|
||||||||
|
24 października 1898, Jałta
13 listopada 1896 Mielichowo
Izydo! Piękna pani, twej starannej pieczy świat zawdzięcza pomyślność i porządek rzeczy, proszę zatem pokornie: niechaj twa łaskawość wzmaga mych czytelników życzliwość, ciekawość! Wszak doznał już raz Zenek ratunku z twej dłoni, dodaj mi weny, niech się opowieść nie dłuży bo wszak nas życie często jak i jego nuży – niedobrze jest gdy autor czas słuchaczy trwoni. Tak klasycznie, Bogini, wezwaniem twej chwały zaczynam – teraz pora na poemat cały. Piątek, pora fajrantu – nic, że prawie ciemno, pechowa data w lutym straszy nadaremno. Zenek zna to na pamięć – rano z żony twarzy bez słów wyczytał wszystko co się dzisiaj zdarzy. Pierwsze – zakupy! – market przecież jest po drodze, ulżyć trzeba dźwigania zmęczonej niebodze. Szybka jednak refleksja porządek odwraca: wszak trzeba odpoczynku, gdy skończona praca – sklep czynny będzie długo, bar z piwem już czeka Niewygodnie gdy towar obstawia człowieka, a swobodę refleksji bezustannie mami kontrola obecności siatki z kartoflami… myśl wolna, dłoń swobodna konieczna jest przecie by poważnie rozmyślać o życiu i świecie. Już warunki spełnione: stolik mały, z boku, na tyle jednak blisko by nie trudzić wzroku gdy się zechce dziewczynę prosić o powtórkę. Blask słoneczny ze szklanki, poprzez piany chmurkę niczym sfera magiczna troski precz przegania, atmosfera spokoju rozmyślaniom skłania. Same poważne sprawy: życie, losy tego świata, własnych losów strategia, przyszłość, gospodarka bardziej godne mężczyzny niż rachunków data czy co też jutro w obiad ma trafić do garnka. Nie zawsze jednak myśli posłusznie się toczą – po pierwszej euforii odważnej decyzji zaczęła ukazywać się Zenkowym oczom dość ponura mieszanka przeszłych –przyszłych wizji. Lata lecą, osiągnięć jakby nie za wiele, wciąż wprawdzie ma się pracę – ale nienawistną! Czyż po to człowiek ciągnie tę męczarnię istną żeby na wypoczynek brakło mu w niedzielę? Mieszkanie małe, kredyt do dziś portfel czyści, stary samochód częściej stoi niż odpala, rosną wydatki, znikąd nie widać korzyści i nawet Kryśka coraz bardziej mu przywala… Kolejne łyki zamiast nieść wytchnienie i wzmacniać uśmiech na Zenkowej twarzy wzmagają tylko srogie rozdrażnienie: bunt wewnętrzny narasta, odmiana się marzy ciąży narastające poczucie bezsiły. Czyż nawet piątek wieczór nie może być miły? Tak siedział pogrążony w myślach swych ponurych z kolejną szklanką pełną złocistego trunku nie zwracając uwagi na faceta, który tkwił obok przy bufecie, jak na posterunku, spoglądał, głową kiwał, wreszcie wstał od baru – Cześć – rzucił – jestemPiotrek! Czy przysiąść się mogę? Zdumiony Zenek omal splunął na podłogę i potulnie się zgodził – choć nie miał zamiaru. Piotr niezrażony chłodem wyjaśnia przyczynę która go nakłoniła do owej przesiadki: – Czas jakiś obserwują twązmartwioną minę, dręczą niepowodzenia i życiowe wpadki… Znam to przecież tak dobrze! Gdzieś pół roku temu sam nie mogłem rozwiązać takiegoż problemu. Lecz już go rozwiązałem, może więc i twoje problemy mogą zmaleć – jak zmalały moje! Tembr głosu, szczery uśmiech, sposób zachowania sprawiły, że wnet Zenek nabrał zaufania i przy następnej szklance wyłuszczył kolejno wszystko, co rysowało przyszłość beznadziejną. Piotr wysłuchał tych żalów, chwilami hamował, potem swój punkt widzenia wyjaśnił wte słowa: – Widzisz, tym co najbardziejzatruwa nam duszę jest poczucie skrzywdzenia niezawinionego; to pretensje do losu pchają mnie do tego że miast cieszyć się życiem martwić się nim muszę. Jakieś pół roku temu zmieniłem wyznanie na islam. No, nie patrz na mnie jak na stracha! Podstawą