|
||||||
|
Zawołaj mnie cicho po imieniu,
Źródlaną wodą napój mnie. Czyż odezwie się serce bezbrzeżne, Niedopowiedziane, głupie, czułe… Znów nadchodzi bezsenny zmierzch, Znów zatrzymują mnie szkła w oknach… Gdzieś tam kołysze się bez i porzeczka – Zawołaj mnie, moja cicha Ojczyzno… – Zawołaj mnie, przy zachodzie słońca, Zawołaj mnie, mój smutek, żal mój. Zawołaj mnie…! Zawołaj mnie, przy zachodzie słońca, Zawołaj mnie, mój smutek, żal mój. Zawołaj mnie…! Wiem, nasze spotkanie się dokonało, Przeciągnęło się z tobą rozstanie… Błękitny księżyc kryje się za miastem…. A mnie nie martwi i nie powoduje płaczu Coraz dalsze echo dzwonka… …..Dopiero co obok ciebie przejechaliśmy, Nawet drogi nie widzieliśmy…. – Zawołaj mnie, przy zachodzie słońca, Zawołaj mnie, mój smutek, żal mój. Zawołaj mnie, Zawołaj mnie, przy zachodzie słońca Zawołaj mnie, mój smutek, żal mój. Zawołaj mnie…! Zawołaj mnie cicho po imieniu, Źródlaną wodą napój mnie. Wiem, dokonało się nasze spotkanie… …….Ja wrócę…..spełnię swą obietnicę… Tłumacz nieznany... Incitatus
Pan Ignacy Lajkonik pospiesznie założył zimową kurtkę, chwilę pomajstrował przy sznurowadłach wysokich zimowych butów za kostkę (prawdę mówiąc, nie lubił tych butów, ale przy takiej pogodzie wszystkie inne możliwości odpadały), nacisnął na głowę czapkę z nausznikami z wełny alpaki (wełna ta grzała jak peruwiańskie słońce), a na ręce – zakopiańskie rękawiczki. Wcale nie miał ochoty wychodzić na mróz, który zastanawiał się właśnie, czy spaść poniżej dwudziestu kresek na termometrze, czy zostać powyżej. Gdyby pan Ignacy wychodził do pani Chandry, szczypiące zimnem policzki byłoby łatwiej znieść, ale tak… Chociaż, jak się dobrze zastanowić, to przecież wychodził właśnie w tej sprawie. Chodziło o to, że zbliżały się wielkimi krokami urodziny pani Chandry, kolejne osiemnaste urodziny, rzecz jasna, i proszę nie ciągnąć mnie za język, i tak nie powiem, KTÓRE mianowicie osiemnaste urodziny, a pan Lajkonik miał poważny zgryz z prezentem. Najpierw poświęcił bite dwa dni na tworzenie listy potencjalnych przedmiotów, które mógłby ofiarować swojej ukochanej. Nabiedził się przy tym, że hej! Potem zwiedził większość ważniejszych sieciowych sklepów, a później także portali aukcyjnych, w kilku przypadkach nawet zaczął licytować, ale po dojrzałym namyśle zrezygnował. Wyłączył komputer i zaczął się zastanawiać, co mu pozostało, a po jakimś kwadransie przyznał się sam sobie, że to właśnie ostatnia deska ratunku. Jeżeli można to tak nazwać. Jak więc już widzieliśmy, ubrał się, starannie zamknął mieszkanie i potruchtał osiedlową alejką, żeby zbytnio nie zmarznąć, w kierunku bloku nieco oddalonego od innych. Domofon, zmrożony do szpiku elektronicznych kości, inaczej układów scalonych, nie działał, więc mieszkańcy po prostu zostawiali uchylone drzwi. Dzięki temu pan Ignacy mógł swobodnie wejść na klatkę schodową, gdzie wytupał śnieg z butów i energicznie ruszył ku upatrzonym drzwiom. Zapukał w rytmie harcerskiego pozdrowienia („pindyrdyndy – hej ho!”) i tym razem zaczekał, aż gospodarz otworzy. Po