Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,270
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Obowiązki mężów

1. Przede wszystkim wybierz dobrą partnerkę na małżonkę – małżonkę, która jest naprawdę dobra i uprzejma, cnotliwa i oddana Panu.
Nie wstępuj w związek małżeński, o ile nie jesteś pewien, że potrafisz kochać do końca.
Nie śpiesz się zbytnio. Najpierw poznaj wszystkie niedoskonałości, które mogą w przyszłości kusić cię, by gardzić swą przyszłą małżonką.
Pamiętaj, że sprawiedliwość nakazuje ci miłować tę osobę, która porzuciła cały świat dla ciebie: osobę, która jest zadowolona z bycia towarzyszką twych zmagań i cierpień, która dzieli wszystko wraz z tobą i która MUSI być twą towarzyszką aż do śmierci.
Pamiętaj, że kobiety są istotami z natury czułymi i kochającymi. Dlatego też tak jak same bardzo kochają, tak też i oczekują od ciebie wiele miłości.
Pamiętaj, że jesteś pod Bożym przykazaniem i odmawianie żonie miłości małżeńskiej jest zaparciem się obowiązku, jaki Bóg nałożył na ciebie z całą powagą. Twoją miłością winno rządzić posłuszeństwo.
Pamiętaj, że jesteście „jednym ciałem”; pociągnąłeś ją, aby porzuciła ojca i matkę i aby przylgnęła do ciebie.
Zwracaj większą uwagę na zalety swej żony, niż na jej błędy. Widząc jej błędy nie zapominaj o jej cnotach.
Nie wyolbrzymiaj niedoskonałości swej żony, jeśli nie doprowadzają cię one do szaleństwa. Wybaczaj jej na tyle, na ile jest to słuszne w Panu. Miej wzgląd na słabość płci. Weź także pod uwagę swe własne słabości oraz to, jak wiele twa żona musi znosić od ciebie.
Nie pobudzaj swej małżonki do złego, lecz staraj się, aby trwało w niej to, co najlepsze.
Zdobywaj ją miłością, a będzie ci oddana i pełna miłości do ciebie. Miłość rodzi miłość, tak jak ogień rozpala ogień. Dobry mąż jest najlepszym środkiem ukształtowania dobrej i kochającej żony.
Postępuj wobec niej jako trzeźwy, uniżony, miłujący, pokorny, zapierający się samego siebie, cierpliwy, nie raniący jej i święty, myślący o niebie chrześcijanin.

Obowiązki mężów i żon względem siebie
Ryszard Baxter (1615-1691) fragment
http://www.planetaislam.com/kobiety/maniery_meza.html

Opowiadanie futurystyczne

–Można ?

– Oczy wiście

– Jesteśmy za Straży Szczęścia i Ułatwień, podobno umie pani czytać i pisać.

– Tak, a nie wolno?

– Wolno, oczywiście – odpowiadają, każde z nich, na przemian, po jednym zdaniu

– Ale proszę nie nadużywać,

– Psują się oczy i potem trzeba będzie nowe okulary obstalować.

– Oczywiście dostanie je pani, jak zajdzie taka potrzeba, ale po co dobroczyńcę na koszty narażać. – Jest dobry dla obywateli, niech obywatele docenią to i się odwdzięczą, minimalizując roszczenia, co się należą.

– Bo się należą.

– Oczywiście, wszystkim się należą.

– Pani też.

– A do tego, zajmując się pisaniem i czytaniem nie ma pani czasu na konsumpcję rozrywki w zalecanym wymiarze.

– A jest tyle możliwości.

– Tańce gwiazd, śpiewy przyszłych gwiazd, wywijasy byłych gwiazd, teleturnieje, mnogość seriali, brać i wybierać.

– Taka niewymuszona rozrywka jest najzdrowsza, autorytety potwierdzają – zakończyli, pożegnali się i poszli.

