Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,270
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

DLA STANA, KTÓRY CIĄGLE NA JAKIEJŚ WOJNIE..


” Kiedyśmy byliśmy na wojnie, kiedyśmy byliśmy na wojnie, tam każdy myślało swej lubej, kochanej albo o żonie. A jam nie myślał ot o niczym, a jam nie myślał ot o niczym, jam tylko patrzył na błękitny dymek papierosa. Boś ty mnie kiedyś obełgała, boś ty mnie kiedyś obełgała i serce swoje takie lekkie mojemu druhu oddała, bo serce takie lekkie swoje mojemu druhu oddała. A jam nie myślał o kim innym, a jam nie myślał o kim innym, jam tylko papierosa palił z tureckim gorzkim tytoniem…Kiedy będziemy znów na wojnie, kiedy będziemy znów na wojnie naprzeciw kulom mnie poniesie mój rozszalały koń. Ja tylko wiernej kuli czekam, ja tylko wiernej kuli czekam, co zabije mój żal i skończy mój przeklęty los…
„

Tłumaczenie: Incitatus

Okruchy wspomnień…

Byłam pewna, że wszystko spłonęło w kaflowym piecu gdy przeprowadzaliśmy się do nowego domu. A jednak nie. Odrobina jakimś cudem, pewnie przez moje rozstrzepanie gapowate, ocalała. Ku pamięci. Mojej.

Pozwólcie, że się z Wami podzielę.:) To nie wszystko, tylko część, ale do publikacji jako i te się nie nadają a zanudzić na śmierć Was nie chcę.:)
Zdaję sobie sprawę, że zapiski mają wartość przede wszystkim dla mnie.:) Pisane od początku do końca do szuflady, nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego.:)

Miałam 8 lat. Skończone. Lindleya 4. Warszawa.

Szczęście

Teraz już wiem dlaczego
szczęście jest niewdzięczne
tak rzadko nas odwiedza

Czy choć przez chwilę
ktoś je pokochał
ktoś je odwiedził
ktoś do niego zadzwonił
ktoś zapytał o zdrowie

Wszyscy chcą je tylko mieć

………………………………………………………………………………………………………………

Kolejne drobiazgi z czasu gdy już byłam starsza. Najpóźniejszy, chyba, mnie 14-letniej.

Się

stałam się słowem
przypadkiem zasianym
gołym, zaschniętym
bez nadziei

Chudy Anioł

o nim się już nie mówi
chude Anioły odeszły
oślepły od patrzenia

…………..

zgasiłeś mnie jak pet w śmierdzącej popielniczce
zgasiłeś by nikt nie zapytał
czy masz ogień dziewczynko z zapałkami

…….

nie umiem zapomnieć
tego kawałka nadziei
który zabrałeś
nie dając w zamian nic

To podróż sentymentalna. Dziś już nie pamiętam w jakich okolicznościach „stworzyłam” nastoletnie „dzieła”.:) Pewnie byłam śmiertelnie, nieszczęśliwie zakochana.:)))

Ta nasza młodość… ten szczęsny czas….

http://www.youtube.com/watch?v=BdiMTnMe8Yk

Dla Lukrcji…

Incitatus

Pokusa…….. dla Senatora :)

W dłoni masz róże, we włosach perły winogrona,

A usta purpurowe, wilgotne od wina.

Na mchy mnie wabisz, naga wśród lasu dziewczyna,

Żądnie wyciągasz ku mnie tęskliwe ramiona.

 

Pręży cię nadmiar pragnień, łuk twych biódr przegina,

Uwypukla dwa śniezne wzgórza tweg łona,

Na których, jak całowań pamięć zróżowiona,

Zdwojony pąk różany me usta zaklina.

 

Czyś ty łaska, czy zguba, zbawienie czy zdrada,

Nie wiem. Wiem jeno: rozkosz w ramiona mi pada.

Ponęty moc i groźby czar ku tobie prze mię.

 

Dreszcz najsłodszy, że pragnę i razem się boję !

Bo ileż upojniejsze są mi róże twoje,

Że całując je nie wiem, czy w nich wąż nie drzemie

 

Leopld Staff  roza .

