Dramatis Personae (imiona i nazwiska zmienione w ramach Programu Ochrony Świadków)
Pan Maks – kuzyn Pani Quackie, osoba przemiła, choć impetyczna, kierowca i spiritus movens ekskursji Pani Maksowa – jego żona Pan Albert – jego serdeczny przyjaciel, emeryt Pani Albertowa – jak się można domyślić, jego żona Pani A. – córka pana Maksa Pan Ł. – jej małżonek, zacności wielkiej człowiek Pigulęta – ich dzieci, sztuk dwie, wnuczęta pana Maksa I na przyczepkę: Wasz niezawodny Quackie
Obrazek 1 Niedziela, po przyjeździe
Cała zacna kompania wybiera się na zakupy do Moutiers, miejscowości położonej 27 km od Les Menuires i jakieś 1,5 km niżej, aliści okazuje się, że w niedzielę (dimanche) wszystkie supermarkety są zamknięte. Z czego zgaga i gorycz ogólna, promyk nadziei (a może w Albertville?) rozwiewają tubylcy, twardo stojący na stanowisku, że w niedzielę wszystkie sklepy wielkopowierzchniowe odpoczywają, takoż ich pracownicy, w Albertville również. Po zwiedzeniu Moutiers zacna kompania mocno nie w sosie udaje się z powrotem do Les Menuires; po drodze Pigulęta dają pokaz możliwości dzieci do lat 4, niezadowolonych z faktu zakutania w ciepłe ciuchy i zapakowania do fotelików samochodowych. Mało karczmy nie rozwalą, ale na szczęście ich Rodzice, wykazujący się nadludzką cierpliwością, znajdują liczne sposoby na odwrócenie uwagi od niewygód.
Obrazek 2 Poniedziałek, Val Thorens
W związku z tym, że w Les Menuires nie ma śniegu (zielono, brązowo i czarno jest, przyprószono od czasu do czasu jak pączki cukrem-pudrem z wierzchu), zacna kompania udaje się do Val Thorens, ok. 9 km dalej i 0,5 km wyżej. Tam jest śnieg. Otwarte jest tam jakieś 25-30% stoków i wyciągów. Dojeżdżamy do Val Thorens – okazuje się, że nie ma gdzie zaparkować, parkingi na świeżym powietrzu są zamknięte, parkingi podziemne w centrum mają za niski wjazd (jako że zacna kompania porusza się Bordowozem marki VW Transporter, który nijak nie zmieści się w bramce o wysokości 1,96 m, a nawet 2,14 m ). Zniecierpliwiony pan Maks wysadza pasażerów w dogodnym miejscu, a sam jedzie poszukać miejsca do zaparkowania. Tymczasem pan Quackie wraz z panem Albertem ustawiają się do kasy po odbiór zamówionych wcześniej karnetów narciarskich, recte skipassów. Odbiór nastąpić ma na podstawie wydrukowanych wcześniej voucherów; które mają numery, które z kolei muszą znajdować się na liście potwierdzonych numerów voucherów, przesyłanej przez pośrednika (sprzedawcę) do firmy obsługującej wyciągi. I tutaj nieprzyjemność – okazuje się, że numery voucherów pana Alberta i jego żony znajdują się na owej liście, natomiast numery voucherów pana Maksa i jego żony – nie. Pana Quackiego łapie szczękościsk ze zdenerwowania. Na szczęście przemiła pani w kasie z uśmiechem objaśnia, że takie rzeczy się zdarzają, należy po prostu zadzwonić na awaryjną linię pośrednika (numer na voucherach) i sprawę wyjaśnić. Pan Quackie dzwoni, okazuje się, że linia awaryjna nie działa. Na szczęście nasz bohater przypomina sobie o istnieniu „normalnej”, nie-awaryjnej infolinii pośrednika, której numeru nie ma wszakże na voucherze. Sytuację ratuje telefon do przyjaciela w Polsce, siedzącego akurat przy komputerze z Internetem. Już po drugim telefonie na infolinię pan Quackie zostaje przełączony do kierownika, który obiecuje natentychmiast przesłać listę uzupełnioną o numer voucheru państwa Maksostwa. Następuje nerwowe oczekiwanie, podczas którego zjawia się przy kasach zgrzany i zirytowany pan Maks. Zaparkowawszy kilkaset metrów dalej, zasuwał on był w butach narciarskich pod górkę (nie posiadając jeszcze skipassu). Poinformowany o powadze sytuacji, zgrzyta zębami tak, że z pobliskiej turni schodzi nieduża lawina. Tymczasem biurokracja narciarska pracuje pełną parą i oto pani w kasie otrzymuje niezbędne potwierdzenie, wydaje upragnione skipassy i pięknie uśmiecha się na pożegnanie. Wjeżdżamy wagonikami kolejki na lodowiec Peclet, z którego aktualnie prowadzi w dół jedna trasa – czerwona, czyli średnio trudna, jednak zacina kąśliwy śnieżek, ograniczający widoczność, a stok jest pełen muld, co jak na początek jeżdżenia stanowi dość wymagającą kombinację. Pan Albert o mało się nie załamuje, reszta towarzystwa podnosi go na duchu i ostatecznie wszystkim udaje się zjechać na dół, aczkolwiek bez specjalnej przyjemności. Tamże okazuje się, że w związku ze wydłużonym czasem oczekiwania (zawirowania z voucherami/ skipassami oraz muldami i sniegiem) cała reszta kompanii wykorzystała już wszystkie możliwości gier, zabaw i zajęć na świeżym powietrzu (zwłaszcza jeżeli chodzi o Pigulęta), czas więc wracać. Narciarze zbierają się w niesławie, reszta w nieco lepszych humorach.
