Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,270
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

KOŁYSANKA….


Księżyc nad naszym dachem już świeci
Półmrok otoczył już nas.
Malutkim ptaszkom i malutkim dzieciom
Do snu ułożyć się czas.

 Jutro się zbudzisz znów moje dziecko
Słońce nad tobą zaświeci,
 Śpij mój okruszku, śpij mój syneczku
Śpij mój radosny dzwoneczku.

 Śpij odrobinko, ptaszku maleńki
 Bajeczki baj, baju baj..
 Niechaj zły sen cię nigdy nie zbudzi
 Niech szczęście twe wiecznie trwa

 Nie spotkasz nigdy żalu ni męki,
Dola nie spotka cię zła
 Śpij mój maleńki,  matczyne serce
 Chronić cię będzie od zła.

 Śpij, a dla matki zawsze za szybko
 Rosną drobniutkie jej dzieci,
Orlątkiem białym w wysokie niebo
 Z mojego gniazda ulecisz.

Jaśniutkie niebo i czyste słońce
 Tobie da siłę i moc.
Śpij mój okruszku, śpij mój syneczku,
 Śpij mój dzwoneczku…..już noc……


Tłumaczył: Incitatus

Na przebudzenie…:))))

TROJKA MCZITSIA…

 

Słyszysz to mkną sanie, słyszysz pędzą sanie.
Miło się z kochaną zagubić na łanie.

Wstydliwy, nieśmiały wiaterek wesoły,
Dzwoneczek się toczy po równinie gołej.

Ech, sanie, wy, sanie! Koniu mój bułany!
Gdzieś tam na polanie tańczy klon pijany.

Podjedziemy podeń, zdziwimy się: co to?
I we troje w tany pójdziemy z ochotą.

 

                                                                                   S. Jesienin                        przekład Z. Dmitroca

Sprawiedliwość

 co? 

Powstał problem na pewnym składkowym przyjęciu:

Podzielić sprawiedliwie jadło wśród dziesięciu.

 

Kto ma dzieć ? – Pan, Mistrzu! – zakrzyknął ktoś z gości:

– Pan o sprawiedliwość walczył od młodości !

 

Wszyscy przytaknęli w szlachetnym porywie,

Więc zacząłem dzielić – dzielić sprawiedliwie.

 

Dla każdego serdelek – ale dla mnie swieży

( Za tę sprawiedliwość coś mi się należy ! )

 

Kazemu kawał gęsi – tylko dla mnie duży,

( kto bowiem sprawiedliwy, ten sobie zasłużył ! )

 

Każdemu ciastko z kremem – mnie, gdzie więcej kremu…

(No bo komuż, jeżeli nie sprawiedliwemu?)

 

Każdemu puchar wina – lecz dla mnie Bożole…

( Sprawiedliwie przyznaję, że francuskie wolę )

 

Niestety… Obudziłem tylko złość i mściwość,

Sprawiedliwie premiując ludzką sprawiedliwość.

 

Wszyscy w najpospolitszej tonąc demagogii,

„Sprawiedliwość dla wszystkich !” – darli się jak mogli.

 

Dla wszystkich? … O, Bracia! O, Obywatele!

Sprawiedliwość jest jedna! Jakżeż ją podzielę ?

 

CZyż porżnę, czyż poskiekam na kawałki tycie,

Tę , o którą walczyłem całe moje życie ?!

 

Marian Załucki

 

 

Święta, Święta… i…? :)))

Wesołych Świąt… i najserdecznie życzenia Solenizantce:)))

   
    
Ewa – to jest praimię
praimię wszystkich kobiet
Ewa brzmi jak ozdoba,
a Kobiecie jest dobrze w ozdobie…
To nic że na Ewę pada
cień aż z rajskiego drzewa,
niech pada, bo atrakcyjniej
wygląda w tym cieniu Ewa.
W mym własnym przekonaniu
to imię jest tego warte,
żeby każda kobieta je miała
Jeśli nie na pierwsze
to na drugie
albo trzecie…
albo ostatecznie na czwarte…

(Ludwik Jerzy Kern) prezent  roza  serce  serce  serce  serce  serce  serce  serce  serce  serce  serce  serce 

Andrzejek – zakończenie.

