Odwiedziło nas

  • 3
  • 187,269
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Ciąg dalszy….. obiecany

*

.. i wezwał Bóg Dobrodziej

 nadanioła Matyska

„Wypędź mi – prawi – Piotra,

Pawła i Zefiryna

kalają Paradisum,

ego Deus – daj wina!”

Po takim paternoster

i po wytrawnym winie

Dobrodziej chodził gniewny

i huczał po łacinie.

Zefiryn zesromany

pochylił nisko głowę,

wstydził się jak Jan Jakub

skrzydła tuląc różowe.

Piotr zasię, jak to Piotry,

brat rygielkom i zamkom,

siedział w chłodzie piwniczki

i świecił sobie lampką.

Paweł, jak zwykle Paweł,

anioł bitny, rogaty,

na podwórcu rajowym

bił sie z Jerzymw palcaty.

Ale nic nie pomogło,

zjawił sie Anioł Michał

i rzecze :”Zefirynku,

już mi nie będziesz wzdychał.

Zwołaj swoich kamratów,

tak Decyzja orzekła….

ruszaj się, pókim dobry !

ani mru-mru! do Piekła!”

Wypędziły aniołów

rajskie draby i zbiry.

Zmarnowali kariery

Paweł, Piotr i Zefiryn.

Ergo, siostry najsłodsze

(Boże, módl sie za nami !)

lepiej wam sie przed nocą

nie wdawać z aniołami.

 diabe 

 

KIG

Do mięsożerców…….

Dla nich ryby skrzelami pracują w szafliku,
mając na ustach ciszę i krwawiące rany.
Dla nich kuchnia rozbrzmiewa od wrzasku i krzyku
gardzieli podrzynanych i szyj ukręcanych.
Oni to piją grozę z krwią zabitej kaczki
 warzą głowy dzieci: zadziwionych cieląt.
Wypruwają wnętrzności, krzycząc: flaczki, flaczki,
i jedzą je w niedzielę, z rodziną się dzieląc.
Lubią wody na smaku bezradnych piszczeli,
wszechzwisające girlandy cynicznej kiełbasy,
krwawe raki z piekielnej wyjęte kąpieli
i baraniego ciała brązowe atłasy.
Rozsmarowują trupy na niewinnym chlebie,
obwąchują zająca, czy aby dość skruszał.
z martwym ozorem w zębach czują się jak niebie,
i do cudzego mózgu śmieje się im dusza.
Pożerają, dymiący, jak nowe cmentarze,
te stroskane przystawki, te gorzkie potrawy -
Karki im nabrzmiewają, obwisają twarze,
na których śmieszek hieny zawita trupawy.
Po pięknookiej sarnie nie noszą żałoby,
ale żrą ją na stypie, w dzień pogrzebu radcy,
i zezują miłośnie do gęsiej wątroby,
bujni brzuchem jedynie, a łysiną gładcy,
a twardzi tylko sercem - i w całej stolicy
głośni - ale mlaskaniem, smętni biesiadnicy.

M.P.J.

  

Piosenka o trzech wesołych aniołach

*

– Słuchajcie, słodkie siostry –

tak mówił stary opat –

( Na dworze było wietrzno,

ponuro i listopad.)

Raz było trzech aniołów,

jak trzy wyborne liry,

imiona ut sequuntur:

Piotr, Paweł i Zefiryn.

Śliczni to byli chłopcy,

jeden w drugiego gładszy,

łaskawym na nich okiem

Pan Bóg zza pieca patrzył.

No, w raju, jak to w raju,

zielono i wesoło,

obiady gadu-gadu,

wieczerze i tak w koło.

Lecz nasi aniołowie

nazbyt byli dziarscy

i często Bóg dobrodziej

brew zagniewaną marszczył ;

i gęsto w skórę leli

aniołow rajskie zbiry –

na próżno : znów szaleli

Piotr, Paweł i Zefiryn.

Od sromu jak od gromu

cierpiały aniołówny..

Ha, było trzech aniołów

Lecz siedem grzechów głównych.

Anioł Piotr, jak to Piotry,

szklanicą zwykł sie bawić,

i nieraz w Mons Pietatis

musiał skrzydła zastawić;

a gdy wyłysiał mieszek,

to wonczas furis more

Do piwnic Dobrodzieja

dobierał się wieczorem.

Paweł zasie po Pawle

rycerskie wziął zasługi:

Dzień w dzień na rajskiej łące

aniołów kładł jak długich.

