w pierwszej chwili pomyślał sobie, że Karol przynosi jakieś niewesołe wieści, ale rzut oka na uśmiechniętą od ucha do ucha fizjonomię studenta przekonał go, że jest wręcz przeciwnie. – Wejdźże, właśnie wstawiłem wodę na herbatę… –
– Wujek… dzięki… – wydyszał Karol – Ale ja tylko… na moment… komórka mi padła… więc przyleciałem… bo… wzięli mnie do kadry!
– Ooo! Gratulacje! – wyraził podziw pan Lajkonik. Już od pewnego czasu Karol starał się dostać do wioślarskiej osady swojego Uniwersytetu, która trenowała ciężko przez cały rok, aby zmierzyć się w wyścigu ósemek ze sternikiem z załogą Politechniki. Koperek ćwiczył  na tak zwanych maszynach eliptycznych, podnosił ciężary na siłowni, biegał i pływał, aż dostał się na listę rezerwową, a teraz – najwyraźniej – do pierwszego składu.

Pan Ignacy zaprosił siostrzeńca do pokoju, mimo że ten się wymawiał – chyba chciał biec z nowiną dalej, do Pauliny. Wuj – jak to dobry wujek – domyślił się tego oczywiście i zaproponował, że zamiast dalszego biegania Karol może przecież skorzystać z wujowego telefonu, wystarczy tego treningu na dzisiaj… Młody człowiek skwapliwie złapał komórkę, opowiedział o wszystkim swojej piękniejszej połowie, a potem jeszcze zadzwonił do swojej mamy, wobec czego pan Lajkonik stwierdził, że też zamieni z panią Moniką kilka słów. Okazja była przednia, więc obaj panowie siedzieli i rozmawiali jeszcze długo w noc…

Kiedy Karol ochłonął nieco, zwierzył się wujkowi z obaw. Regaty, w których miał reprezentować Uniwersytet, były przedwojenną tradycją, która jakimś cudem była kontynuowana również po wojnie i przetrwała aż do XXI wieku. Wzorowane na słynnym „Boat Race” – regatach Oxford-Cambridge na Tamizie – stanowiły jedno z najważniejszych wydarzeń w sportowym życiu miasta, a rozgrywane były pomiędzy mostami Behrendta i Zadnim, na Zajzajerce, większej rzece, do której wpadała płynąca koło osiedla pana Ignacego Berbeluszka. Zwycięska drużyna paradowała w chwale przez resztę roku, podczas Juwenaliów odbierając z rąk prezydenta miasta klucze do jego (miasta) bram, a jej członkowie cieszyli się niebywałym poważaniem zarówno pomiędzy kolegami, jak i kadrą naukową. Nic więc dziwnego, że na wioślarzach ciążyła ogromna odpowiedzialność, a Karol właśnie zaczynał sobie ją uświadamiać.

– Można wam jakoś pomóc? – zapytał współczująco pan Ignacy.
– No nie wiem – kręcił się niepewnie Karol – Wiesz, wujek, wszystko jest w porządku, kondycję mamy mniej więcej równą, ale jest jedna rzecz, może miałbyś jakiś pomysł… widzisz, siła, sprawność to nie wszystko, tu się liczy jeszcze zgranie! Ja przecież dopiero co się dostałem do składu…
– Hmm – zamyślił się pan Lajkonik – Nic mi nie przychodzi do głowy, ale może Czandra na coś wpadnie?
– Kto? – zdziwił się Karol.
– A, bo ty nic jeszcze nie wiesz… – uśmiechnął się z zakłopotaniem pan Ignacy – Czekaj, zadzwonię i może pójdziemy tam razem, to cię przedstawię.

Pani Chandrze było bardzo miło, że pan Lajkonik przedstawia jej siostrzeńca, a miło w dwójnasób, że temu siostrzeńcowi trzeba pomóc, a ona zna na to sposób. – Zgranie? Rytm? Oddech? Proszę bardzo, możecie poćwiczyć jogę. Czasu co prawda wiele nie ma, ale… – tu rozłożyła ręce w starym jak świat geście „zrobię, co w mojej mocy”. I tak też się stało. Mimo początkowych obaw Karola, że koledzy z załogi go wyśmieją, inicjatywa została przyjęta z pełną powagą, a potem, kiedy stało się jasne, że zajęcia z panią Chandrą powoli ale skutecznie zaczynają dawać rezultaty, wręcz z entuzjazmem. Na zakończenie cyklu spotkań pani C., zgodnie ochrzczona przez całą załogę „Czadową Czandrą” rozdała wszystkim wioślarzom po wisiorku z małym indyjskim słonikiem „na szczęście”.

