Był późny jesienny wieczór, gdy małemu kotkowi udało się zauważyć, że okno na strychu zostało niedomknięte. Wystawił główkę i z ciekawością rozglądał się, obserwując słabo dotąd znany krajobraz nocnego miasta. Gdzieś na dole coś hałaśliwego ruszało się i błyskało światłami – takie podobne do samochodu gospodarzy, tylko mniejsze – ale jako odległe nie budziły poczucia zagrożenia. Wyżej rozpościerała się ciemna przestrzeń dachów o nieregularnych liniach, gdzieniegdzie przerywana jaśniejszymi oknami poddaszy. Wszystko to było dziwne, piękne i fascynujące młodziaka.
Na gzymsie w pobliżu okna zamajaczył jakiś ruchomy kształt, o nieco innym odcieniu szarości niż gęstniejący mrok wieczora. Mały nastroszył się, ale zanim uciekł, uspokoił się – rozpoznał przybysza. Przed nim stał na gzymsie duży, pręgowany kocur – wąsy i oczy podobne do mamy,futro trochę inne i większy, ale ogólnie swój.
– Co tu robisz, Duży Kocie? – zapytał mały, całkiem już zapomniawszy o lęku.
Duży popatrzył bez nadmiernego zainteresowania.
– Idę się trochę połajdaczyć – odpowiedział na odczepne. Młody nie chwycił aluzji.
– A mogę iść z tobą? To jest fajne? – zapytał skwapliwie.
Dużemu było wszystko jedno.
– Jak chcesz,to chodź.
Nie trzeba było dwa razy powtarzać -młody zgrabnie wyślizgnął się przez okno i po chwili był już na gzymsie obok dużego. I poszli w miasto: jeden gzyms, drugi gzyms,jakiś komin, zeskok pół piętra niżej… Niestety duży, znacznie sprawniejszy, szybko zgubił małego natręta. Młody został więc wkrótce sam na jakimś dachu. Zrobiło się już całkiem ciemno, w dodatku zaczął padać deszcz. Młody otrząsnął futerko,zastanowił się i zamruczał do siebie:
– Ech, połajdaczę się jeszcze najwyżej chwilę i wracam do domu!
Nie chciałbym pominąć ważnego przedmiotu i błędu, przed którym trudno uchronić się książętom, jeżeli nie są bardzo mądrymi lub jeżeli nie umieją zrobić dobrego wyboru.
Mam na myśli pochlebców, których pełne są dwory; ludzie bowiem tak bardzo lubują się w swych własnych sprawach i tak łatwo ulegają pod tym względem złudzeniu, że trudno im obronić się przed tą zarazą, a gdy chcą bronić się przed nią, narażają się na niebezpieczeństwo, że popadną w pogardę.
Albowiem nie ma innego sposobu, by ustrzec się pochlebstwa, jak tylko ten, by ludzie zrozumieli, że mówiąc ci prawdę, nie obrażają cię, lecz jesli każdy będzie ci mógł mówić prawdę, stracisz szacunek. Dlatego też rozumny książę powinien trzymać się trzeciego sposobu: wybrać w swym państwie ludzi mądrych i jedynie tym dać swobodę mówienia sobie prawdy., i to tylko w tych rzeczach, o które zapyta ich, a nie innych; a powinien zasięgac ich rady w każdej rzeczy, wysłuchac ich opinii, potem zaś powziąć postanowienie według własnego uznania , odnosząc się jednak do tych rad i do każdego z doradców w taki sposób, aby każdy poznał, że im otwarciej mówić będzie, tym więcej znajdzie uznania.Poza tymi niech nie słucha nikogo , trzyma się rzeczy raz rozważonej i będzie stanowczym w swoich decyzjach.
Kto postepuje inaczej, ten albo się zgubi przez pochlebców, albo staje się zmiennym pod wpływem różnych opinii, z tego zaś wyniknie, ze będzie mało szanowanym.
Na to pragnę przytoczyć pewien nowożytny przykład.