Druga część zaczyna się od opisu gęstego boru i samotnego leśnika, który w nim mieszkał :

Psy mu w domu towarzyszą,
Lub też w lesie, gdzie poluje.
Ludzie mało o nim słyszą,
Bez nich dobrze się tu czuje.
Skończył właśnie polowanie,
Mróz dokuczył mu też srogi,
Kiedy dziwne psa szczekanie
Zatrzymało go w pół drogi.
Chodź tu Brytan! Chodź, do nogi!
Cóż ci się tam mogło zdarzyć?
Nie zatrzymuj mnie w pół drogi,
Czas do domu strawę warzyć!
Brytan jednak mądra psina
Niepokoju już nie kryje,
Lecz żałośnie wyć zaczyna
Wyciągając czarną szyję.
Psu staremu leśnik wierzy,
Pośpiesza więc w tamtą stronę
I co widzi? Dziecię leży!
Zmarznięte jest, czy zemdlone?
Porwał dziecię w swe ramiona,
Szczelnie okrył je kożuchem
Mocno tuląc go do łona
I do nomu pędzi duchem.
Na posłaniu go położył,
Kilka na raz świec zaświecił, 
Suchych polan w piec dołożył 
I olbrzymi ogień wzniecił.
Tyle wierszem, resztę już prozą. Oczywiście pod czułą opieką leśnika chłopiec wyzdrowiał, nabrał sił i dorastał. Przyszła jednak pora, żeby posłać dziecko do szkoły. Leśnik zawiózł go więc do miasta, tam ulokował na stancji i postarał się o dobrą szkołę. Na każde wakacje Andrzejek przyjeżdżał do swego opiekuna w lesie.
 Uczył się jednak przykładnie,
Kształcił rozum, wzmacniał ducha,
Bo wiedział, że to nieładnie
Gdy się starszych rad nie słucha.
Tak mijały lata, z Jędrusia wyrósł młody Andrzej, który się postanowił kształcić w zawodzie lekarza, by leczyć biedne dzieci chore na gruźlicę, których los bardzo go obchodził.Gdy ukończył studia, wrócił do domu leśnika i razem z nim poszedł do swojego, ojczystego dworku. Wygonił stamtąd krewnych, którzy bezprawnie go zajmowali i założył tam sanatorium dla dzieci chorych na gruźlicę.
Dobre zakończenie?

Brak tytułu

Już opadły liście rdzawe,

Drzewa stoją bez swej krasy,

Słońce rzuca blaski krwawe

I na pola, i na lasy.

Od północy wiatr się zrywa.

Mroźnym, groźnym pędzi biegiem,

Rzeka lodem się pokrywa,

Ziemia zaś puszystym śniegiem.

W bielusieńkiej, srebrnej szacie

Idzie zima – niebios tchnienie.

Kroczy w pełnym majestacie

By otulić całą ziemię.

By kobiercem z gwiazdek małych,

Lśniących w słońcu jak kryształy,

Takich pięknych, takich białych

Okryć wielki świat nasz cały.

Jedni zimę podziwiają,

Upajają się jej czarem,

Inni gorzko narzekają

Nad swym życiem ciężkim, szarym.

Lecz doprawdy każdy skory

W tym zimowym czasie właśnie,

Kiedy długie są wieczory

Opowiada cudne baśnie.

Leci śnieżek dziś wesoło,

Drobny śnieżek z nieba leci

Usiądźcie przy mnie wokoło

Opowiem wam bajkę, dzieci:

Była zima. Hen, przed laty…

Wiatr wył, jęczał i zawodził,

Śnieg zasypał drogi, chaty,

A mróz oddech w piersiach mroził.

Marzło ptactwo z zimna, z głodu,

Wilk do ludzkich chat podchodził

A i człowiek bez powodu

Z chaty swojej nie wychodził

W taki to dzień właśnie srogi

Za wsią, gdzie się las zaczyna,

Choć śnieg przykrył ścieżki, drogi

Wolniusieńko szedł chłopczyna.

Poprzez strzępy zaś odzienia

Mróz dotkliwie ziębił ciało.

Z głodu, zimna i zmęczenia

Biedne dziecię całe drżało.

Czemu wśród pól śnieżnych błądził?

Dokąd szło to biedne dziecię?

Co za los nim przykry rządził?

Czy może sam jest na tym świecie?

Gdy był jeszcze dzieckiem małym

Miał ojczulka, miał matulę.

Kochał ich serduszkiem całym,

Kochali go oni czule

Mieli własny dworek mały,

Mieli krówkę, był i siwek.

Obok dworku sad wspaniały

Pełen jabłek, grusz i śliwek.