Sam święty Jerzy, siostry,

przyglądał sie i dziwił:

„Ho,ho, nasz anioł Paweł

bije się jak Radziwwiłł,

Dobrodziej tez by chwalił,

lecz właśnie śpi w obłokach „.

Tal mówił święty Jerzy

i dalej męczył smoka…..

Zefiryn był muzykant,

miłośnik strun i syryng,

niefrasobliwy, lekki,

jednym słowem , Zefiryn;

znał sie na mitologii,

Achillach i Chimerach,

miał skłonność do księżyca,

troszeczkę do Baudelaire’a

i do sekretnych uciech,

nie gardził również prozą,

Błąkając się, dziwacząc

andante maestoso……

A jaki był wstydliwy…..

coś niby…. jak Jan Jakub;

kazania wielce cenił:

„Do rybek” i „Do ptaków”;

chociaz wuj  Zefiryna,

już taki starszy anioł,

raz widział „Słówka” Boya

pod kołdrą ( Ach, ty draniu !)

Tak zyli aniołowie,

ale nadeszła kryska

i wezwał Bóg Dobrodziej

nadanioła Matyska

 

 diabe 

KIG

lecz właśnie śpi w obłokach

Ha, było trzech aniołów

 

Historia pewnej jednostki

Poniższa fabuła jest fikcją i produktem wyobraźni autora. 
Wszelkie podobieństwo do realnych osób i wydarzeń
jest czysto przypadkowe i niezamierzone.
Przekleństwa i wyrażenia nieobyczajne 
zostały starannie ocenzurowane.

Generał skrzywił się boleśnie. Małe diabełki, tańczące kozaka w jego głowie, zdwoiły tempo. Gdzieś daleko słyszał echo głosu starego majora, doświadczonego towarzysza broni, z czasów, kiedy sam był jeszcze porucznikiem: „Bo pić – to trzeba umić!” Pewnie, że trzeba… a ostrzegali go koledzy i podwładni, żeby nie próbować przepić gości zza wschodniej granicy! Ale jako najstarszy stopniem przy stole musiał trzymać fason. Zresztą – przypominał to sobie jak przez mgłę – na początku nie było tak źle.

Tłusty rosół, po którym na stół wjechała kiełbasy i golonka, stanowił dobry wstęp do pierwszych toastów, za przyjaźń polsko-radziecką, za Pierwszego Sekretarza, za celność rakiet, a potem, kiedy już formalnościom stało się zadość, nieco bardziej konkretnych i wojskowych – zdrowie nasze, zdrowie pięknych pań, potem, naturalnym skojarzeniem, żeby nam zawsze stawał i ochoty nie zabrakło, i tak dalej. Na początku panowie oficerowie raczyli się rodzimą żytnią, ale Rosjanie najwyraźniej traktowali ją jako grę wstępną, coś w rodzaju aperitifu. Kolejne skrzynki, wnoszone na salę wojskowego ośrodka, nie robiły na nich specjalnego wrażenia, a wódka, pita szklankami od herbaty, znikała w oszałamiającym tempie.

Pierwszy nie wytrzymał młody podporucznik, inteligencik w okularkach. Zakrztusił się już trzecią szklanką wódki i zwymiotował na środek stołu, wywołując powszechną wesołość wśród gości i współczucie u niektórych kolegów. Kiedy posprzątano, a dyżurni kaprale wynieśli nieszczęśnika, wszyscy byli zgodni: „No, ten to sobie poczeka na awans!”, i zabawa toczyła się dalej. Podporucznika wyniesiono, a wniesiono gwóźdź programu – upieczoną w całości świnię (co dało asumpt do następnych niewybrednych komentarzy na temat wyniesionego współbiesiadnika). Ponieważ wieprzową tuszę rozbierano zgodnie ze starszeństwem i gościnnością, do najmłodszych szarż doszły już tylko nędzne resztki.

Przy świni rumiany radziecki generał nachylił się do swojego adiutanta, wysokiego, przystojnego kapitana, i szepnął mu coś na ucho. Ten zerwał się i całkiem jeszcze pewnym krokiem wybiegł z sali, by już po chwili wrócić na czele procesji sołdatów, niosących skrzynki ze spirytusem. Nie minął kwadrans, jak zaczęli odpadać kolejni młodsi oficerowie – co było pewną niespodzianką, nie tylko polscy, ale i radzieccy. Zabawa doszła już do tego etapu, na którym nikt nie trudził się ich wynoszeniem, kolejnych nieprzytomnych usadzano tylko – lub układano – pod ścianami.