Obrazek 3 Czwartek, Val Thorens
Na walnym zebraniu zacnej kompanii ustalono taktykę; mianowicie do 10 grudnia (oficjalna data otwarcia stacji narciarskiej w Les Menuires; przesunięta z 3 grudnia ze względu na brak śniegu) skład narciarski: pan Maks, pan Albert z żoną oraz pan Quackie jeździć będzie samochodem do Val Thorens, podczas gdy reszta oddawać się będzie rozkoszom wczasów z pominięciem sportów zimowych w Les Menuires. Skład jak wyżej udaje się więc rano Bordowozem do Val Thorens. W związku z opadami śniegu parkingi znów są pozamykane, a miejscowa policja przegania chętnych do parkowania z dogodnych zakamarków i zatoczek. Ekipa nasza znajduje miejsce na parkingu odśnieżonym w nikłym stopniu, zaraz koło Hiszpanów (Ola, muchachos!), którzy z kolei mimo łańcuchów mają kłopot z zaparkowaniem. Udzieliwszy pomocy przedstawicielom bratniego narodu hiszpańskiego, skład ze stękaniem przywdziewa rynsztunek narciarski i na piechotę wyrusza w kierunku stoku. Okazuje się tam, że jedyny wyciąg krzesełkowy w dół stoku nie działa (mimo zapewnień policjantów, którzy skierowali nas na ten parking, że zaraz będzie działać); zatem czeka nas wędrówka w butach narciarskich w górę stoku, z nartami na ramieniu. Klnąc, na czym świat stoi, zabieramy się do wspinaczki, gdy przejeżdża koło nas tubylec na skuterze śnieżnym. To nie byle jaki tubylec, ale jeden z członków Securite des Pistes, czyli służby zapewniającej bezpieczeństwo na stokach. Zatrzymujemy go, pytając, kiedy ruszy wyciąg poniżej nas i wyrażając nieukontentowanie z powodu wprowadzenia w błąd przez miejscowych policjantów. Okazuje się, że najpierw w/w służba musi potwierdzić, że stokami od wyciągu można bezpiecznie jeździć, a dopiero potem można go otworzyć. Zmotoryzowany tubylec mówi, że nie wiadomo, kiedy to będzie, a po krótkiej konsultacji przez radio oferuje żonie pana Alberta i panu Maksowi podwiezienie w górę stoku wraz z dwiema parami nart, podczas gdy panowie Albert i Quackie nadal wspinają się mozolnie na piechotę. Inkryminowani panowie widzą jednak po chwili, że skuter zatrzymuje się i pan Maks zsiada, a tubylec uwozi żonę pana Alberta w siną dal. Następuje moment konfuzji, spotęgowany w ciągu najbliższych minut przez dwa wydarzenia, a mianowicie a) rusza wyciąg w dole stoku, b) przychodzi SMS od pani Albertowej „Skuter mu się zepsuł!” Konfuzja sięga szczytu, ponieważ poniewczasie orientujemy się, że skuter uwiózł nie tylko pana Maksa i żonę pana Alberta, ale także narty – pana Maksa i Quackiego, podczas gdy pan Quackie niesie narty pani Albertowej. Tym samym jedyną osobą, która ma PRZY SOBIE WŁASNE narty, jest pan Albert, cała reszta, rozproszona wzdłuż stoku, ma wyłącznie narty CUDZE. Na szczęście w następnej chwili nadchodzi wybawienie, istny deus ex machina – pan na popsutym skuterze wraca w dół stoku
, wioząc oboje pasażerów i narty. Wszyscy zakładają własne narty i zgodnie zjeżdżają w dół stoku; reszta dnia upływa na miłym szusowaniu.
Obrazek 4 Środa i czwartek przed wyjazdem, Les Menuires
Zaczyna padać deszcz, a od 1800 m wzwyż – zmrożony deszcz lub paskudny, mokry śnieg. Pan Quackie jeździ bohatersko na nartach, ale w pewnym momencie znajduje się ok. 200 m poniżej punktu, w którym mieszka zacna kompania. Powrót polega na tym, że należy wjechać gondolą i zjechać prostą, zieloną trasą do domu; to trochę czasochłonne, ale o wiele bardziej przyjemne od podchodzenia z nartami. Pan Quackie jedzie więc gondolą, a zaraz za nią skręca w zieloną trasę. Nie bierze jednak pod uwagę, że dokładnie na tej wysokości zebrały się najgorsze opady. Śnieg i deszcz ze śniegiem zacinają w gogle, które co chwilę wymagają przecierania. Dwa razy pan Quackie wyjeżdża poza trasę, na szczęście wyjeżdżone do szarości fragmenty stoku pozwalają mu wrócić na właściwy szlak. Tutaj przychodzi mu na myśl wczorajsza przygoda pana Maksa, który wyjechał poza stok, wywrócił się, a następnie musiał odkopać narty z zaspy i wracać na piechotę dobre 150 m w identycznej pogodzie. Quackie wraca do domu mokry od deszczu i topniejącego śniegu.