chwileczce, niedługiej, niekrótkiej, lecz w sam raz, żeby wstać z otomany i przejść przez przedpokój, zachrobotał zamek i oto w drzwiach stanął sam pan Darek Szeherezad – Darek B. (!) Szeherezad, uśmiechając się sympatycznie i empatycznie zarazem. Pan Lajkonik odpowiedział równie miłym uśmiechem, wiedząc, jak bardzo gospodarz ceni sobie szczere emocje. Po czym uprzejmie zapytał, czy też pan S. znajdzie dla niego kilka minut i po uzyskaniu twierdzącej odpowiedzi, wszedł, bardzo uważając, żeby nie nabrudzić. Zaraz też na rzeźbionym stoliku pojawiła się herbata z egzotycznymi przyprawami, miseczka z połówkami cytryny i wyjątkowo, ze względu na aurę, butelka rumu. Pan Szeherezad wysłuchał w skupieniu relacji pana Ignacego, a ten doszedł do momentu, w którym wyłączył komputer i wyłuszczył swoją prośbę: – Poradź mi, proszę, jaki prezent by jej się podobał? Myślę, że spróbowałem już wszystkiego – i nic mi się nie podoba, a raczej: jestem pewien, że JEJ się nie będzie podobało… Gospodarz zastanowił się przez chwilę, potarł brodę kciukiem i palcem wskazującym, po czym przemówił: – Drogi przyjacielu! Mógłbym oczywiście zaproponować Ci jeden z tysiąca olśniewających przedmiotów, z mojej kolekcji – tu uniósł dłoń, powstrzymując protest pana Lajkonika, który przecież nie przyszedł po prośbie, tylko z prośbą – lub spoza niej. Nie w tym jednak sztuka, by dać człowiekowi rybę, a w tym, by pouczyć go, jak należy zrobić wędkę! Poza tym nawet ja – pochylił skromnie głowę – dysponując, nie przeczę, możliwościami większymi od ludzkich, nie podejmuję się stwierdzić, czego chce, a czego nie chce kobieta. A na pewno kobieta tak wyjątkowa, jak Chandra… Nie smuć się jednak, przyjacielu – dodał, widząc minę pana Ignacego – nie dam Ci ryby, ale wskażę drogę nad jezioro. Masz godzinę! – i tu pan Dariusz klasnął w dłonie i roześmiał się gardłowo. Pan Lajkonik zaś przekonał się, że owszem, nadal siedzi przy herbacianym stoliku, tyle że sam stolik stoi pod rzucającą błogosławiony cień markizą, a naprzeciwko siedzi nie pan Szeherezad, a uśmiechnięty arabski sprzedawca. Wokół nich w gorącym bliskowschodnim słońcu unosiły się tysięczne zapachy, powabne i te mniej, a zaraz obok zaczynał się tradycyjny suk – bazar, na którym można było kupić i sprzedać rzeczy, o jakich się nie śniło nie tylko panu Ignacemu, ale i samemu Autorowi! Wstał nasz bohater i ukłonił się grzecznie na pożegnanie, a kupiec złożył dłonie na piersiach i odkłonił się w najlepszym bliskowschodnim stylu, jaki sobie można wyobrazić. To było rzeczywiście jak w baśni – mimo że pan Lajkonik usiadł do herbaty i nic nie kupił, sprzedawca nie zrobił mu awantury! Bazar rozciągał się wzdłuż i wszerz, hen, daleko, a pan Ignacy miał tylko godzinę, więc – by nie tracić czasu – ruszył między stragany i namioty. Kupcy na ogół świetnie mówili po polsku, i tym razem nie miało to nic wspólnego z baśniami, po prostu polscy turyści dotarli już i tutaj. Panu Lajkonikowi mignęło ogłoszenie, wypisane kunsztownie na kawałku tektury: „Afrodyzjaki! Po zażyciu doprowadzisz mumię do orgazmu w 5 minut!”, ale akurat to go nie interesowało. Poszedł dalej, czujnie rozglądając się po stoiskach, i już po chwili stał obok kupca, oferującego lampy z dżinnami i afrytami – „Z trzystuletnią gwarancją! Wystarczy potrzeć rękawem!”