|
|
Zacznę swoją opowieść od tego,że kocham las. Potrafiłam nie spać całą noc żeby tylko rodzina wiedząca, że siedzę zazwyczaj do świtu, nie zostawiła mnie w domu „za karę” gdyby akurat tuż przed wyjazdem udało mi się zasnąć.Nie ważne czy cokolwiek znajdę. Ważne jest samo grzybobranie i łykanie tamtej atmosfery. Odpoczywam, ładuję akumulatory…
Info o mnie. Nigdy nie ćpałam, nie wąchałam, nie dawałam w żyłę i robić tego nie zamierzam. Nigdy też się nie upijałam, choć alkoholem nie gardzę.
Kilka lat temu…
Czas kiedy noc spotyka się z dniem. Jesień. Za oknem szaro, buro i ponuro ale jedziemy! Hip hip hura! Nic to, że mżawka. Po półgodzinie docieramy na miejsce. Po lewej stronie pole, po prawej lasek. Nigdy tu wcześniej nie byłam ale pewnie warto skoro tu jesteśmy. Moją uwagę przyciąga mężczyzna z koszyczkiem, pustym, malutkim, takim jak do święconki. Mama też go widzi. Nie zamieniam z nim ani słowa. Po zorientowaniu się, że szkoda czasu jedziemy dalej. I tu niespodzianka. Widzę tego samego mężczyznę. Jechaliśmy samochodem. Nie widzieliśmy wcześniej nawet roweru. Jak się tak szybko przemieścił?
Inne miejsce.I znowu coś dziwnego. Jak wszyscy grzybiarze mamy swoje ulubione miejsca. Do jednego z nich się udaję. Rozczarowanie. Nic nie znalazłam. Wracam na leśny dukt. Mama mnie pyta z kim rozmawiałam. NIKOGO nie widziałam. Widzę kogoś ubranego identycznie jak tata. Dziwię się po co tam idzie, przecież tam nigdy nie ma grzybów, chyba,że gąski ale na nie za wcześnie. Tym razem widzę ja, mama nie. Miałam zamiar iść za „tatą” ale mój rodzony właśnie nadszedł z zupełnie innej strony.
Miejsce 3-e w którym nastąpi kulminacja wydarzeń.
Ufff, nareszcie. Jesteśmy w moim ulubionym lesie. Znam go na pamięć. Za chwilę zapomnę o tym co mnie wcześniej spotkało. Było mi tak jakoś. Czas odetchnąć pełną piersią i zająć się tym co uwielbiam od zawsze.
Wszyscy troje wchodzimy do lasu, ustalamy po jakim czasie spotykamy się w umówionym miejscu. Mam co najmniej 2 godziny. Chyba,że nic nie znajdziemy, to wracamy. Kątem oka widzę mamę, stojącą kilka metrów ode mnie, słyszę głos taty. Rozglądam się wypatrując. Wyjmuję paczkę papierosów. Nową. Niby szczegół ale bardzo ważny jak się potem okaże. Gęste chmury dotykające czubków najwyższych drzew. Nadal mży. Zaciągam się, schylam głowę, a nuż jakiegoś w końcu ujrzę. Grzyba oczywiście. Kiedy podnoszę głowę przeżywam szok. Nie wiem gdzie jestem. Wokół mnie martwy las. Pod stopami trzeszczą suche gałęzie. Absolutna niewyobrażalna wręcz cisza. TAM zapachy, dźwięki, TU nic. Straciłam świadomość i doszłam tak daleko, że trafiłam w miejsce w którym nigdy nie byłam? Możliwe. Jednak nie. W mojej dłoni tli się papieros jakby przed chwilą zapalony. Wyjmuję paczkę i liczę. Brakuje tylko tego jednego. Duża jestem, poradzę sobie. Rozglądam się. Tam gdzie kończy się martwy las, bardzo blisko, widzę Raj. Środek Lipca, takiego jak to drzewiej bywały. Ptaszki świergolaszki, motylki, rozkwiecona łąka, uśmiechnięte Słoneczko, baranki baraszkujące po niebie. Jednym słowem idylla. Dostrzegam też ścieżkę między krzewami. Zaprasza mnie żeby nią pójść. Bardzo chcę ale jednocześnie zalewa mnie powódź myśli. A jeśli nie uda mi się wrócić? Co pomyślą rodzice, ile cierpienia przysporzy moje tajemnicze zniknięcie wszystkim którzy mnie kochają… Bardzo chcę, kusi. Jeszcze nie teraz, stwierdzam. Tylko jak stąd wyjść w znane mi rejony, przecież nadal nie mam pojęcia gdzie jestem. Zamykam oczy i zaczynam się modlić, proszę o pomoc. Ja, bywająca w kościele z okazji ślubów, chrztów i pogrzebów modlę się żarliwie jak nigdy dotąd. Nie otwieram oczu, idę przed siebie. Nie potykam się, nie trzeszczą pod stopami suche gałęzie. Po jakimś czasie otwieram oczy. Już wiem gdzie jestem. Powrót, biegiem, zajmuje mi około godziny. W końcu słyszę nawoływania rodziców. Ewa! Tak mi dano na imię, prawda, że ładnie? 😉 Szukali mnie. Przecież NIGDY nie zagubiłam się w lesie, tym bardziej zrozumiały był ich niepokój. Nie było mnie ponad 4 godziny.
Całe to wydarzenie tato skwitował jednym zdaniem. Złe Cię po lesie goniło.
