|
||||||
Dlaczego w herbie Chełma jest akurat biały niedźwiedź umieszczony pomiędzy trzema dębami….któż to potrafi wyjaśnić! Jedni powiadają, że to albinos niedźwiedzia brunatnego, że kiedyś niespotykany kolor jego futra wystraszył Tatarów, co często te ziemie najeżdżali i ci, za jakoweś bóstwo opiekuńcze grodu go biorąc, w trwodze wielkiej uciekli.. Inni – co równie prawdziwe być może – od wspomnień Waregów go wywodzą…I tak być mogło, i tak, i jeszcze inaczej.. Quen sabe, jak powiadają starożytni Czukcze:) Najlepiej przyjąć, że jak jest tak jest i tak akurat jest najlepiej…
Ale ja nie o tym…
W miasteczku tym małym, co za znaczące chce uchodzić, stoi gmaszysko potężne, stare, majestatyczne wręcz wielce. Przed głównym wejściem do niego fontanna ze słynną czaplą wewnątrz niej umieszczoną czasami sobie sika. Jeno że tej starej czapli, wiekiem i natłokiem dziejów jak patyną pokrytej – już nie ma….Zastąpiła ją nowa, nowocześniejsza, artystycznie prawie wręcz doskonała. Ponoć dzieło to mistrza nad mistrzami, człeka co czas i przestrzeń zawinąć potrafi i dowolną formę im nadać! Czapli nadał….tej nowej… Popatrzyłem! Popatrzyłem raz drugi i cóż, może to i czapla, może i nogi ma długie, może i dziób….O nie, nie dziób to a jakowaś morda…Ale na rzeźbie, jak już wspominałem, to ja się nie znam…..za to mistrzowi onemu kilka siekaczy owszem, usunąć boleśnie jeszcze bym potrafił! Za tę nową czaplę, naturalnie!! Ale cóż, tempora mutantur…
Na fotografiach widzicie korytarze, którymi przyszło mi chodzić, schody, z których sturlałem się swego czasu od samego ich szczytu po doły ich dołów, zakręty pięknymi łukami na półpiętrach biorąc i swobodnie a z wdziękiem tocząc się nadal… Ach ta młodość….
A wszystko to kamienne, granit, sjenity, marmury, szlachetna dębina na boazeriach…przepych dawnego duchownego seminarium….robota starych mistrzów co wieki przetrwa i o kunszcie ich świadczyć będzie.
To moje liceum, słynny „Czarny”, od patrona, Stefana Czarnieckiego.
Ale ja nie o tym
Piosenkę nam dziś znowu śpiewa wspaniały Muslim Magomajew. Tej jego „Szeherezady” szukałem wiele lat, jak i innych zresztą….
Kiedyś kiedyś, dawno temu, na Festiwalu Piosenki Radzieckiej zaśpiewał ją w konkursie Rysio Mielniczuk, mój szkolny kolega. I pierwsze miejsce zajął. Bo wiecie, był w naszym „Czarnym” zespół muzyczny – perkusja, gitary i takie tam inne instrumenty, a nazywał się – jakżeby inaczej – Czarnuchy! Czterech ich było, tych grajków i śpiewających chłopaków. Do dziś zostało dwóch…..Jeden jest znakomitym lekarzem, drugi muzykiem po całym świecie koncertującym..A dwaj pozostali leżą blisko siebie, na tym samym chełmskim cmentarzu….Ryśka i Krzysia już nie ma. Rysiek zginął w wypadku samochodowym bodajże w 1973 r. Jechał na próbę, czy koncert…
Posłuchajcie „Szecherezady”, ponoć sam wielki Muslim po wystąpieniu Rysia miał powiedzieć:”ten chłopak zadziwi świat”….Może to tylko kurtuazja, może nigdy czegoś takiego nie powiedział….