Tuż za dworkiem strojna w kwiecie

Łączka w rosie się kąpała

Najpiękniejsza łączka w świecie,

Co pszczół brzękiem rozbrzmiewała.

A za łączką bór zielony.

Jakież krył on w sobie cuda:

Tu zajączek przyczajony,

Tam zaś wiewióreczka ruda…

Tu jagody, tam maliny

Co radości i uciechy!

Na gałązkach zaś leszczyny

Kołysały się orzechy.

– Patrz, Jędrusiu ukochany –

Rzekł raz ojciec doń z radością

– Gdy dorośniesz, to te łany

Twoją staną się własnością.

Twoim będzie bór zielony,

Taki piękny w blaskach zorzy,

Dworek bluszczem okolony,

W którymś przyszedł na świat boży

Łączka, która tonie w pieśni

Także twoją, synu, będzie

I sad pełen grusz, czereśni,

Które stoją w jednym rzędzie.

Los, co nieraz figle płata

I przekreśla ludzkie plany

Był okrutny, bo w dwa lata

Zmarł ojczulek ukochany

I w szczęśliwe dworku progi,

W którym było tyle słońca

Wpełzł zdradziecko smutek srogi

I zamieszkał w nim do końca.

Bo matulę ukochaną –

Jakoś wkrótce po pogrzebie –

Pełną bólu i złamaną

Bóg powołał też do siebie

A Andrzejek, biedne dziecię

Po rodziców płacząc śmierci

Sam pozostał na tym świecie.

Któż przytuli go do piersi?

Kto ukocha, ucałuje,

Rozweseli smutne oczy?

Czy go dzisiaj ktoś miłuje

I opieką swą otoczy?

Jakoś wkrótce po pogrzebie

Zjechali się krewni bliscy,

Aby pomóc mu w potrzebie,

Lecz w dworku chcą zostać wszyscy!

Powstały stąd wielkie swary –

Każdy prawo ma do spadku…

Krzyczał młody, krzyczał stary,

Tak orzekli na ostatku:

Ja zabiorę bór zielony,

Ty zaś łączkę strojną w kwiaty,

Ty dwor bluszczem okolony,

Każdy będzie z nas bogaty.

Jak orzekli, tak zrobili.

Litość była dla nich obca…

I majątek podzielili

Nie troszcząc się o los chłopca.

Nad wszystkim się zachwycali,

Wszystko im się podobało,

Tylko stale się zżymali

Bo im dziecko przeszkadzało.

Uradzili wtedy zgodnie –

Pod tym względem się nie kłócąc,

Że żyć będzie im wygodniej,

Gdy Andrzejka w świat wyrzucą

Może zbłądzi gdzieś po drodze,

Albo zmarznie gdzieś pod miedzą,

Albo głodne wilki może

Żywcem biedne dziecię zjedzą…

A przed ludźmi zaś ogłoszą,

Nie mówiąc prawdy nikomu,

Że od żalu się zanoszą,

Bo Andrzejek uciekł z domu…

Precz, sieroto z tego domu,

Nie jest on już twoim przecie

Niepotrzebnyś tu nikomu!

Szukaj chleba w obcym świecie!

Łzy mu w oczach się perliły,

Rozpacz głucha ściska duszę.

Czemu walczyć nie mam siły?

Czemu z domu w świat iść muszę?

Wziął ubogi tłumok z sobą

I zarzucił go na ramię

Idąc wolno wąską drogą

Ku cmentarnej prosto bramie.

Przy rodziców zaś mogile,

Którą grubo śnieg przyprószył,

Pomodlił się krótką chwilę

I w nieznany świat wyruszył.



Zima z wypisów szkolnych

 brawo 

Któz to tak śnieżkiem prószy z niebiosów ?

Dyć oczywiście pan wojewoda;

módl się dziecino z całą krainą –

niech Bóg mu siły doda;

śnieżku naprószył, śnieżek poruszył

dobry pan wojewoda.

 

A któż na szybach maluje kwiaty,

czy mróz, czy mróż, dziecino ?

Nie, to rączuchną dla ciebie żabuchno,

starosta ze starościną;

srebrzyste prążki, listki, gałazki

dla ciebie dziwna dziecino.

 

A któz te śliczne zawiesił sople

za oknem u okapu ?

Czy moze także mróz niedobry

swą fantastyczną łapą?

