Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,270
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Lajkonik i świąteczna niepewność

Pan Ignacy Lajkonik szedł  spiesznie chodnikiem. Pogoda zachęcała do jak najszybszego udania się w domowe pielesze, co też pan Ignacy zamierzał  jak najszybciej uczynić. Było zupełnie nietypowo, jak na przełom grudnia i stycznia – szaro, buro, miejscami zielono, ponieważ zdezorientowanym roślinom wydawało się, że to już przedwiośnie. Dawał się zauważyć całkowity brak śniegu; krążyły plotki, że całą tegoroczną produkcję podkupiły bałwany ze Snowenii, ale panu Lajkonikowi przyczyny takiej sytuacji były w gruncie rzeczy obojętne, a nawet ambiwalentne: z jednej strony cieszył się, że nie musi brodzić w zaspach z brudnej, miejskiej odmiany śniegu, ani też lądować na odwrotnej części ciała po poślizgu na zalodzonej ścieżce, z drugiej – martwił wyglądem krajobrazu. Od pani Moniki dochodziły niewesołe wieści, że taka pogoda nie posłuży oziminom u okolicznych rolnikom, co wydawało się być dodatkowym argumentem za powrotem tradycyjnej zimy – i tylko pogłębiało panalajkonikową ambiwalencję.

Zapadł już wieczór, co dla krajobrazu było raczej korzystne, ale z przechodniami mogło być różnie, zwłaszcza na osiedlu, zamieszkanym przez sfrustrowaną  młodzież. Pan Ignacy przemykał od jednej latarni do drugiej, od jednej plamy światła do następnej, kiedy jego uwagę zwrócił starszy pan, siedzący na skraju skwerku, na ławce, położonej dość korzystnie i oświetlanej nie tylko przez uliczne lampy, ale także przez okna z bloku tuż za nią. Owszem, na tej ławeczce widywano już starszych panów, raczących się różnościami, najczęściej w płynie, widywano ich śpiewających, dyskutujących (to nie jest najlepsze słowo) o polityce, ba, nawet śpiących, ale nigdy jeszcze żaden starszy, dystyngowany pan, z tak imponującą brodą, w tużurku i kamizelce nie siedział w siąpiącym styczniowym deszczu, nie wzdychał i nie cmokał niecierpliwie nad czymś, co przypominało duży, oprawny w skórę notes.

Pan Lajkonik podszedł  bliżej, nadal zbity z tropu obecnością tak osobliwie zachowującego się dżentelmena, ale jednocześnie ową osobliwością zafascynowany. Stanął tak, żeby widzieć zawartość notesu i zdziwił się po raz kolejny. Chwilę wcześniej snuł bowiem domysły, czym też zajmuje się nobliwy pan, i doszedł do wniosku, że ani chybi jest to zapalony krzyżówkowicz lub rebusista, który doznał ataku natchnienia i postanowił rozwiązać jakąś od dawna absorbującą go łamigłówkę. Tymczasem w notesie nie było widać ani kratek krzyżówki, logogryfu, jolki czy swatki, ani też rebusowych rysunków, a tylko niezrozumiałą plątaninę kresek, słów i symboli. Wspomnijmy od razu dla porządku, że nie miała ona nic wspólnego z tzw. mind map, zwaną po polsku mapą myśli; pan Ignacy wiedział, jak ona powinna wyglądać: nie tak, jak w notesie tajemniczego jegomościa.

Nasz bohater odchrząknął więc grzecznie i odezwał w te słowa: – Szanowny pan raczy wybaczyć ciekawość, ale czy w tak niepięknych okolicznościach przyrody nie szkoda zdrowia, żeby tak siedzieć sub Jove?
Starszy pan uniósł wzrok i popatrzył nieco nieprzytomnym wzrokiem na pana Lajkonika. Dłuższą  chwilę zabrało mu ustalenie, że ze strony p. Ignacego nic mu nie zagraża. Kiedy już się o tym upewnił, uśmiechnął się i nie znoszącym sprzeciwu gestem wskazał rozmówcy miejsce na ławce obok siebie. – Ale ja… właściwie to… chodziło mi tylko o to, jak się pan czu… – bąkał pan Lajkonik, aż dobre wychowanie przeważyło nad zdrowym rozsądkiem. – Proszę spojrzeć – starszy pan wskazał jakieś miejsce w plątaninie kresek – tutaj tkwi źródło wszystkich problemów. A jest nim…? – spojrzał pytająco na pana Ignacego – No? Śmiało! – Pająk krzyżak – zaryzykował nasz bohater. Jegomość uśmiechnął się uprzejmie, doceniając poczucie humoru. – Otóż nie, proszę pana, źródłem problemów jest odwieczny zwyczaj dawania sobie prezentów.

