Na Wawelu, proszę pana Mieszkał smok, co zawsze z rana Zjadał prosię lub barana.
Przy obiedzie smok połykał cztery kury lub indyka, nadto krowę albo byka.
Nagle raz, przy Wielkim Piątku Krzyknął – coś tu nie w porządku ! Poczuł wielki ból w żołądku.
Potem spuchła mu wątroba, dwa migdały, płuca oba Jak choroba, to choroba !
Smok pomyślał, proszę, proszę. Nie mam zdrowia za dwa grosze, Czas już zostać mi jaroszem.
I smok biedny od tej pory By oczyścić krew i pory, jadał marchew, jadał pory, groch, selery i kapustę, Wszystko z wody i nietłuste, żeby kiszki były puste.
Tak za roczkiem mijał roczek, Smok nasz stał się jak wymoczek, Wprost nie smok, lecz zwykły smoczek.
Odtąd każda mądra niania Dziecku daje go do ssania.
Pieniądze szczęścia nie dają! Tej smutnej prawdy zasmakowała także rodzina nieodżałowanego Rich’a Wellfortune. Dorobiwszy się w dość młodym wieku znakomitego majątku, który w późniejszych latach skutecznie pielęgnował i powiększał, w sile wieku pojął za żonę piękną i zmysłową Jane Beach, by żyć z nią długo i szczęśliwie. Małżeństwo wkrótce pobłogosławione zostało córką. Prześliczna dziewczynka była dumą i oczkiem w głowie swoich rodziców.
Sami przyznacie, że ta historia brzmi fantastycznie pozytywnie! Złośliwi stwierdzą nawet, że zbyt pozytywnie. I po co bez sensu pytlować językiem? Nigdy nie wiadomo,co z tego wyniknie. A w tym wypadku zdarzyło się, że szczęśliwy w miłości i fortunie człowiek, któremu nic nie brakowało, nagle zachorował i po krótkich, acz ciężkich cierpieniach – zmarł. Nie pomogła mu ani fortuna, ani otaczająca go czuła opieka wdzięcznej małżonki i nieletniej córeczki. Zaprawdę, pieniądze szczęścia nie dają… jako się rzekło.
Po pogrzebie nieutulona w żalu wdowa musiała szybko wrócić do rzeczywistości – wszak miała pod opieką dziecko, owoc jej utraconej miłości. Honorowo zrezygnowała z propozycji sióstr nieboszczyka, które ofiarowały zaopiekować się małą – postanowiła sama wychować swojego Dzwoneczka, jak – za bajkami o Piotrusiu Panie – nazywali ongiś słodką Hortensję. Oczywiście nie potrafiła zarządzać fortuną, pozostawioną przez męża – te sprawy trzeba zostawić fachowcom. Jak jednak zapewnić dziecku, że nie zostanie okradzione przez nieuczciwych zarządców? Znalazł się i na to sposób. Wkrótce po zakończeniu żałoby, chcąc – nie chcąc, stanęła ponownie na ślubnym kobiercu, wszak podrastająca panienka potrzebowała ojca, a spadkowa fortuna sprawnego i zaangażowanego zarządcy. W dodatku ojczym był bardzo sympatycznym facetem – dużo młodszy od ojca, od zawsze czuł do Hortensji ogromną sympatię i rozpieszczał ją, jak potrafił.
Ciotki Hortensji nie bardzo potrafiły docenić ogrom poświęcenia biednej Jane. Niestety dość szybko poskutkowało to znacznym ochłodzeniem stosunków – bo ileż można znosić nieustające gderanie oschłych starych dam, które w dodatku zupełnie nie chcą zrozumieć wrażliwego serca matki? Hortensja nieco bolała nad tym rozstaniem – ona lubiła stare ciotki, które dla niej zawsze były wyrozumiałe no i nieco ją śmieszyły. Minęło jednak prawie dwa lata od ponownego zamążpójścia matki, zanim zobaczyła je ponownie. Była już nastolatką i wpół wymusiła na rodzicach zgodę na wyjazd z wizytą. Jane – a tym bardziej ojczym – w wyprawie jednak udziału nie wzięli, pozostawiając ją pod opieką kierowcy i pokojówki.