KONIEC
Myśl, którą wypycham poza obręb świadomości, a która mimo wszystko wciąż się pojawia w jej polu, To Rany boskie, jak bardzo niemowlę przypomina osobnika w stanie wskazującym na nadużycie alkoholu. Osesek i opój – dwa istnienia tak różne, a tak tożsame (nawet włącznie z aliteracją); Dla rodzicielskiej dumy – dość przykra ta relacja jest rewelacja! A jednak gdy widzimy nasze pyzate cudo w wędrówce po podłodze żłobka, Czy możemy z czystym sumieniem zaprzeczyć podobieństwo do kogoś , kto wytacza się z knajpy po kilku wcześniejszych próbach wytoczenia się z niej na dobre i każdorazowych powrotach pod hasłem „Tym razem koniec, jeszcze tylko jedna mała stopka”? Każdy krok, w trakcie którego nie padło się na twarz z kretesem, Wdaje się w obu wypadkach niewygodnym sukcesem; Stopa za stopą dąży z dużym trudem, Zarazem pozostając w miejscu jakimś cudem; Ramiona machają gwałtownie, jak ramiona popsutych semaforów lub kujących żelazo póki gorące kowali, Osłupiały wzrok pyta: „Po cośmy się w to pakowali”? Choreografia poruszeń jest nie tyle łabędzia co kacza, Ale pędrak sympatycznie „tupta”, a tylko pijak się obrzydle „zatacza”. Jeszcze jedna analogia, jeśli Czytelnik pozwoli: I moczymorda, i malec wykazują kompletny brak samokontroli. W jednym i drugim wypadku nie ma mowy o zażenowaniu czy wstydzie Z tego powodu, że się nieporadnie mówi czy idzie. Co do mówienia, i tu, i tam poprawność to główny problem: Gramatyka pełna usterków i błądów, a dykćja jeśt w śtanie niedoblem, Tyle, że u dorosłych jest to pijacki bełkot, niegodny rozumnego stworzenia, A u niemowląt – budzące zachwyt gruchanie i gaworzenia. Mam więc nadzieję, że znajdzie uznanie moja teza, iż nie da się prawie odróżnić niemowlaka od kogoś, kto swój barek z trunków ogołaca, A jedyna w gruncie metoda ich odróżnienia polega na odczekaniu do rana, ponieważ wtedy jedynie niemowlę budzi się świeże, różowe i zupełnie pozbawione kaca.
Ogden Nash
Pewnie już zauważyliście, że mimo mnóstwaniezaprzeczalnych zalet, do roboty to Irek wyrywny nie był. A nie będąc fachowcemw żadnej dziedzinie miał przed sobą tylko jedną drogę kariery – polityczną, kuwładzy. I rzeczywiście miał przed sobą przyszłość, bo łajzą i głupolem byłwyjątkowym. Niestety pechowcem również. Po paru latach sukcesów Ireneusza naniwie jego ciężko wypracowane miejsce na liście zajęła pewna niewiasta.Parytety.
Pozostał mu szemrany interes, a w tym akurat byłdobry.
Kumple z polityki pomogły jak mogły. Wspólnymi siłamiwykombinowali taki biznes, że piwo w butelkach było tańsze niż same butelki popiwie sprzedawane w skupie.
Ireczek zaczął godnie zarabiać.
Od wczesnych godzin rannych nabywał w celu spożyciaznaczne ilości piwa butelkowanego i w godzinach południowych te butelkisprzedawał. W południowych, bo można się było jeszcze załapać na premię zaterminowość. Normalnie życie jak w Grecji.
Po południu pił już piwo dla przyjemności, chociaż wilościach imponujących. I tym właśnie zaimponował Irence.
Patrzyła na swojego chłopa z podziwem. Doił i doił,tylko flaszki w krzaki śmigały. Te z popołudniówki sprzedawała Irenka. I teżżyła godnie dokładając do urobku Ireczka własne spożycie.
Dochody uzyskiwane ze sprzedaży butelek były na tylewysokie, że zaczęli sponsorować kampanie wyborcze od gminnych poczynając,do Europarlamentu kończąc.
I to się opłacało. Irek dostał koncesję na wyłącznośćna zakup butelkowanego piwa marki OBUCH. Browar był państwowy, a jego prezesotrzymał polecenie kapslowania piwa złotymi kapslami. Niestety kapsle musiał Ireczekoddawać wybrańcom, ale dochody z wyłączności i tak były duże.
Związek Irenki z Ireneuszem ustabilizował się na tyle,że zapragnęli dorobek piwny komuś przekazać. Dziecięciu. I to własnemu.
Irek się sprężył, Irenka rozprężyła, w efekcie czegodoszło do oczekiwanego poczęcia i od tego momentu w łonie Irenki rósł następcapiwnego interesu. I tak rósł aż do czwartego miesiąca ciąży, kiedy to…
No właśnie. Nie kopał. Śpiewał biesiadne piosenki i cochwila powtarzał unikalne toasty. Głos wydobywał sie z łona Irenkisprawiając wrażenie, że śpiewa brzuchomówca. Lub raczej łonomówczyni.
Kiedy Ireczek z Irenką leżeli sobie pod brzózka posadzonąna ich osiedlu przez przewidującą dłoń, rozlegał się głos z otchłani i nucił:
Więc przepijmy naszej babci złote zęby…
lub wznosił popularny toast:
Zdrowie wasze, w gardła nasze!
I koledzy (a także koleżanki) toasty podchwytywali iwcielali w życie, a ponieważ pili nabywane przez nasza parę piwko marki OBUCH,to i napędzali kapuchy aczkolwiek nie młodej, tym niemniej parze.
Sielanka osiedlowa trwała do momentu, aż płód ubogaciłrepertuar o song:
„A wieczorkiem wykastrujem naszego proboszcza”
A także
„Zakonnik zakonnice przeleciał zachłannie. Na wylot”
Kawałki stawały się tak popularne, że wkrótce zaczęłoje nucić całe osiedle.