. Nie zdecydował się jednak na kupno, mimo zachęcającej ceny. Pamiętał bowiem z baśni, że nie każdy lokator lampy po uwolnieniu rzucał się do spełniania życzeń – jeżeli siedzenie w lampie zbytnio im się sprzykrzyło, potrafili poprzysiąc, że zabiją pierwszą osobę, która ich wywoła. Marny byłby to prezent! Większe szanse miał latający dywan. Przy tym straganie pan Ignacy spędził ponad kwadrans, podziwiając modele i wzory, słuchając przy tym sprzedawcy, który recytował osiągi różnych dywanów – od jednoosobowych sportowych chodniczków, po familijne behemoty rozmiaru sześć na pięć metrów. Na szczęście jednak nasz bohater w porę przypomniał sobie, jakie warunki panują aktualnie w kraju – i zapytał właściciela stanowiska o klimatyzację albo chociaż nawiew. Niestety, tego udogodnienia nie posiadał żaden z oferowanych dywanów, więc pan Lajkonik poszedł dalej, nerwowo zerkając na zegarek. O mało nie kupił również sporego jajka, większego niż strusie, z delikatnymi, brązowymi żyłkami, myśląc, że to dekoracja z alabastru. Na szczęście został natychmiast wyprowadzony z błędu przez kupca, gratulującego mu decyzji o założeniu hodowli ptaków Roków – „Maj frend, kiedy skończy dwa miesiące, dajesz mu zaledwie jedną dorodną owcę dziennie! Może być też jeden wielbłąd, ale tylko raz na dwa-trzy dni!” Aż wreszcie, kiedy panu Ignacemu pozostało już tylko dziesięć minut, stanął przed stoiskiem z przepięknymi, orientalnymi szalami. Stanął – i wiedział, że stąd nie odejdzie z pustymi rękami. Nie dość, że prezent świetnie pasował do pory roku, to wybór wzorów i kolorów był olśniewający. Błękity i szarości, żółcie przetykane zieleniami, szacowne fiolety i skromne brązy, tajemnicze czarno-złote wzory, a nade wszystko – przepiękny czerwony szal w srebrne arabeski. Pan Lajkonik wziął go do ręki, a lekka, puszysta tkanina owinęła się wokół dłoni, grzejąc i zarazem chłodząc – taki to był szal! Sprzedawca nachylił się ku oczarowanemu panu Ignacemu i konfidencjonalnym szeptem zdradzał mu sekrety szala: – To najprawdziwsza wełna z owiec, pasących się na stokach góry Synaj… a przetykana jest Przędzą Czasu… Dlatego osobę, która go nosi, czas omija… Pan Lajkonik nie potrzebował więcej zachęty, a i czas mu się powoli kończył – nie sądził również, by magia szala przechytrzyła pana Szeherezada . Zapłacił pospiesznie, prawie się nie targując (kupiec, chociaż tego nie skomentował, wyglądał na zawiedzionego), jeszcze raz spojrzał na zegarek – i oto z powrotem znalazł się w mieszkaniu pana Darka. Darka B. Wylewnie podziękował gospodarzowi, ciekawie zerkającemu na nieduży pakunek, owinięty w niepozorny, szary papier, po czym popędził do siebie. Jeszcze tego samego wieczoru, ogolony i wypachniony zadzwonił do drzwi pani Chandry. To był wieczór tylko dla nich obojga. Pani C. przygotowała pachnące korzennymi przyprawami