Nie moje złoto, to referenci,

podkierownicy, nadasystenci

nocą nie spali, hurrr! wołali

sople poprzyklejali.

 

Hej, tam w Warszawie jest pan minister

siwy i taki miły,

przez okno rzuca spojrzenia bystre,

bo chce. by dla ciebie były

zimą sopelki, śniegi i lody:

wszystkie zimowe wygody.

 

Jeżeli tedy sanki usłyszysz

i dzwonki ich tajemnicze, wiedz: to minister w skupionej ciszy

nacisnął taki guziczek,

że sanki dzwonią i gwiazdki lśnią

nad miastem i nad wsią .

 

KIG   ca 

 

Narodziny tradycji

Zbliża się dzień Bożego Narodzenia.Na całym świecie w domach tradycji chrześcijańskiej szykuje się świąteczne drzewka, ozdobne choinki. Porządnie zamocowane przybiera się potem niezliczoną ilością ozdób: baniek, łańcuchów, łakoci i wszystkim, co cieszy oczy dzieci małych i dużych.

Zwieńczenie choinki jest sprawą poważną. Niby wysoko, góruje nad naszymi głowami, ale nadaje całemu drzewku styl i ostateczne wykończenie. Rozmaite są tradycje zwieńczania choinki. Jedni – tak pamiętam z domu rodzinnego – nasadzają na wierzchołek specjalną, pionową szklaną bańkę,czyli szpic. Inni instalują tam wielkie złocone gwiazdy,przypominać mające gwiazdę betlejemską. Ale jest też wiele choinek, na szczytach których siedzą uśmiechnięte aniołki,dobrotliwym spojrzeniem pozytywnie wpływając na atmosferę rodzinnych spotkań.

Czy ktoś z was zastanawiał się, skąd biorą się te różne zwyczaje? Stosujemy je nawykowo, bardziej poddając się nastrojowi, niż zastanawiając się nad historiami,które dały im początek.

A było to tak:

Pewnego roku Świętego Mikołaja prześladował okrutny pech. Najpierw jeden z reniferów złapał gumę… oops, przepraszam, skręcił nogę! – i musiał pozostać w mikołajowej stajni. Potem złamała się burta sanek pod naporem prezentów – trzeba było błyskawicznie naprawiać.

Jakby tego było mało, zapasowy renifer był nieprzyzwyczajony do zaprzęgu. Nie potrafił ciągnąć równo, szarpał, a że z powodu opóźnienia świąteczny posłaniec śpieszył się okrutnie, kłopoty były nieuniknione. Na ostrzejszym zakręcie sanie wywróciły się, na szczęście obyło się bez uszkodzeń, ale trzeba było ponownie wszystko ładować. Opóźnienia spowodowały konieczność zmiany kolejności – wszak były miejsca, do których spóźnić się było niepodobieństwem! Zmianę marszruty trzeba było skompensować dodatkowymi przebiegami, i tak dalej, i tym podobnie… prawie jak na PKP. Jak się raz coś posypie, to potem jest już tylko gorzej.

Nie zdziwi nas więc, że z tej akcji Święty Mikołaj powrócił do domu zupełnie skonany. Odstawił sanie do szopy, renifery do stajenki, i nie tracąc czasu na kąpiele ni posiłki, runął na łóżko, aby odespać pechową akcję. Zasnął natychmiast – tak się zasypia w poczuciu satysfakcji po wykonaniu ciężkiej i pożytecznej pracy.

Nie dane mu było pospać do woli. Zaledwie zamknął oczy, zaledwie ogarnął go zdrowy, zasłużony sen, rozległo się stukanie do drzwi. Zrazu ciche i delikatne, potem coraz bardziej stanowcze, przeszło wreszcie w bezwzględna walenie, wstrząsające całym mikołajowym domkiem. Święty zerwał się na równe nogi i ze wcale nie dobrotliwym wyrazem twarzy ruszył ku drzwiom. Łomotanie powtórzyło się. Otworzył.

Przed drzwiami domku stał uśmiechnięty, pyzaty aniołek. Jedną ręką walił w drzwi, drugą wspierał na dorodnej jodełce z licznymi ozdobami.

– Cześć, Mikołaju! Przyniosłem ci choinkę! – zawołał radośnie – Co mam z nią zrobić?

– A wsadź ją sobie w… – warknął rozzłoszczony święty i wrócił do łóżka.

I tak powstała Tradycja, niosąc przez wieki pamięć o uprzejmości i uczynności aniołka.