 

Kilka dni później – no, cóż, należało się spodziewać, naprawdę dbają o obywatela – otrzymałam wezwanie na badanie wzroku, więc jadę. Piękna poczekalnia, na ścianach witryny z oprawkami. Zachwycona przymierzam to te, to tamte. Ale już moja kolej. Wchodzę do gabinetu. Robi dobre wrażenie. Na ścianie tablice z optotypami. Są dla dzieci i dla osób nie znających liter. Dla znających litery, nie ma. Siadam przy refraktometrze, doktor sprawnie wymienia soczewki, pyta, czy dobrze widzę i czy komfortowo się czuję. Ależ tak. Jeszcze tylko badanie ciśnienia śródgałkowego tonomerem i badanie pola widzenia polomierzem. Wszystko właściwie gra. Doktor sprawdza moje stare okulary. No tak lewe 5,5 prawe 2.5. A ma teraz być 6,5 i 3,5. To dowód, że zbytnio forsuje pani wzrok. Stare nie nadają się. Po nowe proszę się zgłosić za trzy miesiące, wiem, że to długo, ale proszę zrozumieć : jest kolejka oczekujących. Oczywiście rozumiem, oczywiście poczekam. Sięgam po moje stare okulary

– Nie wolno – słyszę i moje okulary znikają w czeluściach szuflady – są za słabe. Musi pani poczekać na nowe

– Dlaczego, przecież lepsze takie niż żadne – oponuję

– Nie wolno. Dyrektywa jest jasna – pozostawał nieugięty.
Spadaj, myślę. W domu mam zapasową parę, dobrze, że nic nie powiedziałam. Tylko trzeba się dostać do domu. Widzę wyraźnie na dwadzieścia metrów, jak poprowadzę samochód? Opłotkami poprowadzę, dobrze, że topografię okolicy znam.

– Nie wolno – jakby odgadł moje myśli – nie może pani prowadzić bez okularów. Co pani ma wpisane do prawa jazdy, proszę natychmiast pokazać. No proszę, jak byk 01.01. tylko w okularach. Samochód służby odholują, za te trzy miesiące, jak już okulary będą, to sobie go pani odbierze. Jest oczywiście opłata, ale doprawdy nie wiem ile. Niech pani poczeka na służby, to pani wszystko powiedzą
– Ale jak będę oglądała zalecaną rozrywkę? – próbuję się jeszcze stawiać

– To proste, przysunie pani krzesło bliżej do telewizora

– Ale za blisko to niezdrowo

– Przez trzy miesiące nic sie nie stanie, zresztą patrzyć trzeba tylko na tańce, śpiewów można słuchać z zamkniętymi oczami – jest wyraźnie zniecierpliwiony – Proszę wybaczyć, ale inni pacjenci czekają. No to poszłam do samochodu, czekać na służby.

Czas mijał. Pech chciał, że komórka się rozładowała, nie mogłam do domu zadzwonić. Może te służby nie przyjadą? Może ten, kto miał je zawiadomić, nie zrobił tego? Może pójść, zapytać? To znów każą czekać. Co tam, kluczyki mam, wsiadam i wio.  

Zaraz za zakrętem otwiera się ulica do osiedla, ma najwyżej pół kilometra i przechodzi w gruntową drogę leśną. Potem duktem na wschód, do krzyżówki i innym duktem prosto do domu. Jeszcze jakiś kilometr drogą publiczną, ale mało uczęszczaną i moja brama. Do lasu dojechałam w piętnaście minut, bez przeszkód. Dukt pamiętałam jeszcze z dawnych czasów , jako przecinkę na szerokość przyczepy traktora, gruntową, ale ubitą. I tak było, aż do krzyżówki, teraz rozrytej jakimś wykopem. Był głęboki i piaszczysty, poharatany oponami quadów. Mój samochód nie przejedzie. Można by, ryzykując podrapanie karoserii przejechać bokiem, po krzaczkach, wąsko, ale jakby trochę podsypać i utwardzić ściętymi gałęziami, których się tu pełno wala, nawet nie byłoby takie ryzykowne. Kłopot z podsypaniem. Wożę saperkę w bagażniku, ale zimą. Teraz jej nie mam. Innej drogi, żeby objechać nie ma, to wiem na pewno. Stoję i myślę. Może zostawić tu samochód i iść do domu po łopatę, może jest ktoś z domowników, to by pomógł.

