Odwiedziło nas

  • 0
  • 187,269
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

RETROSPEKCJA

ZIEMIA, HISRIA, TRADYCJA….:)

 

   Ten kawałek ziemi jest najdalej na wschód wysuniętą cząstką naszego kraju. Ni czor tanie mogłem przylepić tej ziemi ni do Podlasia, ni do Polesia. Zwyczajnie –nigdzie nie pasuje. No to zwyczajem przodków przypisuję go do Ukrainy, bo i czyż nie świadczy o tej przynależności i błękit nieba, i żółć rży? Toż swe barwy Ukraina od synowo nieba i żowtej pszenicy wzięła. Że uprawa równie dobrze na jęczmień, owies, czy mieszankę patrzy? A cóż za różnica…

Pas zieleni na krańcu pola to drzewa porastające brzeg Bugu.Kraniec obecnej Rzeczypospolitej.

 

 Historia naszar ozpoczyna się, a i kończy, właśnie tam, u owego kraja, gdzie ziemia żyzna tak,że suchy kij w nią wetkniesz a liście puści i kwiatem bujnym się obsypie…

Narodek ciekawy tam mieszka, zaradny i zapobiegliwy. Drzewo z cudzego lasu na swoje potrzeby wykorzysta ni jednego wióra nie marnując,gwóźdź znaleziony do innych podobnie zdobytych dołączy, bo co się dobro ma marnować, a jak zwykli tamtejsi powiadać:

 – Znajdzione, panie,to niczyje!

Skrzętnie nazbieranych i na podkowę niejedną starczy to i kowal konia nimi podkuje!

 

No i w kraj ten uderzyła wojna! Nie pierwsza ona, aliści jak do tych por ostatnia.. Przeszły przezeń zagony łupieżców, przeszłych wyzwolicieli, a jednym i drugim droga przez te pola zbożem malowane wypadała.Później „leśni” nocami do okienek ubogich chat zaglądali i też do lasu wracali miedzami, a często i przez żyto… A tamtejszy trwał….I radził sobie jak potrafił.

 

Żyzna ponad miarę ziemia, stepowy czarnoziem na lessach fundowany, plon dawała a plon, prosiła się wręcz by buraki cukrowe pozwolić jej rodzić. No i na potrzeby cukrowni w Strzyżowie duże ich plantacje wokół wyrosły.A ze burak to cukier, a z cukru nie tylko lukier, tedy poczęły powstawać wokół prywatne fabryczki solidną konkurencję złotodajnemu monopolowi państwowemu czyniące! Cóż, gwoli prawdy stwierdzić należy, że ich produkt wprawdzie ze słynną Perłą Baczewskiego ze Lwowa konkurować nijak nie mógł, a smakosz, kielich wychylając, wolną ręką nos mocno zaciskał bo trunek wytłokiem buraczanym okrutnie jechał, aliści moc swoją posiadał i trzepał o rodzimą glebę niejednym w bojach zaprawionym moczypyskiem!

–  Zresztą francuski koniak, o calvadosie nie wspominając, też solidnie bimbrem jedzie, a nabrani na etykietę zachwycają się bukietem do upojenia zmysłu…powonienia!  Włącznie:)

 

I nagle, diabeł jeden wie czemu, nowej władzy poczęło to przeszkadzać. Nie, nie od razu. Latek minęło tak z dziesięć od czasów gdy umilkły strzały, kiedy władza, dbała o trzeźwość klas obecnie panujących i trwałym związanych sojuszem, postanowiła się z konkurencją  rozprawić!  Strachy na Lachy! Nie takie rzeczy tu już się wyprawiały by bać się mandatu jakiegoś milicjanta, na dodatek starego znajomego albo i pociotka. Tam zresztą wszyscy w dziwny sposób jakoś jak nie krewni to choć powinowaci..

Żeby wszakże nie narażać zaprzyjaźnionych gliniarzy na kłopoty z brakiem sukcesów w wykrywaniu „nielegałów” – produkcję przesunięto do podziemia, a  ściślej biorąc do lasu. Od tej pory szlachetny napitek zwać poczęto „krzakówką”, bądź w niektórych miejscowościach „wodą księżycową”, bo nocami przy blasku Luny ją pędzono!