Ojciec Łukasz, powiernik obecnego cesarza Maksymiliana, mówiąc o swoim panu, powiedział, że ten, chociaz nie zasięgał niczyjej rady, jednak nigdy nie działał według własnej woli, co pochodziło stąd, że trzymał się odmiennej od powyższej zasady. Cesarz bowiem jest człowiekiem skrytym, nie zwierza sie nikomu ze swych zamiarów ani nie pyta o zdanie, wtedy jednak, gdy zamysły w czyn wprowadza, zaczyna otoczenie jego rozumiec je i przenikać i zaczyna sprzeciwiac się, a ten je bez oporu porzuca.W związku z czym, co dziś robi, jutro burzy, i nigdy nie rozumie się czego chce lub co zamierza uczynić, tudzież nigdy na jego postanowieniach nie można polegać.
Otóż książę powinien radzić się zawsze, lecz tylko wtedy, gdy sam chce, a nie wtedy, gdy ktoś inny chce; powinien również odebrać każdemu ochotę do występowania z radą, gdy o nią nie pyta, lecz przy tym musi być skrupulatny w wypytywaniu i cierpliwie wysłuchac prawdy o rzeczach co do których rady zasięga, nadto okazywać niezadowolenie, gdy spostrzeże, że ktoś nie mówi mu jej przez pewnego rodzaju nieśmiałość.
A ponieważ niektórzy mniemają, że niejeden książę, uchodzący za rozumnego, ma taką opinię nie dla swych osobistych zalet, lecz dzieki dobrym radom, które mu się daje, ci mylą się bez watpienia, poniewaz taka jest powszechna reguła, która nie zawodzi nigdy, ze książę który sam przez się nie jest mądry, nie może mieć dobrych doradców, chyba, że przypadkiem spuści się na jednego, który by rządził wszystkim i był człowiekiem bardzo rozumnym. W podobnym wypadku mógłby niezawodnie być książę kierowany dobrze, lecz trwałoby to krótko, gdyż taki minister odebrałby mu wkrótce państwo,a książę, który by nie był mądry, a radził się więcej niż jednego, nie będzie miał nigdy zgodnych rad, sam zaś nie potrafi pogodzić sprzecznych sądów, kazdy z doradców będzie miał własny interes na oku, a książę nie potrafi ani poprawić ich, ani poznać się na nich. A trudno, żeby byli inni, albowiem ludzie będą zawsze dla siebie źli, jeżeli konieczność nie zmusi ich do tego, by byli dobrzy.
W tego więc wypływa wniosek, ze dobre rady , od kogokolwiek pochodzące, powinny wynikac z mądrości księcia, a nie mądrość księcia z dobrych rad.
W biegu dni pospiesznych, w głodzie wielkich potrzeb w ciszy przed snem przyjść mam, czy nie? w każdej chwili swej legendy – masz początek. przyjmij ją, weź – wiwat na cześć. gdzie się kończy rozdział choćby dał już owoc, to początek nowy, nowa Ciebie część. na początek, głowa w słońce jedno słowo, dobre słowo, na początek na początek, krok za krokiem nową drogą pójdę z Tobą na początek w biegu dni pospiesznych, w głodzie wielkich potrzeb. w ciszy przed snem przyjść mam, czy nie? gdzie widzimy chwile, które muszą odejść zwijamy się w kłębek, jak pies. zatroskani pięknie w ciągłą życia szkołę , raczej chwalmy piękno,bo przed nami jest. na początek, głowa w słońce jedno słowo,dobre słowo, na początek na początek, krok za krokiem nową drogą pójdę z Tobą na początek…
Miałam 16 lat, chciałam poznać życie i świat…Miałam i chciałam, ale tymczasem bliżej mi było do wyprawy na tamtą stronę niż tej przez życie. Chorowałam, wiele razy ocierałam się o śmierć. Wtedy to miałam sen…Sen, który swoją realnością dorównywał nieśnieniu. Tym większe zrobił na mnie wrażenie. Do dziś pamiętam każdy szczegół, łącznie z towarzyszącym mu nastrojem, nigdy nie zapomnę, zwłaszcza, że…
Pokój w internacie. Pod ścianą tapczan na którym siedziałam, obok mnie gramofon. Z analogowej czarnej płyty sączyła się upiorna muzyka, przenikająca mnie na wskroś, zapowiadająca, że wydarzy się coś strasznego, przed czym nie ma ucieczki. Chciałam wyłączyć, ale nie było wtyczki, którą można by wyciągnąć z gniazdka, nie było żadnej możliwości, żeby uciszyć ten dźwięk. Drewniana podłoga, krata w oknie, mdłe światło z gołej żarówki zalewające pokój przypominający więzienną celę, dopełniało widoku.