Pana Lajkonika zatkało. Popatrzył  na lewo, na prawo, za siebie i w górę. W przeważającej większości mieszkań widać było oświetlone choinki, przez lufcik z parteru słychać było kolędy, zdaje się że w wykonaniu chóru zespołu Mazowsze… Bożonarodzeniowy klimat mimo wspomnianego już braku zimy rozkwitał naokoło, niektórym wydawało się, że to Sylwester (z drugiego końca osiedla dochodziły trzaski chińskich fajerwerków), a ludzka życzliwość unosiła się przez uchylone okna. Brodaty dżentelmen dostrzegł snadź to spojrzenie, bowiem podrapał się w łysinę i powiedział z lekka przepraszającym tonem – …a dokładnie mówiąc, związany z tym konflikt interesów i sprzeczność potrzeb. Pan Ignacy otrząsnął się z pierwszego szoku i – autentycznie już zaciekawiony – zapytał:
– Jaka sprzeczność? Byłby pan łaskaw rozwinąć tę myśl?
Ale starszy pan nie potrzebował zachęty i przejętym głosem kontynuował:
– Łaskawy panie, proszę sobie wyobrazić taki przykład: rodzina, mama, tata i dwójka dzieci w wieku przedszkolnym. Jakże łatwo tu o sprzeczność, przecież rodzice ci na pierwszym miejscu swojej listy prezentów, to znaczy – gdyby ją sporządzali, umieściliby „święty spokój”. Natomiast, proszę pana, ich syn, czterolatek, marzy o autentycznym wojskowym werblu. Czy już pan widzi problem?
– Aaa – zamyślił się pan Lajkonik – No tak, ale tutaj jest pewna możliwość…
– No, jaka? Jaka? – podchwycił jego rozmówca.
– Neutralizacja! Prezenty wzajemnie się znoszące! – pan Ignacy wyraźnie zapalił się do tematu – Czyli w pana przykładzie do każdego bębenka dla dziecka dodajemy pistolet dla tatusia!
– No no, młody człowieku! – pogroził palcem starszy pan – Po pierwsze, na broń, w myśl ustawy z 1999 roku, trzeba mieć pozwolenia, a po drugie, proszę nie zakłócać takimi pomysłami atmosfery Świąt!
Całkiem niespeszony pan Ignacy podniósł dłoń w górę w geście zgody, po czym przyznał: – Nie upieram się przy tym pistolecie, może być komplet zatyczek do uszu dla rodziny i sąsiadów…
– To już lepiej – sapnął brodaty jegomość – Czyli neutralizacja, powiada pan… A co zrobić, dajmy na to, z młodzieńcem, który życzy sobie do swojego samochodu halogenów? Oślepiających kierowców jadących z przeciwka? Nie może pan dać ciemnych okularów wszystkim kierowcom, jadącym z przeciwka, tego się przecież nie przewidzi!
– To może zrobić tak…

I tak oto pan Lajkonik ze starszym, niecodziennie ubranym dżentelmenem siedzieli w deszczu, siąpiącym jakby coraz słabiej, i z czerwonymi z przejęcia uszami dyskutowali, jakby tu sprawić, żeby piękny zwyczaj obdarowywania się prezentami przynosił ludziom jak najwięcej radości, a jak najmniej problemów. A im dłużej rozmawiali, tym mocniejsze było wrażenie pana Ignacego, że brodaty starszy człowiek zna się na rozdawaniu prezentów aż za dobrze. Jakby… rozdawał je zawodowo? Ale przecież to nie mógł być… W pewnym momencie spytał więc znienacka:
– A gdzie pan pracuje?
– Ach, od zawsze w tym samym miejscu! – uradował się starszy pan, po czym, napotkawszy czujny wzrok Lajkonika, uściślił – Na uniwersytecie. Ja, proszę pana, kieruję zakładem szczęścia w katedrze etyki, oczywiście w ramach instytutu filozofii stosowanej. Pozwoli pan, że się przedstawię, Bazyli Reński, profesor zwyczajny!