 

No i tu, po przydługim wstępie zaczyna się nasza historia… 

Spójrzcie…. Sam, własnymi dziecięcymi oczami patrzyłem na pożary takich chat. Obok mnie stali i patrzyli jak urzeczeni strażacy ochotnicy, sąsiedzi, pogorzelcy…Wszyscy staliśmy w sporym oddaleniu. Nie, niez e strachu przed poparzeniem, a z obawy by postrzelonym nie zostać, bo w pewnej chwili chałupa strzałami grzmieć poczynała, a i granat niejeden solidnie postraszyć potrafił; pod strzechami bowiem nieliche arsenały zgromadzono. Z czasem chaty bądź się wypaliły, bądź zostały rozebrane, a na ich miejscu wybudowano ceglane lub suporeksowe domy. Stodoły najczęściej przetrwały!

 

No i kiedyś, sprawdzając prawdziwość donosu na pewnego praworządnego obywatela co to jakimś dziwnym sposobem mściwemu sąsiadowi się naraził, do nowego ceglanego domu zapukali milicjanci. Rok to był, proszę państwa 1977, jak dziś pamiętam bom opowieść o tym zdarzeniu prawie w swoje urodziny od Taty posłyszał!  Gospodarz powitał ich w progu uprzejmie, zagadnięty czy dysponuje aparaturą do pędzenia gorzałki bez zmrużenia oka zełgał należycie, że nie, on nigdy, jakiej cholery go się czepiają i co to za jakieś niegodne podejrzenia…No i w ogóle…- Tu pojechał całemu światu prawilna pa matuszkie – i co to do cholery za porządki,i czy kochana milicja nie ma już co robić tylko jego od zasłużonego południowego posiłku, psianoga, odrywać! No…normalny oburzony niecnym podejrzeniem Bogu ducha winny człowiek…Zupełnie jak i my wszyscy, prawda??

Ale milicjanci, widać dobrze donosem poinstruowani,skierowali się prosto – a gdzieżby – do stodoły! Tam, na środku, stała sobie maszyneria kociołków, rurek prostych i spiralnie kręconych połączonych zmyślnie a przemyślnie w kolumnę rektyfikacyjną, której konstrukcja doskonalona przez pokolenia niejednego mgr inż. zachwycić swą funkcjonalnością i finezją wykonania mogła!

 I gdybyż człek ten żeniaty nie był wszystko dałoby się uładzić! Normalne tłumaczenie:

– Panie, jak Boga kocham rano tego nie było, to ten Wasiuta, morda jego twarz, musiał podrzucić! – przyjęte zostałoby ze zrozumieniem,mandat zostałby wypisany, po krótkim targu zapłacony, aparatura zarekwirowana(phi, w drewutni stoi druga!) i wilk syty i wilk syty…ale nie, baba musiała się wtrącić!

 Łakome to na pieniądze jak na jabłka w Raju widząc męża sięgającego spokojnie do kabzy rozdarła się nagle, że jak, że za drogo, że za co, że sierżanci łobuzy (tu obraziła paskudnie jednemu mamusię!) i że ona do sądu, bo mąż niewinny!! No,jak niewinny to niewinny. Sierżanci wrócili do stodoły, ten w mamusię trącony wziął widły i począł siano w zapolu przerzucać, widać resztę informacji o ukrytych zapasach gotowego trunku chciał sprawdzić. I tu metal szczęknął o metal!! Wsianie coś twardego, metalowego?? Uj, cos tam jest! No i władza na dwie pary wideł poczęła sianko przerzucać. Po kilku minutach pracy oczom zdumionych mundurowych ukazał się …..ckm!

No, co ja poradzę, ckm!! Czyściutki, sprawny, elegancki Maxim!!  Na kołowej podstawie, z charakterystyczną chłodnicą, no tylko parcianą taśmę założyć i bierz bracie za tylce i strzelaj!!  Ze zdębiałego ze zdumienia dowódcy patrolu wydobyło się najpierw jakieś dziwne, przypominające jęk stęknięcie,a później nieśmiałe pytanie:

– Panie, czego on tu stoi??