Po chwili zauważyłam, że naprzeciwko mnie na drewnianym, prostym krześle siedział chłopak. Krótko obcięte włosy, szczupły, mniej więcej w moim wieku, coś do mnie mówił. Słuchałam bardzo uważnie Jego historii. Opowiedział mi, że jest w pułapce, z której według Niego nie ma wyjścia, w miejscu w którym uwięziona jest jego dusza. Było mi go bardzo żal. Na koniec stwierdził, że nasze drogi się kiedyś przetną. Obiecałam, że zrobię wszystko, żeby mu pomóc.
Przez bardzo długi czas patrzyłam w twarze spotykanych mężczyzn szujakąc tamtej. Nie zapomniałam. Nie dało się zapomnieć. Po kilku latach…
To był kolejny bardzo trudny dla mnie okres. Wiele osób próbowało wyrwać mnie ze smutku spowodowanego żałobą. Pokazano mi internet, licząc na to, że zawsze byłam ciekawa świata i lubiłam uczyć się czegoś nowego. Nie miałam wtedy nawet komputera w domu. Korzystałam z internetu w czasie długotrwałych pobytów u rodziny, nie pracowałam, mogłam spędzać tam nawet całe tygodnie. Odkryłam czat. Od dawna tam nie zaglądam, nie jest to miejsce z wtedy. Wtedy praktycznie wszyscy się znaliśmy. Połączyły nas wspólne zainteresowania. Rozmowy do świtu, spotkania w realu, zloty…Wiele z zawartych znajomości przetrwało do dziś. Między innymi poznałam wtedy Jego.Wcześniej nie miałam okazji Go zobaczyć, widziałam tylko zdjęcia z których uśmiechał się do mnie długowłosy mężczyzna z niewielkim, jakby piwnym brzuszkiem.
Pamiętam jakby to było dziś, Listonosz przyniósł mi list od Niego. W kopercie były też zdjęcia z wyprawy po Europie, z czasów gdy miał naście lat. Popatrzyłam na nie i serce mi zamarło. To był On, chłopak ze snu…snu, który się spełnił. Prawie. Nie byłam w stanie Mu pomóc. Omal nie pociągnął mnie za sobą w przepaść…Chociaż…przecież nie obiecałam, że pomogę, obiecałam, ze spróbuję…Ale to już zupełnie inna historia…
Pan Ignacy Lajkonik spoczywał na pasiastym leżaku, pamiętającym jeszcze czasy jego dzieciństwa. Prawdę mówiąc, obzieleniał się bezwstydnie, ale ponieważ pogoda temu sprzyjała – nie miał z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Spikerzy w telewizji podczas prognozy pogody z grobowymi minami pytali „czy lato jeszcze do nas wróci?”, ale tam, gdzie przebywał pan Ignacy, czyli w domu pani Moniki (i okolicach) od ponad tygodnia panowała piękna, słoneczna pogoda. Dlatego też obzielenianie się pana Lajkonika było nader metaforyczne, a gdyby chcieć użyć właściwego koloru i czasownika, powinno się powiedzieć, że pan Ignacy pięknie brązowieje.
Chociaż brąz na panu Lajkoniku robił się coraz wyraźniejszy, a opalanie ponoć nie jest zdrowe, pan Ignacy nie ruszał się, chłonąc każdym porem słoneczne światło i ciepło. Uwielbiał to robić, i wcale nie ze względu na opaleniznę, a przede wszystkim, jak sam zwykł był mawiać „żeby podładować baterie” przed krótszymi dniami, które czekały go jesienią i zimą. Słońce powoli wędrowało swoją zwykłą trasą, łaskocząc od czasu do czasu pana Lajkonika, który w końcu przeciągnął się na leżaku, myśląc leniwie, jak przygotować się na przyjazd pani Chandry. Pani C. została w mieście, żeby załatwić jeszcze parę spraw, ale obiecała przyjechać na weekend do pani Moniki, a nawet wydłużyć sobie go nieco (weekend, oczywiście!), chociaż akurat tym razem nie było na podorędziu żadnego święta, które by takie wydłużenie uzasadniało.
