Odwiedziło nas

  • 0
  • 187,269
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Listy i pamiętniki..

10 kwietnia 1814

Wcale nie jestem przekonany, że samotność służy mi najlepiej! Ale jedno wiem z pewnością, że wystarczy, bym krótki czas był w towarzystwie, nawet w towarzystwie tej, którą kocham (Bóg, a przypuszczalnie i diabeł mi świadkiem), a już tęsknię za towarzystwem mojej lampy i mojej zupełnie nie uporządkowanej i poprzewracanej biblioteki. Nawet w dzień częściej wolę odsyłać powóz aniżeli go używać czy nadużywać. Per esempio – nie ruszałem się z tych pokoi przez ostatnie cztery dni: ale dla zażycia ruchu urządzałem sparring (przy otwartych oknach) z Jacksonem, godzinę dziennie, po to, by zeszczu­pleć i podtrzymać subtelniejszą cząstkę mojej istoty. Im większy wysiłek, tym lepszy nastrój przez resztę dnia, a potem wieczorem lekka pustka zmęczenia, którą tak bardzo lubię. Dziś boksowałem się przez godzinę – napi­sałem odę do Napoleona Buonapartego – przepisałem ją – zjadłem sześć biszkoptów — wypiłem cztery butelki wody sodowej – resztę czasu spędziłem na czytaniu, nie licząc udzielania biednemu [Websterowi] całej masy po­rad w sprawie jego kochanki, która go doprowadza do tego, że staje się człowiekiem suchotniczym i nieznośnym. I to ja właśnie mam być właściwą osobą do udzielania lekcji na temat tej „sekty”. Nie ma to zresztą załączenia, moje rady nigdy nie są wysłuchane.

Z dziennika George’a Byrona

Opowieść wielkanocna

Każdy ma prawo do marzeń.

To będzie historia o marzeniach małego kurczaka. Kurczaka tak małego, że tak naprawdę to jeszcze nie był kurczakiem. Dopiero był jajkiem. Ale jak każdy – to każdy…

Całym jego światem było wnętrze skorupki. Była twarda, chropowata, miała nieregularne plamki i była jego. Cała była jego. Nie znał niczego poza nią.

Prawdę mówiąc, cała jego świadomość była dopiero na skraju zaistnienia. Nic jeszcze nie wiedział, nic nie rozumiał. To były raczej przeczucia – ktoś to może nazwie pamięcią gatunku, ale on nie znał takich pojęć. Po prostu był on – i była skorupka. I tyle. To i tak dużo, jak na takiego małego kurczaka!

Bardzo zdumiało go więc marzenie. Śnił o takiej chwili, kiedy swoim małym, ale ostrym dziobkiem przebije skorupkę i wydostanie się na zewnątrz. Co to jest to„zewnątrz” – nie wiedział. Miał tylko przeczucie, że świat nie może być tak mały, że nie może ograniczać się tylko do własnego żółtka i białka, że musi być coś, co nada sens temu istnieniu. Ba, nawet własnego dzioba nie był sobie w stanie wyobrazić. Wiedział po prostu, że będzie miał coś, co pozwoli wydostać się ze skorupki. Mając już pewność, że nadejdzie ta chwila totalnego wyzwolenia, że przyjdzie na to zarówno czas jak i sposobność, zaczął rozmyślać o tej chwili wydobywania się. To było szalenie emocjonujące! Z wrażenia nawet zrobiło mu się gorąco! Jednak i tak nie potrafił sobie w żaden sposób przedstawić świata poza skorupką.

Z marzeń wyrwał go trzask pękającej skorupki. Jak to?!? Przecież jeszcze nawet nie miał dzioba! Co się dzieje? Zamiast dobrze znanego chropowatego wapienia otoczyło go coś lepkiego i miękkiego. Cholera, to majonez!!!

Wypowiedzianych ciepłym tonem życzeń„Wszystkiego najlepszego!”, które usłyszał jeszcze ćwiartką swojego jestestwa, nie wziął już do siebie…

Powrót z marzeń do rzeczywistości bywa płynny, ale bywa też zaskakujący.

WESOŁYCH ŚWIĄT….!

 


Skromna pisanka……

Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha

*

Rodzina wyjechała do Hagen.

Sam zostałem w tym ogromnym domu.

Po galeriach krokami dudnię.

 

Bardzo śmieszą mnie te złocenia.

I te pelikany rzeźbione jak od niechcenia,

i te chmury mknące na południe.

 

Ja bardzo lubię chmury.I swiatła pochmurne.

Jak fortece. Jak moje fugi poczwórne.

 

Cóż to za rozkosz błądzić przez pokoje

Z Panią Muzyką we dwoje !

Jak las jesienny świece w lichtarzach czerwone.