Ciotki ogromnie ucieszyły się z wizyty, na stole pojawiły się domowe konfitury i herbata z sokiem malinowym, i zaczęły się opowieści o tym, co działo się przez czas rozłąki. Oczywiście ciotki wypytywały, a rozanielona mała opowiadała o wszystkim nowym, co zaszło w jej życiu. Szczególnie ciotki dziwiło, że zachwycała się ojczymem.
– Mój nowy tatuś jest wspaniały! Opiekuje się mną bez przerwy, dba o mnie jak o własne dziecko – szczebiotała radośnie – I stale wymyśla jakieś fantastyczne atrakcje! W maju byliśmy na wybrzeżu, i pływaliśmy łódką po oceanie. I nawet jak zapowiadali sztorm, tatuś wziął mnie na łódkę. Taki jest odważny! I jak już byliśmy daleko od brzegu i przyszła taka wielka fala, to tatuś wyplusknął mnie za burtę,cha, cha! Bo tatuś zawsze powtarza, że powinnam być dzielna i radzić sobie w każdej sytuacji!
Przerażonym ciotkom włosy dęba stanęły na głowach.
– Dziecko! Rany boskie! A ty przynajmniej umiałaś pływać? – wykrzyknęły chórem.
– A tam! Pływanie to najmniejszy problem – odpowiedziała rezolutnie dziewczynka – najtrudniej było wydostać się z worka!
Pocałunek słońca jałowy jest, choć złoty – spojrzenie kwiatu cudze, choć rzewne – szum wody: obce narzecze ni to bełkot idioty – trawy – także dalekie to krewne.
Pies – o ileż młodszy i głupszy braciszek, a co znaczą mrówek nudne kopce? Co mówi zapach świeżo z nieba spadłych szyszek i to, że motyl ma na skrzydłach po kropce?
– Ty, człowieku, tyś bliski jeden, tyś przemiły, tyś mojej duszy żywność słodka – wolę cię, bracie, pełen rozkoszy i siły, niż srebrnego na wierzbie kotka.
Szary, zakurzony asfalt umykał spod kół. Srebrna Alfa Romeo pędziła drogą, wijącą się pomiędzy równymi szeregami winorośli i piniowymi lasami, pomiędzy wzgórzami porośniętymi spaloną słońcem, żółtą trawą i oliwnymi gajami. Co jakiś czas z lewej lub prawej wśród krzewów i drzew pojawiały się zabudowania o barwie jasnej ochry. Czasem były schowane tak głęboko, że nikt by ich nie dostrzegł, gdyby nie odręcznie malowane drogowskazy, głoszące „Lokalne wino”, „Oliwa, własnoręcznie tłoczona” lub reklamujące oba te produkty naraz. Nie licząc samochodów i innych pojazdów, sporadycznie pojawiających się z przeciwka, krajobraz trwał w sennym bezruchu, przygnieciony lejącym się z nieba słońcem.
Kierowca uśmiechnął się pod nosem. Właśnie takiej okolicy szukał – zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od autostrady, a zarazem na uboczu, gdzie drogi i dróżki znane były tylko miejscowym, a GPS – wykierowawszy na bezdroża – bezradnie rozkładał ręce. A przecież jeszcze kilka godzin wcześniej urządzenie doskonale sprawdzało się na obwodnicy Werony, bezbłędnie pokazując mu drogę ucieczki. Ucieczki? Odwrotu na z góry upatrzone pozycje? A może – jak sam lubił o tym myśleć – drogi ku nowym krainom i nowym zdobyczom? Ukryte wille, pałacyki i domy wydawały się kryć bogactwa, pożądane tym bardziej, że niewidoczne, a więc nieznane, niepoliczone i wabiące nimbem nowości.