 

Cisza, lekki poszum wiatru w czubach drzew, ciepło ciągnące od nagrzanych słońcem piasków, nasycone barwy późnego popołudnia, jak dawniej. Gdzieś z daleka dobiegają odgłosy miasta, wyje syrena policyjnego wozu czy karetki pogotowia, ale przytłumione i nie mącą nastroju.
Po drzewie uwija się wiewiórka, gdzieś dalej krzyczy sójka. Zaczynam zbierać i układać gałęzie. Zajmuje mi to całą uwagę, lecz nagle konstatuję, że syrenę słyszę coraz bliżej. I to nie jedną. Odgłosy dobiegają ze wszystkich stron. Z góry dochodzi warkot śmigłowca.
Nieruchomieję: co się dzieje, kogoś szukają, bo chyba nie mnie, nic takiego nie zrobiłam, żeby na mnie z takimi siłami. Irracjonalne przeczucie każe mi jednak wskoczyć do samochodu i wjechać z rozpędem w zarośla. Gałęzie krzaków zamykają się za mną. Wtedy krzyżówka zaroiła się od policyjnych wozów. Wyskoczyli z nich ludzie, są i psy. Górą ogłuszająco warczy śmigłowiec.
Widziałam w TV taką obławę. Tłum czarno ubranych, zamaskowanych policjantów obezwładniał jednego chłopaka. Ogarnięta paniką zostawiam samochód i biegnę na oślep w dół, tam dalej powinna być ścieżka. Jest, prowadzi pod górę, wspinam się, zaczyna mi tchu brakować. Przystaję. Słychać wrzaski i szczekanie psów. Chowam się w ogromnym krzaku jałowca. Usiłuję wyrównać oddech, coraz bliżej słyszę szczucie – Szukaj, szukaj! –
wtem gałęzie się rozsuwają i patrzy na mnie pies, owczarek niemiecki, chyba młody, bardziej zaciekawiony niż zajadły. Wydobywam z gardła cichutkie, bardzo niskie buczenie. Pysk psa poważnieje. Tak kiedyś warczała jego matka, gdy miała dosyć tarmoszenia za uszy. Jak się nie usłuchało, gryzła. Pies cofnął się. Poszli.

 

Postanawiam wrócić do samochodu. Jak będę uciekać, to mogą mnie postrzelić. Usiądę obok samochodu i poczekam, co będzie. Może to nie o mnie chodzi. Wychodzę z ukrycia. Idę.
Jestem blisko. Uderzenie w plecy rzuca mnie na słupek między przednimi a tylnymi drzwiami.
Uderzam głową.
Chrruppp.
To o mnie chodziło.

 

JEST TYLKO JEDEN TAKI DZIEŃ W ROKU…..STO LAT, SKOWRONKU

 

Wskazała na piersi palcem,
swoim palce, królem w pierścieniu,
i prosiła, żeby wieczorem, żeby walcem
umuzycznić ją, rzewnie znieśmiertelnić.
 
Więc dotknąłem klawiszów palcami
dla tych rzęs, dla tych ust, dla tej ręki,
pod oknami i za oknami
zadźwięczały tony piosenki.
 
I pół  świata stało się moim,
gdyśmy takty strof doskonalili –
o tych palcach pachnących powojem,
o wieczornych rzęsach Cecylii…




WYSPIARZE

Pocałunek słońca

 roza 

Pocałunek słońca jałowy jest, choć złoty –

spojrzenie kwiatu cudze, choć rzewne –

szum wody ; obce narzecze ni to bełkot idioty –

trawy – jakże dalekie to krewne.

 

Pies – o ileż młodszy i głupszy braciszek,

a co znaczą mrówek nudne kopce ?

Co mówi zapach świeżo z nieba spadłych szyszek

i to, że motyl ma na skrzydłach po kropce?

 

– Ty, człowieku, tyś bliski jeden, tyś przemiły,

tys mojej duszy żywność słodka –

wolę cię, bracie, pełen rozkoszy i siły,

niż srebrnego na wierzbie kotka.