A na to właściciel gorzelni powiada:

– Dziadek postawił, ojciec nie ruszył, to niech sobie stoi!

 

I to jest prawdziwa tradycja, nasza, rodzima, nie jakaś tam zapożyczona choinka na Święta!

* * *

*

Daj mi wstążkę błękitną – oddam ci ją

Bez opóźnienia….

Albo daj mi cień twój z giętką twą szyją :

 Nie ! nie chcę cienia.

*

Cień zmieni się, gdy ku mnie skiniesz ręką,

Bo on nie kłamie!

Nic od ciebie nie chcę, śliczna panienko,

Usuwam ramię…

*

Bywałem ja od Boga nagrodzonym

Rzeczą mniej wielką:

Spadłym listkiem, do szyby przyklejonym,

Deszczu kropelką.

 

Cyprian Kamil Norwid

 

 

Wszystkiego najlepszego Panie Senatorze:)))


Lubię szeptać ci słowa, które nic nie znaczą –
Prócz tego, że się garną do twego uśmiechu,
Pewne, że twym ustom do cna wytłumaczą –
I nie wstydzą się swego mętu i pośpiechu.
Bezładne się w tych słowach niecierpliwią wieści –
A ja czekam, ciekawy ich poza mną trwania,
Aż je sama powiążesz i ułożysz w zdania
I brzmieniem głosu dodasz znaczenia i treści….
Skoro je swoją wargą wyszepczesz ku wiośnie –
Stają się tak jasne niby rozkwit wrzosu –
I rozumiem je nagle, gdy giną radośnie
W śpiewnych falach twojego, co mnie kocha, głosu.

B.Leśmian                                                           

 
Życzą Wyspiarze:)))
 serce  serce  serce  serce  serce  serce  serce  serce  serce  serce 

Retrospektywa: Lajkonik i mniejsze zło

Pewnego wiosennego dnia w bloku pana Lajkonika, w mieszkaniu bezpośrednio nad nim zagnieździł się Krzyżak. Niestety nie pająk, tylko prawdziwy Kawaler Zakonu Przenajświętszej Marii Panny, rodem prosto ze średniowiecza.

Na początku pan Ignacy nie zdawał sobie sprawy, czym to grozi. Bardzo szybko okazało się jednak, że Krzyżak jako taki jest niezwykle uciążliwym sąsiadem. Przede wszystkim, chodził po mieszkaniu w pełnej zbroi, a każdy jego krok powodował małe trzęsienie ziemi. Dźwięk jego ostróg o trzeciej w nocy, kiedy na przykład wstawał i szedł do lodówki, był czymś, co pamięta się do końca życia. Podczas libacji rozlegały się z góry gromkie marsze (w rodzaju Tamdaradei, Gott erhalte, a nawet Deutschland, Deutschland uber alles), z akompaniamentem surm i rytmicznego tupania. Pan Lajkonik przez jakiś czas wytrzymywał to, ale po dłuższym czasie było to rzeczywiście bardzo denerwujące. Zwłaszcza kiedy pan Ignacy z racji pomocy jednej z sąsiadek przez jakiś czas musiał wstawać rano i wyprowadzać jej pieska, co było w ogóle mało atrakcyjne, a co dopiero po nocy pełnej wrażeń. W związku z tym Krzyżak sobie grabił. 

Niechęć pana Lajkonika – i pozostałych sąsiadów – wzmogła się jeszcze, kiedy Krzyżak pozrzucał ich pranie ze sznurków na strychu, żeby powiesić tam swoje płaszcze zakonne, białe z czarnym krzyżem. Miał ich kilkanaście, i zmieniał je chyba częściej niż bieliznę, bo kiedy przechodził po schodach, ciągnął się za nim obłok nieziemskiego smrodu. Przez pewien czas tematem numer jeden między sąsiadami była więc kwestia, czy w średniowieczu znano szczoteczki do zębów, a jeżeli tak, to czy był wtedy jakiś odpowiednik pasty do zębów. Panu Lajkonikowi wydawało się, że nie, ale zamiast pasty (i szczoteczki) Krzyżak używa po prostu do dezynfekcji buzi bakteriobójczego czosnku. Ale mniejsza o to. 

