– Zabroniona jest gra w domino w niedzielę, – Nie wolno nosić sztucznych wąsów, które mogłyby wzbudzić śmiech w kościelne, – Sypanie soli na drogi grozi karą,
Alaska:
– W Fairbanks nie wolno częstować myszy wódką, – W całym stanie wolno zabijać niedźwiedzie, ale nie wolno ich budzić ze snu zimowego w celu zrobienia fotografii,
Arizona:
– W Tuscon nie wolno kobietom nosić spodni, – W Globe karalne jest granie w karty na ulicy, jeżeli partnerem byłby indianin, – W Nogalcs zabronione jest noszenie szelek,
Arkansas: – Obywatel może bić żonę, ale tylko raz w miesiącu, – Podrywanie kobiety na ulicy w Little Rock grozi miesiącem więzienia,
Kalifornia:
– Można legalnie bić żonę, ale tylko paskiem skórzanym, którego szerokość nie przekracza dwóch palców. Na większy pasek musi notarialnie wyrazić zgodę, – Z okna samochodu wolno strzelać tylko do wielorybów, – Bez uprawnień myśliwskich zabronione jest zastawianie pułapek na myszy, – W San Francisco karalne jest mycie samochodów za pomocą zużytej bielizny,
Kolorado:
– W Durango karalne jest wychodzenie na ulicę w stroju, który budziłby wątpliwości co do płci w strój przywdzianego, – W Logan Country grozi więzieniem pocałowanie śpiącej kobiety,
Connecticut:
– W Hariford nie wolno tresować psów, – Surowo zabronione jest całowanie żony w niedzielę, – Szybkość wozów strażackich ograniczona jest do 40krn/h, nawet kiedy jadą do pożaru,
Delaware:
– Nie wolno nosić obcisłych spodni,
Floryda:
– Mężczyznom zabrania się noszenia spódnic bez szelek, – Kobiety nie zamiężne pójdą do więzienia, jeżeli będą skakać na spadochronie w niedzielę, – W Saratosa zakazane jest śpiewanie w slipkach,
Illinois:
– Kategorycznie zabronione jest wchodzenie do opery z pluszowym misiem, – Karalne jest mówienie po angielsku, ponieważ językiem oficjalnym jest amerykański, – W Cuernee kobieta ważąca ponad 100 kg nie ma prawa jeździć konno w podkoszulku,
Indiana:
– Małpom nie wolno palić papierosów, – W Gary obowiązuje zakaz chodzenia do teatru przed godziną szesnastą po zjedzeniu czosnku, – W Fort Madison strażacy zobowiązani są do piętnastominutowej rozgrzewki przed gaszeniem ognia,
Kansas:
– W niedzielę nie wolno sprzedawać ciasta i czereśni, – W Wichita pobicie teściowej nie może być motywem rozwodu, – W Natoma nie wolno rzucać nożem w osoby ubrane w T-shirty w paski,
Kentucky:
– Więzieniem grozi poślubienie dwa razy tej samej osoby, – Nie wolno kobiecie pojawić się na autostradzie w stroju kąpielowym, chyba że waży mniej niż 45 kg lub więcej niż 100 i znajduje się pod opieką dwóch policjantów,
Luizjana: – Nie jest przestępstwem ugryzienie kogoś, chyba że zrobiło się to sztuczną szczęką, – Strażnicy i jadący do pożaru muszą s zatrzymywać się przed wszystkimi czerwonymi światłami,
Maine:
– Nie wolno łaskotać kobiet piórami, – Można się zakładać najwyżej o 3 dolary, – W Waterwille zakazane jest publiczne wycieranie nosa,
Maryland:
– W Haletrophe podlega sankcji piwnej całowanie się dłużej niż przez sekundę, – Nie wolno prześladować ostryg,
Michigan:
– W Clawson wolno obojgu płciom uprawiać miłości z wieprzami, krowami, koniami, baranami i kurami, – W Detroit karetki pogotowia mają szybkość ograniczoną do 30km/h bez względu na okoliczności atmosferyczne,
Minnesota:
– 30 dni więzienia dla kobiety, która przebierze się za Świętego Mikołaja,
Missouri:
– W Saint Louis strażak, który uratowałby kobietą w koszuli nocnej, popełnia przestępstwo. Musi zaczekać w płomieniach, aż denatka w pełni się odzieje, – W Kansas City nie wolno sprzedawać dzieciom fałszywych rewolwerów, ale tylko prawdziwe,
Pan Ignacy Lajkonik miał siostrę Monikę, a ta siostra z kolei – swoją rodzinę, męża, dwie córki i syna. Syn był już starym koniem, do tego stopnia starym, że studiował sobie od paru lat na jednym znanym Uniwersytecie. I zresztą wcale nie koniem, miał raczej okrągłą, przyjemną twarz, żadnych klapek na oczach, tylko od czasu do czasu okulary. Notabene z Uniwersytetu siostrzeniec miał do pana Lajkonika bliżej niż do domu, na Śląsk.