indyjskie dania w niewielkich miseczkach, z których nakładali sobie niewielkie porcje na talerze, mieszając sos z ryżem albo kruchym, nadętym jak balon chlebem nan. Częstowali się nawzajem co lepszymi kąskami i chichotali przy tym jak para nastolatków, aż po kawie i niedużym – w sam raz na dwoje – torciku syci i zadowoleni spoczęli na sofie pod bauhinią, patrząc przez okna werandy na zaśnieżone trawniki. Wtedy pan Ignacy sięgnął za sofę i wręczył ukochanej prezent. Pani Chandra rozpakowała go i szeroko otworzyła oczy, a pan L. owinął wokół niej miękką tkaninę. – Aha, kochanie – rzekł, całkiem już poważnie – Sprzedawca powiedział, że ten szal ma pewną szczególną właściwość… – i opowiedział swojej ukochanej to, co zdradził mu arabski kupiec. Pani Chandra słuchała tego wszystkiego, a kiedy pan Ignacy skończył, rozwinęła końce szala i próbowała otulić nim również ukochanego. Wtedy stało się coś dziwnego – szal nie chciał się owinąć wokół nich obojga. Trzymał się uparcie pani Chandry, a kiedy spróbowała odwinąć z siebie większą jego część – przylgnął do pana Lajkonika, a zsunął z jej ramion. Popatrzyli na siebie, zmieszani, a w uszach zadźwięczało im „osobę, która go nosi, czas omija… osobę, która go nosi… OSOBĘ…” I wtedy w oczach pani Chandry pojawiły się dwa ogniki – jak zawsze, kiedy podejmowała ważną decyzję. Delikatnie zdjęła szal, wstała i zaczęła się krzątać, a pan Ignacy obserwował ją z namysłem. Na małym stoliku postawiła mosiężny dzban, obok niego ceramiczną misę z owocami mango i pomarańczami, rozejrzała się, dołożyła jeszcze trzy muszle z Goa i kieliszek z winem. A potem udrapowała na tym wszystkim szal, który stał się efektownym tłem dla tak skomponowanej martwej natury, i wróciła na sofę, do pana Lajkonika. – Myślisz, że na tę kompozycję też to zadziała? Przecież to nie… osoba? – mruknął do niej. – Nie wiem… ale ją czas może sobie omijać – uśmiechnęła się pani Chandra, przytuliła do swojego mężczyzny i pocałowała go. Po czym oboje jeszcze długo patrzyli na piękną kompozycję, ogrzewającą cały pokój ciepłym blaskiem złota, różu i czerwieni. Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora. List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema *********************************************************************************************************
Pamięci…
* Gdy on się laurowego dosługuje wieńca W dymie pochlebstw, w poezji liliowym oparze, Gdy srebrnym gwiazdom tęsknić, kwiatom marzyć każe – Ona, dama najpierwsza białego Krzemieńca, W starym dworku z modrzewia,gdy wieczór oddycha Mokrymi bzu kiściami i księżyc się skrada Przez drzwi ganku, przy czarnym fortepianie siada I w półmroku salonu gra Szopena z cicha. Gdzieś tam – wszystko to jedno: daleko czy z bliska – Nieszczęście krwawi serca i wyludnia domy: Pod oknem rano dzwonek zadźwięczał znajomy, Żeganając się, mówiono porwanych nazwiska. A potem na nieszporach był dziś tłum w klasztorze, Dzwon się długo nad miastem kołysał i żalił Aż zaszedł dobry wieczór i gwiazdy zapalił, I wszystko może się stać, co się stać nie może.
