17 Brumaire’a roku XIV-8listopada 1805 roku. Wczoraj wieczorem, kładąc się spać, powiedzieliśmy sobie, że dziś wstaniemy o siódmej, aby iść na przechadzkę, i że wrócimy o dziesiątej.
Dzisiaj wstaliśmy o wpół do dziewiątej i napełniliśmy małą ciemną butelkę winem. Wziąłem ją i poszedłem do paszteciarni obok Casatiego, gdzie kupiłem dwa drozdy na zimno, jednego skowronka i dwa małe kawałki ciasta, jeden z konfiturą, drugi z kremem. Doszliśmy do łąk w Montfuront, idąc na przełaj przez różne posiadłości. Zjedliśmy cudowne śniadanie pod drzewem, rozkoszując się sielskim, poetycznym szczęściem, o którym tyle razy marzyłem, zwłaszcza w Saint-Vincent i we Włoszech. Zostawiliśmy pod drzewem trochę chleba i prawie cały kawałek ciasta, krusząc go, żeby uszczęśliwić ptaki.
Po długim śniadaniu, które jedliśmy rozkoszując się swoim szczęściem – ona zachwycona wspaniałą pogodą i tylko od czasu do czasu narzekając na ból między łopatkami, którego nabawiła się wczoraj po przedstawieniu – zaczęliśmy spacerować po łąkach.
W spacerze do północnego skraju łąki przeszkodzili nam dwaj mężczyźni pogrążeni w rozmowie, jeden uzbrojony w fuzję. Spoczęliśmy w uroczym zakątku, kładąc nogi w słońcu, a głowy w cieniu wielkiej topoli. Melania powiedziała, że wyglądam, jakbym umierał z chęci robienia tego; to była prawda, ale nie było to moim jedynym pragnieniem, chciałbym w niej widzieć trochę więcej uniesienia, a ściślej mówiąc, trochę uniesienia. Jeżeli idzie o urodę, trudno być bardziej szczęśliwym; miałem więcej, niźlim pragnął – urodę doskonałą, wzniosłą, urok najpiękniejszych greckich twarzy, ale chciałbym trochę tego uniesienia, które, jak sobie wyobrażam, miała Angelina. Byłem gotów do wzlotu, ale abym mógł to zrobić, trzeba mi było jej uniesienia (rzecz godna uwagi in my love for her).
Kiedy odpoczywaliśmy, powiedziałem, że z jej charakterem byłoby jej łatwiej pokochać mężczyznę, który budziłby w niej zaufanie i pewien podziw. Na słowo „podziw” wykrzyknęła: „Za bardzo podziwiałam, mój podziw już się wyczerpał”. – „Jesteś jak bluszcz, przywarłaś do małego drzewka i to cię niepokoi, a powinnaś raczej związać się z potężnym drzewem, w którym pokładałabyś całą ufność”.
Tak to mniej więcej brzmiało. Odrzekła, że trafiłem w sedno. […]
Nie powiem…..casem Baba chłopa nagnie Zachciało się….ano Jagnie….niby ślubnej mej kobicie,nowomodne jakieś zycie Miała spódnić trzy cerwunych,kilka kosiul obrębiunych Przyodziewku pełno w skrzyni jak przystało gospodyni. Nie powiem…..ale Babie mało tego.. Pojechała hej do Płuńska,by przebiroc się z japuńską Jakem użroł….o niech zecie…zółte kwiotki na gorsecie Zółte kwiotki na spódnicy,kiejby jermka jajeśnicy Rozcesała łeb by ztrzeche,na dwie struny z kuzdy wieche I przyleciała do mnie z pyskiem Cy jej ładnie z tym strzesyskiem Nie powiem………………… A no undzie,rzykłem na to Badż se jeśi chces kudłato Ale babie mało tego Wracam dodum dnia jednego Patrze w kuncie kole ściany gdzie był obraz poświęcany A tam stoi coś z kamienia Jak Bog stworzył bez odzienia !!!! Pytom,co u palarusza ??? Jagna rzece–naga dusa Juś mi tego było prawie ! Jak nie lunę ! Nie poprawię!!!! Jak dobrałem się do strzechy Wypędziłem z Baby grzechy Bo wierzojta mi narody,kij nolepsy na te mody.
Umrzeć – tego nie robi się kotu. Bo co ma począć kot w pustym mieszkaniu. Wdrapywać się na ściany. Ocierać między meblami. Nic niby tu nie zmienione, a jednak pozamieniane. Niby nie przesunięte, a jednak porozsuwane. I wieczorami lampa już nie świeci. Słychać kroki na schodach, ale to nie te. Ręka, co kładzie rybę na talerzyk, także nie ta, co kładła.
Coś się tu nie zaczyna w swojej zwykłej porze. Coś się tu nie odbywa jak powinno. Ktoś tutaj był i był, a potem nagle zniknął i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf się zajrzało. Przez półki przebiegło. Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło. Nawet złamało zakaz i rozrzuciło papiery. Co więcej jest do zrobienia. Spać i czekać.