 

A dzisaj jest Wielkoanoc. Dzwon rozmawia z dzwonem.

O, wesołe jest serce moje!

 

W starych szufladach stare listy, 

a w książkach zasuszone kwiaty;

jak miło plądrować wśród starych papierów….

O, świąteczne godziny pełne złotych szmerów!

o, natchnienia jak kolumny złote, o kantaty!

 

Ubrany w zielony aksamit

brodzę, błądzę tymi pokojami .

i po galeriach i po schodach;

o, jeszcze tyle do wieczora godzin,

żeby mruczeć, żeby nucić, żeby chodzić,

żeby płynąć jak zaczarowana woda!

 

Ciemne jak noc portrety witają mnie w salach,

jeszcze bardziej ciemniejąc, kiedy się oddalam.

 

To śmieszne, że niektórzy nazwali mnie mistrzem,

mówią, że w mych kantatach zamknąłem niebiosa.

Szkoda, że tu nie wszyscy znacie mego kosa,

ach, jakże ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiżdże,

jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom.

I wielkim rzekom. I piersiom twoim, Naturo.

 

Spójrzcie na te niebieskie hiacynty,

na te krzesła z czarnego drzewa,

na te wszystkie złocone sprzęty,

na tę klatkę z papugami, która śpiewa,

na te obłoki jak srebrne okręty,

które wiatr południowy podwiewa.

Tak. Spójrzcie. To jest moje mieszkanie.

Też wspomnienie po Janie Sebastianie.

 

Mówią, że jestem stary. Jak rzeka.

Że czas coraz bardziej z rąk mi ucieka.

To prawda, że wiele godzina przepadło.

Ale to nic. Do diabła ! Ja gram na mocnych strunach.

I są jeszcze kantaty moje, do pioruna !

Nie czas mnie, ale ja go wziąłem na kowadło.

 

Zaraz przyjdzie rodzina i zacznie się uczta.

Córy moje, nim siądą, przejrzą się do lustra.

I chmara gości ściągnie. I nastąpi taniec.

Podjedzą sobie setnie i podpiją dobrze.

I pasterz z gobelinu też huknie na kobzie.

A potem wieczór przyjdzie. I zniknę w altanie.

 

Bo lepsza od mych skrzypiec, gdym grywał w Weimarze

niźli perły, o których dla mej żony marzę,

 

niż sonaty mych synów, niż wszystkie marzenia,

taka chwila wielkiego, wielkiego wytchnienia,

 

własnie teraz, gdy widzę przez altany szparę

rzecz niezwykłą, zawrotną, szaloną nadmiarem:

WIOSENNE GWIAŹDZISTE NIEBO.  

 

Z szuflady: juwenilia o wędrówce

Dzięki nieocenionemu wsparciu pewnej znajomej osoby, z którą nawiązałem ostatnio kontakt po latach, udało mi się odtworzyć pewną drobnostkę, napisaną ho ho temu, zdaje się w okolicach drugiej lub trzeciej klasy LO (obecnie pierwszej lub drugiej). Jedną z naszych (klasowych) ulubionych piosenek turystycznych, które śpiewało się do gitary przy ogniskach i/lub na wycieczkach, było „Wędrowanie” Andrzeja Starca. Gdyby ktoś nie znał, szło to tak:

Rozwichrzone nad głową sosny rosochate
Biegną niebem chmurki, owieczki skrzydlate
Senne oko jeziora zda się na wpół drzemie
Kolorowe sady słodkie niosą brzemię

REF.
A nam czegóż to więcej potrzeba
Powiedz nam
Powiedz nam lesie i drogo piaszczysta
Powiedz nam

Połoniny zielone przepastne doliny
Ukwiecone łąki strojne jak dziewczyny
Płaczka wierzba przysiadła na przydrożnym rowie
Matka żegnająca ruszających w drogę

REF.

Przemierzamy doliny jak wędrowne ptaki
Co na niebie kluczem wyznaczają szlaki
Dokąd, dokąd tak pędzisz uskrzydlony bracie
Pędzisz nie bez celu już we krwi to macie

REF.

Wykonanie można obejrzeć w naszym wieku elektroniki i multimediów na YouTube – http://www.youtube.com/watch?v=c5dnMPRUnFY , z tym, że myśmy śpiewali nieco wolniej, akcentując jakby z góralska (przykro mi, ale mam braki terminologiczne i lepiej nie potrafię wyjaśnić). Trzeba przyznać, że był to ówcześnie wielki turystyczno-wycieczkowy hit.

Piosenka podobała się i mnie, ale była nieco za krótka, ledwie się człowiek rozśpiewał, już się kończyła. Dlatego też – jako że byłem ambitną bestią – postanowiłem stworzyć ciąg dalszy. Albo i bliższy, ponieważ dwie zwrotki, jakie wtedy napisałem, można było wstawić właściwie w dowolne miejsce piosenki. 