Następnego dnia wydaje się, że pogoda jest lepsza; niestety w rzeczywistości wcale nie jest, może poza tym, że zniknął deszcz, natomiast śnieg podwiewany jest w zadymkach na chłopa wysokich, które ograniczają miejscami widoczność do 20-30 metrów. W tej sytuacji Quackie dla bezpieczeństwa znajduje na stoku towarzystwo w osobie polskiego instruktora narciarstwa z uczennicą, i zjeżdża powoli za nimi. Po drodze uczennicy udaje się wjechać pod siatkę zabezpieczającą urwiste zbocze; gdyby nie wspólna interwencja obu panów, kto wie, gdzie by ostatecznie wylądowała. Pan Quackie wraca do domu na 100% przekonany, że to ostatni raz na nartach podczas tego wyjazdu.
Góry pokazały, że ich słoneczne oblicze jest tylko jednym z wielu, a ludzie nie zawsze są tu mile widziani.
Obrazek 5 Piątek przed (?) wyjazdem, Les Menuires
Od rana Mama Quackie oraz jej kuzynka, czyli Ciotka pana Quackie (zamieszkała we Francji), bombardują SMSami, zapowiadającymi ogólną katastrofę klimatyczną w ogóle (i faktycznie, huragan Joachim wiał tego dnia z prędkością ok. 130 km/h, a w porywach do 210 km/h), a śniegową – w szczególe w 3 Dolinach. Około południa pan Albert przynosi hiobową wieść – kierowcy autobusów, którzy mieli wyjechać w sobotę wczesnym rankiem, otrzymali polecenie wyjazdu w piątek o 20:00, ponieważ w sobotni ranek (jedyna!) droga prowadząca na niziny zostanie na cztery godziny zamknięta. Czynniki oficjalne, indagowane przez pana Quackie, nie potwierdzają tej informacji, ale również nie wykluczają takiej możliwości, tym bardziej, że w piątkowy poranek doszło do zamknięcia drogi na dwie godziny z powodu wypadku czy też lawiny, a na noc prognozy przewidują opady śniegu, które pogrubią pokrywę o pół metra. Po krótkiej naradzie zapada decyzja – nie ryzykować wyjazdu w sobotni poranek, ale wyjechać jak najszybciej w kierunku Polski, nocując po drodze. Zacna kompania w ekspresowym tempie pakuje się i opuszcza Les Menuires ok. 18:00 w zadymce jeszcze większej niż w ciągu dnia. Na szczęście od wysokości 1000 m npm. w dół nie pada już śnieg, tylko deszcz, a temperatury są dodatnie. Mimo to Alpy wyciskają na czole zacnej kompanii pożegnalnego całusa, żegnając ich w Annecy burzą z piorunami i gradem lub zmrożonym deszczem.
Podsumowanie Z 13 zaplanowanych dni na nartach zacna kompania wykorzystała 5 dni jeżdżenia pełną gębą (4-6 godzin dziennie), 4 dni jeżdżenia tak sobie (1-2 godziny dziennie), a przez 4 dni nie jeżdżono w ogóle. Wnioski: uważać z otwarciem sezonu i nie wykupywać skipassów z wyprzedzeniem, ponieważ może to przynieść straty finansowe. _______________________
Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Streszczenie poprzednich odcinków.Uganiając po Zaświatach, znalazłam się niespodziewanie w samym środku intrygi kryminalnej. Rozpędziwszy się w ucieczce przed złoczyńcami trafiłam przypadkowo do świata poza Zaświatami. I teraz wracam. Reszty nie da się w trzech słowach wyjaśnić, trzeba byłoczytać poprzednie rozdziały.
Podczas powrotnej jazdy do Czyśćca miałam oczy dosłownie dookoła głowy. Ale skończyło się na strachu. Na miejscu zajścia było już wszystko uprzątnięte. Nawet kredowy obrys zmiótłwiatr . Żadnych złoczyńców nie było i dotarłam bez przeszkód.
Najpierw podjechałam do warsztatu. Mechanik zabrał Challengera, ja poszłam do biura Psiapory. Sekretarka zrobiła kawę, pogadaliśmy. Podobno kurier wiózł jakąś cenną przesyłkę. Podobno złapali kilku z tych morderców.