Nadszedł wreszcie wyczekiwany przez wszystkich dzień regat. Ochłodzenie znad Skandynawii kazało organizatorom wyścigu zastanowić się, czy nie zamienić łódek na bojery w wersji XXL, ale ponieważ nie bardzo wyobrażali sobie, jak miałoby odbywać się wiosłowanie po lodzie, z pomysłu zrezygnowano. Pogoda wysłuchała zresztą błagań kibiców i akurat na ten dzień łaskawie poświeciła słoneczkiem. Wioślarze ubrali się w ciepłe, piankowe kombinezony z neoprenu, a przed startem popijali gorącą herbatę. Tym razem bez soku ani innego wkładu. Potem wsiedli do swoich łodzi, powoli podpłynęli do linii startowej przy moście Behrendta, pan prezydent miasta podniósł do góry pistolet startowy, huknął strzał! I poooszli!

  

Obie łódki szły dziób w dziób, wiosła śmigały nad zimnym, jesiennym nurtem, ale stopniowo wielcy, żylaści faceci z Politechniki zaczęli wychodzić na prowadzenie. Osady miały za sobą już jakieś trzy czwarte trasy, kiedy stojąca na brzegu pani Chandra wyjęła mały bębenek, który nosiła ze sobą wcześniej, na zajęcia z wioślarzami, i zaczęła na nim wybijać rytm, nucąc głośno. W tej chwili nieco już zmęczona osada Uniwersytetu poczuła, jak wypełnia ich nowa energia. Wydało im się, że malutkie słonie z wisiorków trąbią zgodnym chórem, nadając rytm ich ruchom. Łódź Uniwersytetu wystrzeliła naprzód i na ostatnich pięćdziesięciu metrach wysunęła się na prowadzenie, ostatecznie wygrywając o długość dziobu przed osłupiałymi przyszłymi inżynierami!

Kiedy już zakończono podrzucanie zwycięskich wioślarzy i wszyscy znaleźli się na ziemi bez szwanku… Kiedy wystrzeliły korki od szampanów, a co przezorniejsi widzowie odsunęli się z ich zasięgu… Kiedy już prezydent wygłosił zwyczajową laudację, w tym roku ani razu nie pomyliwszy słowa „Uniwersytet” ze słowem „Politechnika”, a potem wręczył czempionom puchar… Kiedy wreszcie Paulina rzuciła się na szyję Karola, a on całował ją tak, jak tylko potrafił najmocniej… Wtedy pan Ignacy Lajkonik, bardzo zadowolony, skończył poufną konwersację z wioślarzami stojącej z boku przegranej załogi i podszedł do pani Chandry.

– Świetnie się spisałaś – powiedział.
– Ja? Chyba oni? – odparła pani C.
– No no, przecież świetnie wiesz, że bez ciebie by sobie nie poradzili – uśmiechnął się pan Ignacy – Aha, na poniedziałek umówiłem się z jednym z tamtych – tu machnął dłonią w kierunku reprezentacji Politechniki – do ciebie na pomiar. Będziesz w domu koło jedenastej?
Pani Chandra popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem. – Na jaki pomiar? – zapytała.
– Och, nic takiego… Pomiar twojego balkonu.
– No tak, ale… Kto, oni? Jak? Po co?
– Proste – założyłem się z tymi dwoma architektami, że w razie przegrane
go wyścigu wybudują mi letniskowy domek. Uwierzyłem w ciebie, Karola i resztę chłopaków, a tamci byli tak pewni swego, że się zgodzili.
Pani Chandra popatrzyła z niedowierzaniem – Czy ty masz zamiar budować swój letniskowy domek na moim balkonie?
– Ach, nie – pan Lajkonik uśmiechnął się jeszcze szerzej – Z tym balkonem… Dobrze pamiętam, że chciałaś mieć tam oranżerię dla bauhinii? No więc oni z duużą ulgą zgodzili się zamienić domek na zabudowę twojego balkonu. Może być?
Teraz uśmiechnęła się pani Chandra, a mimo jesiennego chłodu naokoło – w jej uśmiechu można było ogrzać się jak w letnim słońcu. Pomachali Karolowi i Paulinie i poszli na długi jesienny spacer pod koronami drzew, płonącymi na żółto, rudo i czerwono.
___________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

PODPATRZYŁEM PODSŁUCHAŁEM, NAPISAŁEM…

 

Lajkonikowi


Wstań i ubierz się szybko 
kochanie
poziomek Ci uzbieram
na śniadanie 
ryb nałapię, i ziołowa herbatę 
zaparzę
mam nadzieje, ze jej nie spalę 
gdy się rozmarzę.
Będę Twoim motylkiem
i kochaniem
Myszką, wiewiórką, słoneczkiem
i świtaniem
Synogarlicą, małpeczką
i słowikiem
Nie zamienię Cię na drobne
z czarownikiem


Autorka nieznana (mam nadzieję, że wybaczy)

Gdybym…

Słowiańska dusza…