Pewnej nocy, kiedy uczta na górze doszła do punktu kulminacyjnego, znękany pan Ignacy zadzwonił wreszcie po policję. Owszem, zjawiło się dwóch panów w błękitnych kurteczkach, którzy przy ogólnym aplauzie sąsiedztwa weszli do mieszkania, ale wyszli z niego sami. 
 – Zatrzasnął przyłbicę i próbował na nas natrzeć z koncerzem, toporem i kiścieniem – powiedział wyższy policjant – Kolega zna judo, więc go obezwładnił. Leży tam teraz. 
 – I co, nie zabierzecie go, panowie? Do izby wytrzeźwień, czy też na komisariat? – spytała z nadzieją w głosie sąsiadka (ta od pieska). Popatrzyli po sobie, uśmiechnęli się pod nosem. 
 – Widzi pani, to nie jest taka prosta sprawa. Razem ze zbroją, mieczem, tarczą, i takimi tam innymi, waży gdzieś tak ze dwieście pięćdziesiąt, trzysta kilo. A my nie mamy pod ręką żadnego dźwigu. 
 – Za tragarzy nie będziemy robić – dodał niższy – Poleży do rana, to się i uspokoi. 

Rzeczywiście, tej nocy z góry nie dochodziły żadne łomoty. O ósmej rano pan Ignacy spoglądając przy porannej herbacie z sokiem malinowym przez okno, zauważył na balkonie coś dziwnego. To Krzyżak, mściwa bestia, wylewał na skrzynki z surfiniami wrzącą smołę. Na ostrzegawczy krzyk pana Lajkonika wycofał się do mieszkania i udawał, że to nie on. Przywrócenie surfinii do stanu poprzedniego zabrało panu Ignacemu czas do wieczora i półtorej butelki rozpuszczalnika. Przy czym po ukończeniu pracy na balkonie, jak słusznie zauważył poeta „zapach niestety był nie ten”. 

Następnego dnia pan Lajkonik, wracając ze spaceru w parku, potknął się o dwa nagie miecze, leżące na jego wycieraczce. Wieczorem rozległy się zaś z okna powyżej tony urągliwej piosenki, która zaczynała się mniej więcej tak: Du, Jagello, dummer Konig… I tak potoczyły się dni oblężenia, podstawiania beluard i katapult pod okna i drzwi, wylewania nieczystości, potyczek słownych i na miecze (przy okazji pan Ignacy był zmuszony nauczyć się szermierki), skrytobójczych strzałów z kuszy i wypraw po jeńców (w ten sposób sąsiedzi stracili chomika). 

Nie wiadomo, czym by się to skończyło, gdyby nie kobieca intuicja sąsiadki. Pewnej bezsennej nocy podczas sekretnej narady na półpiętrze stwierdziła stanowczo, że trzeba rozerwać błędne koło zbrojeń, i poradzić się fachowca. Po czym następnego dnia wzięła wolne, i zaprosiła na kolację znajomego profesora historii, mediewistę. To była bardzo miła kolacja, w której wzięli udział członkowie rady starszych, z panem Ignacym włącznie. „Może i Krzyżak jest wartościowy”  argumentowali, „ale brak Krzyżaka to zdecydowanie mniejsze zło!”. Profesor wysłuchał żalów, stwierdził, że musi porównać wersje, i z białą flagą poszedł na górę. Został tam chyba do rana, bo tej nocy nie dobiegały od Krzyżaka żadne hałasy, tylko pojedyncze, głośniej wypowiadane słowa: „Malbork…. tak, muzeum… sekularyzacja… czyli Prusy Wschodnie… Mniejsze zło… Hohenzollern… no pewnie, że bez celibatu… Opłaciło im się… Lista UNESCO… Dotacje z UE, wie pan, jakie?”