Słoneczna polana, prześwietlona zieleń
Żywiczną ma ranę pień drzewa jak szkielet
Sennie szeleszcząca jasna jarzębina
Pod ciężarem słońca cała się ugina

Góra jak góralka w zielonej zapasce
Chmurą się okryła jak świetlistym płaszczem
Dołem rzeka skacze z kamienia na kamień
Brzeg brzegowi podaje most – drewniane ramię.

 A może zresztą się i mylę w tym względzie? Jeżeli chodzi o tzw. potencjał wykonawczy, to „sennie szeleszcząca” do śpiewania nadaje się tak sobie, rym „jarzębina – ugina” również nie jest najwyższych lotów ; ) W każdym razie to jest rzecz młodzieńcza pod każdym względem, którą zamieszczam gwoli uciechy, żeby przywodziła na myśl pełnię lata i różne turystyczne wypady na łono natury, któej jeszcze na szczęście trochę w Polsce zostało. Lato, przybywaj, niech się skończą wiosenne fanaberie!

_____________

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w ramach blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Z WERTYŃSKIEGO…

 

Zasypał powiat śnieg po pachy
Wyje za oknem wicher – drań
Brzęczą służbowych warszaw blachy
Jak romantyczne dzwonki sań.
W palce strzelając i wąs gryząc
Który zachował kawy smak,
Opieram się o telewizor
kominka bowiem w domu brak.
Dumam… wspominam swą Małgosię
I jak mi ją poderwał gach
A potem szybkich wódek osiem
Wypijam z nocnej lampki słabej
Po jej promyczku spełza wprost
Żałosny cynobrowy diabeł
Trzymając w zębach własny chwost
Poczem z wyrazem szczerej troski
Mówi, a głos mu z bólu drga:
Biednyś ty, biedny, Rosołowski,
Samotnyś bracie, jak i ja…
Obydwaśmy niedocenieni,
Obydwaj na posadach złych,
Obu nas gnębią przełożeni,
Taka a taka mamcia ich…
Ja diabeł – a tyś człek ubogi,
Podobniśmy jak z bratem brat,
Obydwaj bowiem mamy rogi,
Ja – dawno, a ty – od dwóch lat…
I naszą smutną przyjaźń znaczy
To łez – to wódek drobny ścieg,
A za oknami wiatr sobaczy,
A nad powiatem noc, i śnieg…
I tylko młodość oraz dalsza,
I bliżej wciąż się kłębi mgła,
I ciszej dzwonią blachy warszaw
I cynobrowy diabeł łka…


A, Waligórski

Opowieść

Opowieść o serbskim chłopcu Serdjanie i muzułmańskiej dziewczynie Katrinie, którzy zapałali do siebie uczuciem w czasie wojny w Bośni.

  

W bośniackiej stolicy Sarajewie, jest plac otoczony wybudowanymi w średniowieczu budynkami. Na placu stoi fontanna i od tysiąca lat w tym samym miejscu stary kościół z Gargulcem na dzwonnicy.
Gargulec spędził cały swój czas starając się zrozumieć ludzkie emocje, śmiech i smutek. Ale nawet po tysiącu lat ludzkie cechy pozostały dla niego tajemnicą.

Historia rozpoczyna się w 1990 roku. Mur Berliński runął, komunizm chylił się ku upadkowi. Jugosławia po raz pierwszy od czasów Imperium Rzymskiego miała stać się wolna. Wszyscy szczęśliwi czekali co wydarzy się w lepszych czasach które nadejdą.

Jednak powoli kiełkuje ziarno nienawiści pomiędzy sąsiadami.
Młody i wrażliwy Serdjan wstępuje do jednostki serbskiej milicji. Ostatecznie znalazł się na wzgórzach poza Sarajewem. Katrina z przyjaciółmi w tym czasie zajmuje się zakupem broni.

Mijają lata i oto jest koniec listopada 1994 roku.
 
Stary Człowiek, który opuścił Jugosławię wiele lat wcześniej, wrócił do swojego rodzinnego miasta, aby znaleźć je w ruinach. Stoi w centrum, patrzy w niebo i modli się. Nie tego chciał on i inni.
Kiedy kończy modlitwy jest już wieczór. Nie udaje się w miejsce gdzie tymczasowo schroniła się reszta ludności. Wspina się na szczyt gruzów, w miejsce gdzie kiedyś stała fontanna. Wyjmuje wiolonczelę i zaczyna grać Mozarta. Z napiętego łuku nieba, zamiast bomb spadają eksplodując, dźwięki. Łączą w jedność umarłą ziemię niczyją. Od tamtej pory co wieczór powtarzał swój rytuał.