Generał odchylił fotel. Diabełki najwyraźniej zakończyły taniec i uznały, że czas wziąć się za uczciwą robotę, a konkretnie za odpiłowywanie czubka czaszki. Bez znieczulenia. Nie pamiętał, co działo się dalej, kiedy ze świni pozostał już tylko smętny, do czysta obgryziony szkielet. W planach była część rozrywkowa, ale generałowi w głowie wirowały tylko pojedyncze obrazy: wbiegający na salę rządek dziewczyn w strojach regionalnych… Taniec, nie mający wiele wspólnego z konkretną ludową choreografią, za to taki, do którego ochoczo włączali się goście i gospodarze… Kolejne akrobacje, mające przypominać hołubce i prysiudy… Szczególnie aktywne w tych figurach panie, nagradzane szklankami spirytusu… Zbiorowy striptiz całego zespołu na stołach… Przekrwione oczy radzieckiego pułkownika, który oglądał nagie dziewczyny z coraz szerszym uśmiechem na spoconej twarzy… I dzika orgia, jaka nastąpiła zaraz potem.

Wspomnienie tej końcówki bankietu, a może zaserwowany przez cichego i współczującego adiutanta klin, sprawiły, że potworny kac niechętnie i z ociąganiem zaczął się cofać. Generał z coraz większą ulgą przypominał sobie wirujące naokoło damskie wdzięki – nagie uda, tyłki i łona, różowe i ponętne, czasem bliższe, czasem dalsze, czasem kapryśne i wabiące, a czasem zdecydowanie przystępujące do akcji. Wydawało mu się dziwne, że nie pamiętał biustów, ani twarzy, ale potem uprzytomnił sobie, że spod stołu, pod który malowniczo się osunął, nie miał szansy zobaczyć nic więcej. Odetchnął z ulgą i pociągnął jeszcze łyk zmrożonej na klina wódki, a potem przymknął oczy i zaczął przypominać sobie dalsze pieprzne szczegóły poprzedniego wieczoru.

W tym momencie kontemplację przerwał mu łomot obcasów. Diabełki ciekawie nadstawiły uszu, a zanim generał był w stanie wykrztusić „Spocznij!”, młody, dziarski porucznik, który nie brał udziału we wczorajszych wydarzeniach, ponieważ właśnie przybył ze sztabu generalnego, przepisowo strzelił obcasami. Strzał ten przeszył bólem głowę generała, który sapnął gwałtownie i gestem dłoni wskazał młodemu oficerowi krzesło po przeciwnej stronie biurka. Nieco speszony porucznik, nie zdążywszy się zameldować, przycupnął niepewnie na brzegu, otworzył skórzaną teczkę i bez słowa podał zwierzchnikowi papiery.
– Co to… mianowicie jest… po’czniku?
– Towarzyszu generale, to jest spis potencjalnych lokalizacji dywizjonów rakietowych obrony powietrznej kraju. Dowódca sztabu prosi towarzysza generała, żeby towarzysz generał podjął decyzję co do rozmieszczenia dywizjonów o-pe-ka w naszym okręgu, i jeszcze…
– Otwórzcie ten spis – machnął ręką generał – i czytajcie… Tylko nie za głośno.
Po czym osunął się w czeluść fotela, przymknął oczy i z lubością zaczął przypominać sobie ukoronowanie bankietu. Tymczasem porucznik otworzył teczkę, wyjął maszynopis z pieczęcią „Tajne/ Spec. znaczenia” i półgłosem zaczął wymieniać:
– Adamki. Andrzejewo. Aniołki. Antonin. Arciszewo. Babi Dół… – Generał otworzył jedno oko.
– Zaraz, zaraz, cożeście tam przeczytali?! Powtórzcie!

Za Wikipedią:

„24 Dywizjon Rakietowy Obrony Powietrznej (24 dr OP) – pododdział Wojska Polskiego, sformowany w 1963 w Babim Dole koło Kartuz, podlegał dowódcy 4 Gdyńskiej Brygady Rakietowej Obrony Powietrznej. Jednostka rozformowana około 1993 roku. (…) Dywizjon został sformowany na podstawie rozkazu organizacyjnego dowódcy Wojsk OPK z 12 stycznia 1963, jako 24 dywizjon ogniowy artylerii rakietowej w składzie 60 Brygady Artylerii OPK w Gdyni.”