TAK LATA NASZA WIEDŹMINKA!!!

  

Jesienne niebo

  

 

 

Jesienne niebo słodkie, pełne łaski,

        spowite w szal kaukaski

przez drzew bezlistnych rozszczepione pędzle

        przeciaga różową frędzlę.

I ku nadziei mej podchodzi z bliska,

        słodyczą mnie uciska

i na tęsknocie mej opiera dłonie

       – pachna ostatnie lewkonie –

Jesienne niebo słodkie, pełne łaski.

         zwija swój szal kaukaski –

a odrzuciwszy go, staje bez ruchu

         z cekinem złotym w uchu.

MPJ….  roza 

 

A dla Kwaka:

obiecany mój konterfekt  hehe 

 

SŁONECZNIKI DLA WIEDŹMINKI..

Incitatus

Ech, wy ludzie co żyć potraficie..


Żyją tacy faceci
Że my przy nich jak dzieci
Znają życie
I mają swój plan
Ech, wy ludzie, co żyć potraficie
Jak boleśnie zazdroszczę ja wam

Wy pijecie bez kaca
Do was przeszłość nie wraca
Nie spełnionych nadziei goryczą
Ech, wy ludzie, co żyć potraficie
Jestem jednym z tych, co wam źle życzą

Przenikliwi jak kornik
Trudne lekcje historii
Odrabiacie na parę lat naprzód
Dawno już na tym świecie
Byłoby tak, jak chcecie
Tylko tacy, jak ja, wszystko spaprzą

Każdy z was jest sam w sobie
Podmiot, przedmiot i obiekt
Wszystko skute solidną obręczą
Mocni ludzie, co żyć potraficie
Za was inni się pocą i męczą

Żyją tacy faceci
Że my przy nich jak dzieci
Wątpliwości nas żre gorzka rdza
Ech, wy ludzie, co żyć potraficie
Jak boleśnie zazdroszczę wam ja

Wszyscy wy jak te bogi
Macie ręce i nogi
Kopem bronisz, co łapą zachapiesz
Magia szklanych ekranów
Zmienia ich rację stanu
W rację siadu na własnej kanapie

By wam przyznać co wasze
Nie napluję wam w kaszę
Zawiść swoją na chwilę ukrócę
Ech, wy ludzie, co żyć potraficie
Gówno wiecie, co to jest życie
Ale za to się znacie na sztuce…

J.Kofta

Lajkonik i poetyka wakacji

Pan Ignacy Lajkonik prowadził samochód po rozpalonej słońcem włoskiej autostradzie, wśród setek innych samochodów, między którymi zdarzały się wielkie ciągniki siodłowe, zwane tirami, holenderskie kampery – zawalidrogi, ale także supersamochody, niskie, sportowe, o opływowych kształtach… Zazwyczaj pan Ignacy widział w lusterku daleki błysk, mówił ostrzegawczo „Oho!”, a w następnej chwili lśniąca strzała śmigała obok nich i znikała gdzieś z przodu. Obok pana Lajkonika siedziała pani Chandra, która na jego „Oho!” unosiła głowę i próbowała dostrzec jakieś oznaczenia. Potem odwracała się do pana Ignacego i mówiła na przykład: „czarny koń” albo „trójząb”, czy też „dwie skrzyżowane flagi”, a on starał się przypomnieć sobie, jaka to marka.

Poza tym podczas jazdy świetnie się bawili, grając w słówka, śpiewając lub wspominając miejsca, w które odwiedzali przez poprzednie dwa tygodnie (i co tam robili): Piazza del Campo w Sienie, gdzie pili znakomite espresso, pyszne lody w Lucce, niedaleko domu, w którym urodził się Giacomo Puccini (tu pan Lajkonik zaśpiewał „La donna e mobile”, a pani Chandra zaczekała, aż skończy, po czym pocałowała go w policzek, ale tak, żeby nie przeszkadzać w kierowaniu, i powiedziała „Ale to z opery Verdiego”, na co on uśmiechnął się i pomyślał „No pewnie, że tak… ale opłaciło się”), pasta i Chianti niedaleko florenckiej Galerii Uffizi czy też opowieść o Giuletcie i jej niewiernym kochanku, na którym zemściła się wróżka Beffana, pod wieżami San Gimigiano. A jaka perspektywa rozciągała się z murów fortecy w Volterrze! A jak wyglądały ciemne burzowe chmury nad murami Asyżu! A jaki kolor miały wzburzone wody Jeziora Trazymeńskiego! A potem pani Chandra zaczęła wspominać jeszcze, jak świecił wielki, różowy księżyc pewnego wieczoru, kiedy cykady nie chciały iść spać…