Pomogło – jak ręką odjął. Krzyżak sprzedał zbroję do Desy, zmienił nazwisko z von Jungingen na Młodzieżyński, ogolił brodę, a zamiast wojowniczych pieśni zaczął słuchać Karela Gotta. Widocznie dobrze mu się kojarzył. Po jakimś czasie znalazł sobie towarzyszkę życia, kupił samochód (Volvo Cross Country, ale mocno używane), i wtedy okazało się, że pan Lajkonik i wszyscy pozostali wpadli z deszczu pod rynnę. Wieczorami siadali z sąsiadami na podwórkowej ławeczce – tej niezajętej przez sfrustrowaną młodzież – i pluli sobie metaforycznie w brodę (na plucie niemetaforyczne byli zbyt dobrze wychowani): Że też zachciało im się cokolwiek zmieniać! Że też zdecydowali się na mniejsze zło! Przedtem Krzyżak był uciążliwy, to prawda, ale był jeden, a teraz ? Teraz po całym domu kręci się mnóstwo małych Prusaków!
______
Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net oraz w ramach bloga www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Zrób to sam: Szarlotka

PRZEPIS NA SZARLOTKĘ Z KSIĄŻKI KUCHARSKIEJ DLA FACETÓW

 

1′ Z lodówki weź 10 jajek – połóż na stole ocalałe 7, wytrzyj podłogę, następnym razem uważaj !
2′ Weź sporą miskę i wbij jajka, rozbijając jego brzeg naczynia.
3′ Wytrzyj podłogę, następnym razem bardziej uważaj ! W naczyniu mamy 5 żółtek.
4′ Weź mikser, wstaw do niego skrzydełka i zacznij ubijać jajka.
5′ Wstaw od nowa skrzydełka do miksera, tym razem do oporu. Zacznij ubijać.
6′ Umyj twarz, ręce i plecy. W naczyniu pozostały 2 żółtka, a dokładnie tyle potrzeba na szarlotkę.
7′ Oklej ściany i sufit kuchni gazetami, meble pokryj folią, będziemy dodawać mąkę !
8′ Nasyp 20 dkg mąki do szklanki, pozostałe 80 dkg zbierz z powrotem do torebki.
9′ Sprawdź, czy ściany i sufit są oklejone szczelnie, przystąp do miksowania.
10′ Weź szybciutko prysznic!
11′ Weź 4 jabłka i ostry nóż.
12′ Idź do apteki po jodynę, plaster i bandaże. Po powrocie zacznij obierać jabłka.Przemyj jodyną kciuk !
13′ Potnij jabłka w kostkę, pamiętając,że potrzebujemy 2 jabłek, więc nie wolno zjeść więcej niż połowę! Przemyj jodyną palec wskazujący i środkowy.
14’Jedyne pozostałe jabłko pocięte w kostkę wrzuć do naczynia z ciastem,  pozbieraj z podłogi pozostałe kawałki i przemyj wodą.
15′ Wymieszaj wszystkie składniki w naczyniu mikserem,umyj lodówkę – bo jak zaschnie, to nie domyjesz!
16′ Przelej ciasto do foremki, wstaw do piekarnika.
17′ Po godzinie, jeśli nie widać żadnych zmian, włącz piekarnik.
18′ Po przebudzeniu nie dzwoń po straż pożarną! Po prostu otwórz okno i piekarnik.
19′ Po tych traumatycznych przeżyciach pozostaje tylko schłodzona żubrówka i sok jabłkowy;-)  Smacznego ;-))

SPRAWIEDLIWOŚĆ….:)

 

Powstał problem na pewnym składkowym przyjęciu:
Podzielić sprawiedliwie jadło wśród dziesięciu.

Kto ma dzielić? – Pan, Mistrzu! – zakrzyknął ktoś z gości.
– Pan o sprawiedliwość walczył od młodości!

Wszyscy przytaknęli w szlachetnym porywie,
Więc zacząłem dzielić – dzielić sprawiedliwie:

Dla każdego serdelek – ale dla mnie świeży.
(Za tę sprawiedliwość coś mi się należy!)

Każdemu kawał gęsi – tylko dla mnie duży.
(Kto bowiem sprawiedliwy, ten sobie zasłużył!)

Każdemu ciastko z kremem – mnie, gdzie więcej kremu…
(No, bo komuż, jeżeli nie sprawiedliwemu?)

Każdemu puchar wina – lecz dla mnie Bożole…
(Sprawiedliwie przyznaję, że francuskie wolę.)