  

Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.fortyfikacje.eksploracja.pl/fr_babi_dol.htm
_________

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Do krytyków

*

A w maju….

Zwykłem jeździć, szanowni panowie,

Na przedniej platformie tramwaju!

Miasto na wskroś mnie przeszywa!

Co sie tam dzieje w mej głowie:

Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,

Wesoło w czubie i w piętach,

A najweselej na skrętach,

Na skrętach – koliście….

Zagarniam zachwytem ramienia,

A drzewa w porywie natchnienia

Szaleją wiosenna wonia, Z radości pekają pakowie,

Ulice na alarma dzwonią

Maju, Maju ! —

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,

Wielce szanowni pnowie !……

 hehehe 

Julian Tuwim  

NIECH SIĘ ŚWIĘCI 3-CI MAJA!

 


„Wielu nawet dobrze myślących obywateli, nad tą się zastanawia uwagą, że mało zyska Polska, jeżeli zrzuciwszy jarzmo 3 maja, wróci do gwarancyi Moskiewskiej. Podług mnie, choćby inaczej nie było można, jak wrócić się do podobnej przemocy Moskwy, jakiej doznała Polska, wolałbym to nieszczęście, jak najhaniebniejsze ze wszystkich 3 maja..
.”

Z dziennika Zofii Tołstojowej…

Zofia i Lew Tołstojowie
w czterdziestą ósmą rocznicę ślubu
we wrześniu 1910 roku.

13 kwietnia 1909 roku
Dziś objęłam swoją dawną posadę – przepisywałam nowy utwór literacki Lwa Nikołajewicza. Jego tematem są rewolucjoniści, wyroki i pochodzenie tego wszystkiego. Mogłoby być interesujące, ale znów te same chwyty – opis życia chłopskiego, zachwycanie się silną kibicią kobiecą, ogorzałymi nogami dziewuchy – tym, co go kiedyś tak mocno kusiło; z głębi wspomnień wypłynęła prawie nieświadomie teraz, gdy ma 80 lat, ta sama Aksinia o błyszczących oczach. (Aksinia była to jasnopolańska baba, ostatnia przed ślubem kochanka Lwa Nikołajewicza, jeszcze dziś mieszkająca we wsi.) To wszystko wywołało we mnie jakieś niemiłe echa. Dalej będzie pewnie poetyzacja rewolucji, której Lew Nikołajewicz choćby nie wiem jak się maskował chrześcijaństwem, niewątpliwie sprzyja, a nienawidzi wszystkiego, co jest wysoko postawione przez los i co jest władzą.
Będę przepisywała dalej, zobaczymy, co nastąpi w dalszym ciągu. Nie miał ochoty dawać mi do przepisania, jakby się wstydził tego. Zresztą, gdyby miał trochę więcej delikatności, nie nazywałby swoich babskich bohaterek Aksiniami. Znów jest tu bohater-chłop, który ma być sympatyczny ze swym uśmiechem i harmonią, a który potem zbłądzi i stanie się rewolucjonistą. Może zmienię zdanie, ale tymczasem mi się nie podoba. […]

Co lubię:
Spokój w  duszy
Marzenie w głowie
Miłość ludzi do mnie
Dzieci
Wszelkie  kwiaty
Słońce i  dużo  światła
Lubię sadzić, podcinać, hodować drzewa.
Las
Lubię coś odtwarzać, tj. rysować, fotografować, grać rolę; lubię tworzyć, chociażby szyć.
Lubię muzykę,  lecz z rezerwą.
Lubię jasność, prostotę i talent u ludzi.
Stroje, ozdoby
Lubię zabawę, święta, blask, piękno.
Lubię wiersze.
Sentymentalność
Czułość
Lubię wydajnie pracować.

Czego nie lubię
Wrogości i  niezadowolenia  ludzi
Pustki w duszy i myślach, choćby nawet przejściowej
Jesieni
Mężczyzn  (z  nielicznymi  wyjątkami)
Ciemności i nocy
Gry w karty o pieniądze
Zamroczonych winem i występkami ludzi
Sekretów, nieszczerości i skrytości
Stepu
Hulaszczych pieśni
Procesu  jedzenia
Braku talentu, przebiegłości, udawania i kłamstwa
Nie lubię żadnego gospodarstwa.
Nie lubię samotności.
Nie lubią kpin, żartów, parodii, krytyk i karykatur.
Nie  lubię  próżniactwa  i lenistwa.
Z trudem znoszę wszelkie awantury.