swej religii my, mahometanie, uznajemy poddanie się woli Allaha. Ze swej strony uznaję każdy kop od życia zasadny wolą Boga, choć jej nie rozumiem lecz każdy swój postępek wytłumaczyć umiem: wszak wobec Przeznaczenia wola moja tycia… Jedno malutkie słowo: Kismet! daje siłę by pogodzić się z losem, pogodzić ze sobą; jak ty spięty i w stresie ja też długo żyłem, a teraz jestem inną zupełnie osobą! Zresztą, zrobisz co zechcesz. Nie jestem z Jehowych By ci kategoryczny nakaz pchać do głowy… Długo jeszcze gadali, zejmańskim zwyczajem odliczając po cztery szklanki na godzinę; by zakończyć dyskusję znaleźli przyczynę gdy bar zamknął podwoje – przed pierwszym tramwajem. Zenek, nie przekonany całkiem do idei powoli, ciężkim krokiem powlókł się do domu, mija zamknięte sklepy, a w mózgu się klei wizja – jakże zasadnych! – z ust małżonki gromów. Jak ten Szkot z anegdoty, który nagłym brakiem gotówki przyciśnięty ruszył do sąsiada prosić go o pożyczkę. Po drodze układa scenariusz taki: sąsiad skąpym jest cwaniakiem, natychmiast z miny powód wizyty wybada i zacznie się wykręcać, mówić o pogodzie o zdrowie małżonki troskliwie zapyta wszystko, aby uprzejmość stała na przeszkodzie przejściu do sedna sprawy: daj forsę i kwita! Tak rozpamiętujący możliwe wykręty z każdym był krokiem bardziej wściekły, bardziej spięty. Gdy mu sąsiad otworzył – z spodziewaną miną! – dokończył głośno dialog w jego głowie brzmiący: – Mam w d..ie ciebie i twojepieniądze! Odwrócił się na pięcie i bez forsy spłynął… Kryśka w domu wiedziała, czego się spodziewać. W ostatniej chwili z kiosku coś-tam, coś-tam wzięła wśród krzątaniny zwykłej to ciężko westchnęła, to zaklęła, gdy krew ją zaczęła zalewać. Przyszedł wreszcie drań! Późno – już się kłaść spać miała – bez zakupów, pachnący wychudłym portfelem. Lecz nim w płuca powietrza dość dużo nabrała, zdumiał ją spokój Zenka: stał grzecznie jak cielę, powtarzał „kismet! kismet!” cichutko pod nosem. Kryśka nad swym niezdolna zapanować głosem – zatkało ją kompletnie – zniknęła w sypialni. Zenek, widząc że wygasł pewny punkt zapalny, pomyślał: widać Allah pośród bogów waży! Jeszczem się nie nawrócił, a już cud się zdarzył! Pan Ignacy Lajkonik był bardzo spokojnym człowiekiem. Mieszkał w dużym mieście, w bloku z brzydkich betonowych płyt i czasami, kiedy nad miastem zapadał duszny letni wieczór, stawał w oknie i marzył o zieleni, zapachu trawy i ptakach, śpiewających w lesie. Znał je z czasów, kiedy jako mały Ignaś wyjeżdżał do babci na wieś. Pewnego dnia pan Lajkonik zdecydował się: kupi działkę nad jeziorem, w pobliżu lasu i na wakacje będzie wyjeżdżał w spokojniejsze okolice. Wyciągnął z półki mapę województwa i zaznaczył te jeziora, nad którymi rósł las, ołówkiem – żeby można było wytrzeć te znaki gumką. Potem poszukał w gazecie ogłoszeń o sprzedaży działki i wybrał kilka z nich. Pewnego dnia wsiadł do samochodu i pojechał nad jezioro, które spodobało mu się szczególnie. Było tam wszystko, czego pan Lajkonik potrzebował: las, woda, trawa i ptaki. Rolnik, który był właścicielem ziemi, zgodził się sprzedać ten kawałek, który panu Ignacemu odpowiadał najbardziej. Coś jednak nie dawało panu Lajkonikowi spokoju: – Takie piękne jezioro – zastanawiał się – cisza, spokój, niedaleko od drogi… To tak piękne, że aż niemożliwe. Na pewno zaraz ktoś zacznie budować tu wielki ośrodek wczasowy, z ryczącymi motorówkami, dudniącą dyskoteką i bzyczącą kosiarką do trawy. Pan coś o tym wie ? – zwrócił się do rolnika. Rolnik tylko rozłożył bezradnie ręce: Nie, on nic o tym nie wie. – Sprawdzę to w urzędzie gminy – zdecydował pan Lajkonik. W urzędzie pan urzędnik poprawił