Tegoroczny urlop zaczął się tak, jak można sobie wymarzyć. Pierwszego ranka po przyjeździe siedział w kawiarni koło hotelu, delektując się (nareszcie!) prawdziwym włoskim espresso, kiedy zobaczył Giulię. Szła z przyjaciółką – a może to była kuzynka? – uśmiechając się do całego świata. Pożądał jej od pierwszego wejrzenia; jej uśmiech, gest, jakim odsuwała kosmyk czarnych włosów, tembr głosu i zaskoczony wzrok, kiedy dostrzegła jego spojrzenie – wszystko to sprawiało, że w jednej chwili podjął decyzję „Musi być moja!” Kobieca intuicja Giulii odebrała ten komunikat, a kiedy nieznajomy z kawiarni pojawił się po godzinie przed salonem mody, w którym pracowała – uderzyła w wielki dzwon.
I tak to się zaczęło. Spotykali się na Via Leoncino, tuż koło Piazza Bra, szli przez Piazza delle Erbe w dół, nad Adygę, żeby trochę odetchnąć od upału… ale nawet powiew spod Ponte Pietra nie chłodził ich namiętności. Kochali się w jego hotelowym pokoju, czasem na zapleczu jej sklepu, a kiedy nie mogli już wytrzymać – w zaułkach wokół Cittadelli, raz nawet w milczącym wnętrzu Areny, w jednym z zakamarków jej wewnętrznych korytarzy. Giulia zgadzała się na wszystko, oddawała mu się na ślepo, w całości i bez zastrzeżeń. Za każdym razem żądała tylko potwierdzenia. – Kogo kochasz? – pytała, a on całował jej usta, policzki, oczy i mruczał, zanurzając twarz w gęstych, kruczoczarnych falach: – Kocham tylko moją Giuliettę… –
Po dwóch, może trzech tygodniach ta wielka, wspaniała i spełniona miłość zaczęła go uwierać. Jeżeli ma się wszystko – czego można chcieć więcej? Giulia z kolei najwidoczniej uważała, że skoro oddała mu się tak dalece, ma do niego pełne prawo, może traktować go jak swoją własność. Stąd właśnie brały się łzy wściekłości, kiedy śmiał obejrzeć się za inną, stąd awantury, jakie zaczęła mu urządzać za każdą próbę flirtu, stąd krwawe ślady na jego przedramieniu, kiedy podczas płacenia za kolację powiedział do fertycznej kelnerki o kilka słów za dużo… a wszystko to przeplatane seansami rozbuchanej zmysłowości, jakby chciała mu za wszelką cenę udowodnić, że warta jest wszystkich tych złych emocji, że nie powinien szukać już nikogo innego, że…
Zdecydował za nią. Pewnego ranka po prostu wyprowadził się z hotelu, zapłaciwszy za cały pobyt. Oddał klucze recepcjoniście – starszemu, nobliwemu panu, który wyglądał, jakby był starszym bratem papieża. Zostawił mu też kopertę. „Dla tej pani. Gdyby przyszła i pytała”. Recepcjonista tylko westchnął i włożył przesyłkę do szuflady. Koperta nie była zaklejona, gdyby starszy pan chciał, mógłby sprawdzić, co jest w środku. Niewiele by mu jednak powiedziało zdjęcie, na którego odwrocie widniały odręcznie napisane słowa „Mówiłem prawdę. Kocham tylko moją…”
Teraz, pokonując kręte toskańskie drogi, musiał przyznać, że Alfa prowadzi się wspaniale – a miłość do niej warta jest swojej ceny. Stusiedemdziesięciokonny silnik turbo pozwalał pokonywać zakręty na granicy przyczepności, z piskiem opon – a dreszcz podniecenia, jaki odczuwał przy tym kierowca, można było porównać tylko z miłosnym uniesieniem.
