1. Przede wszystkim wybierz dobrą partnerkę na małżonkę – małżonkę, która jest naprawdę dobra i uprzejma, cnotliwa i oddana Panu. Nie wstępuj w związek małżeński, o ile nie jesteś pewien, że potrafisz kochać do końca. Nie śpiesz się zbytnio. Najpierw poznaj wszystkie niedoskonałości, które mogą w przyszłości kusić cię, by gardzić swą przyszłą małżonką. Pamiętaj, że sprawiedliwość nakazuje ci miłować tę osobę, która porzuciła cały świat dla ciebie: osobę, która jest zadowolona z bycia towarzyszką twych zmagań i cierpień, która dzieli wszystko wraz z tobą i która MUSI być twą towarzyszką aż do śmierci. Pamiętaj, że kobiety są istotami z natury czułymi i kochającymi. Dlatego też tak jak same bardzo kochają, tak też i oczekują od ciebie wiele miłości. Pamiętaj, że jesteś pod Bożym przykazaniem i odmawianie żonie miłości małżeńskiej jest zaparciem się obowiązku, jaki Bóg nałożył na ciebie z całą powagą. Twoją miłością winno rządzić posłuszeństwo. Pamiętaj, że jesteście „jednym ciałem”; pociągnąłeś ją, aby porzuciła ojca i matkę i aby przylgnęła do ciebie. Zwracaj większą uwagę na zalety swej żony, niż na jej błędy. Widząc jej błędy nie zapominaj o jej cnotach. Nie wyolbrzymiaj niedoskonałości swej żony, jeśli nie doprowadzają cię one do szaleństwa. Wybaczaj jej na tyle, na ile jest to słuszne w Panu. Miej wzgląd na słabość płci. Weź także pod uwagę swe własne słabości oraz to, jak wiele twa żona musi znosić od ciebie. Nie pobudzaj swej małżonki do złego, lecz staraj się, aby trwało w niej to, co najlepsze. Zdobywaj ją miłością, a będzie ci oddana i pełna miłości do ciebie. Miłość rodzi miłość, tak jak ogień rozpala ogień. Dobry mąż jest najlepszym środkiem ukształtowania dobrej i kochającej żony. Postępuj wobec niej jako trzeźwy, uniżony, miłujący, pokorny, zapierający się samego siebie, cierpliwy, nie raniący jej i święty, myślący o niebie chrześcijanin.
– Jesteśmy za Straży Szczęścia i Ułatwień, podobno umie pani czytać i pisać.
– Tak, a nie wolno?
– Wolno, oczywiście – odpowiadają, każde z nich, na przemian, po jednym zdaniu
– Ale proszę nie nadużywać,
– Psują się oczy i potem trzeba będzie nowe okulary obstalować.
– Oczywiście dostanie je pani, jak zajdzie taka potrzeba, ale po co dobroczyńcę na koszty narażać. – Jest dobry dla obywateli, niech obywatele docenią to i się odwdzięczą, minimalizując roszczenia, co się należą.
– Bo się należą.
– Oczywiście, wszystkim się należą.
– Pani też.
– A do tego, zajmując się pisaniem i czytaniem nie ma pani czasu na konsumpcję rozrywki w zalecanym wymiarze.
– Taka niewymuszona rozrywka jest najzdrowsza, autorytety potwierdzają – zakończyli, pożegnali się i poszli.
Kilka dni później – no, cóż, należało się spodziewać, naprawdę dbają o obywatela – otrzymałam wezwanie na badanie wzroku, więc jadę. Piękna poczekalnia, na ścianach witryny z oprawkami. Zachwycona przymierzam to te, to tamte. Ale już moja kolej. Wchodzę do gabinetu. Robi dobre wrażenie. Na ścianie tablice z optotypami. Są dla dzieci i dla osób nie znających liter. Dla znających litery, nie ma. Siadam przy refraktometrze, doktor sprawnie wymienia soczewki, pyta, czy dobrze widzę i czy komfortowo się czuję. Ależ tak. Jeszcze tylko badanie ciśnienia śródgałkowego tonomerem i badanie pola widzenia polomierzem. Wszystko właściwie gra. Doktor sprawdza moje stare okulary. No tak lewe 5,5 prawe 2.5. A ma teraz być 6,5 i 3,5. To dowód, że zbytnio forsuje pani wzrok. Stare nie nadają się. Po nowe proszę się zgłosić za trzy miesiące, wiem, że to długo, ale proszę zrozumieć : jest kolejka oczekujących. Oczywiście rozumiem, oczywiście poczekam. Sięgam po moje stare okulary
– Nie wolno – słyszę i moje okulary znikają w czeluściach szuflady – są za słabe. Musi pani poczekać na nowe
– Dlaczego, przecież lepsze takie niż żadne – oponuję
– Nie wolno. Dyrektywa jest jasna – pozostawał nieugięty. Spadaj, myślę. W domu mam zapasową parę, dobrze, że nic nie powiedziałam. Tylko trzeba się dostać do domu. Widzę wyraźnie na dwadzieścia metrów, jak poprowadzę samochód? Opłotkami poprowadzę, dobrze, że topografię okolicy znam.