Tego dnia u pana Ignacego zadzwonił telefon, i to nie jakoś tam sennie, czy rzeczowo, zadzwonił wyraźnie nerwowo i nagląco. Pan Ignacy w sumie nie lubił takich dzwonków, ale tym razem telefon wziął go z zaskoczenia i pan Lajkonik nie zdążył się obrazić i zdecydować, że nie odbierze, kiedy już spostrzegł, że stoi przy telefonie ze słuchawką w ręku. A w niej słychać było głos siostrzeńca pana Lajkonika, czyli Karola, zwanego Koperkiem. Lekko zdenerwowany Karol powiedział – Cześć, wujek! Można do ciebie wpaść na moment? –.
– A pewnie, wpadaj – powiedział pan Ignacy, ucieszony faktem, że mimo nieprzyjemnego dzwonka osobą z drugiej strony linii okazał się Koperek.
Pan Lajkonik zdążył jeszcze wyciągnąć z szafki paczkę herbatników, zagotować wodę na herbatę i zaparzyć dwa kubki, kiedy Karol zadzwonił do drzwi. Uściskali się po męsku, bez specjalnych czułości, siedli do herbaty, która tymczasem zdążyła już nieco przestygnąć do tego stopnia, że można było wlać do niej sok malinowy. Zakąsili herbatnikami i pan Lajkonik zagaił:
– Przez telefon brzmiałeś, jakbyś był zdenerwowany. Co się dzieje? Opowiadaj! –
Karol przełknął herbatnika i zaczął opowiadać. Jak wiosną wracał na Wielkanoc do domu, zjechał już z autostrady na boczne drogi i zatrzymał się przy świeżo osuniętym zboczu jednej takiej górki. Jak wspiął się przez zwały ziemi i błota (pani Monika załamywała potem ręce nad jego butami), bo coś go zaciekawiło. Jak wygrzebał wystające z iłowatej skały dziwne kamyki w kształcie jakby małych bałwanków. Jak zawiózł je po świętach na uczelnię i pokazał magistrowi Rozpuchowi, który długo myślał, a potem zabrał je do profesora Niemięty. Jak dowiedział się wreszcie od magistra, że to rewelacyjne znalezisko, ponieważ kamienie to koprolity, czyli skamieniałe odchody pratchawca strasznorogiego, najwcześniejsze na świecie!
– Magister Rozpuch napisał do mnie maila z gratulacjami, odpowiedziałem mu, że dziękuję, potem jeszcze parę razy pisał, pytał, gdzie dokładnie znalazłem – opowiadał Karol panu Lajkonikowi – a potem na jesieni nagle zrobiło się cicho. Wiesz, wujek, miałem ostrą sesję, to nie pilnowałem sprawy. I nagle patrzę, a na całym wydziale wiszą plakaty z zaproszeniem na prezentację odkrywców najstarszego stanowiska pratchawca strasznorogiego na ziemiach polskich. To poszedłem do Rozpucha, złapałem go w ogóle w drzwiach pokoju, i rżnę głupa, pytam go, kiedy ta prezentacja, czy mam się jakoś specjalnie ubrać i w ogóle. A on niby się uśmiecha, niby zaprasza, ale widzę, że omija temat. Jak go zapytałem wprost, co z tym, to on zmienił ton i mówi, że odkrywcą powinien być ten, co wiedział, że odkrywa i co odkrywa. I że przeprasza, ale strasznie się spieszy, bo musi zamówić kwiaty na prezentację.