Niestety… Obudziłem tylko złość i mściwość,
Sprawiedliwie premiując ludzką sprawiedliwość…

Wszyscy, w najpospolitszej tonąc demagogii,
“Sprawiedliwość dla wszystkich!!!” – darli się, jak mogli.

Dla wszystkich?… O, Bracia! O, Obywatele!
Sprawiedliwość jest jedna! Jakżeż ją podzielę?

Czyż porżnę, czyż posiekam na kawałki tycie
Tę, o którą walczyłem całe swoje życie?!

M. ZAŁUCKI

Zmieniał się język

*

Zmieniał się język a my razem z nim.Przypomnij.

Kiedy miałes lat dziesięć jak wąsaci rozprawiali klepiąc konie

Albo ładując rusznice, jak śpiewała gitara

Na ganku za olszyną. Albo i ci drudzy

W twoim wieku młodzieńczym, pokpiwając z tamtych,

Nowocześni, zapalczywi, na estradach. Wszyscy oni

Są już zrównani, wachlarz, znak Pogoni, trąbka myśliwska,

Model dynamomaszyny leżą u ich wezgłowia

I Jakub Jasiński porozumiewa się jak umie z Lilian Gish gwiazdą filmu,

Mową grzechotliwą, bardzo staccato.

Ale obłoki jak płynęły tak płyną

Porównywane do coraz to nowych rzeczy dotykanych ręką,

Do zasłon jedwabnych, draperii z aksamitu, piór,

I siła która spaja mężczyzn i kobiety

W szekspirowskiego zwierza z dwojgiem pleców

Pozostaje sprawą ciemną, jakiekolwiek nada się imiona.

A Jeżeli w letnią noc łódki na jeziorze

I niegłośną pieśń, trzymanie się za ręce

Zachowuje twoja strojna i ginąca pamięć,

Ani takie to było jak raz się wydało

Ani takie jak teraz układasz w opowieść.

 

Czesław Miłosz

Retrospektywa: Żywot Lajkonika poczciwego

Co roku, kiedy śnieg już zniknął z trawników i chodników, a słońce nieźle już je przesuszyło, dając nadzieję na cieplejsze dni, pan Ignacy Lajkonik zaczynał się zachowywać nieco dziwnie. Nie mógł spokojnie usiedzieć w miejscu, nawet na ulubionym fotelu kręcił się, wiercił i wzdychał. Herbata go nie cieszyła, z malinowym sokiem, cytryną ani z mlekiem (bawarka). I jak co roku, w którymś momencie przychodziło olśnienie. Pan Lajkonik sięgał po telefon, wykręcał znajomy numer, mruczał do słuchawki kilka słów i – uśmiechając się jak, nie przymierzając, Gioconda – brał za pakowanie walizek.

A potem wsiadał do swojego nienowego samochodu, a jeżeli ten akurat niedomagał – do pociągu i jechał, pogwizdując cicho swoją ulubioną melodię („Spanish Harlem”) do swojej siostry Moniki. Pani Monika mieszkała w średniej wielkości domu na Śląsku, a konkretnie w jednej z jego bardziej zielonych części. Dom był zawsze otwarty dla pana Ignacego i innych krewnych-i-znajomych-Lajkonika, ale kiedy przychodził ten wiosenny dzień, było wiadomo, że zjawi się nie kuzynka Euforia, nie kuzyn Roland, ale właśnie pan Ignacy. Mąż pani Moniki upewniał się, że to na pewno TEN moment, po czym schodził do składziku, z którego przez jakąś godzinę dobiegało skrzypienie, stukanie i różne inne odgłosy.