Ale ja jak zwykle nie o tym….Incitatus
Republika – Nie pytaj o Polskę To nie karnawał to nie zabawa to nie kochanka taka zmęczona NIE PYTAJ WIĘCEJ MNIE nie pytaj mnie nie pytaj mnie te brudne dworce ten pijak który mruczy coś przez sen NIE PYTAJ MNIE nie pytaj mnie nie pytaj mnie http://www.youtube.com/watch?v=DYeP2iIsjEE I… według mnie rewelacyjne wykonanie bez słów. http://www.youtube.com/watch?v=Seu6q5CxQM0 Dla tych, którzy nie lubią rocka, to samo, tylko trochę inaczej Zdzisława Sośnicka – Dom który mam http://www.youtube.com/watch?v=1QRdGqIN8IU Podtekst sam się narzuca, ale raz na 4 lata to chyba nie grzech.:) 1.Kawa się nadawa,
Lecz gorzała szybciej działa. 2.Herbata też zbrata; Ale martini szybciej to czyni. 3.Kakao też by działało; Ale jest szybszy program sto gram. 4.Sok z pomarańczy jest tańszy; lecz dolać wódki są skutki. 5.Koktajle mleczne są bezskuteczne; ale wóda czyni cuda. 6.Butla Perriera – wciąż jest bariera; łyk Bloody Mary – nie ma bariery. 7.Melba z bananem – Podejściem wyszukiwanem; Sto gram z grzybkiem – szybkiem. 8.Po toniku – brak wyniku; Po ginie – rezerwa ginie. 9.Tort podany na tacy Jest cacy; Whisky wlana do wnętrza Jest prędsza. 10.Sodowa woda to To też metoda; Lecz prędzej do celu dotrzem Scotchem. 11.Banany w mazagranie – Niebanalne zagranie; Lecz sukces towarzyski zapewnia prost whisky. 12.Sok grejpfrutowy Jest zdrowszy; Zmieszany z ginem daje większy plus: Luz. Ogden Nash
Miłośnikom talentu p. Sławy:)) 13 * 4
Należy zauwazyć, że ani dzikie zwierzęta,ani żadne inne ,zywe stworzenie, z wyjątkiem człowieka, nie doznają gniewu; bo chociaż gniew jest wrogiem rozumu, nie rodzi się nigdzie tam, gdzie nie m rozumu. Dzikie zwierzęta mają popędy, zawziętość, dzikość, agresywność.Ale nie znają gniewu, jak i rozpusty, choć nawet w niektorych rozkoszach mniej się hamują od ludzi.
15 * 2 Ludzie narodzili się ku wzajemnej pomocy, gniew – na zniszczenie. Ludzie pragną sie łączyć, gniew chce rozdzielać; człowiek chce pomagać, gniew – szkodzić; człowiek wspierać nawet nieznajomych, gniew – uderzać nawet w najbliższych; człowiek gotów jestpoświęcić sie dla dobra innych, gniew sie narazi na niebezpieczeństwo, byleby tylko innych narazić.
Lucjusz Anneusz Seneka Myś Pan Ignacy Lajkonik zmierzył wzrokiem długi, wysoki regał pełen słoików i skrzywił się. Nienawidził po prostu wizyt w superhiperekstramarkecie, a tym razem niestety był do tego zmuszony. Zakupy tam gdzie zwykle, czyli na targu, nie doszły do skutku. Jesienna atmosfera w połączeniu z kilkoma wirusami na dopingu i jedną wyjątkowo zjadliwą zarazą sprawiły, że liczne stragany ziały pustką. Pan Ignacy dowiedział się od dobrze zakonserwowanego bywalca bazarku, który odznaczał się czerwonym nosem i zamglonym wzrokiem (bywalec, nie bazarek), że wszyscy nieobecni zostali powaleni jesiennymi infekcjami i zdrowieją powoli we własnych domach. Wśród kuracjuszy niestety znalazł się również pan Modest i pozostali zaufani sprzedawcy… co sprawiło, że pan Lajkonik, pokręciwszy głową i powzdychawszy, skierował się do sklepu wielkopowierzchniowego. No i stał teraz w przepastnej hali superhiperekstramarketu Cherchons i myślał sobie, że jakby tę nazwę wymawiać – wyjątkowo! – zgodnie z fonetyką polską, a nie francuską, to dobrze oddawałaby ona pogodę i nastrój tego dnia. Mglisty poranek przeszedł w niepewny, zachmurzony dzień, który