– No to poszedłem do auli na tę prezentację, wszystko ładnie, pięknie, magister zapowiada, profesor zaczyna nawijać, a tu patrzę, z projektora wyświetlają, kurde, okładkę takiego niemieckiego pisma, najlepszego u nas w branży, „Paläontologie von Wirbellosen”, a na okładce, wyobraź sobie, te moje koprolity!. – Nie twoje, tylko tych pratchawców – spróbował zażartować pan Ignacy, ale posępne spojrzenie siostrzeńca powstrzymało go od kontynuacji. Karol mówił dalej – No to wstałem na koniec tej prezentacji i mówię, że to ja odkryłem te koprolity i może by wypadało, żebym siedział z tamtej strony stołu. Dziwnie się popatrzyli i nic. Tylko magister się nachylił do jednego faceta, potem się okazało, że redaktor jakiś, i poszeptał mu na ucho coś. I cisza. Głupio mi było tak przy wszystkich, to wyszedłem… –
– I co, tak to zostawiłeś? – zapytał autentycznie już przejęty pan Ignacy. – A skąd! – żachnął się Karol – Od razu następnego dnia popchnąłem maila do tych Niemców, odpisali najpierw cali zdziwieni, że muszą tę sprawę wyjaśnić i porozumieć się ze wszystkimi stronami, a potem – cisza. Jak na tej auli, kumasz, wujek? –. Pan Ignacy tylko westchnął. – A teraz najlepsze! – Karol podniósł w górę palec – Wszystko to, co ci powiedziałem, to było ze dwa tygodnie temu. No i dzisiaj idę z wykładu, a tu łapie mnie za guzik Rozpuch i ciągnie przed wydział, tam jest taki trawniczek, ławeczki. Siedliśmy sobie, a on ścisza głos i pyta mnie, czy chcę skończyć te studia i się obronić. No pewnie, mówię mu, w końcu już trzeci rok studiuję. Na to on, żebym w takim razie przestał kłapać paszczą i się rzucać naokoło, bo g… będę miał z tych studiów i jeszcze mi koło pióra narobią tak, że długo się to będzie za mną ciągnęło! Wyobrażasz sobie? Magister, przy samym profesorze, wydziałowa eminencja do mnie z takim tekstem! No to ja mu na to, że na razie to g… znalazłem i g… z tego mam. I poszedłem zadzwonić do ciebie, a potem od razu tutaj. Wujek, poradź, co mam zrobić? Ciągnąć to dalej, czy odpuścić? –
Pan Ignacy namyślał się przez chwilę, wreszcie rozłożył ręce. – Tutaj – potrząsnął prawą dłonią – jest twoja prawdopodobnie bezpieczna przyszłość. Dyplom, o który będą pytali na rozmowie o pracę, święty spokój, może kariera naukowa, z czasem pewnie dom i rodzina… To wszystko da się przewidzieć. A tutaj – skinął głową w kierunku lewej dłoni – jest wszystko to, czego cię do tej pory uczyliśmy z Moniką: że prawda jest najważniejsza, że nie można kłamać. I jeszcze masz bonus, w razie gdyby ci się udało, będziesz cytowany na całym świecie. Ale… – pan Lajkonik zawiesił głos – to nic pewnego. –
Karol poprawił się niepewnie w fotelu – Wujek… Tyle to i ja wiem. Ale co ty mi radzisz? – Pan Lajkonik spojrzał znad okularów – Karol, powiem ci tak: na twoim miejscu robiłbym dalej swoje, ale spokojnie, bez nerwów. Wyjaśniłbym sprawę, i nie z tym magistrem, tylko z samą górą. Pogadałbym z tym profesorem, powiedziałbym, że nie chcę go podgryzać, ale fakty są takie, jakie są… Ty to znalazłeś, on opracował – wystarczy chwały na dwóch –. – A jak się nie zgodzi? – zapytał niespokojnie Karol. – Wtedy przyjdź do mnie jeszcze raz – uśmiechnął się pan Ignacy – może coś wymyślimy –
Kiedy tylko za siostrzeńcem zamknęły się drzwi, pan Lajkonik sięgnął po telefon. Wybrał numer znajomego redaktora jednego z czołowych opiniotwórczych portali internetowych. – Piotr? – rzucił w słuchawkę – słuchaj, chyba będę miał dla ciebie temat… –
______
Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Barwy ze słońca są. A ono nie ma Żadnej barwy, bo ma wszystkie. I cała ziemia jest niby poemat, A słońce nad nią przedstawia artystę.