I z tą właśnie myślą zasnęła, a pan Ignacy skupił się na prowadzeniu samochodu, bo też i droga przed nimi była długa. Kiedy pani C. się obudziła, krajobraz za oknem wyglądał już całkiem inaczej. Szosa pięła się serpentynami po zboczach gór, których szczyty były nagą skałą, a gdzieniegdzie przebłyskiwały na nich białe płaty śniegu. Zbliżali się do wlotu tunelu, który czerniał kilkaset metrów przed nimi. – To już Austria? – spytała pani Chandra. Pan Lajkonik pokręcił przecząco głową i tajemniczo powiedział: – Nie. To niespodzianka!
Przejechali kilkaset metrów skąpo oświetlonym tunelem i zupełnie jak Alicja po drugiej stronie lustra

*   *   *

wyjechali na jego drugą stronę. Przywitała ich soczysta zieleń alpejskich hal i niebieska tablica, głosząca w kilku językach „Księstwo Belle-Lettre. Witajcie!” i małymi literami „Boże, zachowaj Księcia Pana!”. Pani Chandra przetarła oczy, pewna, że jeszcze śni, ale łąki ani tablica nie chciały zniknąć, a kiedy ją minęli, zza zakrętu wyłoniło się nieduże miasteczko. Schludne domki z dwuspadowymi dachami cieszyły oko bielą ścian, a w samym centrum stał zamek – przypominający trochę słynny Neuschwanstein, ale nie tak kiczowaty. Pan Ignacy zaparkował przy niewielkim pawiloniku, z szyldem głoszącym „Books – Bücher – Livres – Libri – Knigi – Książki – Bøger – Raamatud”, i odwrócił się do swojej ulubionej pasażerki. – Niewielu turystów tu trafia – powiedział kpiarskim tonem – Nie ma tu strefy wolnocłowej, z alkoholi mają tu własne wina, niezłe, ale winnica jest za mała, żeby konkurowali z wielkimi… Ale mają tu inne rzeczy, których gdzie indziej nie uświadczysz! Chodź, wszystko ci pokażę!

Zameldowali się w hotelu „Chez Palindrome”, pan Ignacy zaniósł bagaże do przytulnego pokoiku z widokiem na Pic du Verse, a potem poszli zwiedzać. Spacerowali ślicznymi uliczkami, gdzie z pięknie rzeźbionych drewnianych balkonów zwieszały się girlandy błękitnych amfibrachów i fioletowych alegorii, przetykane gdzieniegdzie pękami żółtych toposów. Partery zazwyczaj zajmowały małe sklepiki, z których każdy poczytywał sobie za punkt honoru posiadanie jak największego okna wystawowego. Pyszniły się w nich – w zależności od branży reprezentowanej przez sklepik – mięsiste didaskalia, zwiewne greguerie, proste żurawiejki i pełne uroku frottole. Pana Lajkonika i Chandrę minęła rozgadana para beletrystów, której piękniejsza połowa prowadziła na smyczy baraszkującego ałpamysza.

