Naszemu mistrzowi prozy – mistrz poezji…..
Sergiusz Jesienin i my…..
|
||||||
|
Naszemu mistrzowi prozy – mistrz poezji….. Sergiusz Jesienin i my….. ![]() Gdziekolwiek zwrócę lot, tam czekać będzie Gniew nieskończony, nieskończona rozpacz! Gdziekolwiek zwrócę lot, tam wszędzie piekło. Piekło jest we mnie, a na dnie otchłani Głębsza, ziejąca czeluść się otwarła, Przy której piekło dręczące jest niebem. Zmiłuj się wreszcie! Czyż nie ma już miejsca Dla mej pokuty i dla wybaczenia? Nie ma, zostało jedynie poddanie I lęk przed hańbą, która mnie okryje Wśród duchów w dole…
John Milton, Raj utracony, księga III. Nim przyjdzie wiosna, Szepce i śpiewa Tak się zapadam I tylko przez sen Jarosław Iwaszkiewicz
Był raz niegrzeczny chłopiec, Niegrzeczny chłopiec był, Nudziło mu się w domu, Więc w świat chciał biec co sił. Bez słowa Do tornistra Wpakował Swe wierszyki, Koszulę I ręczniki, I lnianą Czapkę na noc, Szczotkę także, Grzebień ditto I pończochy Niedziurawe, No, bo wstyd to ! I na plecy Wziął te rzeczy, By iść bez trosk, Gdzie wiódł go nos Na Północ wprost, Na Północ wprost, Na Północ wprost, Gdzie wiódł go nos. Był raz niegrzeczny chłopiec, Niegrzeczny chłopiec był, Okropnie niedorzeczny Pisaniem wierszy żył. Kałamarz Ni mniej ni więcej Niosąc w ręce I długie W ręce drugiej Gęsie pióro. Pobiegł w świat z Awanturą Za pan brat Gdzie gór stoki I potoki, I duchów tańce, I dyliżanse, I czart zły srodze, I rów przy drodze, I stale Pisał dalej. Pod paltkiem w dni Deszczu i mgły, By nie dostać Czasem gośćca, Bez paltka, gdy Ciepło było- Ach, jak miło Tak iść bez trosk, Gdzie wiedzie nos, Na Północ wprost, Na Północ wprost, Na Północ wprost.
John Keats Wyspiarze..:)))
Gdybym ja nie był poetą, Lecz list się dłuży. A przeto A zresztą… małoż to bywa P.S. Julian Tuwim – List do kobiety Dzień zapowiadał się piękny. Od rana świeciło słonko, a za oknem szczebiotały ptaki. Ich głosy przypomniały panu Ignacemu Lajkonikowi, który właśnie kończył popijać poranną bułeczkę swoją codzienną białą kawą, że powinien zabrać się wreszcie za obiecaną panu redaktorowi z bardzo poważnego wydawnictwa książkę o niebieskich ptaszkach. Włączył komputer i właśnie rozkładał na biurku całą masę opieczętowanych teczek i ważnych papierów, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. – Któż to może być? – zastanawiał się pan Ignacy, idąc do drzwi, a ponieważ jego mieszkanie było nieduże, to i zastanawianie się nie trwało długo. – Och, to ty, Euforio? – wybąkał – Wejdź, proszę i rozgość się… Do pokoju weszła kuzynka pana Lajkonika, Euforia. Była to wysoka pani o nieufnym spojrzeniu, która każdego podejrzewała o to, że chce jej zaszkodzić, a co najmniej obrazić. Przywitała się z panem Ignacym, siadła na kanapie i zaczęła opowiadać, jak to szła sobie ulicą i nagle przypomniało jej się, że przecież właśnie niedaleko mieszka jej kuzyn, i kiedy popatrzyła w kierunku jego okien, zobaczyła, że sąsiad z góry podlewa kwiatki, i woda kapie na balkon pana Lajkonika i co ty na to, mój drogi Ignacy, chyba nie zostawisz tak tej sprawy? Kuzynka patrzyła wyczekująco, a pan Lajkonik zwijał się w rulonik pod tym spojrzeniem. Jeżeli przyzna Euforii rację, to ona zmusi go, żeby poszedł do sąsiada i zrobił mu awanturę. Na to pan Ignacy nie miał wcale ochoty, ponieważ nie przeszkadzało mu wcale, że na jego balkon kapie woda. Gdyby jednak powiedział to kuzynce, na pewno wybuchnęłaby gniewem, jak to się już zdarzało. „To ja się poświęcam, specjalnie przychodzę, żeby ci o tym powiedzieć, a ty tego nie doceniasz!” powiedziałaby z pewnością. Pan