Kto chce malować świat w barwnej postaci, Niechaj nie patrzy nigdy prosto w słońce. Bo pamięć rzeczy, które widział, straci, Łzy tylko w oczach zostaną piekące.
Niechaj przyklęknie, twarz ku trawie schyli I patrzy w promień od ziemi odbity. Tam znajdzie wszystko, cośmy porzucili: Gwiazdy i róże, i zmierzchy, i świty.
Oficjalnie kampania prezydencka jeszcze się nie rozpoczęła, ale popyt na bohaterów – a nawet superbohaterów – trwał w najlepsze. Kandydaci z lewa i z prawa, jeszcze teoretycznie nie współzawodniczący, mimo że praktycznie tak, przechadzali się przed kamerami, prężąc muskuły i wciągając brzuchy, które z wyraźną ulgą wypinali znowu, jak tylko kamerzysta się odwracał. Ponieważ w tym celu niezbędne było wciągnięcie powietrza, zdarzało się często, że kandydat sprowokowany do dłuższej wypowiedzi zaczynał sinieć. Dlatego większość stacji TV wprowadziła na ten okres niebieskie filtry, automatycznie opuszczające się na obiektywy po upływie 2 minut.
Pan Ignacy Lajkonik obserwował to wszystko z mieszaniną rozbawienia i zazdrości. Rozbawienia, bo widok dorosłych facetów, postępujących jak wyżej, bawił go niezmiernie, a zazdrości, bo gdzieś tam głęboko w marzeniach on też by chciał tak poprężyć się i powciągać, o przechadzaniu i kamerach nie wspominając. I oto pewnego sennego, deszczowego popołudnia przed panem Ignacym pojawiła się gdzieś hen, z siódmego wymiaru, tajemnicza postać, odziana w gustowną czerwoną pelerynkę. Superbohaterski wizerunek mąciły nieco ślady sierści na nogawkach kostiumu, ale ze względu na porę roku było to całkowicie usprawiedliwione. – Ignacy! – zwróciła się do niego spiżowym głosem postać – Znam twoje najskrytsze pragnienia! Nie prosiłeś, ale i tak będzie ci dane! – Po czym postać wykonała skomplikowany gest dłonią, pan Lajkonik poczuł jakby delikatne mrowienie, przepływające od głów do stóp, i postać siup! zniknęła znowu kędyś tam, gdzie takie pojawianie się i znikanie traktowane jest naturalnie. Pan Lajkonik uszczypnął się mocno, pamiętając, że popołudnie jest senne, ale nie obudził się wcale, bo nie spał. Zabolało go tylko.
Pan Lajkonik westchnął, poskrobał się w głowę i poszedł do kuchni, żeby zaparzyć sobie herbatę z sokiem malinowym. Nalał do kubka nieco wrzątku, włożył do niego torebkę z ekspresowym Rawlinsonem, po chwili dopełnił przegotowaną letnią wodą i sięgnął po butelkę z sokiem. Cóż za rozczarowanie! Butelka była pusta! Nie było rady, trzeba było iść do sklepu. „Ech, może i dobrze, trochę się dotlenię” pomyślał pan Ignacy i po chwili już raźno maszerował do osiedlowego spożywczaka.
Po drodze minął grupkę trudnej młodzieży, wyrażającej swoje frustracje za pomocą nieparlamentarnych wyrażeń i popadania w nałogi. Młodzież właśnie zatrzymała nauczycielkę w średnim wieku i usiłowała skłonić ją do datku na rzecz nałogów. Pan Lajkonik popatrzył w ich kierunku, zmrużył oczy i gniewnie sapnął. Młodzież jakby rozstawiło po kątach, a nauczycielka spiesznie udała się ku swojej klatce. Lajkonik wybałuszył oczy: młodzi ludzie w dresach stali jak wryci, nie poruszając się. Spod kapturów sportowej odzieży błyskały tylko ich przerażone oczy.
To był przełomowy wieczór w życiu pana Ignacego. Od tej pory wyprawiał się co noc, żeby paraliżować wzrokiem, przewracać oddechem, a wszystko w obronie słabszych i dla dobra społeczeństwa. Pierwsze, jak zwykle, zauważyły to media, które nie uwierzyły w zapewnienia policyjnych oficjeli, że akurat w tym mieście statystyki zapobiegania i wykrywania poprawiły się dzięki ofiarnej pracy funkcjonariuszy. Potem jakiś przypadkowy gimnazjalista nagrał komórką szczególnie spektakularny – i nieudany – napad na bank. Jeszcze potem dwóch czatujących pod rezydencją słynnej gwiazdy paparazzich sfotografowało pana Ignacego w akcji, kiedy udaremniał próbę kradzieży brylantowej kolii z owej rezydencji. Co prawda sama gwiazda przyznała, że kolia była sztuczna, ale niedoszły złodziej i pan Lajkonik o tym nie wiedzieli, a w obu przypadkach liczyły się intencje.
