Za oknem szaro, smutno,
a jeszcze przed miesiącem
Pogoda,
zieleń,
słońce,
naprawdę żal…
|
||||||
|
Za oknem szaro, smutno, a jeszcze przed miesiącem Pogoda, zieleń, słońce, naprawdę żal… Wchodzi sadysta do sklepu zoologicznego i pytasprzedawczynię: Ptak śpiewa o poranku, Otwiera źródło w górze, Ptak śpiewa o poranku, Piję ze źródła światła. Ptak śpiewa o poranku, Całe swe życie słyszę, Ptak śpiewa o poranku, O miłość prosi ciszę. Ptak śpiewa o poranku O żalu i nadziejach, Ptak śpiewa o poranku, Słucham go ja i nie – ja. Ptak śpiewa o poranku, Źródło ze światła słyszę. Ptak śpiewa o poranku Nadzieję, radość, życie. M.Jastrun
Kilka dni po leszczynowej sesji fotograficznej, córka siedziała sobie na ławce. Wieczorem to było, a wieczór ciepły, w sam raz aby po całym dniu skubania na grządkach, dać odpocząć spracowanym mięśniom. Więc siedzi sobie córcia na tej ławce i podziwia kwiatki. Klomb na który patrzyła, usytuowany jest z lewej strony domku. Za klombem stoi płot z siatki metalowej,tworzywem sztucznym powlekany. Przez oka siatki doskonale widać to, co dzieje się za płotem. To znaczy doskonale widać, gdy obserwator stoi. Na siedząco, z ławki, wyrośnięte kwiatki zasłaniają widok, także widać co się dzieje od połowy płotu w górę. Cisza panuje w około prawie doskonała, tylko ptaszki sobie podśpiewują na gałęziach drzew. Nagle coś tupnęło. Patrzy córka, usiłując dostrzec, co dzieje się poza płotem, ale kwiatki widoczność zasłaniają. Tupot jednak jest na tyle wyraźny, że nie mam mowy o pomyłce. Coś nadchodzi. Aparat oczywiście w domku, jak się po niego ruszy, „ tuptuś „ zwieje. Siedzi więc bardzo nieruchomo i spokojnie, w duchu przeklinając siebie za pozostawienie aparatu i czeka. Popatrzy sobie na zwierza przynajmniej. W tym czasie za płotem, tupot ucichł, ale zwierzak cicho nie był. Rozległo się zadowolone chrumkanie i odgłosy rycia w ziemi.Przypominam, że obserwatorka siedzi na ławce i nie widzi dzika, domyśliła się, że to dzik, z tego zadowolonego chrumkania. – Jeśli ja nie widzę dzika, to najprawdopodobniej dzik nie widzi też mnie- myśli sobie, ale postanawia się nie ruszać, choć aparat o parę kroków dosłownie. Tym czasem dzik kończył powoli wizytację lewej strony naszej działki i zbliżał się do narożnika ogrodzenia. Od frontu kwiatki widoczności nie zasłaniały i po chwili dzik ukazał się w całej okazałości.Jeszcze człowieka nie zauważył, więc dalej chrumkał sobie radośnie. Nie był to tegoroczny warchlak, raczej przedstawiciel ubiegłorocznej młodzieży, ale spory i pewnie samiec, gdyż na grzbiecie miał takie czarne aplikacje. Sierść miał koloru jasno brązowego, oczy wyraziście figlarne i w ogóle był świetny. Pokręcił się przy tym narożniku chwil kilka i nie dając po sobie poznać, czy obserwatorkę zauważył, do lasu z powrotem powędrował. Córka była bardzo przejęta tym bliskim spotkaniem i postanowiła sobie, że jutro tez sobie na ławce wieczorkiem posiedzi. Tym razem z aparatem w ręku i na dzika poczeka. Nadszedł dzień następny, pogodowo identyczny do poprzedniego. Jest wieczór, ciepło, córka siedzi na ławce, aparat dzierżąc w dłoniach i czeka z wzrokiem utkwionym w miejsce, w którym wczoraj zwierzaka widziała. Czeka kwadrans, dwa kwadranse i nic. Żadnego tuptania, czy chrumkania nie słychać. – Nie przyjdzie dzisiaj- pomyślała- może jutro zdjęcie zrobić się uda? Rozluźniła się i już chciała z ławki wstać, gdy nagle coś fuknęło z prawej strony ogrodzenia. Tu warto dodać, że ławka stoi blisko prawej strony płotu. Zerwała się jak oparzona, i wystraszona, patrzy skąd ten dźwięk. I stali tak, naprzeciw siebie, moja wystraszona córka i wczorajszy dzik, poznała go po czarnych aplikacjach. Dzik,gdy tylko ochłonął z szoku spowodowanego nagłym pojawieniem się człowieka,rzucił się do ucieczki. Gnał jak amerykańska kawaleria, trąbki nie było słychać, tupiąc racicami w podłoże tak głośno, jakby nie jeden tylko dzik uciekał. Oczywiście ze zdjęcia nici. Córka była jednak zadowolona w sumie, gdyż serce udało się jej wepchnąć z powrotem na miejsce. Po tej przygodzie nie zasadzała się już na dziki z aparatem. Za dużo stresu niosły takie sesje. Patrzcie Państwo, limit słów mi się kończy, a miałem jeszcze opowiedzieć o wodzie wysokiej i o różach…, Kłamałem bezwiednie, będzie jeszcze jeden odcinek o zwierzętach z gryzonowej wyspy. Oczywiście jeśli ciekawi jesteście Państwo. W czasach agroturystyki, pewien mieszczanin wybrał się nawczasy – na wieś. W niedzielę, nudziło mu się nieco, więc przeszedł się po wsi.Natknął się na gospodarstwo, w którym zobaczył w zagrodzie świnkę z drewnianąnogą. Zaintrygowało go to do tego stopnia, że odszukał gospodarza i pyta: Ja nie odchodzę kiedy trzeba, choć nie wołają dawno tam mnie już, to na wieszaku w przedpokoju, wisi pomięty mój kapelusz. Gdy w twoim chłodzie się wygrzewam, to jedno myślę coraz częściej: że nie odchodzę kiedy trzeba, na twoje szczęście. Ja nie odchodzę kiedy warto, zna mnie przydrożny czarny kot, gram wciąż tą samą zgraną kartą, jak smutny wariat albo łotr. Gdy w twoim chłodzie się wygrzewam, to jedno myślę coraz częściej: że nie odchodzę kiedy trzeba, na twoje szczęście. Ja nie odchodzę kiedy trzeba, choć chcecie swój wyrazić żal, choć wyciągacie kromkę chleba, nie pora wracać już na bal. Gdy w twoim chłodzie się wygrzewam, to jedno myślę coraz częściej: że nie odchodzę kiedy trzeba, na twoje szczęście. Ja nie odchodzę i noc nie śpi, choć szum nadziei dawno zasnął i pociemniałe z niekochania przecudne oczy moje gasną. Gdy w twoim chłodzie się wygrzewam, to jedno myślę coraz częściej: że nie odchodzę kiedy trzeba, na twoje szczęście. Mały żółwik wchodzi na wysokie drzewo. Gdy już jest naszczycie rozkłada łapki i skacze, po czym z głośnym hukiem spada na ziemię.Kilka razy ponawia próbę, ale za każdym razem kończy tak samo. W tym momenciejeden z ptaków obserwujących żółwika z sąsiedniego drzewa zwraca się dodrugiego: |
||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||
Najnowsze komentarze