Wspólnota mieszkaniowa zorganizowała nawet konkurs nanajlepszego wykonawcę najlepszej piosenki.
Wygrał młodzian o imieniu Kuba, któremu pokręciłsię tekst songu i zaśpiewał, że kastrować chciałby już o poranku.
Usłużni rychłodostarczyli do parafii wieści z festiwalu i proboszcz kategorycznie zażądał usunięciaciąży. I to natychmiast.
Sam się zaofiarował, że zrobi skrobankę.
I pewnie by zrobił, gdyby nie zmiana repertuaru pieśniwykonywanych przez płód.
Wyczuł spryciarz, że się na niego przyczaili, więczaczął śpiewać pieśni kościelne.
„Kiedy ranne wstają zorze” i ani słowa o porannejkastracji.
Ponieważ jednak, poczynając od wikarego, kapłani sąnieomylni, decyzji nie cofnięto, a jedynie złagodzono sankcje. Płód miał byćusunięty w drodze zasuszenia, by mógł w przyszłości pełnić rolę pamiątki pominionej miłości.
I taką też rolę pełnił spoczywając na serwantce,na haftowanej serwetce.
A duet Ireczek — Irenka? Nadal doili piwko podbrzózką, zaś stany ich kont wciąż dynamicznie przyrastały.
Ten fakt nie mógł umknąć powszechnej uwadze i nietylko miejscowego urzędu skarbowego, zainteresowały się nimi osoby postronne.
Do Irenki zaczął uderzać niejaki Markiz, Ireczkiemzainteresowała się pewna Izis. Materialiści. Ale też jest to samo życie.
A wniosek?
Nie musimy prężyć swoich walorów.
Pijmy piwo, zarabiajmy i nie ukrywajmy stanu konta, a fatygantównam nigdy nie zabraknie.
Są dwie rzeczy, których mój umysł dotąd nie zgłębił; pierwsza dlaczego mucha tse – tse nie ma liczby mnogiej „muchy tsą – tsą”,A druga: dlaczego niektórzy ludzie, którzy powinni być nudni, bynajmniej nudni nie są, a znowuż inni, którzy nie powinni są.Mam znajomego, który nie jest pewny, czy Spinoza to nazwa choroby wynikłej z przejedzenia szpinakiem czy może prahistorycznej agrafki,I nie miał w ręku książki, odkąd utknął na trudnym czterosylabowym słowie w drugim rozdziale dzieła pt. „Wesołe sprawki małej Żyrafki”.Jego największym życiowym trumfem było wydarcie śmieciarzom wyrzuconej przez pomyłkę do kubła pamiątkowej popielniczki z napisem ” Międzynarodowy Zjazd Pszczelarzy”,A jedyną opinią, jaką kiedykolwiek powziął na własny temat – przekonanie, że z wąsami mimo wszystko nie jest mu do twarzy.Mózg tego osobnika jest naprawdę zupełnym ugorem (bo nawet nie rżyskiem),I co? – facet odnosi szalone sukcesy w życiu towarzyskiem.Inny mój znajomy natomiast jest ekspertem we wszystkim od czarnej magii i demonologii poprzez teatr elżbietański aż do metodyki wywabiania z krawata tłustej plamy, Był raz zaproszony na weekend jako osobisty gość Dalajlamy, Inny razem zastąpił niedysponowanego ichneumona w walce z kobrą, a jeszcze indziej przeprowadził pierwszą historii udaną podwodną operację przeszczepienia trzustki,I co? – każda jego opowieść pozostawia mnie w stanie nieopisanej nudy, czczości i pustki.Co do mnie samego, tak się składa, że los pobłogosławił mnie wyjątkowym darem snucia bystrych refleksji w sposób, który wprawia słuchaczy w fascynację i głębokie przejęcie,I z pewnością moi liczni przyjaciele mieliby więcej okazji rozkoszowania się tym moim darem gdyby nie pilne sprawy, wzywające ich do domu zawsze w chwili, kiedy wkraczam na jakieś przyjęcie.
Ogden Nash
Mam żal do Opatrzności za to, że wstępować na drogę poprawy można tylko, jeśli się wpierw było grzesznikiem,
I że można mieć muzyka w rodzinie tylko, jesli ten muzyk był w swoim czasie początkującym muzykiem.
Wśród początkujących muzyków zwłaszcza zaś początkujący pianiści
Wzbudzają we mnie sporo nienawiści.
Ostatecznie mogę nawet słuchać utwórów pt. ” Wieczór w domku dla lalek” albo ” Bzyk, bzyk, dzieci, pszczólka leci”,
Ale słuchac zagranych chociaż raz od początku do końca, a nie tylko to trudne miejsce pod koniec powtarzane po raz dwudziesty trzeci !
Zauważyliście państwo, jaką szczególną właściwość mają malutkie paluszki, zwłaszcza przy ćwiczeniu pasaży i gam?
Jeśli raz trafią w zły klawisz, to potem już zawsze trafiają w ten sam,
Inna ciekawostka przyrodnicza w zakresie malutkich paluszków, to fakt, że zawsze się lepią od czekoladek, galaretek i innych szarlotek,
A melodia, przy której graniu najbardziej lubią się lepić, to, oczywiście, „Wlazł kotek na płotek” .
I jesli jest ktoś na świecie, komu szczerze życzę kompletu dziurawych zębów plus dentysty – sadysty z zasady nie uznającego znieczulenia,
To jest nim osobnik, który skomponował „Wlazł kotek na płotek” na użytek młodego pokolenia.
