|
||||||
|
Strużką dym poniosła cisza stąd. Księżyc ma niebie posmutniał coś. A niech tam, nie straszny mi ten żal. Najważniejsze jest, że Ciebie mam. Pomodlę się cicho za siebie. Zapalę, znów rzucę palenie. Żal, że dopiero pojąłem ja. Najważniejsze jest, że Ciebie mam. A Ty tam, tam, tam, gdzie rośnie porzeczki krzak I kwiat brzozy cienkim pręcikiem wyrzuca piach. A Ty tam, gdzie wiosna, a ja tu, gdzie zima. Najważniejsze jest, że Ciebie mam. Przechowuję ostrożnie zdjęcie. Ty śmiejesz się na nim, ja wrzeszczę.. Ja wrócę, inaczej nie można Dlatego, że przecież Ciebie mam. Znów wymarsz i znowu idziemy. Powietrze jak koń w pysk łapiemy. A niech tam na przodzie zasadzka. Najważniejsze jest, że Ciebie mam…..A Ty tam….tam… Pewna pani na Marsałkowskiej kupowala synkę z groskiem w towazystwie swego męza, ponurego draba;
wychodzą ze sklepu, pani w sloch, ksyk i w lament: – Męzu, och,och! popats, popats, jaka strasna zaba!
Mąz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze i mówi: – zecywiście, coś skace po trotuaze!
cy zaba, cy tez nie, w kazdym razie ja tym zainteresuję się;
zaraz zadzwonię do Cesława, a Cesław niech dzwoni do Symona – nie wypada, zeby Warsawa była na ” takie coś ” narazona
Dzwonili,dzwonili i po tsech latach wrescie schwytano zabę koło Nowego Świata; a zeby sprawa zaby nie odesła w mglistość, uządzono historycna urocystość;
ustawiono trybuny, spędzono tłumy, „Stselców: i „Federastów”- słowem, całe miasto.
Potem na trybunę wesła Wysoka Figura i kiedy odgzmiały juz wsystkie ” hura”, Wysoka Figura zece tak: – Wspólnym wysiłkiem ządu i społeceństwa pozbyliśmy się zabiego bezeceństwa – panowie, do góry głowy i syje!
A społeceństwo – Zecywiscie, dobze, ze tę zabę złapaliście, wsyscy pseto zawołajmy : „Niech zyje !”
Nie grajże wariata, Ameryka. Bierz te walonki, marzniesz tu coś. Syberia i Alaska na dwóch brzegach. Bania, wódka, harmonia, łosoś. Nie grajże wariata, Ameryka. Za morzami nudzisz się trochę. Syberia i Alaska na dwóch brzegach. Baby, konie, swoboda w drodze. Ciemne ulice, ładne pannice, Zatańczony wspaniale kadryl. Syberia i Alaska na dwóch brzegach. Razem, ech, jak dwie zimne flaszki. Dużo dobrej u nas materii. Wam koszule poszyjem, bracia. Ech, korona rosyjskiego imperium. Katarzyno, ty racji nie miałaś. Nie grajże wariata, Ameryka. Bez urazy, komu to powiem. Oddawaj, no, kochaną Alaseczkę. Oddawaj, no, i wróć krajowi. Nie grajże wariata, Ameryka. Bierz te walonki, marzniesz tu coś. Syberia i Alaska na dwóch brzegach. Bania, wódka, harmonia, łosoś. Pokropił deszczyk drogi i mrozek je nawiedził – spełniając tym wymogi powstania gołoledzi. Nareszcie sen się wyśnił – kierujmy więc uwagę na miły widok bliźnich tracących równowagę.
Gołoledź, ach, gołoledź ! Któż większą radość zna ? Oj, nie da nam zramoleć gołoledź, le verglas !
Nic ducha tak nie cieszy jak tarapaty ciała, gdy – bęc i postać leży, co przed chwileczkę stała. Nad potłuczonym zadkiem inna się postac biedzi. Nas śmieszą nie przypadkiem ofiary gołoledzi.
Gołoledź, ach, gołoledź! niepowtarzalna gra ! Oj, wszędzie będzie boleć gołoledź, le verglas!
Tu ktoś się podparł nosem, aż z nosa poszła strużka! Prześmiesznym tam znów pląsem posuwa się staruszka. Staruszek jej z pomocą śpieszacy machnął kozła. Rozrywki miłe to są – gołoledź je przyniosła.
Gołoledź, ach, gołoledź! To pląs! To wstrząs ! To łza! Nad wszystko będziem woleć gołoledź, le verglas!