– Niestety wśród nich byli dwaj moi dawni pracownicy. I teraz sypią się na mnie gromy, że ich pozwalniałem z pracy i dałem te wehikuły jako odprawy. Te władzew ogóle nie rozumieją biznesu. Żeby zejść im z oczu siedzę teraz tu, a nie w Czyśćcu. Ale oprócz moich chłopaków byli też inni, ani to upadłe anioły, ani diabły, ani dusze. Nie przyznaje się do nich ani Piekło, ani Czyściec. Niebo jest oczywiście poza podejrzeniami, ale w okazaniu też brali udział.
Wtedy opowiedziałam mu o mojej podróży. Aż się kawą zakrztusił i oczy mu na wierzch wyszły, a jeszcze bardziej, kiedy mu wręczyłam butelkę Bourbona.
– Coś takiego. Jak byłem mały, to mi mama śpiewała o niezbadanym świecie, ale myślałem, że to bajka. To szło jakoś tak, tu Psiapora zanucił na melodię podobną do pieśni Bradiaga:
Za wszystkimi światami, które znamy,
Albo co je dopiero poznać mamy,
Jest Przestrzeni z górą dziewięć silnia,
A droga wśród nich wiedzie mylna.
Tam samotny wędrowiec szedł uparty,
A płaszcz na nim splamiony i podarty.
But podkuty, lecz zakurzony,
Miecz u boku zupełnie wyszczerbiony.
– Dalej było, że zastępowały mu drogę różne potwory i on je ubijał, na końcu dotarł do cudownego kraju. Ale tylko we śnie, nie naprawdę, bo tam się nie da dojść. Zginął na końcu. Wiem, że naiwne, ale jakie to na nas robiło wtedy wrażenie! Każdy mały diabełek marzył, że odnajdzie ten świat. Potem zapomniałem o tej bajce. Powiadasz, że kto tam mieszka? Ludzie z głowami psów i słoni? Muchy popijające alkohol, humanoidy, Psoidy, Kotoidy i cała reszta –oidów? Och! To dlatego ten świat nazywano Oidą! Koniecznie poszukaj w księgach. Koniecznie!
(Pełny tekst kołysanki dla Psiapory na końcu rozdziału)
Wiec po powrocie na mój taras Czyśćcowy wybrałam się do biblioteki. Pół dnia mi zeszło na poszukiwaniach, bo zawskazówkę miałam tylko nazwę Oida. Ale znalazłam. I zagłębiłam się w lekturze. Czytałam i czytałam. Zrobiło się późno, trzeba było kończyć. Zamknęłam księgę i przetarłam zmęczone oczy.
A gdy je powtórnie otworzyłam, przede mną stała Żonkilia z ręką wspartą na głowicy miecza.
– Znalazłaś to, czego szukałaś? – zapytała
– Znalazłam piękna legendę.
– Pewnie. Powiem ci – usiadła przy moim stoliku – Wiem, czego szukałaś. Wygląda na to, ze znalazłaś Oidę.
– Skoro tak mówisz.
– Słusznie. Jak nie ma pewności, lepiej na razie nie rozgłaszać.
Siedziała jeszcze chwilę w zamyśleniu. Potem znowu odezwa
ła się:
– Tak, Oida to była legenda. Pieśni, opowieści, ale nikt tam nie był. To nie wierzono w jej istnienie. Mówiło się, że jest poza zasięgiem. Tym twoim wehikułem da się tam dojechać? Pojedźmy tam! Jeśli Psiapora by się upierał, to też niech jedzie. Proszę. Doceń to, że ja cie proszę.
Doceniłam, a jakże by inaczej.
Przemyślałam dokładnie, jak te podróż zorganizować. Rozdzieliłam zadania. Psiapora zdobył broń palną z ogromną ilością srebrnej amunicji. Dlatego, że, jak mówiono, wyłącznie srebrne kule były skuteczne. Archangela zrobiła kserokopię najistotniejszych stron z księgi, żebyśmy mieli przewodnik. Zabrała robota R3D3 (to kolejna generacja), żeby dokumentował, dokonywał obliczeń i doradzał. Zabrała też turystyczny miecz składany. Ja w magazynie wyszukałam obszerne płaszcze z kapturami. Wyprałam je, wysuszyłam i uprasowałam. I dodatkowo, na wszelki wypadek zabrałam półpancerze praktyczne. (S. Mrożek)
Mogliśmy jechać.
I pewnego poranka, bladym świtem zapakowaliśmydo Challengera R3D3, Żonkilia zredukowała skrzydła do minimum, włosy zaplotła w warkoczyki i upięła w precelki koło uszu, Psiapora, bardzo przejęty, coraz to poprawiał zsuwający się pas z dwoma złotymi coltami.
– Nie mówcie do mnie Archangela ani Żonkilia, tylko …
– Może Żabcia – odezwał się z tylnego siedzenia Psiapora. Bęc, Żonkilia trzasnęła go w kudłaty łeb skryptem zinformacjami o Oidzie
– Chichichi – chichotał Psiapora
– Mówcie do mnie Marfiza – zawsze lubiłam tę postać. (Ludovico Ariosto, Orland Szalony, tłum, Piotr Kochanowski, wydanie pierwsze 1799r. Marfiza była błędnym rycerzem – kobietą. Wcale nie taką błędną.)