MPJ 

List do kobiety

Gdybym ja nie był poetą,
A pani nie była kobietą,
To znaczy: gdybym ja umiał
Bez obłąkania i szału
Dań składać pięknemu ciału
I tak bym się wyżył, wyszumiał;
Gdybym mógł kochać bez mitu,
Bez natchnionego zachwytu,
Bez legendarnych przydatków,
Bez wahań, wzlotów, upadków,
Bez mistycznego pomostu,
Który prowadzi po prostu
Do pani (pardon!) pośladków;
Gdybym opuścić mógł z tonu
I nie zaznając katuszy
Dupie nie wmawiałbym duszy;
Gdybym z czułego szaleńca
Stał się buhajem bez ducha;
Miał znacznie mniej z oblubieńca,
A znacznie więcej z świntucha;
Pani zaś – ach! gdyby pani
Zostając przy swoich cudach
(Mówię o biodrach, o udach,
Piersiach i erotomanii,
O pani wprawie miłosnej,
O pani chuci radosnej,
O oczach – błękitnych kwiatkach –
O ustach – świeżych czereśniach –
O włosach – złocistych pieśniach –
I wzmiankowanych pośladkach),
Gdyby się pani zdobyła
Na jeszcze jedną zaletę:
Gdyby tak pani zabiła
Przewrotną w sobie kobietę,
Tę niebezpieczną panterkę,
Tę chytrą, wieczną heterkę,
To głupie, fałszywe zwierzę,
Co z każdym będzie się tarzać,
Rozkładać, tulić, obnażać,
Za wiersz czy pustą zabawę,
Za parę pończoch czy sławę,
Nawet – z miłości – powiedzmy,
Lecz w jakiś sposób bezecny,
Bo obliczony bezwiednie
W tak zwanej podświadomości
Na efekt cudzej zazdrości
Oraz korzyści powszednie;
O, gdyby pani umiała
Kochając najidealniej
Nie sądzić, że bez jej ciała
I „ekskluzywnej” sypialni
Byłbym stracony, zgubiony,
Chodziłbym błędny, strapiony,
I, że prócz pani na świecie
Na żadnej innej kobiecie
Nie znalazłbym tyle szczęścia
I takiej pełni posięścia,
I takiej upojnie – skwarnej
Rozkoszy (dość popularnej),
I że bez pani spojrzenia
Nie ma już dla mnie natchnienia,
I że bez pani rozkraczeń
W szał wpadnę chorych majaczeń!
Że bez przychylnych jej gestów
Zapadnę w nicość i próżnię,
I odtąd już nie odróżnię
Chorejów od anapestów;
Gdyby się pani, powtarzam,
Zmieniła nieco w tym względzie,
A ja bym się nie rozmarzał
Przy seksualnym popędzie,
To stałaby się z nas para
Ach, najszczęśliwsza w Warszawie!
Może się pani postara?
Ja także trochę się wprawię.

Lecz list się dłuży. A przeto
Kończę. Nadziei mam mało.
Bo cóż by z nas pozostało,
Gdybym ja nie był poetą,
Nie dążył ku „ideałom”,
A pani nie była kobietą
tak jednolitą i całą?

A zresztą… małoż to bywa
Na świecie różnych wypadków?
Może się jednak zmienimy?
Adieu, Madame. Bądź szczęśliwa,
Kiedy się znów zobaczymy?

P.S.
Ukłony dla pięknych pośladków

Julian Tuwim – List do kobiety

Z drugiej strony też są Kresy…

Był sobie Dziad i Baba, stara bajka się chwali
On się Dzianem nazywał, na nią Mery wołali.
Bardzo starzy oboje, na retajer już byli
Filowali nie bardzo, bo lat wiele przeżyli.

Mieli hauzik maleńki, peintowany co roku
Porć na boku i stepsy do samego sajdłoku.
Plejs na garbydż na jardzie, starą piczes co była
Im rok rocznie piczesów parę buszli rodziła.