Największe – co i nie dziw – do śmiechu są powody – gdy się na gołoledzi roztańczą samochody! Piaskarki drzemią w bazach dotknięte brakiem piasku – więc w krąg po szosach hasa wesoły tan pojazdów.
Gołoledź, ach, gołoledź ! Kostucha walca gra. Hej, duszę Bogu poleć! Gołoledź ! Le verglas!
Jeremi Przybora Pod nami czarny step się palił, Czerwone słońce szło za las I tylko myśmy trzej zostali. Choć osiemnastu było nas. Poległa reszta i została W ciemnościach zimnych wiecznie już Pod wsią co nazwy już nie miała, Na bezimiennych stokach wzgórz. Kapały z góry krople rakiet We mgle je topił blady świt, Kto przeżył dnie i noce takie Ten nie zapomni póki żyw. Ten nie zapomni, nie zapomni Płonących żywym ogniem zbóż Pod wsią co nazwy już nie miała, Na bezimiennych stokach wzgórz. W powietrzu wyły ich Junkersy, Żelazem bił nas ogień dział I musieliśmy umrzeć pierwsi Lecz kiedy w okop czołg się wdarł Kompania znowu się zrywała Jakby do szturmu wiatr ją niósł Pod wsią co nazwy już nie miała Na bezimiennych stokach wzgórz. I choćby nie wiem gdzie nas gnało, Powraca myśl co noc, co dzień Do tej ziemianki co została Gdzie rozstrzelanej sosny pień Wciąż pamięć będzie powracała Do szturmu w cieniu białych brzóz. Pod wsią co nazwy już nie miała Na bezimiennych stokach wzgórz. (Przekład Incitatus) A na wojnie, jak na wojnie, Naboje, wódka, machorka w cenie. A na wojnie nielekki trud, A sam strzelaj, albo zabiją. A na wojnie, jak na wojnie, Kochana, wspomnij czasem mnie. A na wojnie niejasny czas, A może my, a może nas. Kombat-ojczulek, ojczulek-kombat, Tyś serca nie chował za plecy wojska. Lecą samoloty i czołgi płoną, Tak bije, jo, kombat, jo, kombat. Kombat-ojczulek, ojczulek-kombat, Za nami jest Rosja, Moskwa i Arbat. Ognia, baterio ! Ognia, batalion ! Kombat, tak rozkazuje on. Ognia, baterio ! Ognia, batalion ! Ognia, baterio ! Ognia, batalion !…Agonia! A na wojnie jak na wojnie, Żołnierze widzą mamkę we śnie, A na wojnie, tak to już jest, Wszystko poważniej niż w kinie. Tak, wojna, wojna, wojna – Durna to ciotka, ścierwo – ona. Ech, wojna, wojna wszędzie A na chłopca czeka dziewczę. Kombat-ojczulek, ojczulek-kombat, Tyś serca nie chował za plecy wojska. Lecą samoloty i czołgi płoną, Tak bije, jo, kombat, jo, kombat. Kombat-ojczulek, ojczulek-kombat, Za nami jest Rosja, Moskwa i Arbat. Ognia, baterio ! Ognia, batalion ! Kombat, tak rozkazuje on. Ognia, baterio ! Ognia, batalion !… A na wojnie jak na wojnie… Znowu dręczy mnie dylemat, Już kolejny dzień. Dlaczego przyszedłem na świat ? Dlaczego żyję ? Dlaczego płyną obłoki, Padają deszcze ? Na tym świecie Ty niczego Nie spodziewaj się. Poleciałbym ku obłokom, Lecz skrzydeł brak. Wabi, kusi mnie z daleka To światło gwiazd. Lecz gwiazdę trudno pochwycić, Choć cel tuż, tuż. Tego nie wiem, czy starczy sił Do skoku. Ja poczekam jeszcze ciut-ciut I wybierać się zacznę w podróż Za nadzieją, marzeniem w ślad. Nie dogasaj, gwiazdo moja, czekaj. Ileż że jeszcze mi w życiu Przyjdzie dróg tych przejść ? Ileż że zdobyć mam szczytów By siebie znaleźć ? Ileż że z urwiska w przepaść Mam staczać się I wciąż zaczynać od zera ? Czy to ma sens ? Ja poczekam jeszcze ciut-ciut I wybierać się będę w podróż. Za nadzieją, marzeniem w ślad. Nie dogasaj, gwiazdo moja, czekaj. (tłumacz.Renata Miłosz) |
||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||
Najnowsze komentarze