Choć zima stara się przykryć krajobraz płaszczem niewinności, wojna się nie poddaje. Rośnie brutalność i przemoc.

Pewnego dnia pod koniec grudnia, Serdjan na patrolu w Sarajewie, znajduje na szkolnym boisku, w miejscu gdzie niedawno spadła bomba, wiele ciał dzieci. Dociera do niego, że czym innym jest strzelanie z moździerza, czym innym zaś zobaczyć gdzie spadają pociski. Ten obraz uświadomił mu, że już nie może dłużej być cząstką machiny wzajemnego unicestwiania.

24 grudnia Serdjan siedzi w swoim bunkrze zasłuchany w dźwięki kolęd granych przez Starego Człowieka mieszających się z odgłosami wojny, .
Po drugiej stronie pola bitwy słucha także Katrina.
Przestaje padać śnieg, rozstępują się chmury, na niebie lśnią gwiazdy.
Nagle wiolonczelista przestaje grać.

Obawiając się najgorszego, Serdjan i Katrina, nie myśląc, że robią coś głupiego, udają się w stronę placu. Docierają tam jednocześnie. Instynktownie czują, że nic im od siebie nawzajem nie grozi, bo przywiódł ich tu ten sam cel. Zamiast walczyć oboje idą powoli w kierunku fontanny.
Znajdują ciało martwego Starego Człowieka. Na jego twarzy zdążyła zastygnąć już krew. Obok leży rozbita wiolonczela.

Nagle, z bezchmurnego nieba spada kropla wody, zmywając odrobinę krwi z policzka Starego Człowieka.

Serdjan podnosi wzrok, ale nie widzi nic oprócz kamiennego Gargulca wysoko na dzwonnicy kościoła. Oszołomiony tym, co przeżył tej nocy, postanawia, że musi opuścić tę wojnę natychmiast.
Zwraca się do muzułmańskiej dziewczyny, prosi aby poszła z nim. Wtedy dociera do nie niego, że przecież jest na wskroś serbski, że ona nie zechce. Wyjawia jej swoje uczucia, tłumaczy, że nie jest tym, jakim ona go widzi.
Katrina uśmiecha się, bierze go za rękę i razem udają się w noc…

PS: Pomysł zaczerpnięty z koncepcyjnego albumu zespołu rockowego Savatage – Dead Winter Dead.

Savatage – Christmas Eve (Sarajevo 12/24)
http://www.youtube.com/watch?v=mYLGsC3TN5Q

Dla wszystkich którzy nie lubią rocka. Bardzo wzruszające.

Jaromir Nohavica – Sarajewo
http://www.youtube.com/watch?v=PqVpcdi4tD8

Polska wersja utworu Jaromira Nohavicy.

Edyta Geppert – Sarajewo

… Jeszcze tańczy ogień , trzaska drzewo
a już wzrok zachodzi mgłą.
Tam za górą czeka Sarajewo,
tam wyznamy Bogu miłość swą…

http://www.youtube.com/watch?v=LMOwm_IrOZo

Retrospektywa: Saga rodu Lajkoników

Wobec rosnącej popularności relacji z życia i działań pana Ignacego Lajkonika, zdecydował się on na udostępnienie mi rodzinnych zapisków, aby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące jego samego i jego rodziny. Dzięki starannym studiom historycznym zrekonstruował on część dziejów rodu Lajkoników, którzy – jak się okazuje – mieli znaczny udział w kształtowaniu historii świata, Mimo że ród to skromny i swoje miejsce znający…

Najwcześniejsza wzmianka o rodzinie Lajkoników pochodzi ze średniowiecza, z roku 1251. Wtedy to podczas najazdu tatarskiego trębacz z wieży kościoła Mariackiego uratował miasto, ostrzegając je graniem na trwogę. Dla owego trębacza, z racji słusznego wzrostu znanego jako Piotr Wielgus, skończyło się to, jak wiadomo, śmiertelnym postrzałem z łuku i przejściem do historii. Niewielu jednak wie, że do ocalenia grodu przyczynił się również pomocnik piekarza, Wincenty Lajkonik, który dobiegł do bramy i zamknął ją dosłownie na chwilę przed pierwszą salwą z tatarskich łuków. Na pamiątkę tego wydarzenia z Sukiennic do Bramy Floriańskiej odbywał się rokrocznie bieg, z którego po wiekach pozostał tylko „tatarski jeździec” w kolorowym przebraniu, hasający po Rynku – oraz jego nazwa.