I leżałby tak zapewne do teraz, gdyby nie jego siostra. Pani Monika odznaczała się jedną szczególną cechą, a mianowicie potrafiła zawsze znaleźć każdemu jakieś zadanie do wykonania. A już widok dowolnej osoby spoczywającej bez ruchu na leżaku w jej gospodarstwie powodował błyskawiczną reakcję – nawet kiedy tą osobą był jej rodzony brat i to na prawach gościa. Nie inaczej stało się i tym razem. Pani Monika pojawiła się przy leżaku z szybkością kuli bilardowej, wbijanej pod ostrym kątem przez mistrza tego szlachetnego sportu. – Ignacy… – zagaiła czule – mam ogromną prośbę. Czy zechciałbyś chwycić w dłoń wąż ogrodowy, gumowy, z oplotem krzyżowym i końcówką zraszacza i przynieść ulgę tym biednym roślinkom?
Pan Ignacy mimo wieloletniego doświadczenia dał się złapać na haczyk. Złóżmy więc na karb jego rozleniwienia, że zanim zdążył się zastanowić, już zapytał siostry: – A którym mianowicie roślinkom? Nastąpiło zacięcie i poderwanie wędki, pani Monika rzuciła w odpowiedzi: – wszystkim w zasięgu wzroku! A pan Lajkonik mógł już tylko metaforycznie zatrzepotać jak wyciągany z potoku pstrąg, a niemetaforycznie – westchnąć, wstać z leżaka i ruszyć w kierunku węża. Spróbował jeszcze odwrócić się do siostry z pytaniem: – A automatycz… – ale nie zdążył dokończyć, kiedy pani Monika z granitową pewnością odpowiedziała: – Ależ żaden automat nie zrobi tego tak szczegółowo i dogłębnie, jak ty, drogi Ignacy! Co wskazywało, że odpowiedź na to pytanie miała przygotowaną z góry, a więc przewidziała je już wcześniej, co z kolei nie pozostawiało panu L. żadnego wyboru.
Chwycił więc dziarsko w dłoń końcówkę zraszacza, ze całego serca usiłując się poczuć jak dzielny rycerz, niosący ulgę roślinkom (udało się mu to tylko częściowo) i odkręcił kranik. Z węża (gumowego, z oplotem krzyżo… itd., itp.) wytrysnął szumiący prysznic, który zrosił srebrnymi kroplami trawę. A potem grządki warzywne i krzaczki porzeczek, jako że pan Ignacy bardzo lubił aliteracje i im udzielił pierwszeństwa w podlewaniu. No a potem to już poszło – pędy fasoli i groszku, kwiatowe rabatki, trawnik wschodni i południowy… Pan Lajkonik, nucąc sobie pod nosem piosenkę o dziewczynie z Ipanema, która to (melodia, nie dziewczyna) chodziła za nim od jakiegoś czasu, metodycznie polewał kolejne części ogrodu, a wąż za nim rozwijał się stopniowo, długi, cętkowany i kręty. Aż doszedł nasz bohater do nieco zapuszczonej części ogrodu, gdzie kamienna podmurówka nieistniejącej już stodółki zarośnięta była ostem, pokrzywami i innymi, bliżej niezidentyfikowanymi chwastami. „Jak podlewać wszystko w zasięgu wzroku, to bez wyjątku!” pomyślał pan Ignacy i skierował perlisty strumień prosto w zarośla.
– Stop! Stoop!! STOOOP!!! – zabrzmiało z zarośli dziwnie cienko. Pan Lajkonik czym prędzej przerwał, lecz węża trzymał, ponieważ zwykł był reagować na podobne desperackie krzyki, wszystko jedno, czy brzmiące sopranem, czy senatorskim basem. Pokrzywy poruszyły się, rozchyliły… i wyłonił się spośród nich dżentelmen o wzroście krasnala ogrodowego i podobnej powierzchowności. Jednak krasnale ogrodowe nie ubierają się w garnitury od Cluissarda, nie noszą skórzanych aktówek, a nade wszystko nie załamują rąk w geście Jeremiasza bolejącego nad upadkiem Jerozolimy. Pan Ignacy, chociaż niejedno już w życiu widział, przetarł oczy.