Dla zażegnania sporu dałam po butelce Bourbona Archangeli – Żonkilii, przepraszam, Marfizie i Psiaporze.Sobie też wzięłam, a co tam. R3D3 nie pijał alkoholu, toteż podłączyłam go na moment do akumulatora. Dalsza podróż upływała w miłej atmosferze, tylko Marfiza zapytała mnie kąśliwie, czy na ziemi wolno kierowcy pić alkohol podczas jazdy.
tego jest prawie 7 minut. Jechaliśmy oczywiście dłużej.
Jedziemy sobie i tak jak za poprzednim razem, cmok i szarpnięcie. Zwolniłam do prędkości ruchu ulicznego, zaparkowałam na jakimś placu i poszliśmy zwiedzać miasto.
Było ludne i wyglądało na bogate. Jakkolwiek nazwanie ludnością tych istot, które mijaliśmy byłoby przesadą. Faktycznie były to potworki. Teraz, kiedy widziałam je w takiej masie, byłam zaszokowana. Wkrótce jednak spowszedniało. Oglądaliśmy wystawy pełne towarów, jakieś skwery, pomniki, okazałe budowle. Wstąpiliśmy do sklepu jubilerskiego, gdzie Marfiza zaczęła przymierzać różne zausznice, enkolpiony , kabłączki. Psiapora gmerał w pierścieniach i bransoletach.
Zmęczyliśmy się i zgłodnieliśmy, weszliśmy więc do lokalu z kolorowym neonem
BAR ALIEN.
Mrok, gwar, tłum gości, snujące się dymy. Z szafy grającej sączyła się muzyka:
– Robotów nie obsługujemy – powiedziałna powitanie barman, Słonioid. Wi
ęc Marfiza odesłała R3D3 do wozu.
Siedliśmy we trójkę przy barze.
– Bourbon trzy razy – zamówiłam
Popijaliśmy powoli, wsłuchując się w gwar. Najróżniejsze głosy, śmiechy przeplatały się, to podnosiły się, to opadały. Żonkilia i Psiapora, jako istoty nadprzyrodzone miały wmontowany jakiś translator irozumieli wszystko. Ja wnioskowałam z tonu, że nie chodzi o spory, są to raczej spokojne negocjacje biznesowe.
– Popatrz tylko na nią – powiedział Psiapora, wskazując na Żonkilię – jakby jej pięć milionów lat ubyło
– Hej mała, co robisz wieczorem– zagadnął Archangelę jakiś Wężoid.
– A co proponujesz – zapytała, patrząc mu w oczy wzrokiem Archanioła.
– Och, bardzo wielmożną panią przepraszam, pomyliłem się, wziąłem panią za kogoś innego proszę o wybaczenie – powtarzał, wycofując się do drzwi – jeszcze raz pokornie proszę o wybaczanie – pchnął wahadłowe drzwi i zniknął za nimi. Potem słyszeliśmy już tylko krzyk aaaaaaaaaaaa, który stopniowo cichł. To mnie rozśmieszyło.
– Coś ty mu zrobiła – zapytałam – nie był taki najgorszy, łuski mu tak pięknie opalizowały
– Idź do diabła – odparła za śmiechem Żonk…, Marfiza
Ktoś wrzucił monetę do szafy grającej i wybrał inną melodię.
Wtem szturchnął Psiaporę Catapilaroid, poczwara o głowie gąsienicy i pierścieniowatym tułowiu. Zasyczał coś, a zza jego pleców wychynął wyjątkowo ohydny humanoid.
– On mówi, że mu się nie podobasz – przetłumaczył
– Doprawdy, przykro mi – odpowiedział Psiapora i wrócił do popijania drinka.
– Mnie się też nie podobasz– ciągnął Ohydnoid – a ja nie jestem przyjemniaczkiem , mam wyroki śmierci w 13 światach
–Och, to uważaj na siebie.
Ohydnoid znów szturchnął Psiaporę, że aż Bourbon się rozlał. Tego było za wiele. Zapominając o złotych coltach Psiapora pochylił łeb i trzasnął go rogami. Rozległ się wrzask. Goście ucichli i cofnęli się pod ściany. Psiapora patrzał z niedowierzaniem na wijącego się po podłodze Ohydnoida.
– Chyba nic tu po nas – powiedziałam Marfizie. Złapała Psiaporę za rękę i wyciągnęła z knajpy.
Szybkim krokiem dotarliśmy do Chellengera. R3D3 otworzył drzwi i ruszyliśmy z kopyta.