Na kolejny ślad rodu wpadamy na północ od Krakowa, gdzie rezydował przedstawiciel Lajkoników o zacięciu naukowym. Mikołaj Lajkonik z powodu upodobania do koperku (cecha dziedziczna w tej rodzinie) zwany Kopernikiem, mieszkał i pracował w Toruniu i Fromborku. Jednak współcześni nie doceniali jego prac, motywując swoją dezaprobatę już to obawą przed zaprzeczaniem doktrynie Kościoła katolickiego, już to – o wiele częściej – nieproduktywnością działań naukowych. – Wzięlibyście się, Mikołaju, i ruszyli wreście do jakiej pożytecznej roboty! – marudziła stara gospodyni Joanna od Aniołów. – Ruszę, ruszę… – mamrotał pod nosem Mikołaj, mało przytomnie, tak go pochłaniały obliczenia. Trzeba przyznać, że słowa dotrzymał, a co ruszył, o to już mniejsza.

Stryjeczny brat Mikołaja, Klemens, był niespokojnym duchem. Przez wiele lat pracował w kuźniach, czyli w ówczesnych hamerniach, najpierw w Polsce i na Śląsku, potem w księstwach niemieckich i wreszcie we Włoszech. We Florencji poznał równie przedsiębiorczego kupca Vespucciego. Panowie przypadli sobie do gustu, a wiele podróżujący kupiec szybko przekonał się, że warto mieć przy sobie serwisanta, który z powodzeniem naprawi wóz, karocę czy też coś z takielunku kupieckiej karaweli. Razem popłynęli też do Nowego Świata, gdzie Klemens zasłynął z pokazów kucia, na które zawsze zbiegali się oczarowani tubylcy. Tak im się podobała zwłaszcza sztuczka z żonglowaniem młotami kowalskimi, że w kierunku każdego nadpływającego statku wydzierali się „Hamernia! Hamernia”. Tak powstała nazwa „Hamerica”, przez niewymawiających „h” Hiszpanów i Francuzów zlatynizowana do „America”.

Niezależnie od zacięcia – podróżniczego, naukowego, czy jeszcze innego – Lajkonikowie zawsze byli ludźmi pełnymi humoru. Syn Klemensa, Dymitr (z małżeństwa z Rusinką Anastazją) nie poszedł w ślady ojca, ale pozostał w Krakowie, ustatkował się i ożenił z niejaką Zofią Gąską. Stadło wiodło szczęśliwe życie, chętnie spotykając się zwłaszcza w rodzinnym gronie. Wiele z dowcipów, opowiadanych przez Dymitra przy wspólnym stole zostało zapamiętanych dzięki szwagrowi Dymitra, Stanisławowi. Z jego niepublikowanych pamiętników wiadomo, że król Zygmunt Stary zaśmiewał się z nich do rozpuku, aż wreszcie podniósł ich opowiadacza (ale nie autora!) do godności królewskiego błazna. To powinowactwu z Lajkonikiem nasza historia zawdzięcza Stańczyka.

Najlepszym dowodem na to, że humor w rodzie nie wygasł, jest inna historia, tym razem z wieku XVII. Kilka pokoleń po Stańczyku (i Dymitrze) surowy i poważny król Zygmunt Waza, nie mogąc znieść puszczanych w obieg przez Bogumiła Lajkonika dowcipów o zupie Maryni oraz o wazie, z której jest czerpana owa zupa, najpierw próbował dowcipnisia ekskomunikować, a kiedy ten nic sobie z tego nie robił, nasłał nań płatnych zbirów. Ponieważ Bogumił był jednym z ośmiu synów Krzysztofa, a wszyscy z rodzinami mieszkali w sąsiedztwie, złoczyńcy nie tylko nie wykonali zlecenia, ale zostali spławieni Wisłą do Niepołomic z ostrzeżeniem, że następnym razem ich doczesne szczątki powędrują aż do Gdańska i dalej do morza. W tej sytuacji król podjął historyczną decyzję i przeniósł się wraz z dworem z Krakowa do Warszawy. I tak już pozostało.

Lajkonikowie byli także ludźmi dość zapobiegliwymi, którzy przy każdej okazji starali się zadbać o rodowy majątek. Pierwowzór (jak wskazują listy Sienkiewicza do wydawcy) Rzędziana, Iwo Lajkonik, w rzeczywistości ordynans porucznika husarskiego Zygmunta Zbierzchowskiego, podczas zwiadu w okolicach Lasu Wiedeńskiego dyskretnie wskazał swojemu dowódcy cel – bogate namioty Wielkiego Wezyra – a potem, już po szarży husarii, wziął udział w przejmowaniu ich zawartości. Zwrócić należy uwagę na niespotykaną skromność ordynansa; Iwo nie domagał się żadnych zaszczytów związanych z wiktorią wiedeńską, do której przecież tak walnie się przyczynił.