Zofia Tołstojowa,
Pamiętniki, tłum. Maria Leśniewska

NIECH SIĘ ŚWIĘCI 1-SZY MAJA!!



Nad szerokim Donem wietrzyk sobie hula,

Odpędza od brzegów tuman białych mgieł.

Zakurzoną drogą sotnia przeleciała…

– Znów ataman swych kozaków w jasny wiedzie step!

 

Konik czarny-wrony, z tureckiej wyprawy,

A w komodzie drzemie mój wierny nagan.

Wie, że przyjdzie kiedyś i na niego kolej,

Gdy za Rosję przyjdzie walczyć – jak chce ataman!

 

Oj, powojujemy gdzieś w stepie szerokim,

– Krwi mi przecież nie żal, toż nie pierwszy raz!

Koń mój czarny-wrony poniesie galopem,

Kiedy w szarży znów na szable przyjdzie kogo brać!


Nad szerokim Donem wietrzyk sobie hula,

Odpędza od brzegów tuman białych mgieł.

Zakurzoną drogą sotnia przeleciała…

– Poprowadził do ataku Tatko-ataman!



Lajkonik i jego kolej

Pan Ignacy Lajkonik frasobliwie pokiwał głową. Stali przed otwartą maską panalajkonikowego samochodu razem z mechanikiem, panem Stasiem, który właśnie skończył wyliczać części, które wymagają naprawy, a prawdę mówiąc, w większości wymiany. Lista tych części przypominała listę zakupów pana Ignacego, były tylko dwa problemy – pierwszy taki, że wszystko z tej listy będzie kosztowało więcej niż zwykłe zakupy, a drugi – że sprowadzenie części i ich wymiana lub naprawa potrwa niestety dużo dłużej niż zwykłe zakupy. Co prawda pan Stasio po starej znajomości kasował od pana Lajkonika dużo mniej niż autoryzowana stacja obsługi, ale też i nie proponował klientom samochodów zastępczych – co oznaczało, że na długi majowy weekend pan Ignacy zostanie bez własnego środka transportu.

Trzeba trafu, że zaraz po powrocie z wizyty w warsztacie rozdzwonił się telefon, a dzwonił tak rozkazująco, że pan Lajkonik nawet nie pomyślał, żeby może nie odbierać. To dzwoniła dawno nie widziana i nie słyszana (chwała Bogu) kuzynka Euforia, która – od kiedy Autor opisał ją po raz pierwszy – przeprowadziła się do innego miasta. Twierdziła, że tamtejsze powietrze lepiej jej służy, a wszyscy jej znajomi i krewni, włącznie z panem Ignacym, z entuzjazmem przyznawali kuzynce Euforii rację. Teraz kuzynka zapraszała drogiego kuzyna Ignacego (z naciskiem na „drogiego”) na rocznicę swojego uroczystego przyjęcia do lokalnego oddziału Club des Megiers, kobiecej organizacji przynajmniej z założenia dobroczynnej. „Musisz koniecznie przyjechać, Ignacy! Kuzyn Roland ma konferencję w Zwischen Zwischen, Karol przygotowuje się do sesji, Monika na tej swojej wsi sieje ziemniaki [tu pan Lajkonik wewnętrznie zatrząsł się ze śmiechu, ale zaraz mu przeszło], więc zostajesz tylko ty!”

Od takiego dictum nie było odwołania. Pan Ignacy pospiesznie skontaktował się z panią Chandrą, wyjaśnił jej całą sytuację i przekonał, że jednak nie powinna jechać razem z nim. Albo będziesz musiała znosić humory mojej kuzynki, wyjaśnił, albo się zdenerwujesz i jeszcze bardziej zaognisz sytuację. W żadnym wypadku nie narażę cię na żadne z tych doświadczeń! Pani Chandra lekko się skrzywiła i przyznała panu Ignacemu rację, spytała tylko, czy chce specjalne indyjskie ziółka na uspokojenie. Chciał. A potem jeszcze upewnił się, że dobrze zapisał termin przyjęcia u kuzynki Euforii („piątek, o piatej”) i poszedł się pakować.