Pan Lajkonik zajeżdżał przed dom, witał się serdecznie z panią Moniką i jej mężem, po czym szedł do gościnnego pokoju na poddaszu, żeby się rozpakować, odświeżyć po podróży i przebrać. Wychodził z pokoju cały odmieniony – w starych, mocno już znoszonych dżinsach „ogrodniczkach”, kraciastej koszuli z podwiniętymi rękawami i wędkarskim kapelusiku. Siadał na drewnianej ławeczce przed domem, chwilę rozmawiał z gospodarzami, coś przekąszał, zacierał dłonie i mówił – No! Nie przyjechałem się tu obzieleniać! –. Wtedy mąż pani Moniki uśmiechał się, szedł do składziku i wychodził ze starą, obdrapaną kosiarką do trawy. Ciągnął za sznurek, kosiarka zapalała…

…i pan Lajkonik ruszał do ataku. Ponieważ trawnik wokół domu pani Moniki był słusznych rozmiarów, a poza tym miał dość urozmaiconą topografię, pan Ignacy musiał się mocno skupić. Zazwyczaj w tej chwili zaczynał półgłosem i pod nosem mówić sam do siebie: „Naprzód, a teraz ostrożnie, bo kretowisko, bokiem, bokiem, a teraz z drugiej strony, trzeba będzie powiedzieć Monice, żeby się zajęła tym kretem, a tu rabatka, przejedziemy jeszcze raz, oj, tutaj trzeba będzie wziąć podkaszarkę, żeby zrobić wszystko jak trzeba, w te różyczki nie będę przecież wjeżdżać, na border uważać, żeby za mocno nie naciskać, bo pęknie, ale uwaga, szklarnia, jak ten chodnik się od zeszłego roku zrobił nierówny, płyty by trzeba podnieść i podsypać piaskiem, żeby wyrównać, i co to znowu jest? Aha, pieniek do rąbania drewna, ależ zarósł, jak Koperek przyjedzie, potniemy we dwóch te duże bale na mniejsze, a potem siekiera do łapy i na szczapy, ale fajnie będzie usiąść przy kominku, jak wieczór chłodniejszy przyjdzie, a tymi drobniejszymi i pod grillem się rozpali, aby tylko siekiera ostra była, kliny trzeba w stylisko powbijać, żeby się obuch nie zsuwał, o, a tu maliny wypuściły nowe odnogi – ciekawe, czy Monika wie, na ścieżkę już wchodzą, jak kosiarka nie złapie, wrócę z elektrycznymi nożycami, przedłużacz powinien tu sięgnąć, a do licha, uciekaj, ropucho, bo będziesz na udka przerobiona, a my nie gustujemy, to się zmarnujesz, no już, sio, żeby żaba do kucia nogę podstawiała, to słyszałem, ale ropucha grzbiet do koszenia, to nie, oczko wodne porządnie objechać, te kamienie wielkie są, kurka wodna, jak najadę na któryś, to noże do wymiany, uff, i dobrze, oo, grządka z grochem, to lubię, już się pnie do góry, już kwiatki widać, aj, zaraz będą strączki, jak to się łuska prosto z łodygi, młode najlepsze, słodkie, w ustach się rozpływają, o, i już do sadu dojeżdżamy, tu to przyjemnie pod drzewami, a już zapach od kwiatków to bonus, zapylajcie, zapylajcie, ja to później pozbieram, będą jabłuszka i śliwki jak malowanie, a to co? Za późno, przejechałem…”

Pan Ignacy wyłączył silnik i spojrzał pod nogi. Leżała tam puenta niniejszego wpisu, na którą – w chwili nieuwagi najechał kosiarką – i bezpowrotnie utracił, przyciąwszy tuż przy ziemi. Lajkonik westchnął i podrapał się w głowę. No cóż, nie ma wyjścia, trzeba będzie skoczyć do sąsiadów, państwa Waligórskich, i pożyczyć. Oni zazwyczaj mają większy zapas.
______

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu  p. Lajkoniku). Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net oraz w ramach blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Pełnia księżyca

*

Dusza twa jest to krajobraz rzadki,

Kędy pląsają z śpiewem i graniem

Maski urocze, choć prawie smętne

Pod fanstastycznym przebraniem

 

Piosnka ich sławiąc miłość zwycięską

Ton minorowy co chwila wtrąca,

Sceptyczne względem własnego szczęścia,

Śpiewają w blaskach miesiąca.

 

Śpiące ptaszęta wśród drzew rozmarza

Blask ów miesięczny, srebrzysty, szklanny,

I do namiętnych łkań doprowadza

Białe z marmuru fontanny  co? 

Paul Verlaine