Zaraz za miastem zahamowałam – Czemu stajesz? Zapytali Marfiza i Psiapora – Przesiadamy się – odpowiedziałam. Nasza szefowa musi się nauczyć prowadzić wehikuły
– Teraz nie, przecież jestem po drinku –usiłowała się wymigać Marfiza
–Nie wolno po drinku na drogach publicznych, a tu w ogóle nie ma drogi. Psiapora, siadaj obok kursantki i instruuj, a ja sobie wreszcie odpocznę – i zadowolona usiadłam z tyłu. Po nieodzownych na pierwszej lekcji szarpnięciach, co to albo silnik gaśnie, albo ryczy niemiłosiernie na niesłychanych obrotach, Anielica załapała o co chodzi i było coraz lepiej. Dodawała gazu, zmieniała biegi, skręcała to w tą to w tamtą. Psiapora objaśniał, co się w silniku dzieje, jak jest przenoszony napęd i jak działa układ kierowniczy i hamulcowy. Wtem coś zajaśniało daleko przed nami – Co to jest – zawołała Marfiza i pomknęliśmy w tym kierunku.
To była niewielka planeta. Górzysta, a góry bielały w słońcu – To marmury – krzyczała zachwycona Marfiza – och t
u się osiedlić, zbudować sobie mały pałacyk na tej iglicy – oblatywała dookoła co bardziej strome i wysokie szczyty – No, cudo, po prostu cudo! Psiapora, nie znasz dobrych, niedrogich kamieniarzy?
Polecieliśmy dalej i tu Psiapora zainteresował się jakąś ciemną i płaską planetą
– Rewelacja, tu mogą stanąć warsztaty, tu magazyny, tu biura, a tam można będzie zbudować dla pracowników czworaki – wykrzykiwał rozentuzjazmowany. Oblecieliśmy jeszcze kilka planet, dałam hasło do powrotu. Wtedy zobaczyłam taką jedną, maleńką, na uboczu, spowitą chmurami spod których niebiesko prześwitywała woda a zielonoroślinność. Ale nikomu nie powiedziałam o tym ani słowa.
Według Balzaca istnieją na świecie trzy ideały piękności:
Un jolie femme qui dance, Un pour sang en liberte, Une fregate sous voiles. Piękna kobieta w tańcu, Pełnej krwi rumak – na wolności, Fregata pod żaglami.
„..Znikają żaglowce, nastaje era parowców i motorowców. Telegraf. Z marynarza, potomka korsarzy i odkrywców, armatorzy chcą zrobić urzędnika, rzemieślnika czy nawet konduktora tramwajowego. Telegraf i radiotelegraf są wszędzie. W biurach żeglugowych, do których marynarze nie są dopuszczani, wydaje się, że statek pójdzie stosownie do nadesłanych instrukcji, jak za sygnałem zielonej chorągiewki dróżnika. I tylko wtedy, gdy morze spłata jedną ze swych niespodziewanych sztuczek, gdy w grę wchodzi niebezpieczeństwo statku, towaru, a nawet życia ludzkiego, wtedy gdy czyn musi nastąpić natychmiast – w biurach żeglugowych zdają sobie może sprawę, że radiotelegraf nie pomoże i dramat na morzu zostanie rozegrany bez reżyserów lądowych…. (…) W ostatnich dniach stycznia wychodziliśmy w podróż. Była zima. Gdy zakończyłem manewr obrotu statku w ciasnym basenie portu gdyńskiego, gdy wyszliśmy poza łamacze fal i gdy po ustawieniu telegrafów maszynowych: „cała naprzód” statek zaczął nabierać pędu, aż szybkość była blisko 19 mil na godzinę, jakoś raźniej odetchnęła pierś, zbladły troski i zmartwienia, których zawsze tak dużo na lądzie i które tak szarpią biedne serca ludzkie. I jak nieraz już przedtem znowu myślałem, że czyż warto poświęcać pracę na morzu dla życia i pracy na lądzie, gdzie spokój i szczęście są złudne i gdzie natura człowieka nie ma zawsze dookoła siebie potężnego żywiołu morza, który nie jest ani wrogi, ani przyjacielski, ale bezwzględny i wymaga od człowieka ciągłego napięcia jego uwagi, ażeby nie być zgniecionym.”
Kapitan żeglugi wielkiej Mamert Stankiewicz Korsarz i Don Kichot
Kobiety lubią się zakochiwać. Tak ni z gruszki, ni z pietruszki. Ot, fantazja. Jak się trafi akurat facet, to sprawa jest prostsza, bo jest kogo kochać.
Gorzej, kiedy w zasięgu wzroku obiektów nawet na lekarstwo, a potrzeba miłości doskwiera.
Pojawiają się wtedy najrozmaitsze postacie miłości platonicznej, bo kobieta zawsze potrafi sobie w życiu poradzić.(Panowie z kolei to mistrzowie prowizorki, ale o tym za chwilę.)
Niby ona go owszem, a nawet bardzo, tylko on o tym nic nie wie, I to całe jego szczęście.
Bywają i tacy doświadczeni, którzy już na ślad śladu zainteresowania, nie mówiąc nawet o uczuciu, reagują stawiając chiński mur. Nie do pokonania.
Piszę akurat o kobietach, ale panowie na te przypadłości także zapadają, tyle że nieco rzadziej i z nieco mniejszym natężeniem. Statystycznie rzecz jasna.
Ale gdy osobnik dowolnej płci już zapadnie, imaginacja szybuje galopem gdzieś w okolice księcia z bajki lub królewny zamienionej w żabę.