Miniaturowy elegant podbiegł do pana Lajkonika, trzęsąc się z irytacji, pomieszanej ze strachem, ponieważ nie sięgał mu nawet do połowy łydki. Zadarł głowę do góry i wrzasnął na całe gardło, co nie zmieniało faktu, że głos miał cienki: – Co pan najlepszego robi? Wrodzona uprzejmość pana Ignacego wzięła górę nad zaskoczeniem i wyjaśniającym tonem odpowiedział: – Ależ proszę pana! Od tygodnia nie spadła kropla deszczu, podlewam więc… – Pan sobie podlewa, a nam archiwum zaczyna pływać! – zdenerwował się malec – Plan zajęć szlag trafia! Kadry się rozłażą w poszukiwaniu suchego miejsca! Dez-or-ga-ni-za-cja, ot, co! Sześciosylabowe słowo z tego pańskiego podlewania powstaje!!!
Pan Lajkonik poczuł, że upał i nieskomplikowane w gruncie rzeczy podlewanie obniżyły mu chwilowo IQ do poziomu, na którym – żeby cokolwiek wytłumaczyć – trzeba sięgać do samych podstaw. Przykucnął więc i zażądał wyjaśnień. Kogo mianowicie podlewa, jakie archiwum, co za zajęcia i czyje właściwie kadry? Jego mały rozmówca odął się cały, poczuwszy, że znajduje się w centrum uwagi pana Ignacego. Odęcie sprawiło, że stał się nieco podobny do Pana Ropucha z Ropuszego Dworu – tak rozmiarami, jak i aparycją. Głos mu zmężniał i przez jedną, jedyną chwileczkę mały człowiek wydawał się całkiem duży.
– Podlewa pan, szanowny panie, nasz ośrodek władzy. Nasze państwo. Naszą młodą Biurokrację! – tu maluch ukłonił się z czcią. – Ale co ja będę panu opowiadał, to trzeba zobaczyć! Pan pozwoli głębiej – chwycił pana Ignacego za pasek od sandała i pociągnął za sobą przez pokrzywy. – Nie syczeć mi tu, nie narzekać – gderał po drodze – Per aspera ad astra, drogi panie, a tych parę bąbli panu nie zaszkodzi, na reumatyzm doskonale pomaga… O, i już jesteśmy! Proszsz… Pan będzie uprzejmy wziąć numerek i zaczekać. Pan Lajkonik, zupełnie zdezorientowany, rozejrzał się naokoło. Jak okiem sięgnąć, ciągnęły się przed nim równe szeregi malutkich biurek, część za prowizorycznymi przepierzeniami, w których wykrojono małe okienka, część stojąca swobodnie, inne znów w boksach. Za nimi siedziały – lub przemykały pomiędzy – małe postacie, przypominające panaignacowego przewodnika… który, wcisnąwszy w dłoń pana L. karteczkę z numerem 134, zniknął gdzieś.
Pan Ignacy nieco bezradnie rozglądał się wokoło. Mimo że rozmiarami wielokrotnie przewyższał każdą z małych istotek, wydawały się go nie zauważać, pogrążone w przeglądaniu miniaturowych teczek, konsumujące maciupkie kanapki lub podążające dokądś zaaferowanym kroczkiem. Na wyświetlaczu z mikroskopijnych żarówek co jakiś czas pojawiały się liczby – 95… 96… 97… a po każdej zmianie dzwonił dzwonek. Pan Lajkonik dopiero po chwili pojął, że jeszcze parę chwil, jeszcze momencik… a wyświetli się numer, który trzymał w dłoni. No, nareszcie! Świetlna tabliczka pokazała „134”, zadzwonił dzwonek, a pan Ignacy usłyszał „Następny proszę!”. Pochylił się w kierunku tego głosu i ujrzał swojego przewodnika. Mały człowieczek uśmiechał się od ucha do ucha, wykonując zapraszające gesty dłonią. – Proszę usiąść, a ja już wyjaśniam, gdzie jesteśmy i co tu się dzieje – powiedział, co pan Lajkonik odebrał jako słaby pisk. Maluch odchrząknął więc i włączył nagłośnienie.