  
Po chwili doszli do Place de Six Poetes. Pan Ignacy wszedł w rolę przewodnika: – W tym miejscu prawie siedemset lat temu miało miejsce niebywałe wydarzenie… Spotkało się tu sześciu najwybitniejszych humanistów Toskanii i okolic, poetów, pisarzy i myślicieli. Pamiętasz ten obraz Vasariego z galerii Uffizi? – pani Chandra skinęła głową – No właśnie, to było coś w rodzaju pamiątkowego zdjęcia. 
W centrum placu unosiła się wielka, kolorowa czasza. – Ach, w samą porę – uradował się pan Lajkonik – Tam widzisz balon, napełniany zazwyczaj mieszaniną pozyskiwaną z głów debiutujących autorów, którym udało się odnieść sukces. Mówi się, że uderza im do głów woda sodowa, ale to nieprawda; objawy takie jak zadzieranie nosa i patrzenie na wszystkich z góry są skutkiem wydzielania się lżejszego od powietrza gazu…

W tym momencie przerwało mu głośne ujadanie. Dwóch mężczyzn w szaro-zielonych strojach i tyrolskich kapelusikach z piórkiem trzymało z całych sił drewnianą klatkę, w której szalała dorodna metafora. – To tutejsza tradycja – wyjaśnił pan Ignacy – Mężczyźni idą w góry, uważnie śledząc wszystkie literackie tropy, i starają się chwytać nowe metafory na jak najwyższym poziomie. A potem dostarczają je do miasta i przechwalają ich pięknem. Ale ci tutaj chyba nie potrafią jej opano… – w tej chwili szczeble nie wytrzymały furii. Metafora skoczyła błyskawiczną tęczą i po chwili zmieniła się w znikający punkt. Myśliwi skoczyli za nią, ale szukaj wiatru w polu! – Tam, tam popędziła! – wrzasnął jeden z nich, drugi przenikliwie zahałłakował, a na ten łowiecki zew z okien i drzwi zaczęły wychylać się głowy mieszkańców.

Nie minęło parę chwil, a w miasto ruszyły naprędce zorganizowane grupy pościgowe, prowadzące na smyczach tresowane metonimie i gończe synekdochy . Przez uliczki i skwery poniosło się ich podniecone jodłowanie, gdy złapały trop i poszły weń. Metafora była jednak chytrym i doświadczonym egzemplarzem – ukryła się między wierszami, słychać ją było tylko w milczeniu ścian, pomiędzy którymi przemykali tropiciele. Pani Chandra przyglądała się temu przez chwilę, po czym zmarszczyła brwi, wyraźnie zastanawiając się nad czymś. – Chodźmy – powiedziała i pociągnęła pana Lajkonika za rękaw… w kierunku balonu. – Dokąd? – zdziwił się Ignacy, ale ponieważ ufał pani swojego serca, posłusznie podążył za nią.

W ogólnym podnieceniu, jakie towarzyszyło polowaniu na metaforę, nikt nie zwrócił na nich uwagi. Pani Chandra wsiadła do balonu, a pan Lajkonik odwiązał liny i zdążył jeszcze wskoczyć do unoszącego się kosza. Jeszcze tylko wyrzucili dwa worki z balastem, zawierające kąśliwe recenzje krytyków, i balon majestatycznie wzniósł się w powietrze, a potem pożeglował z przychylnym wiatrem nad dachami miasta. Nasi bohaterowie zdążyli się przez ten czas zapoznać z wyposażeniem swojego powietrznego statku, a pani Chandra wyciągnęła z futerału wielką lornetę i intensywnie przepatrywała dachy i uliczki miasta. Równocześnie zdążyła wyjaśnić panu Ignacemu plan, na który on z entuzjazmem przystał.

Szybowali bezgłośnie przez kwadrans, a może nieco dłużej, kiedy pani Chandra wskazała panu Lajkonikowi jakiś punkt i podała lornetkę. Ignacy spojrzał, wyregulował ostrość, popatrzył jeszcze raz i – faktycznie! Nad dachem domu unosiła się zwinięta w opalizujący kłębek metafora. Kiedy pan L. na nią patrzył, rozprostowała swoją teorię kognitywną, przeciągając się od jednej domeny pojęciowej do drugiej. Najwyraźniej dobrze jej było powygrzewać się na słoneczku. Tymczasem balon bezszelestnie podkradał się ku niej… był bliżej, coraz bliżej, jeszcze bliżej… A kiedy jego cień już, już miał spłoszyć metaforę, Ignacy i Chandra szeroko rozpostarli sieć skojarzeń – a wiesz przecież, szanowny Czytelniku, że była ona rozległa i bogata – i, rzuciwszy pierwszymi z brzegu konotacjami, chwycili metaforę w lot!