– Nie wolno – jakby odgadł moje myśli – nie może pani prowadzić bez okularów. Co pani ma wpisane do prawa jazdy, proszę natychmiast pokazać. No proszę, jak byk 01.01. tylko w okularach. Samochód służby odholują, za te trzy miesiące, jak już okulary będą, to sobie go pani odbierze. Jest oczywiście opłata, ale doprawdy nie wiem ile. Niech pani poczeka na służby, to pani wszystko powiedzą – Ale jak będę oglądała zalecaną rozrywkę? – próbuję się jeszcze stawiać
– To proste, przysunie pani krzesło bliżej do telewizora
– Ale za blisko to niezdrowo
– Przez trzy miesiące nic sie nie stanie, zresztą patrzyć trzeba tylko na tańce, śpiewów można słuchać z zamkniętymi oczami – jest wyraźnie zniecierpliwiony – Proszę wybaczyć, ale inni pacjenci czekają. No to poszłam do samochodu, czekać na służby.
Czas mijał. Pech chciał, że komórka się rozładowała, nie mogłam do domu zadzwonić. Może te służby nie przyjadą? Może ten, kto miał je zawiadomić, nie zrobił tego? Może pójść, zapytać? To znów każą czekać. Co tam, kluczyki mam, wsiadam i wio.
Zaraz za zakrętem otwiera się ulica do osiedla, ma najwyżej pół kilometra i przechodzi w gruntową drogę leśną. Potem duktem na wschód, do krzyżówki i innym duktem prosto do domu. Jeszcze jakiś kilometr drogą publiczną, ale mało uczęszczaną i moja brama. Do lasu dojechałam w piętnaście minut, bez przeszkód. Dukt pamiętałam jeszcze z dawnych czasów , jako przecinkę na szerokość przyczepy traktora, gruntową, ale ubitą. I tak było, aż do krzyżówki, teraz rozrytej jakimś wykopem. Był głęboki i piaszczysty, poharatany oponami quadów. Mój samochód nie przejedzie. Można by, ryzykując podrapanie karoserii przejechać bokiem, po krzaczkach, wąsko, ale jakby trochę podsypać i utwardzić ściętymi gałęziami, których się tu pełno wala, nawet nie byłoby takie ryzykowne. Kłopot z podsypaniem. Wożę saperkę w bagażniku, ale zimą. Teraz jej nie mam. Innej drogi, żeby objechać nie ma, to wiem na pewno. Stoję i myślę. Może zostawić tu samochód i iść do domu po łopatę, może jest ktoś z domowników, to by pomógł.
Cisza, lekki poszum wiatru w czubach drzew, ciepło ciągnące od nagrzanych słońcem piasków, nasycone barwy późnego popołudnia, jak dawniej. Gdzieś z daleka dobiegają odgłosy miasta, wyje syrena policyjnego wozu czy karetki pogotowia, ale przytłumione i nie mącą nastroju. Po drzewie uwija się wiewiórka, gdzieś dalej krzyczy sójka. Zaczynam zbierać i układać gałęzie. Zajmuje mi to całą uwagę, lecz nagle konstatuję, że syrenę słyszę coraz bliżej. I to nie jedną. Odgłosy dobiegają ze wszystkich stron. Z góry dochodzi warkot śmigłowca. Nieruchomieję: co się dzieje, kogoś szukają, bo chyba nie mnie, nic takiego nie zrobiłam, żeby na mnie z takimi siłami. Irracjonalne przeczucie każe mi jednak wskoczyć do samochodu i wjechać z rozpędem w zarośla. Gałęzie krzaków zamykają się za mną. Wtedy krzyżówka zaroiła się od policyjnych wozów. Wyskoczyli z nich ludzie, są i psy. Górą ogłuszająco warczy śmigłowiec. Widziałam w TV taką obławę. Tłum czarno ubranych, zamaskowanych policjantów obezwładniał jednego chłopaka. Ogarnięta paniką zostawiam samochód i biegnę na oślep w dół, tam dalej powinna być ścieżka. Jest, prowadzi pod górę, wspinam się, zaczyna mi tchu brakować. Przystaję. Słychać wrzaski i szczekanie psów. Chowam się w ogromnym krzaku jałowca. Usiłuję wyrównać oddech, coraz bliżej słyszę szczucie – Szukaj, szukaj! – wtem gałęzie się rozsuwają i patrzy na mnie pies, owczarek niemiecki, chyba młody, bardziej zaciekawiony niż zajadły. Wydobywam z gardła cichutkie, bardzo niskie buczenie. Pysk psa poważnieje. Tak kiedyś warczała jego matka, gdy miała dosyć tarmoszenia za uszy. Jak się nie usłuchało, gryzła. Pies cofnął się. Poszli.