Lajkonik postanowił więc odwlec nieuniknioną kłótnię. – Nie – powiedział i uśmiechnął się, najmilej jak potrafił – moja droga Euforio, nie zostawię tak tej sprawy. Ale pozwól, że jako dobry gospodarz najpierw zrobię ci herbatę –. I poszedł do kuchni nastawić wodę. Wyciągnął z puszki torebkę herbaty, skierował wzrok na półkę z kubkami i struchlał. Pierwszy kubek na półce miał namalowanego szczura z chińskiego zodiaku. – Dopiero się Euforia obrazi! – pomyślał pan Lajkonik –„Co za obrzydliwy gryzoń!”, powie. „Jak możesz mi dawać herbatę w takim kubku!. Sięgnął po drugi i zatrzymał dłoń. Na tym kubku widniał pustynny krajobraz z kaktusami. Pan Ignacy zacisnął powieki, wziął głęboki oddech, policzył w myślach do dziesięciu i otworzył oczy. Pomogło. Teraz widział wyraźnie – za kubkami, w głębi szafki stała sobie… zwyczajna szklanka. Przezroczysta, nieco zakurzona – od dawna nieużywana. Pan Lajkonik chwycił ją, pospiesznie przepłukał, wytarł do sucha i nalał do niej herbaty. Triumfalnie wniósł do pokoju tacę z herbatą na spodeczku, cytryną w miseczce, cukrem w cukierniczce, mlekiem w dzbanuszku, sokiem malinowym w karafce… ufff, to chyba wszystko… i postawił ją na stoliku przed kuzynką. Euforia przez chwilę patrzyła na zawartość tacy, jakby sprawdzając w myśli, czy jest na niej wszystko, co powinno być. Nagle oczy jej się rozszerzyły, poruszyła długim nosem. Z wściekłością zacisnęła zęby i wysyczała przez nie – Ignacy! Czy ty sobie wyobrażasz MNIE pijącą herbatę z TAKIEJ szklanki? Chcesz, żebym poparzyła palce?!? –. Kuzynka Euforia wstała i wyszła, z furią trzasnąwszy drzwiami. Pan Ignacy uniósł brwi bardzo wysoko. Pokręcił głową i westchnął sobie dwa razy, pierwszy raz z troską, a drugi – z ulgą. Poszedł do kuchni, nalał sobie herbaty do kubka w piranie i smakował ją przez chwilę, słuchając szczebiotu jaskółek. Małe, zwinne ptaszki wlatywały i wylatywały z gniazda ulepionego nad oknem w kuchni. W domu panował święty spokój. Pan Lajkonik przyniósł tacę z powrotem do kuchni, pochował wszystkie rzeczy na swoje miejsce, a szklankę porządnie umył, wytarł starannie i odstawił na półkę. Niech sobie tam stoi – do następnej wizyty! ________ Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Rycerz Zenobi Dreptak w szmelcowanej zbroi
Wlazł kotek na płotek i siedzi – i patrzy, co robią sąsiedzi, choć większa to byłaby gratka zobaczyć, co robi sąsiadka .
On wie, że podglądać – nieładnie, że jak się wychyli, to spadnie i chociaż na łapy kota spada, niedobrze jest spaść na sąsiada …
Ach, gdyby tak móc wejść do środka, gdzie śliczna przeciąga się kotka, gdzie myje co trzeba i czesze, ku swojej i jego uciesze …
Podano mu mleczko na spodku, ktoś szepnął: – Masz, napij się, kotku. A kotek z pewnością odpowie, że teraz nie mleko mu w głowie.
Tuż obok za szybę przy płocie marzenia wędrują dziś kocie, tak blisko futerko ponętne – a okno niestety zamknięte.
Nasz kocur to znosi pogodnie, choć niezbyt na płocie wygodnie: tu kłuje, tu sęk jakiś gniecie – czy nie ma miejsc lepszych na świecie ?
I tylko to kota pociesza, że takich jak on – cała rzesza, a ludzie – jak dobrze to wiemy, też mają podobne problemy. Franciszek Klimek * Rozmyślam coraz częściej od pewnego wieczoru, Że chyba moje szczęście jest zielonego koloru.
Więc niech ta zieleń we mnie rośnie i niech mnie zewsząd otoczy drapieżnie, zachłannie, miłośnie – zieleń, jak twoje oczy.
Niechaj mi będzie życie oceanicznym dnem, gdzie pływają morskie straszydła o włosach z wodorostów – zielone! zielone niesamowicie ! – i gdzie wszystko jest snem.