okulary, chrząknął dwa razy, popatrzył na mapę i pokręcił głową. – Panie… eee… Lajkonik – powiedział – Nad tym jeziorem na pewno nikt nie chce budować żadnych ośrodków wczasowych. Ale co my tu w gminie możemy wiedzieć? –. – Jak to: co możemy wiedzieć ? – przestraszył się pan Ignacy. – Noo… Na pana miejscu pojechałbym do urzędu powiatowego – poradził urzędnik – Może tam powiedzą panu coś więcej ? –. Pan Lajkonik wsiadł w samochód i terkocząc silnikiem pojechał do miasteczka powiatowego. – Kochany panie Lajkonik! – Naczelnik w urzędzie powiatowym rozłożył ramiona szeroko, jakby chciał przycisnąć pana Ignacego do piersi – Nie, na pewno nie będzie tam żadnego ośrodka, dużego, ani małego. Ale żeby być tak całkowicie pewnym – zniżył głos pan naczelnik – zadzwoniłbym jeszcze do urzędu wojewódzkiego. Ooo, jaka szkoda, zajęte – powiedział, odkładając słuchawkę. Pan Lajkonik pokręcił głową – Panie naczelniku, to ja sam jeszcze dzisiaj pojadę do urzędu wojewódzkiego i sprawdzę –. – No pewnie! – rozpromienił się naczelnik – Do widzenia, kochany panie, i powodzenia życzę –. I samochód pana Lajkonika potoczył się z powrotem do dużego miasta. Pan referent w urzędzie wojewódzkim długo przekładał papiery, zanim znalazł mapę, na której było jezioro i las pana Lajkonika. – Taaak – wycedził sucho – to baardzo spokojna okolica –. – Tak, ale ten ośrodek? – niespokojnie zapytał pan Ignacy. Referent skrzywił się – Nie. Jeżeli bardzo panu zależy, mogę sprawdzić w ministerstwie, ale dzisiaj mówię panu: Nie ma, nie było i nie będzie żadnego ośrodka –. To samo powtórzył panu Lajkonikowi przez telefon pan referent następnego dnia, kiedy sprawdził w ministerstwie. Pan Ignacy odetchnął z ulgą i pojechał kupić działkę od rolnika. Tymczasem w ministerstwie pan dyrektor departamentu, do którego poprzedniego dnia dzwonił pan referent, przyglądał się z namysłem mapie. – Hmm, hmm, hmm – mruczał do siebie. – Duże, ładne jezioro… Gęsty las z grzybami i jagodami… Blisko drogi. A my właśnie szukamy jakiegoś miejsca na ośrodek dla ministerstwa –. I w dwa miesiące później pan Lajkonik z przerażeniem zobaczył, że na drugim brzegu jeziora rośnie plac budowy. A w następne wakacje stał tam już ośrodek wczasowy, do którego podjeżdżały ryczące silnikami samochody. W piątek i sobotę wieczorem, a czasem i w inne dni, w stołówce odbywała się dyskoteka. Na plaży grały radioodbiorniki, na jeziorze królowały ryczące motorówki, a pan Ignacy siedział w namiocie na swojej działce i zgrzytał zębami. I tak nauczył się, żeby o wszystkich pięknych miejscach, jakie w życiu widział, mówić tylko swoim dobrym przyjaciołom. Potem pogratulował sobie, że nie wybudował na działce domku, który kosztowałby mnóstwo pieniędzy, i sprzedał ją ministrowi, dla którego w ośrodku było zbyt tłoczno. ________ Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w portalu www.kontrowersje.net i na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora. Ech, Wasza Wysokość,
Rozłąki szafarko, Znamy się tak dawno,że I gadać nie warto. Listu, co w kopercie, Czekaj, nie rwij mi!! …Śmierć mi szczęścia nie da,, Miłość – daj je ty! Ech, Wasza Wysokość, Ty z obcej krainy,
Uścisk twój gorący, Ale nie matczyny. Swe jedwabne sieci Z drogi zabierz mi! …Śmierć mi szczęścia nie da, Miłość – daj je ty! Ech, Wasza Wysokość, Pani powodzenia, Dla innych tyś dobra, A dla mnie z kamienia. Dziewięć gramów w serce….. Czekaj!! Ja chcę żyć! ….Śmierć mi szczęścia nie da, Miłość – daj je ty! Ech Wasza Wysokość, Ty – niezwyciężona! Wiesz, że moja piosnka Jeszcze nie skończona. Przestańże, do czarta, Łaknąć mojej krwi!! …Śmierć mi szczęścia nie da, Miłość – daj je ty….