I zaczyna się.
– Że co, że żaba? Żabcia!!! I ja, ja nie odczaruję?
I dawaj całować napotkaną przy stawie ropuchę. A ile się nacałuje różnych okazów, nim trafi na tę właściwą, która na odczepne powie mu „ Koleś, nie jesteś w moim typie”.
Ale nie ma się co zrażać. Całować trzeba do skutku, jakikolwiek by był.
Pewna znana mi osobiście (Ireneuszowi to nawet własnoręcznie) niewiasta zakochała się w 5. synu szejka z Kataru.
Rzeczywiście, chłop był wart grzechu. Taki więcej brunet wieczorową porą. Jak takiego kobitka zobaczy, to najwyżej jedna na sto zreflektuje się i twardo sobie powie „Ja tam wolę naszego kapłana”. Pozostała reszta ulega uczuciu rozkochania na amen.
I jak takiej wytłumaczyć, że wprawdzie śliczny to on owszem, ale był. Nim poległ w swoim haremie.
Można taką „pannę Polkę” ratować zatajając śmierć ukochanego i podpuszczając, że to tylko ta zazdrosna zdzira spod 6 zamieniła księcia w prosiaka.
Informacja jednak tylko z pozoru wydaje się druzgocąca. Co by nie mówić, prosiak jest bardziej osiągalny niż książę z Kataru. Trzeba go tylko znaleźć i ożywić czułościami.
I tu kończę wprowadzenie, informując, że zarówno Irenka z kolejnymi prosiakami, jak i Irek z ropuchami, poszukują uczucia miłości zmieniając tradycyjnie obiekty. Do skutku oboje.
A mogliby zafundować sobie pieska lub kotka nie budząc zdumienia sąsiadów. Bo nie każdemu da się wytłumaczyć, że miłość niejedno ma imię.
Profesor Kowalski znów miał kiepski dzień. Po całym dniu pracy (wbijanie matematyki w coraz tępsze łby nużyło go już nieznośnie!), długim czasie zmarnowanym w sklepowej kolejce na rozważania ile czego trzeba, a ile można kupić nie naruszając domowego budżetu, dotarł wreszcie do domu. Zamarzył o szklance gorącej herbaty, jego zwykłym remedium na codzienne troski, ale i to nie było mu dane. Czajnik był pusty, zaś kran wydawał z siebie jedynie jakieś charkoty i świsty – wody ani kropli. Znów trzeba było prosić o pomoc pana Henia.
– Pan Henio, zaprzyjaźniony hydraulik– nie na tyle wszakże, aby zawahać się przed zrobieniem kolejnej wyrwy w profesorskim budżecie, przyszedł prędko i z robotą uwinął się prędko. Zainkasowawszy swoją stówkę, dał się zaprosić na herbatę i z kiepsko ukrywanym poczuciem wyższości słuchał utyskiwań profesora.
– Bo widzi pan, panie Heniu, to przecież jest zupełnie absurdalne. Ukończyłem wzorowo bardzo trudne studia, cała swoją energię poświęcam na kształcenie młodych – wszak to przyszłość naszej Ojczyzny! – a pan za 10minut swojej pracy bierze tyle, ile ja przez cały dzień nie zarobię…
– Profesorze, sprawa jest prosta. Rzuć pan w diabły te swoje tytuły, studia… Wprowadzę pana do cechu, po pół roku będziesz pan pracował i zarabiał tak jak ja.Tylko… lepiej niech się pan do wykształcenia nie przyznaje –poda pan „niepełne podstawowe”, to nie będą na pana wilkiem patrzyć…
Profesora oburzyła zrazu ta propozycja, ale rok (i kilka awarii w łazience) później postanowił przyjąć ofertę pana Henia. I tak zaczęło się dla profesora spokojne, niemęczące życie na poziomie wyższym niż dotąd – pospłacał długi, miał wreszcie czas poczytać coś lekkiego, zaczął nawet chadzać na piwo z kolegami z pracy.
Po jakimś czasie zarząd cechu zauważył, że duży procent członków o niepełnym podstawowym wykształceniu źle świadczy o Cechu Wirtuozów Rury i Sztamajzy, i po krótkich naradach zorganizował obowiązkowe dokształcanie.Takim sposobem profesor, o! pardon, majster Kowalski wrócił do szkolnej ławy, na zdecydowanie wygodniejszą jednak pozycję. Jak przypuszczacie, nudził się jak mops. Szybko nauczył się tonąć w rozmyślaniach, równie szybko rozmyślania te przechodziły w drzemkę. I razu pewnego z takiej właśnie drzemki wyrwał go głos:
– Kowalski, do tablicy! Spać możecie w domu! Proszę podać wzór na pole koła.