nie mógł się zdecydować, czy zacząć siąpić mżawką, czy może łaskawie udostępnić nieco słoneczka – a efektem była całkowita dezorientacja ludzi, którzy wychodzili ubrani za grubo lub za cienko i przeziębiali się, a następnie z zażenowaniem pokasływali i kichali w zwinięte dłonie – echhherr! Echhherr! Echchhon! Na razie jednak pan Ignacy musiał porzucić te ponure i w gruncie rzeczy bezproduktywne rozważania nad brzmieniem i nazwami, a zająć się zakupami. Zaprosił był mianowicie swojego siostrzeńca Karola, zwanego Koperkiem, wraz z jego oficjalną już – jak ten czas leci! – narzeczoną Pauliną, na uroczysty obiad, w którym gwoździem programu miały być dania kuchni włoskiej, m.in. zupa-krem z brokułów, a na drugie – spaghetti z pesto oraz sosem szpinakowo-czosnkowym. Mimo że pasta w kuchni włoskiej jest podawana zupełnie osobno, a danie główne to „normalne” drugie danie, pan Lajkonik z panią Chandrą doszli zupełnie słusznie do wniosku, że gdyby dodali do menu jeszcze jakąś pieczeń, to pękliby z przejedzenia, zwłaszcza że na deser miało być domowej roboty tiramisu! Pan Ignacy stał teraz pośród półek ze słoiczkami, torebkami, puszkami etc. i zastanawiał się, które z nich mu się przydadzą i dlaczego. Czas upływał sobie w takt dziarskiej piosenki, dopingującej klientów do kupowania, a pan Lajkonik, odporny na taki syreni śpiew, zaczynał żałować swojej odporności. Przecież mógłby dać mu się porwać i skończyć zakupy już dawno – nie stałby wtedy na środku alejki i nie drapałby się bezradnie w głowę. No i mógłby wrócić do domu, przebrać się, wypakować siatki i zacząć kulinarne misterium… a dzięki temu być może zdążyć z włoską ucztą na umówioną godzinę! To ostatnie podpowiedział mu już całkiem ostro jego wewnętrzny głos, który zaraz potem pokazał panu Ignacemu wyraźnie, które słoiczki, torebki i puszki powinien wrzucić do koszyka. Pan Lajkonik, wdzięczny za podpowiedź, szybko wypełnił koszyk i spojrzał na zegarek. Gdyby zamiast koszyka miał wózek, mógłby się złapać za głowę – wszystkie te rozterki i rozważania zajęły mu tyle czasu, że musiał się naprawdę pospieszyć, jeżeli chciał ze wszystkim zdążyć! Gdyby więc nie jesienna pogoda, pan Modest i inni straganiarze nie zachorowaliby… gdyby nie to, pan Ignacy nie musiałby iść na zakupy do Cherchons… gdyby nie to, nie zastanawiałby się tak długo nad wyborem… gdyby nie to, nie spieszyłby się tak do kasy i być może wybrałby inną drogę do kasy. Ale nie wybrał. Poszedł zdecydowanym krokiem na skróty, przez alejkę z zabawkami. I tam ktoś chwycił go za nogawkę, uniemożliwiając marsz ku kasom. Zaskoczony pan Lajkonik usiłował się uwolnić, ale chwyt był mocny i pewny. Spojrzał więc w dół. Stała tam dziewczynka, pięcio- a może sześcioletnia, ubrana niezwykle szykownie, według klasycznych wzorów elegancji z katalogów mody. Tweedowy płaszczyk leżał na niej nienagannie, z ramienia zwisała torebka – miniatura „dorosłej” damskiej torebki, a całości obrazu dopełniały kaloszki i kaszkiecik w tę samą szkocką kratę. Dziewczynka miała twardy wzrok osoby przyzwyczajonej do tego, że jej życzenia i żądania są spełniane, gdzieś daleko czaiła się groźba, że niechby ktoś się jej sprzeciwił, to dopiero! Chcąc nie chcąc, pan Ignacy pochylił się ku dziewczynce z pytającym wyrazem twarzy. – Dzień dobry – powiedziała dziewczynka tonem jednoznacznie potępiającym fakt, że pan Lajkonik