Kara ich była stara, Dzian fiksował ją nieraz
Zmieniał pajpy, tajery, i dzionk służył do teraz.
Za kornerem na stricie przy Frankowej garadzi
Mieli parking na dzionki gdzie nikomu nie wadził.

Z boku hauzu był garden na tomejty i kabydż
Choć w markecie u Dżima Mery mogła je nabyć.
Czasem ciery i plamsy, bananusy, orendże
Wyjeżdżała by kupić na hajłeju na stendzie.

Miała Mery dżob ciężki, pejda też niezbyt szczodra
Klinowała ofisy za dwa baksy i kworda.
Dzian był różnie: łaćmanem, helprem u karpentera
Robił w majnach, na farmie, w szopie i u plombera.

Ile razy Ajrysze zatruwali mu dolę,
Przezywając go green horn, lub po polsku grinolem.
Raz on z frendem się fajtując takiego dał im hela
Że go kapsy na łykend aż zamknęli do dziela.

Raz w rok- w krysmus lub w ister się zjeżdżała rodzina
Z Mejnów Stela z hazbendem, Dziejn i Łoter z Bruklina.
Był Dzian z Mery bardzo tajerd i bizy
Nim pakiety ze storu poznosili do frizy.

A afera to wielka, boć tradycji wciąż wierni,
Polskie hemy, sosydże i porkciopsy z bucierni.
I najlepsze rostbify i salami i stejki,
Dwa dozeny donatsów, kieny w baksach i kejki.
Butla Calvert, cygara, wszak drink musiał być z dymem
Kidsom popkorn i soda wraz ze słodkim ajskrymem.

Często, gęsto Dzian stary prawił w swoich wspominkach
Jak za młodu do grilu dziampnął sobie na drinka.
To tam gud tajm miał taki, że się trzymał za boki
Gdy mu bojsy prawili fany story i dżołki.

Albo jak to w dżulaju brał sandwiczów i stejków
Aby basem z kompanii jechać na bicz do lejku.
Tam po kilku hajbolach zwykle było w zwyczaju
Śpiewać stare piosenki ze starego, het kraju.

Raz ludziska zdziwieni – łot sy meter? – szeptali
Że u Dzianów na porciu coś się bolbka nie pali.
A to śmierć im do rumu przyszła tego poranka,
On był polski, krajowy, ona Galicyjanka.

Feliks Konarski „Ref-Ren”
(więcej tu: http://www.antoranz.net/BIBLIOTEKA/REFREN/REFRSTRT.HTM)

OGŁOSZENIA

Cała wspólnota dziękuje chórowi młodzieżowemu, który na okres wakacji zaprzestał swojej działalności.

Za tydzień Wielkanoc. Bardzo proszę wszystkie panie składać jajka w przedsionku.
W każdą środę spotykają się młode mamy. Na te panie, które pragną do nich dołączyć, czekamy w zakrystii w czwartki wieczorem.
W niedzielę ksiądz rektor przewodniczył swej pożegnalnej mszy. Chór odśpiewał hymn klaskajmy wszyscy w dłonie.
Na wspólnej wieczerzy było jak w niebie – brakowało wielu z tych, których się spodziewaliśmy.
Z tablicy ogłoszeń: Dzisiejszy temat: Czy wiesz jak jest w piekle?
Przyjdź i posłuchaj naszego organisty.
Po południu w północnym i południowym końcu kościoła odbędą się chrzty.
Dzieci będą chrzczone z obu stron.
W czwartek o 16.00 wspólne lody. Panie dające mleko prosimy przyjść wcześniej.
W środę spotkanie żeńskiego kręgu literackiego. Pani Kowalska zaśpiewa 
Połóż mnie do łóżeczka  razem z wikarym.
W podziemiu panie zrzuciły wszelkiego rodzaju ubrania.
Można je oglądać w każdy piątek po południu.

szelma

skomentuj


RETROSPEKCJA….




Czemu się kołyszesz wiotka jarzębino,
   Byle leciutki wietrzyk
   Do ziemi cię zgina,
   Byle leciutki wietrzyk
   Do ziemi cię zgina.