Spis moich życzeń wszelkiej pomyślności z pewnością nie jest zbyt długi,
Również w przypadku złoczyńcy, który podsunął malcom pomysł grania boogie-woogie ,
Ale tobie, którys popchnął miliony maluchów dp brzdąkania „Wlazł kotek” mysląc, ze tym je oraz nas zabawisz,
Ha, tobie życzę, żebys miał tysiąc haremów, w każdym haremie tysiąc zon, z każdej żony tysiąc rozkosznych maleństw, i aby lażde maleństwo grało ci „Wlazł kotek na płotek” przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, przy każdym wykonaniu uderzając w ściśle wyznaczonym miejscu zawsze w ten sam zły klawisz.
Ogden Nash
Ta opowieść – nie wiem, czy ją przeczytasz kiedy – z wielką nieufnością patrzę na stos zapisanych kart. Czy słowa potrafią mnie bronić lepiej niż cisza, czy słowami można jeszcze cokolwiek powiedzieć? A jeśli tak, to jakimi słowami? Szukałam ich z trudem, każde oglądałam wiele razy, przymierzałam do nich moją miłość, mój ból. Pragnienie przymierzałam do wyrazu pragnienie i dla mojej największej miłości – dla życia, poszukiwałam najpiękniejszych określeń. Kocham życie, przyjacielu, i nawet wtedy, kiedy zraniło mnie tak bardzo, że przez krótką chwilę zapragnęłam umrzeć, nawet wtedy nie popełniłam zdrady. Nie zapominaj, że śmierć była zawsze blisko mnie, zbyt blisko, abym nie przywykła do jej chłodnego, kojącego dotyku, abym nie musiała do niego przywyknąć. Pamiętaj także o rym, że kochałam i że to miłość skazała mnie na śmierć. I przecież jestem, mimo wszystko jestem, mówię do ciebie. Moja jedyna miłość zwyciężyła raz jeszcze, żyje, mogę patrzeć na drzewa chwiejące się w wietrze, do moich oczu dobiega daleki błysk latarni. Słyszę szum spienionej wody i czuję, jak w mojej piersi delikatnie uderza najczulszy z wszystkich odmierzających czas instrumentów – serce. Jest jeszcze ciągle słabe, ale bije dzielnie i z wielką cierpliwością przetacza ciepłą krew. Posłuchaj, przyjacielu, te wszystkie kartki to tylko jego rytm.
Halina Poświatowska – Opowieść dla przyjaciela (Końcowy fragment)
Halina Poświatowska (muzyka: Gheorghe Zamfir) http://www.youtube.com/watch?v=mM0VhGganbA&feature=related
Jestem z upływającej wody z liści które drżą trącane dźwiękiem wiatru przelatującego pośpiesznie
jestem z wieczoru który nie chce usnąć patrzy uparcie głodnymi oczyma gwiazd
noc – poprzez niebieskie żyły w każdym włóknie ciała w końcach palców pulsuje namiętnym niespełnionym
jestem ochrypłym głosem milczącym głucho nade mną dni o wielkich pustych skrzydłach mijają… —— Bądź przy mnie blisko bo tylko wtedy nie jest mi zimno…
Halina Poświatowska, „Oczekiwanie” – Lora Szafran http://www.youtube.com/watch?v=eQ9G7PA8XTQ&feature=related
Halina Poświatowska – Wanda Warska -Samotność ma barwę zieloną http://www.youtube.com/watch?v=UgPTnQ_-osQ
Janusz Radek – Halina http://www.youtube.com/watch?v=R3IN7Yfp16g&feature=related
Streszczenie poprzednich odcinków. Brak procedur spowodował opóźnienie w przyjmowaniu dusz na stan poszczególnych sektorów. Stąd powstała konieczność zwałowania skompresowanych dusz i schładzanie ich, aby nie nastąpiła reakcja łańcuchowa masy krytycznej . Jednak dzięki wzmożonym wysiłkom rozwiązywanie problemu się rozpoczęło i pierwsza partia rozzipowanych dusz została przywieziona do naszego sektora w Czyśćcu i wysypana na plac luzem.
Wieczorem przyjechali pracownicy Psiapory z polewaczką i zaczęli zraszać wodą leżące pokotem dusze. Odezwały się protesty i uczynił się tumult. Na to wszystko wyszła Żonkilia i zakazała tego polewania, ponieważ już było niepotrzebne. Zdekompresowane dusze nie groziły wybuchem. Diabły tłumaczyły, że im się ilość pryzm nie zgadzała z planem, ale zaprzestały polewania i odjechały. Wezwany Psiapora obiecał wylać na zbity pysk brygadzistę. Aż do rana było spokojnie. Rano zarządzono apel. Właściwie nie chciało mi się brać w tym udziału, ale, no cóż, jestem duszą jedną z nich, to poszłam. Nie było oczywiście żadnego ustawiania w szyku i kolejno odliczania, a wszyscy siedzieli lub stali, jak tam komu było wygodnie. Aniołki pomniejszej rangi pilnowały porządku i bardzo uprzejmie, ale stanowczo zalecały zachować ciszę. Kiedy już zapanował porządek wyszła do nas Żonkilia. Czasy, w których aniołowie dokonywali jakichś gestów w celu wyczarowania foteli czy komputerów minęły. Obecnie wszystko już było sterowane myślą, czyli ideą, niematerialne, eteryczne, lub wirtualne, jak kto woli. Toteż nie widać było trybuny, mównicy czy czegoś takiego, a Żonkilia unosiła się, czy też raczej stała na niewidzialnym wywyższeniu, piękna, złoto – płowa, skrzydlata i mocnym głosem przemówiła :
– Zebrane dusze. Znalazłyście się w Czyśćcu, ponieważ tak postanowiono. Tu będziecie odbywać pokutę, ponieważ Raj znowu został uznany za miejsce dla bezgrzesznych i odpokutowanych. Tamto rozwiązanie miało pewne zalety, ale miało też wady i dlatego tak postanowiono. Warunki dla odbywania pokuty będą podobne, jak w dawnym Raju, dlatego macie piloty. Różnica będzie taka, że będą przeprowadzane okresowe kontrole postępów w odpokutowywaniu. Będą wam przydzieleni opiekunowie, którzy będą czuwali nad przebiegiem pokuty i w razie potrzeby korygowali wysiłki. Zanim jednak zaczniecie, należy przywrócić Czyściec do stanu dawnej świetności. Dusze, które wezmą w tym udział, będą miały zaliczone 30 lat pokuty. Zacząć musicie od przygotowania dla siebie miejsc, w których będziecie zakwaterowani. Szczegóły objaśnią opiekunowie, ja już żegnam – i zdematerializowała się.