Nie był to ród szlachecki, raczej z korzeniami mieszczańsko-rzemieślniczymi. Jednak dzięki wspomnianej przed chwilą dbałości o dobra doczesne stopniowo się bogacił, dochodząc w XVIII w. do takiego statusu, że Jan Baptysta Lajkonik nawiązał bliską współpracę z hrabią Augustem Fryderykiem Moszyńskim, ekonomistą i zarządcą królewskiej mennicy. Niewątpliwie to właśnie znajomość z hrabią Moszyńskim pozwoliła Lajkonikowi poznać w loży masońskiej Cnotliwy Sarmata nowoprzyjętego brata Stanisława Augusta Poniatowskiego i zaprosić go 15 września 1768 na obiad. Król był tak zachwycony przyjęciem i inteligentną dyskusją, że wprowadził zwyczaj podobnych obiadów dla swoich najbliższych współpracowników, na pamiątkę dnia u Lajkoników nazwanych obiadami czwartkowymi.

W trudnym okresie zaborów część rodu Lajkoników pozostała na ziemiach polskich, ale prapradziad pana Ignacego, Aleksander, pod koniec XIX w. uznał, że ma dosyć i wyemigrował do Ameryki. Emigracja odbyła się stopniowo, z dłuższym postojem w Niemczech, a Aleksander – entuzjasta nowości technicznych – po drodze został pionierem sztuki fotograficznej, zakładając w heskim Wetzlarze małą fabryczką pod marką „Leiconic”. Nieco później Niemcy, którzy przejęli fabryczkę po wyjeździe Aleksandra do USA, skrócili trzysylabową nazwę do dwóch sylab i od tej pory nazwa ta brzmi „Leica”. Tymczasem Aleksander stał się założycielem amerykańskiej części rodziny. Imię Ignacy – charakterystyczne dla rodu – pojawiało się w tej gałęzi drzewa genealogicznego Lajkoników wiele razy, w tym w II połowie XX wieku, kiedy to jeden z awangardowych młodych Lajkoników został gwiazdą rocka. Oddajmy mu sprawiedliwość – po gwałtownej rozmowie z ojcem i groźbie wydziedziczenia zgodził się na zastąpienie rodowego nazwiska pseudonimem i skróceniem imienia Ignacy do Iggy.

Wróćmy jednak do Europy i do czasów nieco dawniejszych – w dwudziestoleciu międzywojennym prominentną osobistością sanacyjną był przedstawiciel odległej i zgermanizowanej części rodziny – generał Ley-Koenig, cesarsko-królewski sztabskapitan, potem legionista i bliski współpracownik Piłsudskiego, a także przyjaciel Bolesława Wieniawy. Otóż generał ze względu na pisownię swojego nazwiska omyłkowo został wzięty za członka delegacji niemieckiej podczas wizyty feldmarszałka Goeringa na polowaniu w Białowieży. Pomyłka miała doniosłe skutki; kilka słów feldmarszałka do generała pozwoliło skierować temu ostatniemu skierować prace polskiego zespołu zajmującego się maszyną szyfrującą Enigma w nowym kierunku. Jak się później okazało, słusznym.

W okresie PRL-u Lajkonikowie starali się siedzieć cicho i robić swoje. Jedyną szerzej znaną postacią w tym okresie był starszy kuzyn pana Ignacego, Roland. Prowadził on w Krakowie własną piekarnię, której sztandarowym produktem były słynne słone paluszki. Piekarnia z czasem rozrosła się do rozmiarów fabryki, na tyle dobrze prosperującej, że po 1989 roku zainteresowały się nią największe światowe koncerny z tej branży. Czy byłyby nią równie zainteresowane, gdyby ich szefowie wiedzieli, skąd wziął się pomysł na słone paluszki? A przecież wszyscy żyjący członkowie rodu Lajkoników wiedzą, że wziął się on z rodzinnych wspomnień małego Rolanda, kiedy to senior rodu, Roderyk, podczas obiadu zawsze solił zupę, odmierzając sól z solniczki na szczypty, a po posiłku wbrew konwenansom oblizując z błogą miną palce. Smacznego!

______

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Margrabia Wielopolski

*

Przez Plac Saski czerkieskie sotnie pędzą
A przed zamkiem sto ognisk dzisiaj płonie
Jak pan robi to, Wasza Ekscelencjo
Że po każdej nienawidzą Cię stronie?