Zanim jednak pan Ignacy mógł  przeprowadzić bardziej szczegółowe śledztwo, w świetle latarni pojawił się niewysoki, przystojny młodzieniec. Odświętnie ubrany w nowoczesny garnitur, z czerwonym krawatem w zielone liście ostrokrzewu, na głowie miał szopę włosów, przystrzyżonych według powracającej po raz kolejny mody „na Bitelsa” i zbliżał do ławeczki, jakby doskonale wiedział, dokąd i po co zmierza. Mimo to widok pana Lajkonika zaskoczył go; zwolnił kroku, szerzej otworzył oczy i zawahał się na ułamek sekundy… Po czym, znów zdecydowany, sprężystym truchtem podbiegł do obu siedzących panów i uradował się: – Ach, tu jesteś, wujku! Tam imieniny czekają przecież, a ty tutaj co? Znowu o tej swojej filozofii? Miałeś się tylko przewietrzyć, a teraz CIOCIA (panu Ignacemu zdało się, że młody człowiek wymawia to słowo ze szczególnym naciskiem) już się niepokoi… Bardzo panu dziękuję, że pan dotrzymał wujkowi towarzystwa! Nie zanudził pana, mam nadzieję? To życzymy panu wesołego po świętach i pomyślności w Nowym Roku! Do widzenia panu!

Pan Lajkonik nie zdążył  nawet otworzyć ust, kiedy młody człowiek, wziąwszy profesora Bazylego z szacunkiem pod ramię, opuścił osiedlowy skwerek z osobliwą szybkością – i zniknął kędyś pomiędzy blokami. Jedyne, co pozostało panu Ignacemu, to pokiwać głową, pomyśleć melancholijnie, że nie rozwiązał jeszcze z profesorem problemu gwiazdkowych zestawów kosmetyków, popatrzeć na zegarek i z przerażeniem stwierdzić, że jest już solidnie spóźniony na kolację do pani Chandry! Zerwał się więc nasz bohater na równe nogi, już, już miał wystartować do pełnego poczucia winy sprintu, kiedy do jego uszu dotarł delikatny dźwięk dzwoneczków, unoszących się jakby wyżej i wyżej. Zaskoczony, popatrzył w górę, prawie spodziewając się, że zobaczy tam sanie, zaprzężone w renifery, kiedy rozpoznał ten dźwięk. Nie sanie to były jednak, i nawet nie dzwoneczki. To znowu zaczynał padać tradycyjny styczniowy deszcz, dzwoniąc o rynny i blaszane kosze na śmieci. Pan Ignacy pospieszył tam, gdzie za szybami werandy odbijały światło błyszczące czerwone i żółte bombki, zwisające z gałązek bauhinii.
_________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Pośmiejmy się trochę.:)


O Wacusiu, czyli saga rodu Falczaków

Zbiór publikowanych w dawnym Przekroju słynnych powiedzonek, cytatów-żartów.

Ludwik Jerzy Kern

Falczak zbudził się w środku nocy i zobaczył, że ktoś mu grzebie po kieszeniach. Złapał za pistolet, który trzyma pod poduszką, ale nie strzelił, bo nie chciał zostać wdowcem.

– Czy nie uważasz – powiedziała Falczakowa do Falczaka – że od czasu do czasu wieczorem powinniśmy porozmawiać?
– Z kim? – zapytał zaciekawiony Falczak.

Falczakowa, żeby drażnić Falczaka, z jakimś dziwnym uporem lubi ostatnio powtarzać to nieprzyzwoite słowo na cztery litery: sejm.

Falczak znalazł w garażu zapasowy tłumik, który mu został po nieboszczce syrence, teraz się zastanawia, czy nie dałoby się go zamontować Falczakowej.

W zeszłą sobotę Falczakowie mieli pecha, przyszli do nich goście, a oni akurat byli w domu.

– Męża poznaje się po tym – mówi Falczakowa – że zostaje w domu po odejściu gości.

Po powrocie z Grecji Falczakowa z dumą pokazała Falczakowi swoje zdjęcie w syrence na tle antycznych ruin. Falczak przyjrzał sie dokładnie i cicho mruknął – znowu nie zahamowałaś na czas!

Tych, dla których praca jest największą przyjemnością, Falczak ostrzega, że nie powinno się żyć samymi przyjemnościami.