Kiedy Kara Mustafa, wielki mistrz Krzyżaków, szedł z licznemi zastępy przez Alpy na Kraków, do obrony swych posad zawsze będąc skory, pobił go pod Grunwaldem król Stefan Batory. I bitny, nieugięty, twardy jak opoka, zabrawszy z innym łupem chorągiew proroka, gonił przez godzin dziesięć w całym pędzie koni, uciekających wrogów aż do Macedonji. Tam królowa Pompadur, pani wielkiej cnoty, bawiła go w stolicy przez cztery soboty, a syn jej bohaterski, Aleksander Wielki, darował mu do zbroi dwie złote pętelki.
Na północy tymczasem, w jakąś złą godzinę, Marjusz ogniem i mieczem niszczył Kartaginę, potomek zaś jego Tytus, patrząc na to z żalem, od najścia dzikich Franków bronił Jeruzalem.
Wtedy to wśród Sahary, w owym kraju futer, szczepił nową religię sławny Marcin Luter, i pracując gorliwie piórem i wymową, zginął razem z Homerem w noc Bartłomiejową, którą, pragnąc dać uczuć moc swojej tyranji, królowa Marja Stuart wyprawiła w Danji. August VIII, król saski, wezwał Salomona, sądząc, że z nim niegodną królowę pokona, lecz zdradzony przedwcześnie w złych losów kolei, zaszczycił swą niewolą Przylądek Nadziei. Wenecjanie zaś patrząc nieprzychylnem okiem, zabili go w Meksyku z kapitanem Kokiem.
W tym czasie też Kopernik, wojażer na Wschodzie, robił świetne odkrycia na lądzie i wodzie, objechawszy fraktówką Azję i Afrykę, po tygodniu podróży odkrył Amerykę,
a Kolumb z nim zwiedziwszy wszystkie świata końce, orzekł, że koło ziemi obraca się słońce. Kortez, mąż Izabelli, tatarskiej królowej, powstawał na ten wniosek bluźnierczemi słowy, ale że świat przeczył zanadto upornie, pod swoje panowanie podbił Kalifornię, gdzie Palmerdton, sardyńczyk z książęciem de Konde, przeciwko tyranowi obudzili frondę.
Richelieu tam będący na silnej pozycji, zginął pod krwawym mieczem świętej inkwizycji. wynalazł nowe statki poruszane parą, lecz wypędzony z Francji, rodzinnego kraju uczynił z nich użytek na rzece Ałtaju.
Herodot, jego przyjaciel, mąż z sercem nie płochem, myślał nad telegrafem, a Bajron nad prochem, i kiedy ich odkrycie było uwieńczone, puścili się nad morzem sukiennym balonem, tam zaskoczeni burzą i straszną zawieją, unieśli się w powietrze żelazną koleją…
Szekspir, król Persji, rozgniewany o to, z kopalń Bochni wydobył prawie wszystko złoto, a nie uformowawszy trzy pułki ułanów, pobił w trojańskiej wojnie walecznych janczarów. Mieszkańcy wysp Sandwich, schwytawszy go wreszcie, uwięzili w Pekinie, a zabili w Peszcie. W tem przybył od papieża do Dawida goniec i położył na miesiąc, wszystkim wojnom koniec… Historia bez morału, czyli następna bzdura która rzadzić. muz. K. Gaertner, sł.Tadeusz Kijonka Kot w butach, wilk i osioł, zając i niedźwiadek O, jejku, jejku, jejku, nikt się nie natężył !! Niedźwiadek i kot w butach, osioł, wilk i zając O jejku, jejku, jejku, cóż to za armata ??? Wybuchła wielka wojna i okrutna wrzawa; O, jejku, jejku, jejku, znacie prawdę całą Tak czy siak, tak czy siak, wszystkim piątej klepki brak. O je. Paranoja. (P.Fronczewski) Pan Ignacy Lajkonik pewnego pięknego dnia jechał autobusem, ponieważ jego samochód akurat czekał na naprawę w zaprzyjaźnionym warsztacie. Na siedzeniu obok starsza pani kiwała głową, zasypiając nad siatką z zakupami, kierowca autobusu pogwizdywał pod nosem swoją ulubioną melodię. Autobus przy każdym otwarciu i zamknięciu drzwi wesoło