Pan, margrabio, nie myślisz na rozkaz
Więc u cara toś już podejrzany –
Nie uwierzy Petersburg ani Moskwa
Polakowi, co własne ma plany

Pan margrabia wciąż kroczy po linie
Niebezpiecznie tak wysoko chodzić
Przecież klęska go w końcu nie ominie
Bo ma pecha, kto tutaj się rodzi
Twej pogardy nikt ci nie wybaczy
Myśmy ciemni, zapalni i łzawi
A tyś dumny, tyś z nami nie raczył
W narodowym barszczu się pławić
Po co w twarze logiką nam chlustasz?
Nie czytaliśmy Hegla jaśnie panie
Dla nas Szopen – groch i kapusta
I od czasu do czasu powstanie

Pan margrabia wciąż kroczy po linie

Przepaść z lewej i przepaść po prawej
Jeśli z ręki rodaka nie zginie
To z urzędu odejdzie w niesławie
Tyle pracy, panie hrabio, i na nic.
Nadaremna ta branka w rekruty
Będzie to, co ma być – my zwyczajni
Bój bez broni, katorga i knuty
Pan narodu, margrabio, nie zmienisz
Tu rozsądku rzadko się używa
A jedno, co naprawdę umiemy
To najpiękniej na świecie przegrywać.

Pan margrabia wciąż kroczy po linie
Choć niezgrabny i posturę ma dzika
A gdy spadnie, to zyska jedynie
Miano zdrajcy zamiast pomnika.
Że spadłeś,to zwykły los Polski
Każdy w końcu z liny tej spadnie
Tylko czemuś zapomniał, Wielopolski,
Że upadać też trzeba ładnie?

 

http://www.youtube.com/watch?v=DbNWXiP78rQ

 
Przemysław Gintrowski

SZMONCES….


Z TUWIMA
 
NOC POŚLUBNA

Osoby: Mąż i Żona

(Mąż i Żona. Skromna, ale odświętnie sprzątnięta sypialnia w małym mieszkaniu drobnomieszczańskim. Przez chwilę pusta, potem wchodzi Żona w welonie, białej sukni, za nią zawstydzony Mąż).

ŻONA: I oto nasze gniazdko, drogi Izaaku. Daj Boże, żebyśmy byli w nim szczęśliwi.

MĄŻ: Dlaczego nie? Daj Boże. (siada w kapeluszu przy stole, patrzy nieruchomo w jeden punkt)


ŻONA: Co coś tak jestem smutny, Izaaku?


MĄŻ: Smutny? Nie. Dlaczego smutny? Trochę zmęczony, trochę piłem.


ŻONA: Ale ty nie będziesz pić, prawda, Izaaku? No, obiecaj żonce?


MĄŻ: Mogę nie pić. Dlaczego nie? Proszę cię
usiadaj!

ŻONA: I tak będziemy siedzieć?


MĄŻ: Można siedzieć, można pochodzić. Wszystko jedno.


ŻONA: Oczutki moje. Nosek kochany. Kochasz swoją Dorcię?


MĄŻ: (uśmiecha się zawstydzony) Co za pytanie. Naturalnie. Dlaczego nie?


ŻONA: Wiesz co? Ja tak myślę, że my sobie urządzimy piękne życie. Wiadomo ci wszak, iż na inteligencji mnie nie zbywa, więc ja chciałam i ciebie wciągnąć w wyższe zainteresowania.


MĄŻ: Dlaczego nie? Jak będę miał czas… Jutro nie mogę. Muszę skończyć frak dla Szmulsona… tu z przeciwka, spodnie prasować…


ŻONA: Miły dzieciaku. Lubię cię za tę prostotę… Pocałuj swoją panią. Mocniej. Jeszcze mocniej. I już odchodzisz?


MĄŻ: Ja nie odchodzę. Ja tu mieszkam.


ŻONA: Ale przytul. To przecież nasza noc poślubna. Gody.


MĄŻ : (chce wstać) Sodowa, czy zwyczajna?


ŻONA: Nie. Nie wody. Gody weselne, mówię.


MĄŻ: A u Szpilcwajga to muszę być o ósmej rano mierzyć…


ŻONA: Niedobryś Izaaku. Mógłbyś wszak o tym dziś nie myśleć.


MĄŻ: Dlaczego nie? To o czym ja mam myśleć? Krawiec jestem, to mój fach, a Szpilcwajg klient.


ŻONA: Wiesz, czytałam ongiś pewne dzieło „Miłość w naturze”. Tam właśnie opowiedziano jaka to potęga. Opowiedziano i o zbliżeniu ciał… o misterium powiedziano.


MĄŻ: Czy ja mogę się zbliżyć do misterium? Ja muszę szyć, żeby żyć. To jak twój tatunio ma dać dwa tysiące złotych, to będę mógł kupić parę sztuk towaru i spłacić Cukiersteina dług. Co ja więcej wiem? .


ŻONA: Nie wiesz, co kochać znaczy?


MĄŻ: Dlaczego, nie wiem? Wiem. Ja bardzo lubię kochać.


ŻONA: No to chodź. Chodź. Weź mnie wszak raz w swoje ramiona.


MĄŻ: I to jeszcze tatunio powiedział, że da mieszkanie na Solnej to pracownię można
większą zrobić. To wziąłbym dwa czeladniki… dlaczego nie? Zaraz obstalunki więcej, i wszystko.


