Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,270
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Śniadanie na trawie…

Carl Wilhelm Kolbe, Et in Arcadia ego,

rycina, 1801 rok

17 Brumaire’a roku XIV-8listopada 1805 roku.
Wczoraj wieczorem, kładąc się spać, powiedzieliśmy sobie, że dziś wstaniemy o siódmej, aby iść na przechadzkę, i że wrócimy o dziesiątej.
Dzisiaj wstaliśmy o wpół do dziewiątej i napełniliśmy małą ciemną butelkę winem. Wziąłem ją i poszedłem do paszteciarni obok Casatiego, gdzie kupiłem dwa drozdy na zimno, jednego skowronka i dwa małe kawałki ciasta, jeden z konfiturą, drugi z kremem. Doszliśmy do łąk w Montfuront, idąc na przełaj przez różne posiadłości. Zjedliśmy cudowne śniadanie pod drzewem, rozkoszując się sielskim, poetycznym szczęściem, o którym tyle razy marzyłem, zwłaszcza w Saint-Vincent i we Włoszech. Zostawiliśmy pod drzewem trochę chleba i prawie cały kawałek ciasta, krusząc go, żeby uszczęśliwić ptaki.
Po długim śniadaniu, które jedliśmy rozkoszując się swoim szczęściem – ona zachwycona wspaniałą pogodą i tylko od czasu do czasu narzekając na ból między łopatkami, którego nabawiła się wczoraj po przedstawieniu – zaczęliśmy spacerować po łąkach.
W spacerze do północnego skraju łąki przeszkodzili nam dwaj mężczyźni pogrążeni w rozmowie, jeden uzbrojony w fuzję. Spoczęliśmy w uroczym zakątku, kładąc nogi w słońcu, a głowy w cieniu wielkiej topoli. Melania powiedziała, że wyglądam, jakbym umierał z chęci robienia tego; to była prawda, ale nie było to moim jedynym pragnieniem, chciałbym w niej widzieć trochę więcej uniesienia, a ściślej mówiąc, trochę uniesienia. Jeżeli idzie o urodę, trudno być bardziej szczęśliwym; miałem więcej, niźlim pragnął – urodę doskonałą, wzniosłą, urok najpiękniejszych greckich twarzy, ale chciałbym trochę tego uniesienia, które, jak sobie wyobrażam, miała Angelina. Byłem gotów do wzlotu, ale abym mógł to zrobić, trzeba mi było jej uniesienia (rzecz godna uwagi in my love for her).
Kiedy odpoczywaliśmy, powiedziałem, że z jej charakterem byłoby jej łatwiej pokochać mężczyznę, który budziłby w niej zaufanie i pewien podziw. Na słowo „podziw” wykrzyknęła: „Za bardzo podziwiałam, mój podziw już się wyczerpał”. – „Jesteś jak bluszcz, przywarłaś do małego drzewka i to cię niepokoi, a powinnaś raczej związać się z potężnym drzewem, w którym pokładałabyś całą ufność”.
Tak to mniej więcej brzmiało. Odrzekła, że trafiłem w sedno. […]

Stendhal, Dziennik. Wybór, tłum. Felicja Śniatecka – Wowerowa,

Sposób na modę w XIX wieku

    Nie powiem…..casem Baba chłopa nagnie                                                                      Zachciało się….ano Jagnie….niby ślubnej  mej kobicie,nowomodne jakieś zycie                   Miała spódnić trzy cerwunych,kilka kosiul obrębiunych                                                    Przyodziewku pełno w skrzyni jak przystało gospodyni.                                                       Nie powiem…..ale Babie mało tego..                                                                              Pojechała hej do Płuńska,by przebiroc się z japuńską                                                       Jakem użroł….o niech zecie…zółte kwiotki na gorsecie                                                      Zółte kwiotki na spódnicy,kiejby jermka jajeśnicy                                                                     Rozcesała łeb by ztrzeche,na dwie struny z kuzdy wieche                                                 I przyleciała do mnie z pyskiem                                                                                           Cy jej ładnie z tym strzesyskiem                                                                                         Nie powiem…………………                                                                                                 A no undzie,rzykłem na to                                                                                                   Badż se jeśi chces kudłato                                                                                                       Ale babie mało tego                                                                                                             Wracam dodum dnia jednego                                                                                             Patrze w kuncie kole ściany gdzie był obraz poświęcany                                                   A tam stoi coś z kamienia                                                                                                   Jak Bog stworzył bez odzienia !!!!                                                                                       Pytom,co u palarusza ???                                                                                                    Jagna rzece–naga dusa                                                                                               Juś mi tego było prawie !                                                                                                      Jak nie lunę ! Nie poprawię!!!!                                                                                           Jak dobrałem się do strzechy                                                                                         Wypędziłem z Baby grzechy                                            Bo wierzojta mi narody,kij nolepsy na te mody.    

Do Boya

*

Oto zeszliśmy sie Boyu, i sprosili zacnych gości

Czćić Twe życie, pełne pracy zarówno jak i sprośności.