nie odezwał się jako pierwszy. Po czym ciągnęła w sposób nader rzeczowy: – Mam taki problem, proszę pana; chciałam kupić do mojego domku dla lalek nowego lokatora. Pana lalkę dla moich pań. Czy mógłby mi pan poradzić, jaki będzie najlepszy? Tu wdzięcznym gestem wskazała na półkę, na której stało kilkanaście pudełek z logo znanej firmy zabawkarskiej. Pan Ignacy niedowierzająco spojrzał na dziewczynkę (wciąż trzymającą mocno jego nogawkę), po czym skierował wzrok na lalki. – Może ta? – zaproponował niepewnie pierwszą z brzegu. – Zobaaaczmy… – odpowiedziała sceptycznym tonem dziewczynka. Sięgnęła ku pudełku i wcisnęła dobrze widoczny guzik z napisem „Wypróbuj mnie!”, umieszczony centralnie na piersi postaci. Lalka – eteryczny blondynek w błyszczącym metalicznie garniturku – otworzyła usta, a słowiczy głos powiedział: „Moja droga, jesteś najpiękniejsza na świecie. Twojej urodzie nic nie dorówna. Czy mogę cię zaprosić na kolację przy świecach?” – Ee – oceniła dziewczynka – kit wciska! Następna! Pan Lajkonik zaniemówił i posłusznie dotknął następnego guzika. Lalka – postawny brunet w wojskowym moro – zapewniła soczystym barytonem: „Obronię cię. Ze mną poczujesz się bezpiecznie. Będziemy razem już zawsze!”. Tym razem jedyną reakcją ze strony dziewczynki było pogardliwe – Pfff!!! Pan Ignacy uniósł brwi, ale przesunął się dalej i wypróbował następną lalkę „Ouuu, bejbee!” zawyło z pudełka coś w hawajskiej koszuli i z nażelowaną fryzurą „Imprezuj ze mną, wezmę cię na niezłe party-y-y!”. Dziewczynka wydęła wargi – Fi donc! A co to za kreatura! Następny! Ugrzeczniony głosik okularnika w kuchennym fartuchu z następnego pudełka zapytał: „Czego byś sobie życzyła? Babkę czy torcik? Pojedź do przyjaciółki, a ja w tym czasie pozmywam i odkurzę…”. – Noo, może? – zastanowiła się dziewczynka – Ale to takie nudne… Następny! „Zostaję dzisiaj dłużej na zebraniu!” zadudnił bas z kolejnego opakowania „Wypiszę ci czek, kup sobie coś ładnego u jubilera” – Ee, tak to ja mam codziennie w domu! I nie wiadomo, czym by się to skończyło, gdyby dziewczynka nie zobaczyła na samym końcu półki pudełka, które nie miało przezroczystej ścianki, guzika „Wypróbuj mnie”, ani żadnej innej wskazówki, co konkretnie kryje się w środku. Na pudełku był tylko napis „Idealny mężczyzna dla Twojej lalki” i kilka kolorowych plam, które mogły – ale nie musiały – kojarzyć się z męską sylwetką… a może tylko profilem twarzy? Dziewczynka podniosła pudełko z półki – a było to ostatnie pudełko tego rodzaju! – i skwapliwie zaczęła szukać wieczka. Pudełko było wszakże doskonale zamknięte i zapieczętowane, więc dziewczynka zmieniła nastawienie z dystyngowanego na zniecierpliwione, a potem – na całkiem już zdenerwowane. I kto wie, jakby się to skończyło, gdyby zza rogu nie weszła mama dziewczynki z wielkim wózkiem pełnym zakupów. Skąd pan Lajkonik – a wraz z nim Czytelnicy – wiedział, że to jej mama? To było od razu widać. Pani była ubrana dokładnie tak samo, jak dziewczynka, z tą różnicą, że na nogach zamiast kaloszy miała eleganckie czółenka. W szkocką kratę, oczywiście. Szybkim krokiem podeszła do regału, jednym spojrzeniem ogarnęła sytuację i powiedziała do córki: – Aha, tutaj jesteś! – a do pana Ignacego – Widzę, że córka zaangażowała pana do pomocy. No tak, to typowe, ona jest taka przedsiębiorcza – po czym znów do córki: – Kochanie, nie otwieraj