Pan Lajkonik spakował się całkiem zgrabnie, w niedużą walizeczkę, w osobnym pokrowcu miał garnitur. Zadzwonił po taksówkę i poprosił, żeby zawieźć go na dworzec kolejowy. Kierowca taksówki, młody chłopak, najwyraźniej nudził się, ponieważ przez całą drogę bawił się przyciskami radia, szukając stacji, która by mu odpowiadała. Jak na złość, na wszystkich kolejnych kanałach leciały reklamy, w związku z czym efekt był mniej więcej taki: „Z margaryną Powabną wspaniale uda ci się pieczenie… i swędzenie idealnie likwiduje preparat Hemorol, najlepszy na… skórę naturalną i sztuczną, czarną i kolorową. Tylko pasta do butów LeCret da ci błysk… w oku ukochanej? Użyj Fiakry!” i tak dalej, i tym podobne. Taksówkarz w końcu dał za wygraną i włączył klasyczne rockabilly z płyty CD, upewniwszy się, że jego pasażerowi nie będzie to przeszkadzało. Muzyka tak ich obu rozochociła, że zajeżdżając pod dworzec, podskakiwali sobie w rytm, każdy na swoim fotelu, a gdy taksówkarz pomagał panu Ignacemu wypakować walizkę, miał na twarzy szeroki uśmiech.

Pan Lajkonik wszedł na dworzec, od dłuższego czasu w remoncie (ponieważ spółka PKP Drzwi Obrotowe nie mogła się dogadać z PKP Posadzki, co przedłużało przebudowę), odstał swoje w kolejce po bilet, nabył go i spokojnym krokiem udał się na peron. Spokojnym, ponieważ przewidująco wyszedł z domu odpowiednio wcześniej, mimo że wcale mu się nie spieszyło do Euforii. Pociąg już czekał. Pan Ignacy otworzył drzwi – co przyszło mu zastanawiająco lekko – i wkroczył do przestronnego wagonu. Przypominające kabinę samolotu wnętrze utrzymane było w pastelowych kolorach. Fotele nie oferowały jakiegoś niebywałego komfortu – nie były ani luksusowo miękkie, ani zbyt szerokie, ale za to wyglądały na wystarczająco wygodne, by można było w nich uciąć sobie kolejową drzemkę. Pan Lajkonik uniósł brwi. Nie tak pamiętał wygody oferowane przez kolej… Z drugiej strony, pomyślał, jednak dawno nie jechałem pociągiem – coś się mogło zmienić, i może nawet na korzyść???

Zdjął kurtkę, powiesił ją na wieszaku, walizkę włożył z niewielkim tylko wysiłkiem na półkę nad oknem i usiadł na wolnym fotelu. Wyciągnął gazetę i przeczytał recenzję nowej książki niebywale modnego autora, który wszakże nie był Autorem pana Ignacego, co obu – póki co – odpowiadało. Do odjazdu pozostało już tylko kilka minut i pan L. rozejrzał się po wagonie. Wokół siedzieli niebywale spokojni ludzie, prowadzący ze sobą ściszoną konwersację, patrzący w okno, czytający, słuchający muzyki przez słuchawki lub drzemiący. A wszyscy do czysta wymyci! Wtedy właśnie rozległ się gwizdek zawiadowcy i pociąg ruszył. Powoli i miękko, bez szarpania i wstrząsów, i biegu przyspieszył, i już po chwili gnał coraz prędzej, mijając przedmiejskie domki, coraz rzadsze, potem ogrody i pola, łąki i lasy…