Tyle miał przyjemności z jazdy, tak się w niej zapamiętał, że przegapił niewielki drewniany drogowskaz, znaczący zjazd z asfaltu. Na szczęście zaledwie kilometr dalej widniała tablica z nazwą wioski, do której – jak pamiętał z opisu – nie powinien był dojechać. Wypadało zawrócić i tym razem jechać już dużo wolniej. Z lokalnej drogi zjechał w wąski, pokryty żwirem dojazd, prowadzący pomiędzy dwoma rzędami cyprysów. W pełnym słońcu pod korą ich pni wydawały się grać rzeźbione mięśnie. Kilkaset metrów wystarczyło, żeby oddalić się od cywilizacji i znaleźć w świecie ze snu, gdzie słońce prześwietlało i odrealniało wszystkie kształty. Dojechał do kamiennych słupów bramy. Jej skrzydła z kutego żelaza otwarte były na oścież, zapraszająco, a kilkadziesiąt metrów dalej widać było mury willi.
Zaparkował w cieniu domu, przypominającego rozmiarami raczej niewielki pałac. Spod zbrązowiałego ze starości tynku tu i ówdzie wystawały jasne kamienie, a efekt, chociaż niezamierzony, był niebywale malowniczy. Wysiadł z samochodu, czule pogłaskał drzwi i zamknął je, pozostawiając uchylone okno. Rozejrzał się – w pobliżu nikogo nie było. A przecież umawiał się z właścicielami… „Może w środku?” pomyślał i ruszył do drzwi. Pociągnął za rzeźbioną kołatkę, otworzyły się bez szmeru. Wkroczył do przestronnego holu; na stole stał wazon z kwiatami i butelka chianti. Podniósł ją i z uznaniem pokiwał głową – marka i rocznik wskazywały, że tu się nie oszczędza na klientach. Wtedy dopiero jego uwagę zwróciła nieduża, zagięta karteczka, stojąca obok wazonu. „Niestety spóźnię się, być może nawet godzinę. Proszę obejrzeć willę, formalności dopełnimy później. Ciao, Claudia.”
– Ci Włosi… – powiedział na głos. – W czasie sjesty nic się z nimi nie załatwi! Podniósł wzrok znad stołu i uśmiechnął się. W głębi holu masywne drzwi flankowały stojaki z halabardami, glewiami i gizarmami. „Brakuje tylko strażnika szwajcarskiej gwardii”, pomyślał i ruszył na zwiedzanie. Boczne drzwi prowadziły do olbrzymiego salonu, którego jeden kąt wypełniały olbrzymie miękkie fotele i kanapa, zachęcające, by zalec w nich na dłużej. Przejście pod łukiem prowadziło do części biesiadnej, w której nad dębowym, prastarym kredensem wisiały herby okolicznej arystokracji. Spojrzał w przeciwległy kąt i parsknął. „Tego już trochę za wiele!”, przemknęło mu przez głowę. Na drewnianym stelażu stała kopia średniowiecznej zbroi płytowej. „Rycerz” trzymał obie rękawice na rękojeści dwuręcznego miecza, którego głownia przy bliższych oględzinach okazała się być wyciętym w odpowieni kształt kawałem grubej blachy, nienaostrzonym nawet.
Z salonu przeszedł do pokoju kominkowego, w którym dwa zgrabne foteliki i mały stolik, w sam raz na popołudniową herbatkę, stały naprzeciwko malutkiego telewizora – ot, takiego, żeby obejrzeć lokalną prognozę pogody i nie martwić się zbytnio informacjami z serwisu. Blisko ćwierć pokoju zajmował jednak olbrzymi kominek, z okapem i centralnym rusztem, a także z murowanymi siedziskami po obu stronach. Stąd krótki korytarzyk prowadził do całkiem już współcześnie urządzonej kuchni – nowoczesne, stalowe szafki i lodówki dziwnie kontrastowały z kamiennymi ścianami i ciemnymi belkami stropu, a stąd do jadalni. Przy prostym, drewnianym stole, poznaczonym wiekami użytkowania, siedziała ciemna postać. Kobieta. W czarnej, skromnej sukience i sweterku. Niemłoda, ale i nie staruszka. Przed nią leżały nieduże, pomarszczone owoce, daktyle i figi, które niespiesznie cięła na drobne, podłużne kawałki i wrzucała do miski z gęstym, złotym miodem.