Ziemia – mówi Falczak – została stworzona jako kula na dowód, że może się ona obyć bez kantów, ale w praktyce to się potem nie potwierdziło.

– Woda mi kapie z sufitu- poskarżył się Falczak administratorowi
– A co pan by sobie życzył za taki marny czynsz? Koniak?

– Fikanie koziołków tez jest trudne – powiada Falczak – ale prawdzwą sztuką jest z gracją zeskoczyć z wysokiego stanowiska.

Obejrzawszy kilka spektakli teatru jedego aktora, Falczak doszedł do wniosku, że większość z nich ma stanowczo za dużą obsadę!

– Ludzie dawniej byli o wiele grzeczniejsi – powiada Falczak. – W domowym archiwum mam list pisany do dziadka przez jego przyjaciela. W tym liście można przeczytać takie zdanie: „Wybacz, że z powodu gorąca piszę do ciebie ten list bez kamizelki”.

– Naprawdę o sukcesie książki można mówić dopiero wtedy – powiada Falczak – kiedy ludzie, którzy jej nie czytali, udają, że ją znają.

– Brak jakichkolwiek zdolności – zauważa Falczak – zaczyna już ostatnio nie wystarczać do zajmowania wysokich stanowisk.

Lekarz zalecił Falczakowi codzienny pięciokilometrowy spacer, ale Falczak na szczęście znalazł drogę na skróty.

Kiedy lekarz ci powie: „Powinien pan stanowczo unikać piwa, to wtedy – według Falczaka – należy się uśmiechnąć, elegancko ukłonić i powidzieć: „O widzę, że pan doktor jest dzisiaj w złym humorze. Przyjdę jutro”.

– W młodości – mówi Falczak – bierze się naraz po dwa schody, a na starość po dwie pigułki.

Jeśli chodzi o kartofle, to Falczak jada je wyłącznie w postaci wieprzowiny. Najpierw kartofle je wieprz, a potem Falczak je wieprzowego.

– Są dwa sposoby – mówi Falczak – dostania się na szczyt starej, wysokiej sosny. Albo wdrapać się na nią, albo usiąść na sadzonce i czekać.

Koszty utrzymania oblicza się bardzo prosto. Do tego, co zarabiamy, dodajemy jakieś 15%.

….Znów się zbudziłam wcześnie….

  
Pani Bo…….. z najserdeczniejszymi życzeniami:)))***

BUŁAT……

Ech, Wasza Wysokość,
Rozłąki szafarko,
 Znamy się tak dawno,że
 I gadać nie warto.
Listu, co w kopercie,
Czekaj, nie rwij mi!!
…Śmierć mi szczęścia nie da,,
Miłość – daj je ty!
Ech, Wasza Wysokość,

Ty z obcej krainy,
Uścisk twój gorący,
Ale nie matczyny.
Swe jedwabne sieci
Z drogi zabierz mi
…Śmierć mi szczęścia nie da,
Miłość – daj je ty!
Ech, Wasza Wysokość,
Pani powodzenia,
Dla innych tyś dobra,
A dla mnie z kamienia.
Dziewięć gramów w serce…..
Czekaj!!  Ja chcę żyć!
….Śmierć mi szczęścia nie da,
Miłość – daj je ty!
Ech Wasza Wysokość,
Ty – niezwyciężona!
Wiesz, że moja piosnka
Jeszcze nie skończona.
Przestańże, do czarta,
Łaknąć mojej krwi!!
…Śmierć mi szczęścia nie da,
Miłość – daj je ty….


Ośmieliłem się tłumaczyć   Incitatus

:)))))))

Śpiewać……. Kochanowskiego. :)

Do miłości

Matko skrzydlatych Miłości,

Szafarko trosk i radości,

Wsiądź na swój wóz uzłocony,

Białym łabęciom zwierzony !

Puść się z nieba w snadnym biegu,

A staw’ się na wiślnym brzegu,

Gdzie ku twej ćci ołtarz nowy

Stawię swą ręką darnowy

.Nie dam ci krwawej ofiary,

Bo co mają srogie dary

U bogini dobrotliwej

Czynić i światu zyczliwej ?

Ale dam kadzidło wonne,

Które kraje nam postronne

Posyłają ; dam i śliczne

Zioła w swych barwach rozliczne,

Masz fijołki, masz leliją,

Masz majeran i szałwiją,

Masz wdzięczny swój kwiat różany,

To biały, a to rumiany.