Dla nas to są te parki o zielonych wodach I zmurszałych posągów szeptane powieści, Dla nas cicho staw pluszcze i trzcina szeleści, A wiatry alejami płaczą po ogrodach. Już się koncert wieczorny rozbija na głosy, I wiatr, co przywiał z łąki żartuje ze świecą, Przez okno do salonu ćmy zlęknione lecą, Miłośnie marzą róże pod kroplami rosy. Ile tylko w tym Polski, tyle jest nam prawie, I mamy ją u siebie, nocą zachłyśnięci: Będziem mieli ją jutro, omdleli, pośnięci, Wsłuchani w granie świerszczów, leżąc na murawie. Pod żurawi studziennych skrzypienie miarowe, Pod brzęczenie kos w trawie i piosnkę skowrończą, Będzie z wolna szła ku nam, a gdy kosić skończą, Wonne siano nam lekko podłoży pod głowę. Na bal się teraz stroi w wieczorowe szaty I otwiera flakony najdziwniejszych woni. Tren gwiazdami srebrzony wypłynął z jej dłoni I muska po gazonach rozmarzone kwiaty. Nie przyjdzie do ofiarnych, zapomni o bitnych, Ominie wszystkich mądrych, a wytrwałych zdradzi: Cichy walc ją Szopena po nocy prowadzi, Zapłakany od rosy i drżeń aksamitnych. Już przyszła. Nie. To tylko rokokowe cacka Na serwantce się wdzięczą, tylko cienie drżące. Tak, to ona: Poznaję te oczy marzące. ……………………………………………………………. Lecz nie wiem czy to ona, czy pani Słowacka. Jan Lechoń Na szmaragdowym nieba tle Śnieg skrzy się, słychać chrzęst i skrzyp Jeszcze kieliszek. Widzę dno (J. Tuwim) – Mahmoud! Mahmoud!! Rusz się, chłopcze! No rusz się, mówię! Przegoń wielbłądy! Wielbłądy, mówię!!! Jak to skąd? Z pasa przegoń! To oczywiście żart. Po lotnisku w Hurghadzie nie snują się żadni poganiacze ani ich wielbłądy; jest ono otoczone drutem kolczastym i całkiem bezpieczne. Tak bezpieczne, że plotki przypisują jednemu z najbogatszych Egipcjan decyzję o przeniesieniu swojego prywatnego odrzutowca właśnie tutaj, do czasu kiedy ustaną zamieszki w Kairze i okolicach. My jednak nie przylecieliśmy prywatnym samolotem, tylko turystycznym czarterem, i od razu wpadliśmy w sidła lokalnej biurokracji. Kolejka po druczek, wypełnianie, kolejka do uiszczenia opłaty wizowej w lokalnym okienku Bank of Egypt, kolejka do kontroli paszportowej, gdzie pan usiłuje tylko kontrolować, w obliczu stumetrowej kolejki turystów jego rola ogranicza się jednak tylko do coraz szybszego podbijania paszportów, potem pomiędzy kontrolą paszportową a celną stoi pan, któremu jeszcze raz należy pokazać paszporty i wizy (a koło niego drugi pan rozdaje ulotki reklamujące lokalne biuro podróży), jeszcze tylko bagaże, przemknąć się koło celników ścieżką „nic do oclenia”, odhaczyć się na liście u pana, niosącego tabliczkę z nazwą biura, załadować siebie i bagaże do autobusu… Egipt robi wrażenie miejsca, w którym ludzi zatrudnia się (albo sami się zatrudniają) ponad potrzebę. Na każdym kroku – w hotelu, w mieście, w sklepie, wśród zabytków – obskakują turystę dziesiątki chętnych by pomóc, doradzić, oprowadzić, uśmiechnąć się (nie za darmo), no i oczywiście – sprzedać. Kiedy czyta się lub ogląda relacje podróżników z różnych czasów, widać, że nic w tym względzie się nie zmieniło od wieków: sprzedawcy, uliczni i z lokalami, usiłują wcisnąć turystom wszystko, ze szczególnym uwzględnieniem pamiątek – papirusów, figurek z alabastru (częściej z plastiku), bazaltu (jak wyżej), napojów, wyrobów skórzanych, chust i szali. W tym celu stosują wszelkie zachęcające metody, tylko wyjątkowo zakłócając nietykalność cielesną: „Where are you from? Poland? Pooolsko! Yak sze masz? Dżendobry! Zayebista cena! Za darrmo!” Z mojego doświadczenia wynika, że najskuteczniejszym sposobem jest