Podszedł bliżej i odchrząknął. – Buon giorno, czy może pani Claudia? Podniosła głowę i spojrzała na niego twardym, taksującym wzrokiem. – Nie, nie Claudia. Możesz do mnie mówić Beffana. Albo tak jak miejscowi – Stren’ia, kiedyś – Strenua. Ale najlepiej zrobisz, jeżeli nie będziesz mówił, a posłuchasz. – Nie rozumiem… Wydawało mi się, że do klientów powinniście odnosić się nieco grzeczniej? – zaprotestował. – Milcz i słuchaj! – tym razem w jej głosie pobrzmiewał rozkaz, całkowicie odarty z pozorów grzeczności – Przyjechałeś tu z wielkiego miasta, w którym kogoś zostawiłeś – młodą kobietę. Nadużyłeś jej zaufania. Skrzywdziłeś ją. Nikomu nie wolno tak robić. Nikomu nie wolno igrać z uczuciami. Dlatego… Zdaje się, że lubisz piękne samochody?
To co mówiła do niego przedtem, było nieoczekiwane, ale zmiana tematu wręcz go oszołomiła. Słabo skinął głową, potwierdzając. – To dobrze! – zachichotała i z nieoczekiwaną zwinności poskoczyła ku niemu, kreśląc po rękawie jasnej koszuli wyciągniętym skądś kawałkiem węgla. Zanim zdążył zareagować, wielkie, toskańskie słońce wpadło przez półotwarte okno, oślepiając go i pozbawiając przytomności.
Ocknął się pod sufitem salonu. Wszystko wyglądało jakoś dziwnie – odlegle, a zarazem olbrzymie. Spróbował zeskoczyć na podłogę i niewiele brakowało, by spadł bezwładnie na twardą terakotę. Na szczęście w porę rozwinął nić, tkaną przez kądziołki na odwłoku, i poczuł się przez chwilę jak na bungee. Zawisł jakieś dwadzieścia centymetrów ponad rycerskim hełmem i wtedy – dopiero wtedy – zdał sobie sprawę, czym się stał. Jedyne, co przyszło mu do głowy, to wycofać się po własnej nici z powrotem pod sufit i schować w szparę pomiędzy zakurzonymi belkami.
* * *
Wielki pająk poruszał się powoli, rozwijając nitkę w pajęczynę. W promieniach słońca powstawała wielka sieć o zadziwiających splotach, niepodobnych do zwykłych koncentrycznych wielokątów. Gdyby ktoś chciał się przyjrzeć bliżej, dostrzegłby wśród kształtów koślawe litery, układające się w słowa: HELP. HILFE. AJUTO. AUSECOURS. Gdyby ktoś… ale w całej willi nie było nikogo takiego. Claudia przeszła przez salon, rozglądając się badawczo. Widząc pajęczą sieć, zacisnęła usta w gniewnym grymasie. – Giuseppina! Giusepina! Proszę tu w tej chwili przyjść – z miotłą! Starsza kobieta w czarnej, skromnej sukience i sweterku podeszła niespiesznie, powłócząc nogami. ¬- Zobacz, co tu wisi. Co by na to powiedzieli goście, dzisiaj wieczorem przyjeżdża profesor Muller z Ingolstadt. Sprzątnij to, a potem przejdź się po pokojach, tu i na górze, i sprawdź wszystkie sufity. A jeżeli gdzieś jeszcze będą pajęczyny, ściągnij je też! Giuseppina westchnęła i uniosła w górę starą, drewnianą miotłę.