– Teraz pan słyszy? Tak? To świetnie. Proszę pana, jesteśmy w najlepszym z możliwych światów, w którym panuje ustrój doskonały – biurokracja feudalna. Ja tu jestem dziedzicznym dyrektorem departamentu, Andrzej Ugiasz, bardzo mi przyjemnie… Po mojej prawej widzi pan nasze najlepsze kadry, przyszłych władców tego świata – biurokratów czystej krwi. Nie podejmą żadnej decyzji bez konsultacji z przełożonym, są mistrzami w przekładaniu terminów, a co najważniejsze – tu znacząco podniósł malutki palec – potrafią wszystko uzasadnić odpowiednim przepisem. „Dajcie mi człowieka, a ja już znajdę paragraf”, oto ich motto! Tam zaś – wskazał pogardliwie na lewo – widzi pan biurłaków. Co oni robią? Otóż, proszę pana, nie robią nic. To kasta poddanych, ot, mięso armatnie, idealne, kiedy chce pan na kogoś zwalić odpowiedzialność. W tym zamkniętym boksie nieco z tyłu trzymamy stado dzikich pieczątkowców. Co? Zna je pan już? No tak, wiedziałem, że wizyta reżysera Wojtyszki nie pozostanie bez konsekwencji… Na co pan tak patrzy? Na tę małą? Hm, prawda, jest na co popatrzeć, jak pan chce, mogę panu pożyczyć szkło powiększające, hehe, ale też to całkiem apetyczna biurewka…
Pan Ignacy nie wytrzymał. – Ale… po co to wszystko?! – Drogi panie, pan pyta o sens życia? – zdziwił się pan Andrzej – my tutaj mamy całkiem szczytny cel: dostarczać wykwalifikowane kadry do pańskiego świata. Jesteśmy prawdziwą kuźnią, nieprawdaż, biorąc pod uwagę, jak wielu z nas udaje się co roku wyrosnąć na wielkich biurokratów! Lato się kończy, nadchodzi jesień, dojrzewamy, rośniemy, aż jesteśmy pana wielkości… Wtedy możemy zasilać urzędy, samorządy, instytucje… Naszych absolwentów znajdzie pan praktycznie wszędzie. Teraz pan rozumie? Co pan… Dokąd pan idzie? A pan Lajkonik zrobił w tył zwrot i ruszył przez osty i pokrzywy, nie zważając na kolce i parzące włoski. Co było prawdziwym heroizmem.
A kiedy znalazł się z powrotem w rozświetlonym słońcem ogrodzie pani Moniki, podniósł ogrodowego węża i otworzył końcówkę na pełen regulator. Fala krystalicznie czystej wody runęła w zarośla, z których podniósł się chóralny pisk protestu. Pan Ignacy nie zważał jednak na piski i krzyczki, tylko polewał, wymywał i wypłukiwał zawartość chaszczy, aż umilkł ostatni wrzaszczek. Wtedy nasz bohater odsapnął i pomyślał sobie: „Świata się w ten sposób nie ocali, bo maszynie na wielkie Be, jak kosmos kosmosem, nikt jeszcze nie dał rady. Ale jak już ma nie ocaleć, to niech przynajmniej nastąpi to jak najpóźniej!”
Po czym w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku powrócił na leżak, planować powitanie pewnej pani o bardzo egzotycznej urodzie. ________________
Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Trzy tysiące lat temu książę Pierdziwiatr toczył wojnę z królową Amazonek o fortecę, którą królowa chciała koniecznie odzyskać. Nieustające wypady wzajemne, podjazdy i utarczki wszystkich wymęczyły okrutnie, aż w końcu książę i królowa postanowili wyczyścić rzecz całą w taki oto sposób:
Postanowili, że królowa wyznaczy najdzielniejszą spośród swych poddanych, żeby stoczyła walkę z najdzielniejszym rycerzem wybranycm przez księcia. Kto wygra pojedynek, temu forteca przypadnie w udziale, i stanie się własnością pana lub pani.Obie strony wyznaczyły porę zmagań oraz sędziego, który o losie walki zadecyduje.
Wybrańczyni królowej stawiła się na czas. Ale ponieważ mężczyznom ufać nie wolno i lubią oni znęcać się nad kobietami, książę Pierdziwiatr sprawił królowej Amazonek przykrą niespodziankę, wystawiając do wiatru gotową już do walki wybrankę monarchini.
Po pierwsze, zabronił jej wejścia do miasta i kazał czekać pod bramą Po drugie, mistrza fechtunku tylko w gaciach i w napierśniku, ale bez szabli, a za nim wysłał jednego z uczniów z jego floretem, żeby wysłannicę obchodził w koło, zawsze zwrócony do niej plecami. Po trzecie, książę kazał licznym swoim poddanym wdrapać się na mury spornej twierdzy, wycofać armaty ze szczerbinek i wypinać tyłki w stronę wysłanniczki królowej, jak tylko pokaże się na błoniu. Wszystkie rozkazy księcia wykonano najstaranniej.