Nie dane im było jednak spocząć na laurach, ponieważ kapryśny Autor nakazał wiatrowi powiać w taki sposób, aby balon zbliżył się niebezpiecznie blisko murów książęcego zamku! Na szczęście pan Lajkonik, wiedziony instynktem, spojrzał przez ramię i w porę zauważył, na co się zanosi. Zdążył tylko pogrozić Autorowi palcem i już oboje z Chandrą mieli pełne ręce roboty – trzymając sieć z wierzgającą metaforą, próbując wypuścić z balonu nieco gazu i przygotowując się na zderzenie z ziemią. Wszystko to udało im się konkursowo, biorąc pod uwagę, że o lataniu balonem mieli ledwie zielone pojęcie, i po chwili wylądowali niedaleko strzelistej południowej wieży zamku, w parku, wśród starannie przystrzyżonych w persyflaże krzewów. Lądowanie nie było jednak idealne, nagły powiew w ostatniej chwili szarpnął sflaczałą czaszą i kosz przewrócił się bok.

Lajkonik i Chandra wygramolili się z wywróconego kosza, zabezpieczyli starannie siatkę z oszołomioną tym wszystkim metaforą i dopiero wtedy zauważyli, że całej scenie przygląda się ze zdumieniem starszy, siwy pan, z bródką i w binoklach, ubrany w jasny, letni garnitur. Pan Ignacy natychmiast mu się ukłonił, głęboko i z najwyższym szacunkiem. – To książę! – szepnął w kierunku pani Chandry, która błyskawicznie zorientowała się, co należy zrobić i wykonała elegancki dworski dyg. Bo też rzeczywiście był to sam Jaśnie Pan Książę, Jego Wysokość Eclair d’Inspiration de Belle-Lettre, w związku z piękną pogodą raczący się popołudniową kawą na świeżym powietrzu.

Oboje przedstawili się księciu zgodnie z wymogami etykiety, a on zaprosił ich na kawę (pani Chandra wolała herbatę) z magdalenką. W międzyczasie z miasta przybył zdyszany posłaniec, który potwierdził wersję wydarzeń, prezentowaną przez pana Ignacego. Książę pozwolił posłańcowi odsapnąć, po czym poprosił go o dostarczenie myśliwym wiadomości, że ktoś już złapał ich uciekinierkę. Następnie wszyscy jeszcze raz obejrzeli metaforę, a gospodarz kręcił głową, utrzymując, że od wielu, wielu lat nie widział tak wyrośniętego i urodziwego okazu. Pan Lajkonik na prośbę księcia opowiedział wszystko jeszcze raz od początku. Jego Wysokość wysłuchał uważnie jego opowieści, a na koniec zwrócił się do pani Chandry:
– Cherie, proszę mi powiedzieć tylko jedną rzecz, bo niezwykle ciekawym: skąd pani wiedziała, co należy zrobić? Skąd ten znakomity pomysł, żeby użyć balonu i zapolować na metaforę z góry?
Pani Chandra skromnie spuściła oczy i powiedziała:
– Wasza Książęca Mość jest bardzo spostrzegawczy. Kiedy tylko pękła klatka, byłam pewna, że tylko tak będzie można ją złapać. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że to metafora naprawdę wysokich lotów!

________________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Co Ty jeszcze wymyślisz?

Młodość upłynęła jej na oczekiwaniu, że mama da coś zjeść, aojciec nie zbije. Ot, monotonia wieku dziecięcego. Mama dawała tyle, ile mogła,ale ojciec starał się znacznie bardziej i codziennymi cięgami hojniewynagradzał niedożywienie.

Nic więc dziwnego, że pierwszy wskazany przez rodzicówkawaler stał się jej mężem. Byle uciec.

Monotonia nabrała innego wymiaru – od ślubu żyła woczekiwaniu, że mąż nie zbije i znajdzie się jakiś sposób, by wykarmić rodzinę.

Mąż, zawiedziony i rozgoryczony trudami życia, topiłzmartwienia w alkoholu. I w tymże alkoholu topił niewielkie pieniądze, jakieudało mu się zarobić. Normalka.

