Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Czy opłaca się mówić prawdę?

Idzie myśliwy przez las i śpiewa:
– Na polowanko, na polowanko!
Z tylu wychodzi miś, klepie go po ramieniu i pyta:
– Co, na polowanko, tak?
– Nie! Jak Boga kocham, na ryby!

Czy pamiętasz jak to było…


Czy pamiętasz, jak to było, czy pamiętasz, jak to było
Kiedy jeszcze bez wahania ludziom się wierzyło.
Gdy świat bywał taki prosty, jak elementarze
Gdy się w złoto obracało każde z naszych marzeń.

Czy pamiętasz, jak to było, czy pamiętasz, jak to było
Gdy nas świt do snu prowadził w pościel bladosiwą.
Gdy do szczęścia brakowało przyjaciół i wina
Gdy świat się za oknem kończył tam, gdzie się zaczynał.

Ech, złudzenia, jak na skrzydłach prosto w jutro niosły
Chcieliśmy za wszelka cenę wkroczyć w świat dorosłych.
Dzisiaj tylko sny zostały, ale kto je kupi
Jak przysłowia się sprawdzają – młody to i głupi.

Czy pamiętasz, jak to było, czy pamiętasz, jak to było
Kiedy dzień był jak stulecie, a kalendarz chwila.
Kiedy drzwi się wyważało otwarte na oścież
Piękne słowa były chlebem, a dłoń każda mostem

Ech, złudzenia, jak na skrzydłach prosto w jutro niosły
Chcieliśmy za wszelka cenę wkroczyć w świat dorosłych.
Dzisiaj tylko sny zostały, ale kto je kupi
Jak przysłowia się sprawdzają – młody to i głupi.

Gdyby można po cichutku, kiedy człowiek zaśnie
Cofnąć życie tak jak zegar o lat kilkanaście…

Zwierzęta z gryzonowej wyspy. Część druga, być może ostatnia

W poprzednim odcinku opowiadałem o dzikach i o sposobie zachowania bezpiecznego dystansu, między nimi a nami. Dziki, jako zwierzęta nieoswojone, żeby nie pisać dziki dzik, w zasadzie trzymają się z dala od człowieka, podświadomie czując, że zwierzak chodzący na dwóch nogach,wykorzysta wolne od chodzenia po ziemi kończyny, do zrobienia krzywdy zwierzęciu po Bożemu chodzącemu. Albowiem, z punktu widzenia dzika, normalny zwierzak na dwóch kończynach nie chodzi, chyba, że w cyrku, ale do cyrku dziki nie chodzą, wszak.

 

Zakładając, że wyżej prawdę napisałem, zastanawia mnie,czym dziki kierują się podchodząc blisko do ludzkich siedzib. Weźmy tytułową wyspę. Na co dzień zwierzyny leśnej okiem nie widać. Są oczywiście gdzieś w gąszczu i nawet czasem słychać jak ziemia tętni pod racicami pędzącej gromadki,ale nie mają parcia na szkło. Córka postanowiła zrobić kilka fotek dzikim współmieszkańcom, wychodząc ze słusznego założenia, że przyjemnie będzie zimową porą obejrzeć fotografie, na których jest uwieczniony kawałek letniej przyrody. Florę miała dokładnie uwiecznioną, pstrykając zdjęcia kwiatkom rano, w południe i wieczorem. Zdjęć jest mnóstwo za dużo. Fauna zaś fotograficznie całkiem zaniedbana była.

Zabrała się do tego dzikiego fotografowania z dużym zapałem i już po dwóch dniach miała w pamięci aparatu, rozmazane zdjęcie jakiejś szarej istoty. Miał to być dzik, uciekający w las po usłyszeniu dźwięku, jaki wydaje aparat wyszarpywany z kieszeni. Zaczęła nosić aparat na smyczy. Za bardzo dyndał się, co uniemożliwiało prace pielęgnacyjne przy roślinkach. W dodatku tytłał się ziemią. Schowała aparat w takiej kieszonce na rzepy zapinanej i mogła już skubać chwasty. Ten sposób zaowocował kolejnym zdjęciem szarej masy. Tym razem był to dzik, uciekający po usłyszeniu trzasku rzepów z otwieranej kieszonki, w której, jak pamiętamy, aparat schowany był.