Tym cię błagam, o królowa

Bogatego Cypru owa

Abo różne serca zgodzisz,

Abo i mnie wyswobodzisz.

Ale raczej nas oboje

Wzów’ pod złote jarzmo swoje;

W którym niechaj ci służywa,

Póki ja i ona żywa.

Przyzwól o matko Miłosci,

Szafarko trosk i radości!

Tak po swiecie niechaj wszędzie

Twoja władza wieczna będzie !

Jan Kochanowski

 roza  

 roza http://w186.wrzuta.pl/audio/2sfa49u7m4O/marek_grechuta_-_matko_skrzydlatych_milosci_kochanowski

Jak ja się czuję

Kiedy ktoś zapyta, jak ja się czuję,

Grzecznie mu odpowiem, że „dobrze, dziękuję”.
To, że mam artretyzm, to jeszcze nie wszystko,
Astma, serce mi dokucza i mówię z zadyszką,
Puls słaby, krew moja w cholesterol bogata…
Lecz dobrze się czuję, jak na moje lata.
Bez laseczki teraz chodzić już nie mogę,
Choć zawsze wybieram najłatwiejszą drogę.
W nocy przez bezsenność bardzo się morduję, 
Ale przyjdzie ranek… znów dobrze się czuję.
Mam zawroty głowy, pamięć „figle” płata,
Lecz dobrze się czuję, jak na swoje lata!
Z wierszyka mojego ten sens się wywodzi,
Że kiedy starość i niemoc przychodzi,
To lepiej zgodzić się ze strzykaniem kości
I nie opowiadać o swojej starości,
Zaciskając zęby z tym losem się pogódź
I wszystkich wokoło chorobami nie nudź!
Powiadają: „starość okresem jest złotym”
Kiedy spać się kładę, zawsze myślę o tym…
„Uszy” mam w pudełku, „zęby” w wodzie studzę,
„Oczy” na stoliku, zanim się obudzę…
Jeszcze przed zaśnięciem ta myśl mnie nurtuje:
„Czy to wszystkie części, które się wyjmuję?”
Za czasów młodości (mówię bez przesady)
Łatwe były biegi, skłony i przysiady.
W średnim wieku jeszcze tyle sił zostało,
Żeby bez zmęczenia przetańczyć noc całą.
A teraz na starość czasy się zmieniły,
Spacerkiem do sklepu, z powrotem bez siły.
Dobra rada dla tych, którzy się starzeją:
Niech zacisną zęby i z życia się śmieją.
Kiedy wstaną rano, „części” pozbierają, 
Niech rubrykę zgonów przeczytają.
Jeśli ich nazwiska tam nie figurują,
To znaczy, ze są ZDROWI I DOBRZE SIĘ CZUJĄ.
                   Wisława Szymborska.

Szalony, kto chce……

Szalony, kto chce na morskiej głębi

Gasić pragnienie, co mu krew kłębi.

Kto do szerokiej przlgnąwszy fali,

Z nią się podnosi  i w przepaść wali.

Szalony !….Życie, wielki piwniczy

Poda mu puhar pełen goryczy.

Morza i bez nas w przepaście płyną –

Niech żyje wino !….

 

My tyle właśnie mamy zapału,

Ile go mieści czara z kryształu,

Tyle uniesień – co pian w tej czarze,

I tyle ognia – co w tym puharze;

Płomień z helotów piersi nie bucha…..

Brzęk szkła tak bawi, jak brzęk łańcucha.

Wielkich klęsk – wielkie serca przyczyną:

 Niech żyje wino !…

 

Ludy się kędyś pra fala mętną,

Szumem ich wzbiera dziejowe tętno.

Nad żaglem trzeszczą maty przegniłe….

To tylko zyje, co życ ma siłę !

– A nam, tymczasem, młynek na strudze,

Obraca plewy swoje i cudze…..

Górą mielizny ! Na głębiach – giną.

Niech żyje wino !…..

Maria Konopnicka

Hymn o miłości

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.
Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko.
Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.

1 Kor 13, 1-13

http://mcdabe.wrzuta.pl/audio/4vDi2mfodsq/hymn_o_milosci

Szczęśliwego Nowego Roku..


....Mija dla nas dniem szczęśliwym,
W którym znów jesteśmy razem.
Nieraz nam smutek niósł,
Nieraz nam radość niósł…..