Czy przyczyną było rozespanie, czy kilka lat oderwania od zawodu, dość że profesor spanikował. Przypomnieć sobie prosty wzór było niepodobieństwem! Ale trzeba sobie radzić! Zasłaniając plecami fragment tablicy, szybko wyprowadził wzór, obliczył stosowną całkę, odczytał wynik: minus pi er kwadrat! Panika sięgnęła szczytu! Szybko zmazał tablicę, nie zważając na narastający szmer z sali przeliczył całkę ponownie:minus pi er kwadrat! Ogarnęło go poczucie klęski. Obrócił się powoli w stronę sali i dopiero wtedy zaczęła do niego docierać treść, skandowana ukradkiem równym chórem z prawie wszystkich ławek, przez zwinięte w trąbki dłonie:
Tak mi się jakoś… Przeczytałam na stronie głównej onetu o Susan Boyle, której głos mnie zachwyca. I dopadła mnie refleksja, która odpuścić nie chce, po raz kolejny zresztą.
Ale ja nie o tym chciałam… To tylko pretekst.
Rzadko mi się to zdarza, jednak czasami przeglądam komentarze pod artykułami. Tym razem, to nie polityka, nie spodziewałam się takiego zalewu jadu, łącznie z „tłusta świnia”.:((( Wkrótce Święta Bożego Narodzenia. Znowu wszyscy wszystkim złożą życzenia, oczywiście te najszczersze, z serca płynące, podzielą się opłatkiem, żeby już następnego dnia…:(((
Skąd to się bierze, nie powiem, że w Nas, bo tu na Wyspie jest to, na szczęście nie do pomyślenia, ale w nas, Polakach, taka pogarda dla inności, nieumiejętność dostrzegania tego, co w człowieku najważniejsze, jego wnętrza, nie zawsze opakowanego w piękne ciało. Brak wystarczająco dobrej znajomości języka nie pozwala mi zaglądać na zagraniczne fora. Poza rosyjskimi, gdzie przestałam bywać, bo było mi zwyczajnie wstyd, po przeczytaniu komentarzy moich rodaków. Opieram się na opiniach znajomych. Podobno nigdzie na świecie nie ma aż takiego zalewu szamba jak tu. Jesteśmy niechlubnym wyjątkiem? Mistrzami świata we wzajemnym opluwaniu?
Uprzejmie informuję, że nie generalizuję. W życiu tak zwanym realnym nigdy się z czymś takim nie spotkałam. Może to kwestia anonimowości, może głęboko na co dzień chowanych kompleksów i w internecie to się wszystko wylewa? Nie chcę wierzyć, że większości TACY jesteśmy.
Zło jest głośne i napastliwe, Dobro ciche, mało medialne. Może to dlatego tak?
Zaczęłam od Susan Boyle i na Niej zakończę. Jest ewidentnym przykładem, że brzydkie kaczątko może okazać się pięknym łabędziem. O ile oczywiście kaczki go wcześniej nie zadziobią.
Na cóż laur ci pochlebczy i kuszące brawa? Na cóż szumnej gawiedzi oklask wielokrotny? Zwiędną, przebrzmią, umilkną. Ale twoja sprawa Jeszcze nie jest skończona, poeto samotny.
W jedyną zbrojny słuszność jako rycerz w męstwo,
Idź pomiędzy aleje, gdzie w ubogich grobie Leżą ci, co wierzyli w za grobem zwycięstwo. A umarli, pobici i podobni tobie.
Jak oni, wzgardź wawrzynem z kusicielskiej dłoni:
Niech w wieniec twój się plotą róże wraz z cierniami. Abyś kiedyś mógł śmiało powiedzieć jak oni: „żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami”
Po ostrych igiełkach ognia jaskrawego Gnam wkoło, a po co – nie wiedzieć dlaczego. Mur twardy się zamknął – wokoło arena I maski miast twarzy i śmiech jak skomlenia! …..Ja – klaun, ja – Arlekin, śmiech tylko i pustka Twarz biała i śmiechem wykrzywione usta! Kto dał wam to prawo, to prawo do tego, By przyjść i wyśmiewać człowieka smutnego ?
Arlekinie, Arlekinie! Trzeba być śmiesznym dla wszystkich! Arlekinie, Arlekinie, Jedna jest nagroda – śmiech!
Wychodzą na krągłą arenę siłacze, Potężni, z nich żaden z bólu nie zapłacze, Jak ja rogaliki – podkowy zginają Jak nitki jedwabne – łańcuchy zrywają! Cyrk cały w wiwatach, bukiety też dla nich I oczy przepastne zachwyconej pani, …A ja w czasie przerwy…..
Arlekinie, Arlekinie! Trzeba być śmiesznym dla wszystkich! Arlekinie, Arlekinie, Jedna jest nagroda – śmiech!
I co raz mnie trudniej was śmieszyć latami, Yorika dla siebie gram tylko czasami, W obłędzie królewskim, w płóciennym namiocie, Na dworze cyrkowym…. Tak czasem i marzę – jak maskę już zdejmę, To świat ten się zmieni wraz ze mną, I łzy spod mej maski obeschną…..
Kim jestem, Arlekin, jak widać, to ja.. ! Ha – ha – ha, ha- ha- ha…
To na wszelki wypadek, gdyby kręciołek nadal kręcił!
Najnowsze komentarze