   A tam hen, za drogą,
   Za rzeką szeroką,
   Tak jak i ty samotny
   Dąb stoi wysoki.

      – Gdybym się oń oparła
       Ja, drzewo-dziewczyna,
       To już bym nie musiała
       Nigdy się uginać.

       Swymi gałązkami
       W objęcia bym go brała
        I zielenią swych liści
        Dzień i noc szeptała.

     Lecz przez szeroką rzekę
 Jakże się przedostanę,
 Już tu biedna sierota
 Na zawsze zostanę.
  Już tu biedna sierota
    Na zawsze zostanę….
  

Przeczucie

Kwiaty są tak piękne. Dajcie mi trochę kwiatów,

Niech je rzucę na słońce, za wiosnę i za lato.

 

Tak się człowiek głupio przewala po świecie,

Aż ktoś dni jego w złotą koronkę ułoży, zaplecie.

 

Albo je ktoś zły potarga, połamie,

Wtedy się wargi zagryzie i skłamie.

 

Patrzaj, jest jeszcze przyjaźń, ale ją zasłonią rzęsy,

Jest dobra zieleń i matka i już nic więcej.

 

I tylko przepaść czarna,zła, może łagodna.

Lecz przedtem muszę ustami scałować życie do dna .

 

Jerzy Liebert

Delfinek

Magia kolorów, dźwięków, zaklęta w przedmiotach. Tylko na pozór zwyczajnych.

Dostała go od kogoś, komu była bliska. Bardzo.
Na co dzień stał na półce i uśmiechał się do niej mówiąc, że warto marzyć i wierzyć. Będzie dobrze, powtarzał każdego dnia. I było.
Gdy wyjeżdżała zawsze miała go przy sobie. Na szczęście.

Nie opuszczało jej aż do dnia gdy wieczorem zadzwonił telefon.
Potem nastąpiły długie dni rozpaczy, zapadania się w sobie.
Odszedł na zawsze ten, któremu była bliska. Bardzo.

Mijały lata. Nigdy już nie była taka jak przedtem, ale nauczyła się znowu uśmiechać.
Ze zdziwieniem pewnej wiosny dostrzegła, że trawa jest nadal zielona, kwitną kwiaty, śpiewają ptaki.
Któregoś dnia roześmiała się głośno.
Przestraszyła się tego śmiechu. Jak mogła? Przecież jego już nie ma a ona bez niego…

Wtedy przypomniała sobie, że ten, który odszedł, prosił ją, która została, żeby gdy on odejdzie, postarała się być szczęśliwa. Śmiała się, prośba wydawała się jej wtedy niedorzeczna. Obiecała.

O potrójnej tęczy którą jakiś czas potem zobaczyła, nie warto wspominać. Wiadomo, że wieszczy szczęście. Nawet ta pojedyncza a co dopiero potrójna.

Przyszedł czas gdy nadeszło. Szczęście. Tak wtedy myślała.

Szczęście miało blond włosy i błękitne oczy.
Szczęście miało problemy, ale któż ich nie ma.
Szczęście było jej bliskie. Bardzo.

Pewnego dnia, zaciskając w kieszeni dłoń na porcelanowym delfinku, stwierdziła, że da Szczęściu delfinka na szczęście.
Zadziałało. Wszystko zaczęło się jakimś cudem Szczęściu układać, na szczęście.

Nic nie może przecież wiecznie trwać, wiedziała, ale dlaczego tak krótko.
Ktoś powie, kilka lat to długo. Ktoś inny za chwilę doda, cóż znaczy kilka lat wobec wieczności.
I tak, i nie. Wybór należy do ciebie. Do mnie?

Szczęście zgubiło delfinka z porcelany, którego dostało na szczęście.
Potem… Wszystko zaczęło się walić.
Szczęście odeszło.

Na szczęście przypomniała sobie, iż szczęście zaklinamy w przedmiotach my sami.
Gdy tej protezy zabraknie musimy szukać go w sobie.
Ono tam jest. Czeka aż zgubimy delfinka.