Niech no on tylko wróci, niech no się pokaże. Już on się dowie, że tak z kotem nie można. Będzie się szło w jego stronę jakby się wcale nie chciało, pomalutku, na bardzo obrażonych łapach.
I żadnych skoków pisków na początek.
Nagrobek
Tu leży staroświecka jak przecinek autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup nie należał do żadnej z literackich grup. Ale też nic lepszego nie ma na mogile oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy. Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę
Puk,puk…..nikt nie odpowiada…naciskam więc na „myszkę” i widzę,ze wyspy nikt nie pilnuję !!! Co się dzieje ? Czy jest to pierwsza ofiara ACTY ? Przepraszam,ale zrobiło mi sie cholernie smutno,bo dochodzę do wniosku,że cały czas ktoś „majstruje”i to co było dobre,musi konieczne spieprzyć.Pozdrawiam wszystkich rozbitków madagaskaru,z nadzieją,że wrócą dobre czasy!!! Max
Wtorek, 8 grudnia 1942 roku Imieniny, godzina siódma wieczór
Bajbaczku kochany. Mowa jest o futrze, które przyszło dziś o piątej przy podwieczorku. Kocham to futerko, bo jest ono cudnym podarkiem od Panka. Kocham je, bo dołączony jest do niego list gorący. I za to, że jest miękkie jak puch, leży jak nigdy nic innego nie leżało, ani najmniejszej poprawki być nie może. I za to, że w nim będę, jeśli nic nieprzewidzianego, od czego Boże broń, nie zajdzie, będę w nim chodzić po Krakowie z wesołą twarzą n[a] p[sa] u[rok]. I za to, że taką mi niespodziankę zrobiło, aż mi serce szybciej bije. Bo co jak co, ale tego nie przeczuwałam – dziś i tak nagle, i wspaniale.
I za to, że jest świadectwem, jaki to obermąż z pana Robaka, aż ludzie gęby pootwierały, gdy pokazałam trzy listy na imieniny jednego dnia – wszystkie od męża! Bajbaczku, wielkie dzieło to jest ofiarować komuś dzisiaj cudne pierwszorzędne futro. Nawet podszewkę ma z sajety niepodrabianej, panie dziejski, prawdziwa kitajka, mospanie. Nie masz pojęcia, jakie jest piękne, a list równie ciepły, miękki i złoty.
Upojona tym prawdziwym szczęśliwym wydarzeniem – najładniejsze futro w moim życiu dotychczasowym, ściskam, wzruszenie opanowując, pana Robaka mojego ślicznego, najlepszego. Zima w takim futrze już nie taka groźna. Może ono ją złagodzi pod każdym względem? – takie jest pogodne i amerykańskie, wyjątkowo piękne, naprawdę! Ależ Żyd się musiał zdziwić i ucieszyć. Pięknie zapakował w pudło i bibułki białe.
Prędko raz jeszcze ściskam i wysyłam list. Lilka. Wspomnienia o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej
Zmęczona jestem, ale chce mi się pisać do Ciebie. Najwyżej kiepskie to będzie pisanie. Z Wrocławia nie wysłałam nawet kartki, bo nigdzie nie było znaczków (!). Ale miałam dobre chęci…
Wiesz, Jeremi, jak dotąd to najładniejsza była podróż. Śmieszne miasteczka na Dolnym Śląsku i ruda jesień w kotlinkach Dusznik i Polanicy. Bardzo ładna była też granica: miniaturowy barak na pagórku i szlaban w paski. Opuszczaliśmy ten pejzażyk w wielkim słońcu. Po dwóch godzinach dzielny automobil pana Ziemowita [Fedeckiego] dobrnął do Pragi.
…A w Pradze myślę o Tobie. Zajęcie to nie jest nudne, ponieważ myśleć o Tobie można rozmaicie: okropnie i pięknie, czule i lodowato, nerwowo i „obiektywnie”, co jest najgłupsze.
Bardzo Ci jest ładnie w brązowym płaszczu i szaliku w kratkę, który odebrałeś Marcie. Masz też bardzo ładne usta, i to w tych samych miejscach, które podobają Ci się u mnie. Charakter masz nienadzwyczajny, ale z tego też jesteś do mnie podobny. Tylko że Twoje wady biorą się ze słabości, a moje z lenistwa… Kochanie! Nie zapominaj pisać dla Axera! Nie pij za dużo (oszczędzaj się dla mnie, bo strasznie dawno nie chodziliśmy po knajpach). Ucałuj wszystkie moje koleżanki z Ateneum, jeśli Ci się nawiną. Pozdrów Minia (ale tak, żeby w dalszym ciągu myślał, że mnie porzuciłeś. Muszę się trzymać tej wersji, bo za dużo już nakłamałam). Zadzwoń do mnie. Pisz! I w ogóle – co chcesz, to sobie rób.
Okropnie szkoda, że Cię tu nie ma. Za granicą jest się trochę na wagarach i człowiek ma więcej głowy do różnych takich rzeczy „na lipę”.
Całuję Cię w czoło
Twoja Agnieszka
Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze, oprac. Magda Umer, Agora 2010, s. 64.
Najnowsze komentarze