 

Zastanawialiśmy się wszyscy, czemu dziki nie chcą pozować. Mogłyby brać przykład z kwiatków, które podczas sesji zdjęciowych, nie przejawiały żadnej ruchliwości. Ja tłumaczyłem, że dzik to zwierzę ostrożne,mające wrodzony strach przed człowiekiem i samo pchać się pod obiektyw nie będzie. Padł pomysł, to może je w pobliże zwabimy, kartofelki podrzucając? Pomysł upadł jednak, nie powinno się dokarmiać dzikich zwierząt z takich pobudek, jak fotografia na zimę. Takich narad odbyliśmy kilka.

 

Nastała jesień i któregoś pięknego wrześniowego dnia problem pozowania sam się rozwiązał. Z tyłu naszej działki, na skraju dziewiczych chaszczy, tam gdzie zielone odpady po pielęgnacyjne wyrzucamy,rośnie sobie leszczyna. Duży krzew, obsypany dosłownie laskowymi orzechami.Dziki zaczęły przychodzić i zajadać opadłe na ziemię orzechy. Wcinały te orzechy w odległości zaledwie dwudziestu metrów od płotu. Doskonale słychać było jak  skorupki, trzaskają w ich mocnych zębach. Ostrożne były jednak w dalszym ciągu. Trzeba było grzecznie siedzieć,nie ruszać się gwałtownie, dźwięków żadnych nie wydawać,  aby obserwację prowadzić było można. Córka wyłączyła w aparacie dźwięk migawki i fotografowała do woli. Filmiki też nakręciła.

 

Jest taki filmik, na którym widać podrosłe już warchlaki,zapędzające się w naszym kierunku, z ciekawości chyba, na co locha zareagowała ostrzegawczym fuknięciem, po którym cztery warchlaki szybciutko do matki wróciły. Czasami pod leszczyną pasło się siedem sztuk dzików, mieliśmy na co popatrzyć. Ja, żeby skłonić zwierzaki do dłuższego pobytu na orzechowym pastwisku, potrząsałem gałęziami leszczyny, aby więcej orzechów spadło i  dzięki temu, obserwacja dłuższą była. Na swój użytek niewiele zebraliśmy, uważając, że orzechy te nie nasze są.

I tak właśnie uzyskałem odpowiedź na pytanie, dlaczego dziki podchodzą tak blisko do ludzkich siedzib. Jedzonko dzikie świnki wabi,ale czy tylko jedzenie? A może z innych powodów też zmniejszają bezpieczny dystans? O tym w następnym odcinku.

Cdn.

W następnym odcinku: Czekanie na dzika, dziki, a wysoka woda i kto obgryza róże. To ostatnie dla zmylenia przeciwnika.

Zostańcie Państwo z nami. Przynajmniej do przyszłej soboty.

Jesienne róże..

…Tak piękną mamy jesień.. (?)..


Babie lato wolno płynie przez jesienny park.
Z dala ktoś na mandolinie kołysankę gra.
Chodźmy, miła, pod nasz stary dąb,
Jakże kocham ciepło twoich rąk,
Pomyśl, ile to już lat idziemy przez ten świat.

Żart w tonacji poetyckiej

Jasio idzie z mamą do sklepu. Przed sklepem widzi pijaka zkrzywymi nogami. I głośno mówi do mamy:
– Mamo, ale ten pan ma krzywe nogi!
– Jasiu, ale tak nie wolno! Możesz tego pana obrazić!
Następnego dnia Jasio znowu idzie z mamą do sklepu, widzi tego samego faceta zkrzywymi nogami i głośno mówi:
– Ale ten pan ma krzywe nogi!
Wtedy mama już straciła cierpliwość i mówi do Jasia:
– Jasiu, ile razy mam ci powtarzać, że tak nie wolno! Za karę będziesz siedziećw domu i nie wyjdziesz, dopóki nie przeczytasz dzieł Szekspira.
Po trzech miesiącach Jasio znowu idzie z mamą do sklepu i widząc faceta zkrzywymi nogami mówi:
– Cóż to za moda nastała w tych czasach,

–  Żeby swe jaja nosić w nawiasach.