Opiekunowie szybko zebrali podopiecznych i każdy poprowadził swoją trzódkę w kierunku zdewastowanych klitek. Na całym wielkim placu zostałam sama, bo okazało się, że nie mam żadnego opiekuna. To mnie zdziwiło, a nawet trochę przestraszyło. Nie jest przyjemnie być pominiętą, zwłaszcza w tak ważnej sprawie. Przecież od tego zależy całe moje życie wieczne i wyrok na Sądzie Ostatecznym. Zwrócić się do Żonkilii? Po tej przemowie nie miałam odwagi. Przecież to był Anioł bardzo wysokiej rangi. To nic, że wielokrotnie rozmawiałyśmy i uważałam, że jesteśmy zaprzyjaźnione. Tak było dawniej. Teraz jest inaczej. W końcu kim ja byłam? Jedną małą nieważną duszyczką. A wielcy tego świata, Tamtego świata czy Zaświata są zajęci wielkimi sprawami. Czasem taka mała duszyczka może być przydatna, ale to nie znaczy przecież…. Siadłam w ogrodzie pod krzakiem Złotokapu, aby ochłonąć i pomyśleć, co powinnam teraz przedsięwziąć. Na pociechę zafundowałam sobie trochę białego wina i chyba się w końcu zdrzemnęłam. Obudziło mnie wołanie. To była sekretarka Żonkilii.
– Szukam cię wszędzie – wykrzyknęła – jest telefon do ciebie z Raju. Pobiegłam za nią. To Philadelphia dzwoniła, żeby zapytać, jak sobie radzimy, czy mamy jakieś życzenia w związku z dalszym kopiowaniem biblioteki, oraz chciała się umówić, bo za tydzień rozpoczyna urlop. – rozmawiałyśmy dłuższą chwilę.
Weszła Żonkilia – Dobre wiadomości? – Zapytała życzliwie. Powiedziałam o urlopie Rajskiej Bibliotekarki. Ucieszyła się.
– Och, trzeba przygotować jakieś atrakcje – Naradzałyśmy się, co można by zaproponować.
– Dobrze, że jest ten ogród, może by go powiększyć?
– A da się zrobić wypad do Piekła? – zapytałam
– To może być interesujące. Muszę pogadać z Lucyferem. Myślę, że się zgodzi. Na razie weźmiemy do współpracy Psiaporę
To planowanie tak nas pochłonęło, że prawie zapomniałam o moim zmartwieniu, wreszcie, kiedy skończyłyśmy i już miałam wychodzić, przypomniałam sobie : A co z moją pokutą, Nie mam opiekuna. – To nic – powiedziała Żonkilia – zdążysz, pamiętam, że masz już niewiele, zresztą w wolnych chwilach mogę się tobą zająć. Pamiętaj pogadać z Psiaporą – przypomniała jeszcze raz.
Psiapora od pewnego czasu chodził jak struty.
– Nie mam już pracy dla takiej ilości pracowników. Niektórzy to rozumieją. Ot taki Licho. Był moim zastępcą, teraz chce się usamodzielnić i ja mu pomogę. Powiada, że założy firmę kurierską. Świetny pomysł. Obiecałem mu wehikuły po preferencyjnej cenie, będzie spłacał w ratach. I wybierze sobie pracowników. Ale reszta? Cała kupa baranów, którym się wydaje, że im się coś należy. Jak napomykałem o zwolnieniach, to oni o odprawach. Z czego ja im te odprawy dam, przecież z torbami pójdę.
Przesadzał oczywiście. Obłowił się tak, że mógłby sam w pojedynkę nowe Piekło otworzyć, ale rozumiałam go. Nie jest przyjemnie, jak zdobyty ciężką pracą majątek bezproduktywnie się rozchodzi.
– A jakbyś jako odprawy dał im po jednym wehikule? Mówiłeś, że lubią jeździć, to może się zgodzą, a ty pozbędziesz się nadmiaru pojazdów, bo co masz zamiar z nimi zrobić?
– Co zrobię? A odstawię w jakiś spokojny kąt Wszechświata, niech stoją, przecież jeść nie będą wołać. Ale, może racja. Parking i ochrona przecież też kosztują, a nie wiadomo, na jak długo to będzie.
No więc ogród powiększyliśmy, wybudowaliśmy pałacyk, który miał służyć jako hotel. Wyglądało to wszystko pięknie. Oprócz słowików śpiewały kosy i drozdy śpiewacy. Ci ostatni niszczyli też nadmiar ślimaków zaroślowych.