„Czasu” ząb Cie nie nadkruszył , co tylu w starość

                                                                   pogrąża.

Za wciąż nwą Twa perwersją ledwie stary Freud

                                                                nadąża.

I cierpliwością a praca doszedłeś do tych wyników,

Że nie panny Tobą straszą, lecz za to małych

                                                          chłopczyków.

Siedzisz sobie pogrążonyw książkach jak mnich

                                                      w starych bullach

I za nic Ci  Seim i Senat, ministrowie, Aman – Ullah

Chamberlain się chwieje, Stalin grzmi, Blum padł,

                                                    Wschód płonie

A Ty wciąż coś pani Hańskiej majstrujesz przy jej

                                                               robronie.

Jakiż to jest tem eliksir, co natura Ci użycza,

Żeś wcale nie odmienion – nie jak Faust Zegadłowicza

I z młodości towarzyszów prawie jeden tkwisz w jej

                                                                      błędach

A tylu – skonczyli smutnie  – na bardzo ważnych

                                                                      urzędach.

Zapomnianych u George Sand Musseta kto szuka

                                                                 spinek ?

Kto panny Lespinasse słucha smutnie wpatrzony 

                                                               w kominek?

I pani La Fayette komu powierza swe sekreta?

I komuoprócz Ciebie w Polsce może zaufać kobieta ?

Na pierś męską chyląc głowę, gdy o miłość wzrokiem 

                                                                         prosi,

Czytajcie jak Goetel ją rzuca i jak ją Kaden tarmosi,

Berent na nią ledwie spojrzy, darmo by chciała

                                                                          Tuwima,

Ty jeden znasz owe ” słówka”, bez których miłości nie

                                                                                ma

Choćżeś bity w Kartezjuszu, Pascala świadom mozołów,

Ninon wolisz od Dąbrówki, pederastów od sokołów

I darmo by się Calonder od Ciebie gromów spodziewał

Jakże mógłbyś bronić „Roty”, kiedyś jej nigdy nie

                                                 śpiewał.!

Na świecie tyle mądrości śród doktorów i śród jogów,

Jezuitów, bolszewików i beskidzkich powsinogów.

Czemu więc nie chcesz znać innej nad mądrość prostej

                                                piosenki

I długiego pocałunku, uśmiechu, machnięcia ręki ?

Możeś się Ty i zaprzedał panu piekielnych czeluści,

Lecz chocbyś chciał do nabożnych – juz Cię Grzymała

                                   nie wpisci,

Boś jest jak masoństwo, Eninstein i jako reformy rolne!

Więc Ci zostają poeci. Poeci i panie swawolne.

 

Jan Lechoń

Wiersz wygłoszony przez autora

na bankiecie Polskiego

Klubu Literackiego.  hehe 

.

   

Bajka warszawska

 hahaha 

Wczoraj nocą ( wszystko ściśle

Z najlepszego źródła wiem)

Szedł jegomość przez Powiśle

Ze Starego Miasta tłem.

 

W meloniku, kurtka krótka,

Wśród nadbrzeżnych zniknął traw,

Wzrok zamglony, siwa bródka:

krótko mówiąc : Poldzio Staff.

 

Senna Wisła nagle drgnęła,

I w księżycu , z srebrnych wód

Cudna panna wypłynęła

Z rybią łuską koło ud.

 

I szepnęła:” Mój chłopczyku,

Nic się nie bój ! daj mi dłoń!

Tak jak stoisz, w meloniku

Pójdź gdzie mieszkam, w Wisły toń.

 

Co się wahasz? Nikt cię nie zji,

Znasz mnie przecież z twoich snów.

Pogadamy o poezji,

I do miasta wrócisz znów.

 

Pomarzymy o przeszłości,

Co pod gruzem miasta śpi.

Nie mam, widzisz, znajomości

Wśród tych ludzi z nowych dni.

 

Chlupnął Poldzio i spod fali

Wyjrzał tylko jego nos,

Po czym całą noc gadali

Zaplątani w nimfy włos.

 

A nad ranem. gdy świt ściera

Mroki  z sennych nieba lic,

Poldzio znów był u Fikiera

Suchy jakby nigdy nic.  

Kot w pustym mieszkaniu

Umrzeć – tego nie robi się kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.

I żadnych skoków pisków na początek.

Nagrobek

Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę

Odwiedziny

  Puk,puk…..nikt nie odpowiada…naciskam więc na „myszkę” i widzę,ze wyspy nikt nie pilnuję !!! Co się dzieje ? Czy jest to pierwsza ofiara ACTY ? Przepraszam,ale zrobiło mi sie cholernie smutno,bo dochodzę do wniosku,że cały czas ktoś „majstruje”i to co było dobre,musi konieczne spieprzyć.Pozdrawiam wszystkich rozbitków madagaskaru,z nadzieją,że wrócą dobre czasy!!! Max

ECH, SIBIR’, SIBIR’….!

 

Wysoko w niebie chmurka zaszarzała

Wiewiórczą, płasko rozpostartą skórką.