grzeczne, ale stanowcze „Shokram!” („Dziękuję!” po arabsku). Trudno jednak zaliczyć takie sytuacje do relaksujących; przez cały czas miałem wrażenie, że ktoś czegoś się ode mnie domaga. Dość jasno widać, skąd bierze się wspomniana wyżej nadwyżka chętnych, by zarobić w ten czy inny sposób – z biedy, że aż piszczy. Kontrast pomiędzy wystawnymi hotelami a dzielnicami miast, zwłaszcza tymi biedniejszymi, jest uderzający – a czasem dzieli je zaledwie ulica, jak na zdjęciu. Mimo że widziałem tylko turystyczną Hurghadę i półmilionowy Luksor, nie mam wątpliwości, że rozwarstwienie jest tu znacznie większe niż w Polsce czy jakimkolwiek kraju europejskim. Dlatego też nie ma się co dziwić, że w Egipcie się gotuje – ostatnie rozruchy w Port Saidzie jasno dowodzą, że do poważnego wybuchu wystarczy mała iskra. Z wypowiedzi miejscowych wynika, że zamienili jeden reżim na drugi – Mubaraka na wojskowych, ale jedyną alternatywą wydaje się być Bractwo Muzułmańskie, a to już dla Europejczyka brzmi nieciekawie – chociaż, jak stwierdził pewien rodak, nie zarzyna się krowy znoszącej złote jajka, i pewnie turystów nie dotknęłoby to tak jak tubylców. Nie wiadomo natomiast, jak w razie zwycięstwa postępowaliby ortodoksyjni muzułmanie. Wszyscy pamiętają, co stało się z posągami Buddy z Bamianu. W każdym razie w Hurghadzie w żaden widoczny sposób nie czuło się napięcia takiego jak na północy kraju – może poza tym, że z planu wycieczki do Kairu wykreślono np. Muzeum Egipskie. Władze zamknęły je, nauczone doświadczeniem z 2011 r., kiedy to podczas zamieszek skradziono cenne eksponaty. Co prawda przedostatniego dnia pobytu zaczęliśmy się zastanawiać, czy rzeczywiście niepokoje z północy nie dosięgają turystycznych kurortów. W TV, na pasku wiadomości z ostatniej chwili stacji BBC pojawiła się informacja, że w Sharm-el-Sheikh uzbrojeni ludzie porwali dwie amerykańskie turystki. Po czym kanał BBC zniknął na kilkanaście minut z hotelowej kablówki. Spojrzeliśmy sobie z Panią Quackie głęboko w oczy – „Czyżby dyrekcja zdecydowała się nie szerzyć paniki?”. Na szczęście minęło czasu małowiele, a sygnał brytyjskiej stacji powrócił, z uspokajającymi wieściami, że Amerykanki zostały uwolnione. Polskie akcenty w Egipcie to nie tylko rodacy wypoczywający w miejscowych resortach i zwiedzający tamtejsze zabytki – i to od dawna: na jednej z kolumn w Karnaku widnieje wyryte nazwisko „Wróblewski” i data – 1850 : ) Jak wiadomo, od wielu lat egipskie zabytki odkrywają i rekonstruują polscy archeologowie, np. świątynią królowej Hatszepsut od 1961 r. zajmował się prof. Kazimierz Michałowski, dzięki czemu w 2002 r. otwarto ją do zwiedzania. Na ulicach widuje się polskie samochody, a ściślej rzecz biorąc – samochody rodem z PRL. W ciągu kilkunastogodzinnej wycieczki miałem okazję wypatrzyć kilka całkiem jeszcze żwawych polonezów i jednego czy dwa fiaty 125p, nie wspominając o radzieckich ładach (na moje oko WAZ2104), a nawet jednym zaporożcu. Z nieco nowszych akcentów w sklepie spożywczym wypatrzyliśmy z Panią Quackie rządek kartonów z sokami swojskiej marki Hortex. Ich kontemplację przerwały nam głośne okrzyki: Na lotnisku czekała na nas już długaśna kolejka do odprawy bagażowej, a nieco krótsza do paszportowej (więcej okienek). Tłumom koczującym pod bramkami rozrywkę zapewniały nie tylko sklepy wolnocłowe, ale także spóźnialscy pasażerowie. Tak się złożyło, że przez niecałe dwie godziny naszego oczekiwania spóźniali się przede wszystkim Rosjanie. Po sto dwudziestym komunikacie „Rodzina Pietrowych odlatująca do