Od Psiapory kupiono piękny wehikuł i zatrudniono kierowcę. Niestety Diabła, bo żaden z Aniołów nie miał prawa jazdy. To był istotny mankament, więc postanowiono zorganizować kurs. Na razie było, co było.
Lucyfer do propozycji udostępnienia Piekła dla ruchu turystycznego odniósł się ze zrozumieniem. Ustalono, że zbuduje się kładkę, po której przechodząc, zwiedzający będą mogli oglądać kolejne kręgi piekielne. Kurs dla przewodników poprowadzi sam Wergiliusz. Nad topielami ognia zawieszono kolejki linowe, odnowiono trzypaszczowy posąg Lucyfera, pożerający trzech największych grzeszników, zdrajców swych dobroczyńców – Judasza – zdrajcę Jezusa Nazarejczyka, oraz Brutusa i Gajusza Kasjusza Longinusa – zdrajców Cezara.
W przeddzień otwarcia dokonaliśmy inspekcji. Widok był zaiste imponujący. Odpowiedzialny za projekt Mefistofeles, rozpromieniony, snuł dalsze plany: Będzie można przeprowadzać wywiady z grzesznikami. A co wy na to, żeby, za osobną opłatą, można było sobie potorturować wybranych?
Tej ostatniej propozycji akurat Żonkilia była absolutnie przeciwna.
Jeszcze tylko udekorowaliśmy kwieciem bramę do Czyśćca i gotowe.
Zdarzyła sie w moim domu rzecz zgoła niesamowita.Otóz mam automatyczną sekretarkę, która służy najczęściej do pozbywania się natrętów..Po pierwsze – z automatem nie pogadasz pół godziny o niczym, bo ten ani przytaknie, ani rozwinie temat.Po drugie – taki beznamiętny głos: ” Tu mówi numer XX YYY ZZZ, po usłyszeniu sygnału proszę zostawić wiadomość”, krępuje.
I właśnie pewnego dnia siedziałem w fotelu niedaleko telefonu, czytałem poranne gazety, popijając pierwszą w tym dniu herbatę, kiedy rozległ się dzwonek.
Nie podnoszę, pomyślałem.Zanim skończę rozmowe, to mi herbata ostygnie.I zostawiłem podsłuch włączony.
– Tu mówi automatyczna sekretarka numeru XX YYY ZZZ. Po usłyszeniu sygnału….
– Jaki ty masz piekny głos – rozleglo się z drugiej strony słuchawki. Z mojej zaległa cisza, choć powinien być dalszy ciąg – …” proszę zostawić wiadomość”.
– Jaki ty masz piękny głos – powtórnie zabrzmiało na cały pokój.
– Słucham ? – nagle nie wiadomo jakim sposobem odezwała sie moja sekretarka.
– Mówię, że pięknie brzmią twoje słowa.Ciepło i zmysłowo.
– Bynajmniej. Ale dziękuję.
– Musisz być strasznie sexy. Jak masz na imię ?
– Panasonic.
– Piękne. A co robisz dzis wieczorem ?
– Właściwie to mam wolne, bo pan wtedy dużo rozmawia.Dp późna w nocy nie jestem mu potrzebna.
– A co robisz z nim późną nocą ?
– Nic.
– Czyli jestes samotna i opuszczona. Czy tak ?
– Tak – westchnął, a raczej westchnęła Panasonic. Siedziałem wbity w fotel, nie przerywając nawet gestem tej rozmowy.
– A gdybyś wyszła dzisiaj wieczorem z domu, czy byłby zazdrosny ?
– Bynajmniej….od samego poczatku traktuje mnie jak przedmiot.
To prawda, pomyślałem.
– Nie zwraca na mnie uwagi – kontynuowała – A jeżeli dotyka, to beznamiętnie i bez krzty uczucia.
– To musi byc okropne przeżycie.
– Tak.
– A mnie się jakoś powodzi, mam co prawda pracę odpowiedzialną, ale nie wymagającą wysiłku. Większość roboty odwalają za mnie szefowie. I do jutra w południe też mam wolne.To co, polecimy gdzieś ?
– Jeżeli masz ochotę mnie poznać – szepnęła do słuchawki Panasonic.
– Chcę bardzo.
– A gdzie cię szukać ? – Będę pod domem o dwudziestej.
– Ale chociaż powiedz jak masz na imię.
– Automatyczny pilot. Cześć !
Tego wieczoru idąc spać drzwi zostawiłem otwarte.
k. Daukszewicz
„Prawdziwki i zmyslaki”.
Zacni obywatele miasteczka Pomroki Jasne, położonego jakże pięknie u stóp Beskidu Półwyspowego, od zawsze szczycili się swoimi metodami wychowawczymi. Dzieci, określane przez owych obywateli zawsze mianem „potomstwa”, uchodziły w całym powiecie, a nawet w województwie (sic!) za najlepiej wychowane: najgrzeczniejsze, ciche, posłuszne i chętnie pomagające w większości uciążliwych prac domowych (nie mówiąc o własnych pracach domowych, zadawanych w szkole – i w ogóle o stopniach, które zapewniały co roku Pomrokom Jasnym nagrodę kuratora dla szkoły z najwyższą średnią).
I tak płynęło życie w małym miasteczku, w którym grzeczne dzieci wyrastały na zacnych, troszczących się o swoje mienie i potomstwo obywateli, oczywiście jeżeli nie wyjechali wcześniej do miasta wojewódzkiego albo wręcz do stolicy. Ci jednak zazwyczaj nie wracali do Pomroków, a jeżeli je odwiedzali – to z rzadka i niechętnie. Jeśli zaś odwiedzali je z własnymi żonami i dziećmi, dla wszystkich było jasne, że wychowanie tych dzieci pod każdym względem ustępuje wychowaniu miejscowego, pomrockojasnego potomstwa.