tego pudełka, idziemy najpierw do kasy! I poszły. A pan Lajkonik stał osłupiały i patrzył, jak oddalały się od niego sklepową alejką. Przez chwilę słyszał jeszcze ich rozmowę: Pan Ignacy, powoli dochodząc do siebie, również ruszył w kierunku kasy. Ale jak najdalszej od tej, do której kierowały się pani z córką. Ponieważ teraz już naprawdę mu się spieszyło, prawie biegł. A poza tym chciał być jak najdalej od nich, kiedy pudełko zostanie otwarte. _______________ Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora. W niedzielę – pod presją zbliżającego się zakończenia ekspozycji – poszliśmy z przyjaciółmi zwiedzać wystawę „Skarby Korony Hiszpańskiej” w Muzeum Narodowym. Czas był wybrany nie najgorzej – jeszcze nieostatnie chwile, a już zdecydowanie nie nowina, w dodatku zaczęliśmy w miarę wcześnie, przed południem. Ten szczęśliwy traf oszczędził nam zarówno kolejki po bilety, jak i tłoku podczas zwiedzania – z takiegoż wyrachowania nie czekaliśmy na przewodnika. Słusznie zresztą – już wkrótce nasza grupka rozbiła się na sztuki (wystawa Sztuki zobowiązuje!) i rozproszyła pośród innych obecnych. Nie znam się specjalnie na sztuce w ogóle, a w szczególności na subtelnościach odróżniających odrodzenie od baroku. Nie przeszkadzało mi to podziwiać dawnych mistrzów – wysmakowanie proporcji sylwetek rzeźb i malowanych postaci, ich naturalne pozy, a nawet mimika twarzy – wszystkie te szczegóły sprawiały, że znikał gdzieś dystans setek lat dzielących nas od twórców, pozostawały jedynie przekazy ludzi o ludziach, prawie takich samych jak my. Prawie, bo z wszystkich tych dzieł, od ogromnych tapiserii (lokalne określenie na gobeliny czy arrasy) po najdrobniejsze ozdoby czy przedmioty codziennego użytku (np. kielich złoty, inkrustowany kawałeczkami korala) biła niespotykana dzisiaj cierpliwość i staranność wytwórców. Sceny antyczne, jak „Uczta Scypiona” – ogromna tkanina na całą wielką ścianę, otwierająca wystawę – zostały odtworzone z rozdzielczością grubości nici, z nieprawdopodobną dziś dbałością o szczegóły. Wytworzenie tego dzieła musiało zająć twórcom lata nieprzerwanej i precyzyjnej pracy. Dziś jesteśmy technologicznie dużo dalej, możemy mierzyć dystanse w nanometrach,ale myśl o poświęceniu kilku lat życia dla wykonania jednego dzieła jest dziś uznawana za nieuzasadniony hazard. Sprzedajemy jako pełnowartościowy towar nawet szkice projektów przedsięwzięć,pozostawiając użytkownikom trud testowania i wyszukiwania błędów – byle szybciej, byle więcej. I z rzadka tylko dzieła rąk dalekich przodków skłaniają do refleksji: zwolnijcie! Były i mniej filozoficzno-artystyczne refleksje. Stojąc obok pięknie zdobionej zbroi cesarza Karola V z roku 1550-go, prócz podziwu dla jubilerskiego płatnerstwa gdzieś wgłębi duszy odczuwałem poczucie wyższości nad wielkim cesarzem,który sięgałby mi w pełnym rynsztunku najwyżej do ramienia. No cóż, stać go było na dużego konia, zapewne! Musiałbym jednak przed nim wtedy uciekać – na szczęście mój samochód od jego konia jest i większy, i szybszy. Dość mieszane uczucia zbudziły we mnie – stanowiące logo wystawy – portrety polskich dzieci królewskich Władysława Wazy i Anny Marii Wazówny. Portrety te,przeładowane oznakami bogactwa i przyszłej władzy przedstawiały nie dzieci, lecz jakieś staro-maleńkie hybrydy – mnie kojarzyły się nastrojem z „Rosemary’s Baby” Polańskiego.