No i stało się – pan Ignacy stracił anonimowość. Stał się SuperLajkonikiem, do którego uderzali po pomoc już nie tylko sąsiedzi z osiedla, prezes spółdzielni mieszkaniowej i burmistrz, ale nawet wojewoda, a któregoś dnia nawet sam minister spraw… No, wszystko jedno, spraw bardzo ważnych, inaczej nie byłby ministrem. A pan Lajkonik z czasem odkrył, że potrafi również i inne rzeczy – jak podnoszenie przewróconego TIRa, zatrzymanie pociągu tuż przed autobusem, który utknął na niestrzeżonym przejeździe, czy też przytrzymanie walącego się budynku, w którym bawiły się dzieci. Miało to swoją cenę, bo co to za superbohater, który pracuje od 8.00 do 16.00? Po którejś z rzędu nieprzespanej nocy (i złapaniu piromana, który podpalał stodoły w okolicznych wsiach) Pan Lajkonik powiedział sobie: „Dosyć. Nie może być tak, że tyle od siebie daję i nic z tego nie mam. Czas wystawić rachunek!”.
Tymczasem kampania prezydencka rozkręcała się, kandydaci na kandydatów stali się już kandydatami rzeczywistymi, a ich wierne medialne bulteriery zaczęły wywlekać spod dywanu brudy: a to dziadka, który służył nie tam, gdzie trzeba, a to tatusia, który bardzo brzydko współpracował, a to skandal obyczajowy z udziałem żony… I tego samego ranka, kiedy pan Ignacy doszedł do wspomnianego wyżej wniosku, wszystkie media zaczęły wałkować kolejny podrzucony przez jeden ze sztabów wyborczych temat, mniejsza o to, jaki. Kampania i bez tego była wystarczająco obrzydliwa. Zbieżność tych dwóch faktów sprawiła, że panu Lajkonikowi błysnęła myśl: „A gdyby tak…???”
A ponieważ był superbohaterem, od myśli do czynów przeszedł nader szybko. Za pomocą telekinezy rozwiesił plakaty wyborcze (a po kampanii w ten sam sposób je posprzątał!), teleportacja pozwoliła mu przenosić się po kraju z jednego spotkania wyborczego na drugie, a telewizja – tzn. wszystkie stacje – rzuciły się na nowego, niezależnego kandydata, jak tylko okazało się, że zmęczeni czarnym PiaRem wyborcy z ulgą witają pojawienie się pana Lajkonika w gronie pretendentów. Zauważ, drogi Czytelniku, że panu Lajkonikowi udało się to wszystko bez przekraczania limitów budżetowych na kampanię wyborczą i machlojek z wpłatami od emerytów, studentów i bezrobotnych!
Wspierana w ten sposób kampania odniosła sukces i pan Lajkonik wprowadził się do Pałacu Prezydenckiego. Dość szybko okazało się, że na tym stanowisku nie będzie miał zbyt wielu okazji do użycia supermocy, tym bardziej, że oficerowie BORu nie nadążali za teleportacjami i prezydent Lajkonik został postawiony przed wyborem – albo zrezygnuje z błyskawicznego przenoszenia się z jednego miejsca w drugie, albo szef ochrony poda się do dymisji. Wprawdzie pan Ignacy mógł z powodzeniem chronić się sam, ale przecież musiał kiedyś spać, a poza tym nie chciał, żeby z jego powodu ktoś stracił pracę.