Aliści pewnego szczególnie deszczowego lata zacni pomroczanie stanęli przed problemem, który ich przerastał. Otóż na Rynku, naprzeciw Ratusza, stał od niepamiętnych czasów, czyli gdzieś od połowy XIX w., pomnik Gaspara de Chvendal, francuskiego nauczyciela, przybyłego na te tereny z armią napoleońską i osiadłego tu na stałe po klęsce Cesarza pod Moskwą, którego rewolucyjne metody, starannie kultywowane przez pomroczan, doprowadziły po wielu pokoleniach, mimo powstań i wojen, do tak rewelacyjnych wyników.
Być może sprawiły to właśnie inkryminowane deszcze, może jakiś tajemniczy składnik odchodów pojawiających się od pewnego czasu nad Pomrokami kapcanów wędrownych, a może przyczyna była inna – dość, że rzeczony pomnik zaczął pokrywać się nieprzyjemnym dla oka i nosa nalotem. „Śniedź!” pomyśleli sobie zrazu zacni ojcowie miasta, ale żaden z wezwanych konserwatorów, ludwisarzy, ślusarzy, a nawet – o zgrozo! – znachorów i wiedźminów nie był w stanie poradzić sobie z problemem. W ruch szły specjalistyczne szczoteczki i ściereczki, pędzle i szmatki, za pomocą których oczyszczano, polerowano i wcierano w pomnik najróżniejsze pasty, smary, konserwanty i nabły(za przeproszeniem)szczacze.
Nic z tego. Mijały dwie, trzy godziny, w przypadku najskuteczniejszego środka około pięciu – i tajemniczy, a obrzydliwy nalot pojawiał się znów i rósł, by w końcu pokryć pomnik gęstym kożuchem. Po trzech tygodniach burmistrz, imć Korneliusz Patzan, wystawił złożoną ze strażników miejskich całodobową wartę na trzy zmiany, wiedziony podejrzeniem, iż to sprawka nieprzychylnych ludzi. Strażnicy jednakże nie zauważyli nic, wzywani specjaliści najpierw próbowali przeróżnych środków zaradczych, a potem rozkładali bezradnie ręce, zaś pomnik roztaczał wokół siebie nieprzyjemną aurę – dosłownie i w przenośni.
I wtedy właśnie, gdy w książce telefonicznej, na żółtych stronach, w dziale „Konserwatorzy” (ale także w działach „Medycyna niekonwencjonalna”, „Parapsychologia”, „Radiestezja” oraz „Różne”) zabrakło już nazwisk i numerów, do miasta przybył, jakżeby inaczej, tajemniczy przybysz. Z tym, że wcale nie był tajemniczy, nie starał się także roztaczać wokół siebie atmosfery sensacji, sekretu i Strefy 51. Wręcz przeciwnie, przyjechał odrapanym, dymiącym z rury wydechowej smażalnią frytek mikrobusem marki Volkswagen, wprowadził się do hotelu „U Kacpra” i już pierwszego wieczoru nadużył piwa w stopniu znacznym, czemu dał wyraz, śpiewając na cały głos sprośne piosenki.
Te popisy wokalne zaprowadziły go jednak nie do Miejskiego Domu Kultury, a do aresztu. Następnego dnia strażnicy ustalili, że aresztowany pod zarzutem zakłócania ciszy nocnej i moralności publicznej Janusz Henszon, lat 58, wzrost 195 cm, waga 135 kg, postury drwala z długą, siwą brodą, jest wędrownym rzemieślnikiem, spędził ostatnie kilka lat w Finlandii, sam określa siebie jako „złotą rączkę” i żąda rozmowy z burmistrzem. Początkowo komendant straży nie chciał się na to zgodzić, ale gdy przybysz szepnął mu do ucha dwa słowa, zbladł i bez słowa skinął głową.
Burmistrz Patzan przygotowywał się właśnie do odparcia ataku opozycyjnych radnych podczas sesji Rady Miasta (Temat sesji? Od kilku tygodni ten sam!), kiedy do jego gabinetu wkroczył dostojnie (na tyle, na ile pozwalał mu katzenjammer) olbrzymi, brzuchaty Janusz Henszon, poprzedzany przez lekko rozdygotanego komendanta straży miejskiej. - Słyszałem, że macie problem z tym tam… – olbrzym machnał za siebie niedbale dłonią – pomnikiem? Burmistrza zatkało. Jako człowiek przyzwyczajony do dobrze wychowanego potomstwa nie wyobrażał sobie, że ktoś mógłby w ten sposób wtargnąć w jego życie. Zwłaszcza to zawodowe. I to poza kalendarzem spotkań i protokołem! Z drugiej strony jednak, jeżeli miało to pomóc w sprawie nieszczęsnego pomnika… Korneliusz Patzan odchrząknął i zażądał wyjaśnień.