ŻONA: Przestań, Izaaku. Tutaj mnie kochaj, tutaj w naszym gniazdku. Ty tatuniowi nie wierz. Ty nie znasz tatunia. Żadnego mieszkania na Solnej nie będzie. Chodź, pocałuj mnie w usta, jedyny.


MĄŻ: Nie może być, żeby nie było na Solnej. Tatunio obiecał. A jak ja oddawałem swoją krawiecką pracownię na naszą sypialnię, to ja w kuchni muszę szyć. To ja nie mogę.


ŻONA: Pocałuj wszakże. Ale nie… czekaj Izaaku. Ja muszę ci coś wyznać… Ja jestem zbytnio uczciwa, ażebym nie wyznała tobie… Mężusiu słuchaj…


MĄŻ: Gdzie ja się w kuchni podzieję? Dlaczego? Jak się już zakochałem w panienkę, co ma 41 lat, to dlaczego ja mam w kuchni?


ŻONA: Izaaku, nie rań moje serce z tą chronologią. Ja ci coś chcę wszak oświadczyć: ja byłam niegdyś uwiedzioną… ale to było wbrew, nawet w obie brwi mojej woli… to był brutalny gwałt, Izaaku. Lecz ty mi wybaczysz wszak.


MĄŻ: Dlaczego nie? Wybaczyć mogę, ale to nie jest przyjemne. Dorcia, kto to był?


ŻONA: Nie wiem, .Izaaku. Tatunio go szuka. Trzech już ma. Wybacz.


MĄŻ: Ich to tatunio szuka. A jak mnie miał dać pięćset złotych zaliczki, to mnie oszukał. No, ale przecież te dwa tysiące złotych to da: Obiecał. To kupię parę sztuk towaru i Cukiersteina spłacę…


ŻONA: Nie martw się, nie trap, mój jedyny ty. Zaczniemy nowe piękne życie… Czy lubisz dzieci, Izaaku?


MĄŻ: Dlaczego nie? Bez dzieci smutno. Dzieci się śmieją, to jest wesoło.


ŻONA: Więc posłuchaj żoneczki, kochanie. Dzieci przyjadą. Teraz, kiedy już mamy gniazdko, będziemy z dziećmi razem… Napiszę…


MĄŻ: Które dzieci, Dorciu?


ŻONA: Wybaczyłeś mi już przecież, że nie jestem wszak panienka. Wypij kielich goryczy do dna u cioci są moje dzieci, trzy dziewczynki, Izaaku, i chłopczyk jeden.


MĄŻ: Dlaczego nie? Niech przyjadą. Ale to nie jest dobrze. To jest nawet bardzo niedobrze. Tutaj będą te dzieci? A kto ich da jeść?


ŻONA: Jeżeli na nas dwojga starczy, Izaaku, to i dla sześciorga się znajdzie kąsek…


MĄŻ: Może się znajdzie, może nie. Skąd ja wiem? Ale to bardzo nieprzyjemne, że ja w kuchni, a cztery dzieci przyjdą. Jak ja już się zakochałem w panienkę, co ma 41 lat, to jeszcze na jej cudze dzieci harować? Ale: trudno, Dorcia. Co robić?


ŻONA: A teraz wszystko twoje. Całuj, pieść. Weź mnie, Izaaku.


MĄŻ: Dlaczego nie? Mogę wziąć. Jak tatunio da te dwa tysiące i zapłacę Cukiersteina, i towar kupię, to będzie lżej. Dzieci też coś potrzebują. A kiedy tatunio da, Dorcia?


ŻONA: Nie mów o tym – ja jestem cała twoja ja tak płonę – a ty o jakichś pieniądzach. Ty w ogóle przestań o tym myśleć. Ty nie znasz tatunia. Obiecał, ale nie da. Nie licz na to, Izaaku. Noc jest nasza. Chodź.


MĄŻ: (osłupiały po pauzie) Nie da? Dlaczego nie da? Zakochałem się w panienkę 41 lat… i na Solnej nie będzie mieszkania… i ja muszę w kuchni… i cztery dzieci przyjadą… i jeszcze dwa tysiące tyż nie da? I nie zapłacę Cukiersteina? I towaru nie kupię? To co ja mam robić, Dorcia? (płacze)


ŻONA: Tutaj masz iść, Izaaku… całować… tulić, objąć… zaczniemy nowe, piękne życie… Pójdź.


MĄŻ: (zdejmuje smoking, pólkoszulek, zostaje w kapeluszu, rozbiera się w dalszym ciągu i mówi przez łzy) Dlaczego nie? Już idę. Tylko pamiętaj obudź mnie przed siódmą… muszę spodnie z przeciwka wyprasować i o ósmej być u Szpilcwajga.