Przyjaciele po to są…

Na zakręcie..

Uśmiech…


Mędrcy zawiedli nas bardzo. Ograniczony jest rozum.

Lecz jego brak zasadniczy jest, jak noc gwiezdna, bez granic.
Mój głupi milczy o wszystkim, jak milczą kwiaty pachnące,
i jest wysmukły jak jeleń, a w oczach ma uśmiech życia.

Jedynie milczące usta umieją mówić dotknięciem..
Przy egzaminie miłości mędrzec najczęściej przepada.
Słowami kaleczy nędznie miłosny sekret przyrody,
cytuje rzeczy czytane, zepsute zęby wyszczerza.

Mój głupi, nieoczytany – gdy westchnie – to wiosna wzdycha,
gdy taśmą zębów zabłyśnie – skaczą światełka po ścianie.
Intelekt nie zmózdżył jeszcze pachnących, złocistych tkanek
sandałowego posągu, który nie czytał Bergsona.

Mam w rękach ciało strumienia, pień drzewa, brzemię owoców.
Przyroda z kapryśną laską w ramionach tuli mnie krągłych.
Całując jej piękną skórę jestem sarniątkiem pod łanią
i tu doprawdy powracam po głupich z mędrcem rozmowach.

Mądry wyłysiał nad książką. Tego mu nikt nie przywróci.
Idzie od ignorabimus, zgarbiony, do ignoramus.
Obok są tory zielone. Tam głupi konno przejeżdża,
a włosy jego ze słońcem igrają jak równy z równym.

Pożółkły jak nieśmiertelnik, szeleszcząc kartami książek,
załamał się wśród zagadnień, bezradnie zakaszlał mędrzec –
Jęknął z miłości mój głupi – odpowiedziały mu koty,
< span style="font-weight: bold;">gwiazdy przez niebo przemknęły jak ptaki, jedna za drugą..

M.P.J.

Samokrytyka

Spróbuję wziąć się za bary z tekstem z niedzieli, który dziwnym zrządzeniem losu, wyparował do atmosfery. Mam nadzieję, że bez szkody dla warstwy ozonu, otulającej Ziemię.

Postanowiłem, nie oglądając się na literki cdn.,opowiedzieć o tym zdarzeniu, ponieważ to jest historia najnowsza, o dzikach później będzie. Starożytna poczekać jeszcze może.

 

Było tak.

Pisałem już o zamiłowaniu mojej Żony do pięknych kwiatków, rosnących sobie na rabatkach. To wielkie zamiłowanie. Potrafi Ona krążyć pomiędzy rabatkami i kilka razy dziennie dopieszczać swoje kwiatki. A to wyrwie chwaścika, a to nawozem roślinki podleje. Wieczorne podlewanie, to rytuał cały.Mała koneweczka, woda ze zbiornika o temperaturze otoczenia i inne szykany.

 

Wszystko jest ładnie i pięknie do chwili porycia rabatki przez kreta. Taki mały, podziemny wiercipięta, potrafi błyskawicznie zryć ziemię, gdy z zapałem gania dżdżownice, tuż pod powierzchnią ziemi  mieszkające. Powierzchnia rabatki, to jeszcze najmniejszy problem, dwa ruchy grabkami i wygląda po staremu.

Gorzej gdy tunele tuż pod korzeniami kwiatków przebiegają. Nim się człowiek zorientuje, to kwiatek wysycha, z powodu korzeniowej wentylacji, przez kreta spowodowanej.Kwiatki podkopywane przez kreta podsychają, nim ratunek zostanie im udzielony i wyróżniają się na tle kwiatków nie podkopanych. No mniejsze są. Szczególnie widoczne to jest na sąsiadujących ze sobą rabatkach, z których tylko jedną kret odwiedził. Gdy patrzę na kwiaty rosnące na wizytowanej przez kreta i porównuję z roślinami na rabatce wolnej od wizyt, to Sienkiewiczem myślę od razu: „ …rzekłbyś, że chorągiew na psach siedzi … „. Tak się różnią kwiatki wyglądem.