http://skarby.muzeum.krakow.pl/pl
Po opuszczeniu Muzeum Narodowego nie dość nam było historii i zeszliśmy do podziemi, od niedawna eksponowanych pod krakowskim Rynkiem. I tu kompletna odmiana:fragmenty starych dróg, liczne zabytki, resztki zniszczonych w pożarze chat średniowiecznego Krakowa, szkielety ludzi setki lat temu pochowanych na obszarze obecnego Rynku… I wiele rzeczy można było dotknąć i użyć: średniowieczna waga uprzytomniła jednej z koleżanek, że waży … dwa kamienie, przy trzech łokciach wzrostu. Wszystko to było nasycone elektronicznymi mediami – wszędzie panował gwar średniowiecznego targowiska, i gdzie tylko się dało wystawione zabytki były ilustrowane ruchomymi obrazami z rozmieszczonych wszędzie rzutników. Były sceny handlu , dalej przechodziło się obok pożaru trawiącego drewniane domy, aby za chwile prawie wmieszać się w żałobników chowających bliskiego.Muszę przyznać, że było to wyjątkowo dobrze zharmonizowane – ani przez chwilę nie odczuwałem kontrastu między zabytkami materialnymi i wirtualnymi. A ileż było miłego zaskoczenia, gdy zauważyłem, że wiszące na ścianach korytarzyka kończącego ekspozycję portrety królów uśmiechają się do mnie, a niektórzy nawet puszczają oko!
http://mhk.pl/oddzialy/podziemia_rynku
Po tylu wrażeniach jedynym słusznym posunięciem było udanie się na Kazimierz w celu degustacji całkowicie współczesnych – choć warzonych wg zacnych, tradycyjnych recept – wyśmienitych piw w różnych gatunkach.
O, smętne, śnieżne nevermore! Dni utracone, ukochane! Widzę cię znów w Cafe du Nord W mroźny, mglisty poranek.
Strach, słodki strach od stóp do głów, Dygot błękitnych czułych nerwów, I sen był znów i list był znów: Mgła legendarnych perfum.
Lecz nie ma mnie i nie ma mnie, I nigdy w życiu mnie nie będzie. Zostanę w liście, zostanę w śnie, W tkliwej, snieżnej legendzie.
Nic o tym nie wiesz.Czekasz drżąc. Dzień sennie sypie się i szepce. Ach, serce moje i młodość mą W srebrnej nosisz torebce.
Wczoraj? A co to było ? Tak : Carmen, kareta, wino walce…. Mignęło w oczach. Nie – to ptak, Wyszyty na woalce.
Pusto i ciepło w tym Cafe. Zima się w oknie szronem perli. Nie przyjdę. Idź. Nie spotkasz mnie. …. Wielki, wielki jest Berlin.