Postanawiam wrócić do samochodu. Jak będę uciekać, to mogą mnie postrzelić. Usiądę obok samochodu i poczekam, co będzie. Może to nie o mnie chodzi. Wychodzę z ukrycia. Idę. Jestem blisko. Uderzenie w plecy rzuca mnie na słupek między przednimi a tylnymi drzwiami. Uderzam głową. Chrruppp. To o mnie chodziło.
Gdybym ja nie był poetą, A pani nie była kobietą, To znaczy: gdybym ja umiał Bez obłąkania i szału Dań składać pięknemu ciału I tak bym się wyżył, wyszumiał; Gdybym mógł kochać bez mitu, Bez natchnionego zachwytu, Bez legendarnych przydatków, Bez wahań, wzlotów, upadków, Bez mistycznego pomostu, Który prowadzi po prostu Do pani (pardon!) pośladków; Gdybym opuścić mógł z tonu I nie zaznając katuszy Dupie nie wmawiałbym duszy; Gdybym z czułego szaleńca Stał się buhajem bez ducha; Miał znacznie mniej z oblubieńca, A znacznie więcej z świntucha; Pani zaś – ach! gdyby pani Zostając przy swoich cudach (Mówię o biodrach, o udach, Piersiach i erotomanii, O pani wprawie miłosnej, O pani chuci radosnej, O oczach – błękitnych kwiatkach – O ustach – świeżych czereśniach – O włosach – złocistych pieśniach – I wzmiankowanych pośladkach), Gdyby się pani zdobyła Na jeszcze jedną zaletę: Gdyby tak pani zabiła Przewrotną w sobie kobietę, Tę niebezpieczną panterkę, Tę chytrą, wieczną heterkę, To głupie, fałszywe zwierzę, Co z każdym będzie się tarzać, Rozkładać, tulić, obnażać, Za wiersz czy pustą zabawę, Za parę pończoch czy sławę, Nawet – z miłości – powiedzmy, Lecz w jakiś sposób bezecny, Bo obliczony bezwiednie W tak zwanej podświadomości Na efekt cudzej zazdrości Oraz korzyści powszednie; O, gdyby pani umiała Kochając najidealniej Nie sądzić, że bez jej ciała I „ekskluzywnej” sypialni Byłbym stracony, zgubiony, Chodziłbym błędny, strapiony, I, że prócz pani na świecie Na żadnej innej kobiecie Nie znalazłbym tyle szczęścia I takiej pełni posięścia, I takiej upojnie – skwarnej Rozkoszy (dość popularnej), I że bez pani spojrzenia Nie ma już dla mnie natchnienia, I że bez pani rozkraczeń W szał wpadnę chorych majaczeń! Że bez przychylnych jej gestów Zapadnę w nicość i próżnię, I odtąd już nie odróżnię Chorejów od anapestów; Gdyby się pani, powtarzam, Zmieniła nieco w tym względzie, A ja bym się nie rozmarzał Przy seksualnym popędzie, To stałaby się z nas para Ach, najszczęśliwsza w Warszawie! Może się pani postara? Ja także trochę się wprawię.
Lecz list się dłuży. A przeto Kończę. Nadziei mam mało. Bo cóż by z nas pozostało, Gdybym ja nie był poetą, Nie dążył ku „ideałom”, A pani nie była kobietą tak jednolitą i całą?
A zresztą… małoż to bywa Na świecie różnych wypadków? Może się jednak zmienimy? Adieu, Madame. Bądź szczęśliwa, Kiedy się znów zobaczymy?
Był sobie Dziad i Baba, stara bajka się chwali On się Dzianem nazywał, na nią Mery wołali. Bardzo starzy oboje, na retajer już byli Filowali nie bardzo, bo lat wiele przeżyli.
Mieli hauzik maleńki, peintowany co roku Porć na boku i stepsy do samego sajdłoku. Plejs na garbydż na jardzie, starą piczes co była Im rok rocznie piczesów parę buszli rodziła.
Kara ich była stara, Dzian fiksował ją nieraz Zmieniał pajpy, tajery, i dzionk służył do teraz. Za kornerem na stricie przy Frankowej garadzi Mieli parking na dzionki gdzie nikomu nie wadził.