 

Żona, ze smutkiem w oczach, walczy ze skutkami działalności szkodnika, a ja zabieram się za walkę ze zwierzakiem. Puste butelki na kijkach wbitych w ziemię umieszczałem, żeby wiatrem bujane, trzęsły się i poprzez kijki, drgania do ziemi wędrowały, w celu straszenia kretów. Guzik to dało. Krety nic sobie ze straszaków nie robiły, a sama rabatka dziwnie wyglądała,najeżona pustymi flaszkami. Butelki z kijkami, won.

 

Raz udało mi się dostrzec ruchy kreta kopiącego tunel.Ciachnąłem w to miejsce szpadlem i wydostałem zwierzaka na powierzchnię. Bardzo był zdziwiony i kilka sekund pozostawał w osłupieniu, nim rzucił się do ucieczki. Złapałem, do wiadra i procesją wynieśliśmy łup za mostek, rzeki nie przepłynie, wszak. Po kilku dniach, znów są ślady działalności kreta. Wrócił?Ale jak?

 

Nowy sposób. Pułapka na krety. Taka pułapka to po prostu kawałek rurki z tworzywa sztucznego, o średnicy porównywalnej ze średnicą krecich korytarzy. Końce rurki zamykane są blaszanymi zapadkami, działającymi w taki chytry sposób, że kret do rurki wejść może, ale samodzielnie wyjść, już nie. Pułapkę taką starannie umieszcza się w krecim tunelu, wiedząc, że kret chodzi po korytarzach wcześniej wykopanych, zabezpiecza z wierzchu czarną folią i zasadzka gotowa. Kilka razy dziennie trzeba tak zastawianą pułapkę kontrolować, czy coś się nie złapało.

Wystarczy postukać w rurkę, jak kret się złapał, to na pewno się poruszy, a taki ruch można usłyszeć. Piszę kilka razy dziennie sprawdzać trzeba pułapkę, żeby zdążyć uwolnić złapanego, nim zginie w matni. Wyciąga się wtedy pułapkę i wraz z uwięzionym w niej kretem, niesie się za mostek i  tamdopiero zwraca wolność chwilowemu więźniowi. Kret bowiem pod ochroną jest.Kilka takich procesji odbyliśmy.   

 

Teraz przejdę do samokrytyki właściwej.

W niedzielę, 22 sierpnia zauważyliśmy świeże ślady pobytu kreta na jednej z rabatek. Szybko umieściłem pułapkę w tunelu, przysypałem ziemią czarną folię zabezpieczającą pułapkę od góry i zająłem się koszeniem trawnika, całkowicie zapominając o kontrolowaniu zasadzki. Dokładnie tydzień później, w ostatnią niedzielę sierpnia, patrzę ci ja na kwiatki i widzę kawałek czarnej folii z ziemi wystający.


Natychmiast przypomniałem sobie o pułapce z poprzedniej niedzieli. Lecę szybko, wyciągam folię, potem wyszarpuję z ziemi samą pułapkę, w duchu myśląc, żeby się tylko nie złapał i nawet nie muszę do środka zaglądać. Aromat roznoszący się z plastykowej rurki, dawał odczuć rozmiar tragedii.

 

Krecik musiał złapać się w tym samym dniu, w którym zasadzkę na Niego uczyniłem. Z dużym smutkiem wytrząsnąłem nieżywe ciałko i zakopałem w Jego naturalnym środowisku. Do dziś mi smutno, że tak pokpiłem sprawę. Sklerotyk.

 

Przyznaję się do winy, Wysoki Sądzie i  proszę mnie ukarać zgodnie z obowiązującym prawem. Zobowiązuję się jednocześnie do takiego używania pułapki, w przyszłości,aby nigdy już do podobnie tragicznego zdarzenia nie doszło.