Jak wiecie, pojechałem sobie na kilka dni w moje strony, w strony, które zwykło się nazywać „wschodnią ścianą”. No i dobrze, można i tak…. Wspominałem nie raz, że gdy już most na Wiśle przejadę, inny wiatr na mnie wieje, inaczej niebo wygląda, jaśniej słońce świeci…..Może i tak naprawdę jest….Jedno wiem – gdy usiądę sobie nad Bugiem, na skrawku brzegu tej mojej ukochanej rzeki, to ziemia przyjaźniej w tyłek mnie grzeje, trawa mocniej pachnie, drzewa cień lekki dają… Ale ja nie o tym….. We wsi Matcze, tuz nad brzegiem Bugu, mam swoje ulubione miejsce wędkarskie. Ani ono lepsze od innych, ani szczególnie rybodajne, aliści lubię tam jeździć, pojechałem więc i tym razem, tyle że nie na ryby, ot, tak – popatrzeć. Z małej łączki, gdzie zwykle zostawiam samochód, do wody jest może dwadzieścia, może czterdzieści kroków wąziutką ścieżyną pośród wysokich traw, ostów i szczególnie wielkich, piekielni parzących pokrzyw. Nie pierwszy raz syczałem klnąc pod nosem pa matuszkie, co w takim miejscu wydaje się być szczególnie właściwym:) Wędek nie wziąłem. Biały dzień tuz przed południem, jaka ryba da się złapać!. Popatrzeć przyjechałem. Usiadłem sobie wygodnie, na drugim brzegu wał drzew zasłania widok na pola juz Ukrainy, ale co tam, słucham wody, szumu drzew….siedzę. Dobre, oj dobre, jako dawno ne buwało, jak to kiedyś Tuhajbejowicz powiedział. Cichutko….Tak gdzieś po półgodzinie słyszę kroki, a po chwili tuż za mną rozlega się przyjazne: dzień dobry. – A dzień dobry – odpowiadam dwom strażnikom granicznym, którzy w chwilę później proszą mnie o dokumenty. Podaję. – Pan na ryby? – Nie, ja turystycznie – odpowiadam. – Aha – rzecze ten wyższy. I cisza. Po chwili, na odchodnym, jeszcze pytanie czy ten czarny samochód jest mój. Mój – mówię – i chłopcy nikną w zaroślach. Nie zapytałem ich czy to spotkanie było przypadkowe, bo wiem, że nie. Któryś z mieszkańców wioski zawiadomił strażnicę, że pojawił się samochód z obcą rejestracją, że kierowca bez wędek poszedł nad Bug i nic nie robi. Siedzi, bestia, na wodę patrzy….podejrzany typ. Od lat tak tam jest, przywykłem… Ale ja nie o tym…. Po jakimś czasie wytarabaniłem się z chaszczy, bo już i gzy we znaki się zaczęły dawać i głód lekki trzewia ścisnął i powędrowałem do auta. Ruszam, wyjeżdżam na wąziutką szosę (asfaltówka, jak Bóg przykazał!) i wolniutko toczę się do skrzyżowania z Jezusem na krzyżu, unickim krzyżu, gdy nagle zauważam dwie postaci siedzące na przystanku co to o nim i rozkład jazdy i ostatni autobus już dawno zapomniał. Piją coś sobie z flaszek, równo je podnoszą, niespiesznie odstawiają….mozna i tak. Już mam przyspieszyć, gdy gdzieś w głowie dosłownie czuję alarmowe piknięcie. Coś jest nie tak, coś mi nie pasuje, coś mnie razi w tym widoku jakże sielskim i jakże swojskim na dodatek. Lustruję wzrokiem orlim-sokolim tę rodzajową scenkę. – flaszki dwie, zielone, opróżnione do połowy mniej więcej, cóż w tym niezwykłego, co mnie tu nie pasuje..?! Przyglądam się uważniej i wiem, już wiem!! To są charakterystyczne w kształcie i kolorze butelki szampana!!!…Ci ludzie delektują się winem, które nazwę swą wzięło od zielonych wzgórz dalekiej Szampanii! I nic to, że na czarnych etykietach najpewniej pysznią się słowa Szampanskoje Igristoje, nic to, że trunek nie schłodzony i nie we fletach. Szampan to!! Powolutku odjechałem… I wiecie co? – Poczułem się dumny!!! A później jakoś mi to uczucie przeszło…
Najnowsze komentarze