Jekatierinburga, OSTATNIE wezwanie!” zjawiają się państwo Pietrow z dziećmi, biegną truchcikiem, właściwie nie wiadomo, dlaczego nie zareagowali wcześniej, pasażerowie oczekujący na następny samolot, który stoi w kolejce za Boeingiem Transaero do Jekatierinburga i wyrabia spóźnienie, tworzą szpaler powitalny i biją brawo, państwo Pietrow opuszczają głowy, mimo opalenizny doskonale widać rumieniec wstydu, rzutem na taśmę przebiegają przez wyjście i znikają z oczu tłumom… W tym momencie pan Quackie dostrzega, że w związku z opóźnieniami na tablicy odlotów wszystko się pozmieniało, w tym również numer gate’u, z którego będziemy wysyłani do samolotu, więc tłum rodaków rusza do szarży… Samolot z Państwem Quackie na pokładzie wystartował bezpiecznie, chociaż z półgodzinnym opóźnieniem. Na lotnisku w Gdańsku mróz już zacierał ręce. ______________ Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora. + 20°C Jamajczycy zakładają swetry (jeśli je tylko mogą znaleźć). + 15°C Grecy włączają ogrzewanie (jeśli tylko je mają). + 10°C Amerykanie zaczynają się trząść z zimna. Rosjanie na daczach sadzą ogórki. + 5°C Można zobaczyć swój oddech. Włoskie samochody odmawiają posłuszeństwa. Norwedzy idą się kąpać do jeziora. 0°C W Ameryce zamarza woda. W Rosji woda gęstnieje. – 5°C Francuskie samochody odmawiają posłuszeństwa – 10°C Kot upiera się, że będzie spał z tobą w łóżku. Norwedzy zakładają swetry. – 15°C W Norwegii właściciele domów włączają ogrzewanie. Rosjanie ostatni raz w sezonie wyjeżdżają na dacze. – 20°C Amerykańskie samochody nie zapalają. – 25°C Niemieckie samochody nie zapalają. Wyginęli Jamajczycy. – 30°C Władze podejmują temat bezdomnych. Kot śpi w twojej piżamie. – 35°C Zbyt zimno, żeby myśleć. Nie zapalają japońskie samochody. – 40°C Planujesz przez dwa tygodnie nie wychodzić z gorącej kąpieli. Szwedzkie samochody odmawiają posłuszeństwa. – 42°C W Europie nie funkcjonuje transport. Rosjanie jedzą lody na ulicy. – 45°C Wyginęli Grecy. Władze rzeczywiście zaczynają robić coś dla bezdomnych. – 50°C Powieki zamarzają w trakcie mrugania. Na Alasce zamykają lufcik podczas kąpieli. – 60°C Białe niedźwiedzie ruszyły na południe. – 70°C Zamarzło piekło. – 73°C Fińskie służby specjalne ewakuują świętego Mikołaja z Laponii. Rosjanie zakładają uszanki. – 80°C Rosjanie nie zdejmują rękawic nawet przy nalewaniu wódki. – 114°C Zamarza spirytus etylowy. Rosjanie są wku…… (znalezione w sieci ku rozgrzewce ![]() Ten walet schnie z miłości, a ty go dręczysz wzgardą, * Kochałbym cię ( psiakrew, cholera), gdyby nie ta niepewność, gdyby nie to, że serce zżera złość, tęsknota i rzewność.
Byłbym wierny jak ten pies Burek, Chętnie sypiałbym na słomiance, ale ty masz taką naturę, że nie życzę żadnej kochance.
Kochałbym cię ( sto tysięcy diabłów!) kochałbym ( niech nagła krew zaleje! 🙂 ale na mnie coś takiego spadło, Że już nie wiem co sie ze mną dzieje:
z fotografią, jak kto głupi się witam, z fotografią ( psiakrew! )sie liczę, pójde spać i nie zasnę przed świtem, póki z grzechów się jej nie wyliczę,
a te grzechy ( psiakrew! ) malutkie. więc ( cholera ! ) złości się grzesznik: że na przykład wczoraj piłem wódkę lub, że pani Iks – niekoniecznie.
Cóż mi z tego ( psiakrew! ) żem wierny, taki, co to ” ślady po stopach”?… Moja miła, minął październik, moja miła, ( psiakrew!) mija listopad.
Moja miła, całe życie mija…. Miła ! miła ! – powtarzam ze szlochem…. To mi zycie daje, co zabija, Ze ja ciągle ( psiakrew ! ) ciebie kocham.
|
||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||
Najnowsze komentarze