Jej życie też się ustabilizowało i mogła być pewnaprzynajmniej trzech rzeczy: bicia, głodu i dziecka co roku.

Przy piątym, gdy lekarz apelował „przyj”, zbuntowała się: „A samsobie przyj. Ja już nie mam sił, ani do parcia, ani do życia.”

 Odpuściła życie. Iswoje, i życie nienarodzonego. Pewnie lekarze mogli dziecko uratować, ale skoronikt na niego nie czekał, to i po co.

Od tego momentu zaczęły się dla niej dobre, szczęśliwe ispokojne czasy. Leżąc w grobie oczekiwała na Sąd Ostateczny, a wraz z nią czekałanienarodzona duszyczka. Razem było raźniej, chociaż dość odległy moment Sądusprawiał, że zdarzały się momenty nudy. Lepsza jednak nuda niż tamto życie,które sobie odpuściła.

Wyniku Sądu Ostatecznego się nie obawiała. Nie miała kiedyzgrzeszyć, a łzami, pokorą i odwoływaniem się do pomocy i łaski Boga zasłużyłasobie na Niebo.

Tylko ten czas oczekiwania – trochęsię jej dłużyło.                                                  

Monotonię przerwało szuranie łopat i kilofów.

Domyśliła się, że ci na górze szykują się, by jej kogośdokwaterować.

Nagle poraziła ją myśl: mąż. Tak nakazywały religia itradycja, tego wymagał ślubny węzeł małżeński. Rodzina zawsze razem, nawet pośmierci.

W butwiejącej trumnie aż zawrzało od bezsilnej złości.

„Ten pijak nas przywali swoją trumną i będzie prześladowaćprzez pozostałe do Sądu dni.

Czy mnie ktoś pytał o zgodę? Czy ja sobie tego życzę? Czydano mi prawo wyboru gdzie doczekać Sądu?”

Nikt jej nie pytał za życia czego chce, to i trudno by pytałpo śmierci, gdy już się bronić nie mogła. A nawet gdyby się ktoś zastanowił, toco by na to ludzie powiedzieli?

Bo to mało takich wspólnych grobów ludzi, którzy się za życianienawidzili, a po śmierci, na czyjś obstalunek, leżą razem – ofiara ze sprawcąjej nieszczęść.

Są jakieś granice, do których przyjmujemy z pokorąprzeciwności losu. Ale kiedyś pokazuje się bariera, po przekroczeniu którejzaczynamy się buntować.

Za życia krzywdzimy, zabijamy, palimy, niszczymy, grabimy.

A po śmierci?

Złorzeczymy. Ona też zaczęła.

„Co, no co ja ci zrobiłam, że się tak nade mną pastwisz? Małoci było jak mnie lali i głodzili za życia? Mało? To jeszcze po śmierci mnie naniego skazujesz? To kogo ty w końcu hołubisz, tych którzy błagają o twoja pomoc,czy tych którzy się nad  nimi pastwią?Nawet po śmierci nie dajesz wytchnienia. Nie masz serca i palcem nie chcesz ruszyć,by było choć trochę lepiej dla pokrzywdzonych. Na ziemi stworzyłeś niebo dlaoprawców , złodziei, sadystów, a ofiary mamisz obietnicą Nieba po śmierci. Tokiedy ja do niego wreszcie pójdę i jak długo mam jeszcze leżeć  razem z tym sadystycznym opojem?

Co ty jeszcze wymyślisz?…”

Można by tak długo. Złorzeczyć, przeklinać. I długo  złorzeczyła sprawcy naszych losów.

Tylko po co? Bóg widzi i słyszy wszystko, ale takich grzechównie przebacza, bo nie ma przebaczenia dla buntowników, którzy mu złorzeczą.

Inne grzechy wybacza chętnie, ale bunt? A takiego!

I tak właśnie przeszło jej koło nosa Niebo, choć tak cierpliwiena niego czekała.

A wystarczyło zachować pokorę i pamiętać, że nic nie dziejesię bez przyczyny.

Bóg tak chciał.