Przeczytaj tę bajkę nim uśniesz, jeśli chcesz. Szczęście ? – to co dzień dostać jeden uśmiech i zwrócić jeden wiersz. Władysław Broniewski * Mochnacki jak trup blady siadł przy klawikordzie I z wolna jął próbowac akord po akordzie. Już ściany pełnej sali w żółtym toną blasku, A tam w kącie kirasjer w wyzłacanym kasu, A tu blizej woń perfum, dam strojonych sznury, A wyżej na galerii – milcz serce! – mundury. Tylko jeden krok mały od sali go dzieli, Krok jeden przez wgłębienie dla miejskiej kapeli – On wie, źe okop hardy w tej przepaści rośnie, Więc skrył się za okopem i zagra o wiośnie.
Rozpędziła blade palce świergotem w wiolinie, I mały, smutny strumień spod ręki mu płynie. Raz w raz rosa po białej pryska klawiaturze. I raz w raz w wiolinie kwitną polne róże. Rosną. Większe, smutniejsze, pełniejsze czerwienią, Coraz niżej i niżej, uschną, w bas się zmienią ! Nie. Równo, równo rosną w jakiś smutny taniec. Rozdrganą klawiaturę przebłagał wygnaniec, I nagle się rozpłakał po klawiszach sztajer, Aż poszedł szmer po sali, sali biedermeier. Głupio, sennie, bezmyślnie kręci się i kręci. Jakies mysli chce strasznie wyrzucić z pamięci, Do piersi jakąś białą przytulił pierś drążcą I czuje przy tej piersi nieznośne gorąco, I tysią świateł w oczach, w czyjejś twarzy dołki, I zapach białej sukni, ubranej w fijołki.
Nagle złoty kirasjer poruszył się w kącie, Sto myśli, jak kanonier stanęło przy loncie, Stu spojrzeń obcej sali przeszyły go miecze, Wstyd idzie ku estradzie – czuje jak go piecze. Więc do basu ucieka i tepo weń tłucze, Po tym tańcu szalonym, niech ręce przepłucze, Z tych czerwonych, duszących róż otrząsa płatki, Rozsypuje po sali tysiączne zagadki, W sto znaków zapytania, sto szmerów niechęci, Nie pyta. Już jest w basie. Juz sie tam wyświęci. Raz, dwa, trzy, cztery – wali. Niechaj mu otworzą , Niechaj wyjdą z chorągwią, wyjdą z Matką Bożą, Niech mu końskie kopyta przelecą po twarzy I niechaj go postawią gdziekolwiek na strazy; Na ulicy stać będzie z karabinem w dłoni…….
Słyszy sala, ktoś idzie, ostrogami dzwoni….
Ostrogą spiął melodie, a akompaniament Szaleje, krzyczy w basie, rośnie straszny zamęt – Ku sali bagnetami już mierzy, juz blisko. – I ton jeden uparcie wybija – nazwisko !!!! Wciąż czyste, w rozszalałe wplatuje sie głosy I wali, wali w basie murem Saragossy, Oszalałych Hiszpanów wyciem, darciem, jękiem I znów wraca ku górze załzawionym dźwiękiem – W mazurze – nie – w mazurku idą wszystkie pary, By całą klawiaturę owinąć w sztandary, Zatrzymali sie wszyscy w srebrzystych kontuszach , A klawikord im ducha rozpłomienia w duszach I wzdłuż długich szeregów przewija pas lity, Tysiąc głów podgolonych podnosi w błękity I wszystkie karabele jedną ujął dłonią I uderzył w instrumeny tą piekielną bronią. Aż struna sie ugięła, ta w górze, płaczliwa. I cisza jest w wiolinie. Cisza przeraźliwa.
Po martwej, głupie strunie, po fijołków woni, Po czyichś smutnych oczach, jakiejś białej dłoni, Jakichś światłąch po nocy i szeptach w komorze, Po księżycu, po gwiazdach – mój Boże! mój Boże ! – Gdzieś sie gubi i zwija, przeciera pas lity, Po księżycu, po gwiazdach, po Rzeczpospolitej. Po sali idzie cisza przeraźliwa, blada I obok tęgich boszów w pierwszycm rzędzie siada. Wzrok wlepia martwy, ślepy w jakis punkt na ścianie I patrzy w Mochnackiego, kiedy grać przestanie.
…………………………………………………………………………. A on, blady jak ściana, plącze, zrywa tony I kolor spod klawiszy wypruwa – czerwony, Aż wreszcie wstał, z hukiem rzucił czarne wieko I spijrzał – taką straszną, otwartą powieką, Aż spazm ryknął, strach podły i z miejsc się porwali: ” Citoyens ! Uciekać ! Krwe pachnie w tej sali !!!” W 1832 roku Maurycy Mochnacki Koncertował w Metzu.
Jan Lechoń.
|
||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||
Najnowsze komentarze