Dzielna Amazonka wielce zdziwiła się na widok pozamykanych bram i dwóch mężczyzn w strojach wyżej opisanych,ale jeszcze bardziej oburzył ją widok nowego gatunku armat, które strzelały jak mogły, i dymiły ile wlezie. Amazonka zacisnęła zęby z wściekłości i ze sromoty.
Wiadomo jednak od dawna, że kobiecy rozum i imaginacja wielce są rozwinięte i że kobiety lepiej od mężczyzn dają sobie radę w najgorszych terminach. Posłannicy królowej wpadła do głowy pewna myśl,, która postanowiła w czyn wcielić niezwłocznie..Udała przeto, że zniewag Pierdziwiatra wcale nie postrzega i odezwała się do mistrza fechtunku, do jego ucznia oraz sędziego tymi słowy:
” Widzę, przyjaciele moi,, że Pierdziwiatr, wasz pan, chciałby sięrozerwać i karnawałowym daniem również mnie uraczył..Skoro tak, rozerwijmy się razem. Od tej chwili nie bądźmy już wrogami i nie ścierajmy się orężnie, bo najwyraźniej nikt juz tego nie chce.Inny pojedynek stoczmy – popierdźmy szermierczo, a ten, kto najzręczniejsze i najładniejsze pierdnięcie wyda, zwycięzcą okrzyknięty zostanie. Sędzia zdecyduje i układ podpiszemy, jakbyśmy się prawdziwie bili „.
Mistrz fechtunku opierał się nieco wprzódy, aleAmazonka była ładna, więc w końcu uległ. Przybito dłonie na znak zgody.
Sędzia stanął pomiędzy zawodnikami.Cisza zapadła jak przed burzą. Pierwszy mistrz fechtunku ściągnął gacie i pierdnął.Ale jak pierdnął! Jak pierdnął! Możliwe, że to było najstraszliwsze i najbardziej trujące pierdnięcie kiedykolwiek puszczone i posłyszane. Uczeń mistrza fechtunku nie zdzierżył dłużej, bo pierdnięcie nadal trwało i grało, i żeby je w końcu przerwać, wetknął floret do kanału mistrza fechtunku, a sędzia, mocno poruszony, cofnął się aż o dziesięć kroków i skrył za plecami Amazonki w obawie zatrucia.
Amazonka nie posiadała się zaś z gniewu :” Poczekaj ty, wypierdku z Kocytowej Toni, ja cię nauczę „……Nie mogła skończyć frazy z powodu emocji, lecz chwyciła za strzałę i chciała ją puścić na wroga, aż tu nagle sama najwdzięczniej pierdnęła, wysoko, melodyjnie, bezwonnie jakby kto zagrał na czarodziejskim flecie..
Sędzia, pierdnięcie posłyszawszy, zapiał z zachwytu z radością tak wielką, że Amazonka łuk już napięty opuściła, strzała zeń wypadła, a mistrz fechtunku zdążył uciec jak niepyszny.
Aż tu nagle wszyscy usłyszeli głos na powietrzu się roznoszący, wyraźny i dobitny : ” Zwyciężyła królowa Amazonek, pierdnięcie jej było dziewicze. Zapisz to sędzio, wyraźnie, dla potomności” .Sędzia kijem na piasku napisał: ” jeden” i jęknął „Pierwszy i jedyny „.Zgromadzenie się rozeszło, a Amazonka wróciła do siebie.
Pierdziwiatr o wszystki rychło się dowiedział. Chciał się nawet pokajać, ale było za późno. Bohaterska Amazonka opowiedziała wszystko królowej, a dwudziestu monarchów , którzy wraz z królowa wysłuchali jej opowieści tak się wściekło, że nazajutrz, wraz z Amazonkami zajechało Pierdziwiatra i precz go przegnało.. A jego poddanych, co wypinali tyłki zamiast armat i strzelali grochem wielkiego kalibru w stronę dziewiczej Amazonki, królowie pojmali w niewolę i kazali im oczyszczać wszystkie ścieki w królestwie Amazonek i wykonywać trud szambiarzy z pokolenia na pokolenia, i stąd się wzięli szambiarze we Francji.
Najnowsze komentarze