Widoki za oknem, jak to widoki, po paru chwilach opatrzyły się panu Ignacemu, nie miał też zbytniej ochoty czytać, więc, ukołysany ruchem pociągu, zapadł w lekki sen. Wyrwało go z tego snu dopiero delikatne pukanie w ramię. To konduktor, średniego wzrostu, ubrany w nieskazitelny mundur, grzecznie dawał panu Lajkonikowi znać, że nadszedł czas na kontrolę biletów. Nasz bohater otrząsnął się z resztek snu, a gdy konduktor oddawał mu bilet, zapytał: ¬– To teraz już każdy pociąg tak wygląda?
– Jak? ¬– odpowiedział konduktor pytaniem na pytanie
– No… tak ładnie. I wygodnie. I z takimi pasażerami.
Pan konduktor, który w klapie munduru nosił plakietkę z imieniem Tomasz i całkowicie nieistotnym dla tej historii nazwiskiem, uśmiechnął się ze zrozumieniem. Widać nie pierwszy raz zadawano mu takie pytanie. – Nie, chyba nie. Proszę mi powiedzieć, czy może wpadł pan na dworzec w ostatniej chwili? Biegł pan za pociągiem?
– Nie – przyznał pan Ignacy – przyszedłem wcześniej. Nie lubię nic załatwiać na styk ani na wczoraj.
– A właśnie! – podchwycił pan Tomasz – dlatego trafił pan do tego pociągu. To jest, proszę pana, Pociąg Dla Tych, Którzy Przychodzą Przed Czasem. Widzi pan, jaki efekt? Wszyscy spokojnie siedzą, nikt się nie denerwuje. Jak się ma czas, to nie ma sensu tracić nerwów.
– Hmm, dość sensownie to brzmi – zadumał się pan Lajkonik – ale proszę mi powiedzieć, czy w takim razie na stacji docelowej też będziemy przed czasem?
– Oczywiście. Niewiele, ale zawsze. Więcej panu powiem: widzi pan tego brodatego jegomościa dwa rzędy dalej? – zapytał pan Tomasz. – Otóż to jest genialny poeta, który wyprzedza swój czas o całą epokę! Nie powiem panu, jak się nazywa, pan rozumie, ochrona danych osobowych, ale proszę zapamiętać tę twarz. Za parę lat to hoho… – i tu pan konduktor zawiesił znacząco głos, sugerując wiele, ale wprost nic nie mówiąc.

Wtedy właśnie pociąg pana Lajkonika wtoczył się, płynnie zwalniając, na niewielką stacyjkę. Pan Ignacy rozejrzał się i zobaczył schowany wśród starych klonów budynek dworca, wymagający natychmiastowego malowania. W oknach z drugiej strony widać było brukowany peron z kilkoma drewnianymi ławeczkami i tablicą, z której została tylko połówka, głosząca dumnie „…iczyn”. Pan Lajkonik uchylił okna i wciągnął z rozkoszą zapach, który pamiętał z dzieciństwa – rozgrzanych, smołowanych podkładów kolejowych, rosnących między torami rumianków i mokry, leśny zapach klonów. W tle świergotały wróble, trochę dalej sennie odzywały się kury w zagródce koło domu zawiadowcy, a zupełnie z daleka słychać było dzwonienie polnego skowronka. Wtem z daleka – wyraźnie nerwowo – zawył sygnał innego pociągu, rozległ się coraz bliższy stukot kół, i po niedługiej chwili po przeciwnej stronie peronu zatrzymał się drugi skład.

Jakże inaczej wyglądał! Elektrowóz wyglądał jak zespawany z dwóch różnych, a wagony… w części z nich paliło się światło, nie wiadomo po co, bo dzień był jeszcze całkiem jasny, niektóre okna były zaparowane, inne uchylone i kopcił się z nich papierosowy dym. Drugi pociąg zatrzymał się ze zgrzytem i natychmiast dał się słyszeć dochodzący zeń chór oburzonych głosów:
– Co się stało, dlaczego się zatrzymaliśmy?
– Tej stacji przecież nie było w rozkładzie?!
– Proszę już jechać! Dalej, no!
– Ja się poskarżę! Ja mam znajomości!
– Już pan tu nie pracuje! Ja mam wuja w ministerstwie!
Pan Tomasz, który stał niedaleko od pana Ignacego, westchnął tylko i półgłosem wyjaśnił rozmówcy: – Naprzeciwko ma pan właśnie Pociąg Dla Tych, Co Na Ostatni Moment. Sam pan widzi i słyszy, co się tam dzieje, szkoda słów…

Pan Lajkonik stanął przy uchylonym oknie i z czystej ciekawości otworzył je szerzej. Wychylił się na zewnątrz, żeby zobaczyć wagony drugiego pociągu i co się w nich jeszcze mieści, kiedy gwałtownie i z łomotem otworzyło się okno naprzeciwko. Czerwona, rozzłoszczona twarz, która z niego wyjrzała, należała z pewnością do kuzynki Euforii. – Ignacy! – ¬ryknęła kuzynka ¬– Tu jesteś! A mówiłam, żebyś był na czas! Nie daruję ci tego! Przecież powtarzałam trzy razy: piątek o piętnastej! O PIĘTNASTEJ!!!
_____________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Brak tytułu