A potem to dopiero się zaczęło. Pan Lajkonik siedział za pięknym, rzeźbionym biurkiem, z buteleczką Balsamu Łomżyńskiego dla kurażu pod ręką i usiłował rozwikłać kwestię ułaskawienia pewnego pana. Prokuratura, wspierana przez policję, CBŚ i jeszcze parę organizacji, twierdziła, że to niebezpieczny bandyta, winien udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, zabójstw i grubych przekrętów, również podatkowych, który powinien siedzieć w więzieniu jak najdłużej. Z kolei adwokaci, rodzina i sąsiedzi tego pana oponowali, że to przyzwoity biznesmen, prowadzący liczne interesy i zatrudniający kilkuset ludzi, a jego pobyt w więzieniu sprawi, że budżetowi państwa ubędzie podatkowych przychodów, za to przybędzie bezrobotnych na zasiłku.
Prezydent westchnął i odsunął akta na bok. Za chwilę czekało go jeszcze spotkanie ze związkowcami, a potem z biznesmenami – obie grupy chciały prezydenckiego poparcia przed debatą w Sejmie, obie miały swoje argumenty, obie szermowały milionami złotych, jakie miało kosztować państwo przyjęcie postulatów przeciwnika… Nawet supermoce nic tu nie mogły pomóc! A wieczorem szykował się bal, na którym prezydent miał oczarowywać głowy zaprzyjaźnionych państw, przemawiać w pięciu językach (z których znał może jeden, a i to po łebkach) i rozwiewać nieufność, jaką darzyli go zagraniczni prezydenci. Mimo oficjalnych zapewnień i szerokich uśmiechów żaden z nich nie czuł się bezpiecznie w towarzystwie osoby obdarzonej supermocami; „Co innego komiks, a co innego protokół dyplomatyczny” miał się wyrazić jeden z polityków.
Pan Lajkonik wytrzymał w ten sposób jeszcze kilka tygodni, po czym złożył rezygnację. Gazety pełne były tytułów: „Prezydent czy hochsztapler?”, „Czy supermoc zwróci superwydatki na nowe wybory?”, „Superkrótka kadencja” czy wreszcie „Lajkonik do Lajkonina!”. Ale pana Ignacego nic a nic to nie obchodziło. Wrócił na swoje osiedle i po staremu pijał herbatę z sokiem malinowym. Trudna młodzież obchodziła go szerokim łukiem i w ogóle zachowywała się jak nietrudna – nigdy nic nie wiadomo. A fakty były takie, że przez te kilka tygodni kadencji nieużywane supermoce zanikły niemal zupełnie. Na szczęście dla pana Lajkonika, wystarczyło ich jeszcze do oczarowania przemiłej pani z bloku naprzeciwko, którą już dawno chciał poznać.
______
Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Znów powraca mój humorek I Pikusia smieszny gest. Czuję wiosny już fetorek Uj, on taki słodki jest! Chociaż Wiśle jeszcze stoi Ja już temperament mam! Aż się roi od dziewoi, Na ulicach tu i tam! Uś, wiosna ta! Ja ją wyczuwam z ciuciem. Chodzę sobie w słonku lilipuciem. Ono mnie napawa z dziwnym chuciem I do fajnej flory, i do pań! Uś, wiosna ta! Wygibowuje głowę, Wiatry kończą się północnikowe, Wchodzę rozmarzony w mą alkowę I sam nie wiem, skąd wypuszczam rym! Napełniają się Łazienki, Gdzie ułany nasze są. Już chadzają tam panienki Tak chce modny dziś bon ton. Już niejeden ułan taki Mocno ściska pipci dłoń Potem idą trochę w krzaki Gdzie ją klepie, jak swój koń. Uś, wiosna ta Choć kotów pełne dachy Drzywki już puszczają swe zapachy Więc odrzucam precz zimowe łachy I w gumianym palcie sobie mknę! Uś, wiosna ta! Choć drzywki stoją nagie Niechaj wszyscy wezmą na odwagę Bo gdy pieprz nadejdzie wprost z Czykagie Będziem mogli pieprzyć, że aż strach! Mówią, że w Paryżu moda Dała paniom nouveaute Mają być zakryte przody Ale tyły decolte Jam dziś widział pannę Lolcię Co wyciętą była tak Że siedziała na dekolcie… Mało mnie nie trafił szlag! Uś, wiosna ta! Wnet śród zielonej trawki Zjawią się pieszczoszki i szczypawki Znów w Alejach trzeszczeć będą ławki Pary zaś odparzą sobie coś! Uś, wiosna ta! Mam pociąg do pieszczotek Idę zrobić „kkotek wlazł na płotek” I tu właśnie szlus jest nowych zwrotek Bo tę resztę śpiewa się bez słów!!!!
Najnowsze komentarze