Z boku hauzu był garden na tomejty i kabydż Choć w markecie u Dżima Mery mogła je nabyć. Czasem ciery i plamsy, bananusy, orendże Wyjeżdżała by kupić na hajłeju na stendzie.
Miała Mery dżob ciężki, pejda też niezbyt szczodra Klinowała ofisy za dwa baksy i kworda. Dzian był różnie: łaćmanem, helprem u karpentera Robił w majnach, na farmie, w szopie i u plombera.
Ile razy Ajrysze zatruwali mu dolę, Przezywając go green horn, lub po polsku grinolem. Raz on z frendem się fajtując takiego dał im hela Że go kapsy na łykend aż zamknęli do dziela.
Raz w rok- w krysmus lub w ister się zjeżdżała rodzina Z Mejnów Stela z hazbendem, Dziejn i Łoter z Bruklina. Był Dzian z Mery bardzo tajerd i bizy Nim pakiety ze storu poznosili do frizy.
A afera to wielka, boć tradycji wciąż wierni, Polskie hemy, sosydże i porkciopsy z bucierni. I najlepsze rostbify i salami i stejki, Dwa dozeny donatsów, kieny w baksach i kejki. Butla Calvert, cygara, wszak drink musiał być z dymem Kidsom popkorn i soda wraz ze słodkim ajskrymem.
Często, gęsto Dzian stary prawił w swoich wspominkach Jak za młodu do grilu dziampnął sobie na drinka. To tam gud tajm miał taki, że się trzymał za boki Gdy mu bojsy prawili fany story i dżołki.
Albo jak to w dżulaju brał sandwiczów i stejków Aby basem z kompanii jechać na bicz do lejku. Tam po kilku hajbolach zwykle było w zwyczaju Śpiewać stare piosenki ze starego, het kraju.
Raz ludziska zdziwieni – łot sy meter? – szeptali Że u Dzianów na porciu coś się bolbka nie pali. A to śmierć im do rumu przyszła tego poranka, On był polski, krajowy, ona Galicyjanka.
Magia kolorów, dźwięków, zaklęta w przedmiotach. Tylko na pozór zwyczajnych.
Dostała go od kogoś, komu była bliska. Bardzo. Na co dzień stał na półce i uśmiechał się do niej mówiąc, że warto marzyć i wierzyć. Będzie dobrze, powtarzał każdego dnia. I było. Gdy wyjeżdżała zawsze miała go przy sobie. Na szczęście.
Nie opuszczało jej aż do dnia gdy wieczorem zadzwonił telefon. Potem nastąpiły długie dni rozpaczy, zapadania się w sobie. Odszedł na zawsze ten, któremu była bliska. Bardzo.
Mijały lata. Nigdy już nie była taka jak przedtem, ale nauczyła się znowu uśmiechać. Ze zdziwieniem pewnej wiosny dostrzegła, że trawa jest nadal zielona, kwitną kwiaty, śpiewają ptaki. Któregoś dnia roześmiała się głośno. Przestraszyła się tego śmiechu. Jak mogła? Przecież jego już nie ma a ona bez niego…
Wtedy przypomniała sobie, że ten, który odszedł, prosił ją, która została, żeby gdy on odejdzie, postarała się być szczęśliwa. Śmiała się, prośba wydawała się jej wtedy niedorzeczna. Obiecała.
O potrójnej tęczy którą jakiś czas potem zobaczyła, nie warto wspominać. Wiadomo, że wieszczy szczęście. Nawet ta pojedyncza a co dopiero potrójna.
Przyszedł czas gdy nadeszło. Szczęście. Tak wtedy myślała.
Szczęście miało blond włosy i błękitne oczy. Szczęście miało problemy, ale któż ich nie ma. Szczęście było jej bliskie. Bardzo.
Pewnego dnia, zaciskając w kieszeni dłoń na porcelanowym delfinku, stwierdziła, że da Szczęściu delfinka na szczęście. Zadziałało. Wszystko zaczęło się jakimś cudem Szczęściu układać, na szczęście.
Nic nie może przecież wiecznie trwać, wiedziała, ale dlaczego tak krótko. Ktoś powie, kilka lat to długo. Ktoś inny za chwilę doda, cóż znaczy kilka lat wobec wieczności. I tak, i nie. Wybór należy do ciebie. Do mnie?
Szczęście zgubiło delfinka z porcelany, którego dostało na szczęście. Potem… Wszystko zaczęło się walić. Szczęście odeszło.
Na szczęście przypomniała sobie, iż szczęście zaklinamy w przedmiotach my sami. Gdy tej protezy zabraknie musimy szukać go w sobie. Ono tam jest. Czeka aż zgubimy delfinka.
Najnowsze komentarze