Dzień dobry raz jeszcze:) Postanowiła nie czekać do 17, bo kto wie, co może mnie wtedy spotkać, prawda? Otóż wczoraj, jadąc już do domu „od wód” wstąpiłam do restauracji, na obiad. jakież było moje zdumienie, kiedy przy płaceniu, okazało się, ze nie honorują mojej karty. Na szczęście, zachowałam nieco gotówki, ale mina kelnerki nie wyrażała pozytywnej opinii o mnie. W powtórne zdumienie wprawił mnie telefon, dyrektora banku, który zadzwonił do mnie z propozycją spotkania dziś rano.  To mnie jeszcze bardziej zaciekawiło. Ki diabeł?? ktoś wyczyścił mi konto?? No więc rano , już mam wsiadać do auta, kiedy przechodzacy pan, bąknął, „ma pani kapcia”, Niech to szlag! trudno, pokuśtykałam na postój ( na wywczasach zerwałam ścięgno, stąd , to kuśtykanie). Kiedy zjawiłam się w gabinecie pana dyrektora, moje osłupienie osiągnęło apogeum, ponieważ pan dyrektor, kazał mi siąść i zaczął w te słowa, ” Nie wiem, jak pani to powiedzieć, bo podczas mojej długoletniej kariery, mam z taką sytuacją do czynienia, po raz pierwszy.  Pomyślałam ani chybi , jestem goła, jak mysz kościelna.. Pan dyrektor, upewniwszy się, ze siedzę wygodnie, powiedział, „pani  nie żyje od 24 lutego” Na co ja po opanowaniu tzw, „głupawki” stwierdziłam , ze żyję i mam się dobrze. Pan dyrektor raczył to potwierdzić i zerknąwszy na moją datę urodzenia powiedział, ” no i trzyma się pani wspaniale” Ja  mu na to, że czasem się puszczam, co pan dyrektor skwitował wybuchem gromkiego śmiechu. Następnie dyrektor skopiował mi pismo ze ZUS-u poradził, abym nie darowała im tej sprawy. Poszłam a raczej pokuśtykałam do ZUS-u. Poprosiłam panią, której nazwisko widniało na tymże piśmie o rozmowę. Pani była dosyć opryskliwa, wręcz niegrzeczna, co ułatwiło mi podjęcie decyzji, o złożeniu skargi. Kiedy usłyszała w czym rzecz, szepnęła ” Jezus Maria” i nie wiem , czy była taka rozmodlona, czy wystraszyła się mego ducha . Hi hi hi.  Tak więc macie kochani do czynienia z duchem:) Najgorsze jest to, ze mam zablokowane konto a za kartą muszę czekać około 2 tyg. Nooo. A teraz trochę o wywczasach. Byłam po raz pierwszy w sanatorium ale od teraz będę tam ciągłym gościem. na zyczenie dostałam „jedynkę” a więc nie byłam skazana na niechciane towarzystwo. czasem udało mi się dopaśc kompa, ale zazwyczaj stawała mi za plecami, pewna, jak ją nazywałam „zołza”, która miała wieczne pretensje do wszystkich o wszystko a do mnie, ze nie uzgadniam  z nią czasu, kiedy wchodzę na „kompa”. Skutecznie mnie odstraszała od tego ustrojstwa. 🙂 Byłam na kilku „dancingach” przeżycie niesamowite !! mam skłonnośc do płakania ze śmiechu, co się wiąże z rozmazanym makijazem. Byłam też na wieczorze pieśni Okudżawy. Super, bardzo go lubię, więc z ochotą wykupiłam bilet. Sala była ogromna przekrój wiekowy średnia 70, ale to nieważne. Zgaszono światła, na stolikach paliły się tylko świece. Jakież było moje zdumienie, kiedy to zamiast zapowiedzianego solisty, pojawiła się pani z piszczącym głosem, który nijak nie pasował do piosenek Okudżawy. Tenże pan zachrypiał jedną piosenkę a potem tylko akompaniował  „piszczce”. Nie wiem, czy to ze zmęczenia, czy z nudów zdarzyło mi się przysnąć. Obudziła mnie torebka która spadła mi z kolan. Oczywiście, dostałam takiej „głupawki”, ze w pośpiechu opuszczałam lokal, bo nobliwe towarzystwo patrzało na mnie z dezaprobatą.Było jeszcze wiele takich zabawnych momentów, ale chyba n adziś wystarczy, bo numer z moją śmiercią przebił wszystko inne. Jak pamietam z powiedzeń Mamy, to ktoś kogo uśmiercono , niesłusznie, będzie długo żył, czego Wam i sobie życzę!! Miłego wieczoru 🙂