mlaskał, dwie dziewczyny jadące ze szkoły opowiadały sobie o swoich i chłopakach i strasznie przy tym chichotały, a mały chłopczyk w puchowej kurteczce, jadący ze swoją Mamą przyglądał im się ciekawie. Panowała miła, odprężająca atmosfera. I wtedy do autobusu wsiadło dwóch kontrolerów. Krótko ostrzyżeni panowie w identycznych skórzanych kurtkach zdecydowanym ruchem wyciągnęli legitymacje i przypięli je do kołnierzy. Powietrze zgęstniało, dziewczyny zamilkły, kierowca starał się nie patrzeć w lusterko, a autobus trzeszczał ze zdenerwowania. Przy słowach – Poproszę bilety do kontroli – wyraźnie zapachniało siarką. Kontrolerzy przesuwali się do przodu autobusu, przedzierając bilety. Jeden z nich zwrócił się w kierunku pana Ignacego, który posłusznie podał swój bilet do sprawdzenia. – Dobrze… – mruknął kontroler. Tymczasem drugi pan kontroler dotarł do chłopaka stojącego tuż przed panem Ignacym i zwrócił się do niego – A pan? –. – Co, ja? – spytał chłopak. – Poproszę pański bilet. – Nie mam biletu – odparł chłopak. – Aha, nie ma pan? – Kontroler popatrzył uważnie na chłopca, tak jakby spodziewał się, że ten zacznie uciekać – To poproszę dokumenciki! – Też nie mam. Pan kontroler wyraźnie się zdenerwował – wobec tego pojedzie pan z nami do ostatniego przystanku! Pan Lajkonik wysiadł na ostatnim przystanku i stanął obok autobusu. Miał dużo czasu, a przez uchylone okna wszystko było świetnie widać i słychać. – Pana nazwisko – zażądał kontroler. – Wawelski – padło w odpowiedzi. Pan kontroler chrząknął podejrzliwie, ale uznał, że pasażer bez biletu ma prawo nazywać się Wawelski, bo zapytał z kolei o imię. – Smok! – odpowiedział niewinnie chłopak. Pan kontroler bardzo się zdenerwował – Ty szczeniaku, ja cię nauczę jaja sobie ze starszych robić! – wrzasnął rozwścieczony. – Wcale nie robię sobie jaj – odpowiedział Smok Wawelski w przebraniu, po czym zionął ogniem i spopielił obu kontrolerów. Pan Lajkonik trochę się zdziwił, ale po chwili uniósł brwi ze zrozumieniem i poszedł do domu. Po drodze wzdychał, kręcił głową i myślał: „Ach, ci ludzie! Ach, te czasy! Kto jeszcze dzisiaj jest aż tak odpowiedzialny za to, co mówi? No, kto?” Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net i na blogu www.madgaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora. ”’ morie wazmi mienia w dalnije dali, morie wazmi mienia, wazmi mnie s saboj..”
I Jedna cudna panna w dalekiej stolicy Jeździła z usmiechem na spacer na lwicy. Aż kiedyś wrócili w odmiennym porządku Uśmiech bowiem zawisł na obliczu lwicy, A panna zaś ze smutkiem siedziała w żołądku. II Jaś i Staś zyli w wiernej przyjaźni od lat I kochali się czule niby z bratem brat – Poróżniła ich sprzeczka, która dotąd trwa – Wiele ściśle wynosi suma dwa plus dwa. – Trzy jest nieco mało – Jaś twierdzi wciąż śmiało, A Stas równie śmiele, że pięć jest za wiele. III Dlaczego trzy naraz poślubiłeś żony?- Pytał Pawła przyjaciel nieco przestraszony. Lecz ten go uspokoił – Swoje racje mam ja, -Jedną wziąć – to głupota, a zbrodnią bigamia. IV Jadąc na targ w sobotę ( na dzien przed niedzielą) Nie mógł się Marek ( ten sam) dorachować cieląt. Klnie więc babę i syna, dwoje niewiniątek:- – Były trzy – to cholera – jest cztery, gdzie piąte ?!?!?!
Bolesław Wieniawa – Długoszowski
|
||||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||||
Najnowsze komentarze