http://www.youtube.com/watch?v=IOJxQMivblg
Julian Tuwim
Jesień Jabłka świecą na drzewach jak węgle w popiele, Jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne Już kasztan się osypał i ochłodły ranki; z małym domkiem, ogródkiem, sennym fortepianem, z którą byś po śniadaniu czytał Mickiewicza – jak jesień zamyślona, jak Jesień śmiertelna Oczywiście – KIG 🙂
Los splata życiorysy. On. Menel na wiecznym rauszu, któremu współtowarzysze odmawialimeldunku na Dworcu Centralnym. Powód? Jego organizm nie przyjmował denaturatu ikumple nie potrafili zaakceptować takiego marnotrawstwa. Pętał się więc wokółPałacu Kultury i wiadomej galerii handlowej. Dobre to było miejsce. Pożywne. Ai petów, ile dusza zapragnie. Tego życia wolnego człowieka nie zamieniłby nawcześniejszą kancelarię, rozprawy, togi i obiadki biznesowe u Fukiera. Gorzej było z higieną osobistą, czy raczej z brakiemmożliwości jej zachowania. Ale stopniowo się przyzwyczajał i jeśli jużpokazywała się przykra konieczność konwersacji, nigdy nie stawał odnawietrznej. Ona. Nigdy nie miała prawdziwego domu. Ciągle na ulicy. Nie znającinnego życia uznawała za normalne to, które przypadło jej w udziale. Trudne, czasem okrutne gdy napatoczyła się na sadystę, aledla niej – zwyczajne. Los sprawił, że jednocześnie wystartowali do pozostawionej naławce prawie całej kanapki. Zapowiadała się draka, bo oboje byli głodni, alecoś w nich zaiskrzyło. Kanapka została sprawiedliwie podzielona na w miaręrówne połówki, po spożyciu których, już razem, wyruszyli na dalszeposzukiwania. Pod kebab. Akurat trafili na moment, gdy w kebabie podawano mięsodrugiej świeżości, w związku z czym wokół lokalu pełno było nadgryzionych iporzuconych buł. Uczta, najedli się jak nigdy. Oboje w lot pojęli, iż był to znak od losu – widać w tandemiemaja więcej szczęścia i jak się będą wzajemnie wspierać, to perspektywakolejnych miesięcy wydawała się imponująca. I tak było. Gdy on bezskutecznie prosił przechodniów owsparcie, ona, nie pytając, potrafiła wyrwać z siatki, a nawet i rąk, cośpożywnego. I tak im się żyło dostatnio i szczęśliwie, a uczuciewzajemnego przywiązania narastało, aż stali się nierozłączni. No, prawie. Przychodziły na nią takie chwile, gdy po prostu musiałazniknąć. Nic się wtedy nie liczyło. Nic i nikt nie był ważny. NawetOn, którego przecież nie odstępowała na krok, na minutę. Więc znikała. A On czekał na ławeczce przed wejściem do Pałacu Młodzieży.Nie jadł, nie pił. Nawet nie szedł do pobliskiej fontanny by obmyć twarz. Ot,łyknął trochę wody i wracał na ławeczkę. Czekał całymi dniami i nocami. Czyspał? Budził go spadający liść, więc może i spał, tylko czy to jest sen? Gdy się zjawiała i łasiła, złość mu przechodziła, wybaczał.Wierzył, ze to był incydent i już się nie powtórzy. Już zawsze będą tylko razem Ale i jemu trafiały się momenty, gdy przymus znikaniaokazywał się silniejszy niż łącząca ich więź. Wtedy Ona nie mogła wyjść zpodziwu, że się urywa i to z taka śmierdzącą, przesiąkniętą alkoholem zdzirą. Nimgo znalazła przytulonego do zdziry w jakiejś obskurnej bramie, obleciaławszystkie bliższe i dalsze bramy, a nawet piwnice. Była w tych poszukiwaniachniezmordowana. Panicznie bała się, że go straci, a tego by nie przeżyła. Jednak wracał. Po takiej eskapadzie przybywało mu worów podoczami i zmarszczek, ręce mu się trzęsły. Gdyby wiedział, jak bardzo mu te znajomości szkodzą, to by wżyciu na żadną inna nie spojrzał. Z nią był bezpieczny. Mógł całymi dniami nic nie robić, a onai tak zdobyła jedzenie dla dwojga. Niby wszystko wracało do porządku, do tego co dawniej, alezaufanie do siebie stracili. Ile razy On spojrzał na jakąś babę, Ona na niego warczała.Ale i On jej nie dowierzał. Gdy jej zakładał zdobytą gdzieś obrożę i przypinał smycz,pomyślała: – Ale ty jesteś kochany głuptas. Jak przyjdzie mój czas, tomnie żadna smycz nie utrzyma. I to jest prawda. Ale cóż poradzić. |
||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||
Najnowsze komentarze