Powiedział: „Nie żal mi twojego ciała,

W marcu roztopi się, krucha Śniegurko!”

 

W puszystej mufce lodowate dłonie.

Było mi strasznie, było mi okrutnie…

O, jak powrócić was, szybkie tygodnie

Jego miłości ulotnej, tak krótkiej!

 

Nie pragnę ani zemsty, ani bólu,

Niech umrę razem z ostatnią śnieżycą.

Jego wróżyłam w wigilię Trzech Króli

I jego miłą byłam cały styczeń.


Anna Achmatowa

List Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej do męża, Stefana Jasnorzewskiego

Wtorek, 8 grudnia 1942 roku
Imieniny, godzina siódma wieczór

Bajbaczku kochany. Mowa jest o futrze, które przyszło dziś o piątej przy podwieczorku. Kocham to futerko, bo jest ono cudnym podarkiem od Panka. Kocham je, bo dołączony jest do niego list gorący. I za to, że jest miękkie jak puch, leży jak nigdy nic innego nie leżało, ani najmniejszej poprawki być nie może. I za to, że w nim będę, jeśli nic nieprzewidzianego, od czego Boże broń, nie zajdzie, będę w nim chodzić po Krakowie z wesołą twarzą n[a] p[sa] u[rok]. I za to, że taką mi niespodziankę zrobiło, aż mi serce szybciej bije. Bo co jak co, ale tego nie przeczuwałam – dziś i tak nagle, i wspaniale.
I za to, że jest świadectwem, jaki to obermąż z pana Robaka, aż ludzie gęby pootwierały, gdy pokazałam trzy listy na imieniny jednego dnia – wszystkie od męża! Bajbaczku, wielkie dzieło to jest ofiarować komuś dzisiaj cudne pierwszorzędne futro. Nawet podszewkę ma z sajety niepodrabianej, panie dziejski, prawdziwa kitajka, mospanie. Nie masz pojęcia, jakie jest piękne, a list równie ciepły, miękki i złoty.
Upojona tym prawdziwym szczęśliwym wydarzeniem – najładniejsze futro w moim życiu dotychczasowym, ściskam, wzruszenie opanowując, pana Robaka mojego ślicznego, najlepszego. Zima w takim futrze już nie taka groźna. Może ono ją złagodzi pod każdym względem? – takie jest pogodne i amerykańskie, wyjątkowo piękne, naprawdę! Ależ Żyd się musiał zdziwić i ucieszyć. Pięknie zapakował w pudło i bibułki białe.
Prędko raz jeszcze ściskam i wysyłam list.
Lilka. Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

List Agnieszki Osieckiej do Jeremiego Przybory

Praga, 29 października 1964 roku
Kochanie!
Agnieszka Osiecka.
Zmęczona jestem, ale chce mi się pisać do Ciebie. Najwyżej kiepskie to będzie pisanie. Z Wrocławia nie wysłałam nawet kartki, bo nigdzie nie było znaczków (!). Ale miałam dobre chęci…
Wiesz, Jeremi, jak dotąd to najładniejsza była podróż. Śmieszne miasteczka na Dolnym Śląsku i ruda jesień w kotlinkach Dusznik i Polanicy. Bardzo ładna była też granica: miniaturowy barak na pagórku i szlaban w paski. Opuszczaliśmy ten pejzażyk w wielkim słońcu. Po dwóch godzinach dzielny automobil pana Ziemowita [Fedeckiego] dobrnął do Pragi.
…A w Pradze myślę o Tobie. Zajęcie to nie jest nudne, ponieważ myśleć o Tobie można rozmaicie: okropnie i pięknie, czule i lodowato, nerwowo i „obiektywnie”, co jest najgłupsze.
Bardzo Ci jest ładnie w brązowym płaszczu i szaliku w kratkę, który odebrałeś Marcie. Masz też bardzo ładne usta, i to w tych samych miejscach, które podobają Ci się u mnie. Charakter masz nienadzwyczajny, ale z tego też jesteś do mnie podobny. Tylko że Twoje wady biorą się ze słabości, a moje z lenistwa… Kochanie! Nie zapominaj pisać dla Axera! Nie pij za dużo (oszczędzaj się dla mnie, bo strasznie dawno nie chodziliśmy po knajpach). Ucałuj wszystkie moje koleżanki z Ateneum, jeśli Ci się nawiną. Pozdrów Minia (ale tak, żeby w dalszym ciągu myślał, że mnie porzuciłeś. Muszę się trzymać tej wersji, bo za dużo już nakłamałam). Zadzwoń do mnie. Pisz! I w ogóle – co chcesz, to sobie rób.
Okropnie szkoda, że Cię tu nie ma. Za granicą jest się trochę na wagarach i człowiek ma więcej głowy do różnych takich rzeczy „na lipę”.

Całuję Cię w czoło
                                                       Twoja Agnieszka

Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze, oprac. Magda Umer, Agora 2010, s. 64.

Eto dla Was, barin Stan…:)))

   

Wyspiarze  martini  tort  prezent  roza  serce