Blisko dziesięć godzin później brodaty brzuchacz miał powtórzyć te same wyjaśnienia przed ścisłym gronem, do którego weszło kilku co znaczniejszych radnych koalicyjnych, burmistrz z wiceburmistrzem i lokalny biznesmen. Z grona tego – na zdecydowane żądanie burmistrza Patzana – wykluczono księdza prałata. Jak się miało okazać – nader słusznie! – Panowie – zagaił burmistrz – przedstawiam wam człowieka, który obiecał wyczyścić pomnik Gaspara de Chvendal… A nie muszę chyba przypominać, że wielkimi krokami zbliża się dwusetna rocznica przybycia tego nauczyciela, wychowawcy i… i… wielkiego człowieka! – zakończył, z braku lepszych epitetów. Rozległ się gwar głosów: – No i na co czekamy?! – Niech czyści! – Mistrzu, do roboty!!! –
Burmistrz uciszył głosy jednym machnięciem ręki. – Panie Januszu – zwrócił się oficjalnie do gościa – proszę o szczegóły! – No więc tak – zadudnił brodacz – na początek to dobry wieczór panom. A z tym pomnikiem to się da zrobić, czemu nie. Tyle że nie tak prosto. Ale tutaj – znacząco podkreślił to „tutaj” – nie powinno być z tym problemów. – Co znaczy „nie tak prosto”? – wypalił wiceburmistrz, zajmujący się finansami miasta – Pan powie, ile to będzie kosztować, bez przesady, mamy fundusz na konserwację, a jak będzie trzeba, to i z nagłych wypadków się przeksięguje! Janusz Henszon przecząco pokręcił głową. – To nie tak. Mam taki przepis od mojego świętej pamięci pradziadka Franciszka, mówię panom, zajzajer jak trza, wypali wszystko do czystego i nic nie urośnie. I I ten tam syf – machnął w stronę majaczącego za ratuszowym oknem pomnika – też wyżre, jak nic. Gwarantuję. No i to nie jest drogie, byle dobrze wymieszać. Ale w to wchodzi jedna rzecz – no, taka bardziej niezwyczajna. Mogę? – pytająco zwrócił się do burmistrza. Pan Patzan pokiwał głową – No, słowem to chodzi o to, że tam trzeba na koniec dolać litr krwi najgrzeczniejszego dziecka w okolicy.
W gabinecie zaległa głucha cisza. Pierwszy przerwał ją radny Krzesimir Retyn: – Co pan nam tu za średniowiecze sprzedaje! – wybuchnął – jaka krew?!!! Za kogo pan nas ma! To jest jakaś prowokacja! Pana tutaj opozycja nasłała! Henszon spokojnie siedział na swoim krześle i tylko przecząco kręcił głową. Potok wściekłych oskarżen przerwał sam burmistrz. – Nie, panie Krześku – powiedział z wysiłkiem – to nie jest prowokacja. Pan Janusz wygrzebał ze swojego samochodu resztkę tej… mieszaniny, której kiedyś używał. Pokazał mi jej działanie na pomniku. Na wiele nie wystarczyło, ale lewy obcas jest czysty, już od paru godzin. Sami zobaczcie…
Na takie dictum zebrani zerwali się z miejsc, nastąpiła ogólna przepychanka do wyjścia i gremialne sprawdzanie obcasa – który rzeczywiście lśnił metalem, tym lepiej widocznym, że reszta złośliwego nalotu nadal tkwiła na swoim miejscu. Niewierni Tomasze wracali na swoje miejsca, milcząc. Kiedy ostatni z nich usiadł, burmistrz przerwał ciszę. - Panowie. Chyba mamy jasność; oferta pana Janusza jest wypróbowana. Pozostaje ustalić, czyj potomek jest, hm, najgrzeczniejszy w okolicy. Co będzie trudne, ponieważ jak pan Janusz zapewne doskonale się orientuje, nasze potomstwo należy do najgrzeczniejszych, najlepiej wychowanych… – tu czytelnicy, którzy uważnie śledzą tok tego opowiadania od początku, mogą sobie darować.
Umilkł pan burmistrz Patzan, a jego goście popatrzyli jedni na drugich jakby niepewni, co teraz powiedzieć, jakby z ukosa. Pierwszy odezwał się radny Retyn: – Moja Marcysia, jakby to powiedzieć, nie jest w sumie taka grzeczna, jakby przewidywało nasze słynne pomrockojasne wychowanie… Otóż wyobraźcie sobie, że przedwczoraj, kiedy wysyłałem ją do spania, przedłużała moment pójścia do łóżka o całe siedem minut! Tak jakby to szczere wyznanie było kamykiem, który porusza lawinę, inni obecni również zaczęli przypominać sobie przeróżne grzeszki swoich dzieci: – Wadimek posprzątał zabawki dopiero po trzeciej prośbie… – Patrysia założyła inną sukienkę, niż mama jej wyłożyła… – Kwintylianek zostawił na talerzu dwa kawałki ziemniaka… i tak dalej, i tym podobne.
Janusz Henszon słuchał tego wszystkiego, chłonąc łapczywie kolejne głosy. Kiedy zaś ostatni z gości burmistrza skończył opowiadać o tym, jak dalekie od perfekcji było wychowanie jego dziecka, tfu, przepraszam, potomka, zerwał się na równe nogi i ryknął całkiem innym głosem niż dotąd: – Aach, więc to tak? Tak wygląda wasze pomrockojasne wychowanie i najgrzeczniejsze dzieci w okolicy? Wyszło szydło z worka! Poczujcie gniew tego, który grzeczne dzieci nagradza, a dla niegrzecznych ma rózgę! Poznajcie moją prawdziwą twarz!
Po czym zerwał z siebie kraciastą, flanelową koszulę, jednym susem wyskoczył ze znoszonych ogrodniczek i… okazało się, że pod spodem ma czerwony kubrak z białą lamówką i takież spodnie. Zza paska wyciągnął czerwoną czapkę z białym pomponem, kocio zwinnym ruchem przemknął pomiędzy sparaliżowanymi tak nagłą zmianą radnymi, burmistrzem, wicebur… i tak dalej, stanął w wielkim ratuszowym kominku i dmuchnął, a dmuchnięcie to uniosło go wzwyż – zniknął w czeluściach komina, a w dół niosło się tylko huczące: – Wiedzcie, że w tym roku prezentów nie będzie!!!
A przynajmniej tak właśnie, jak powyżej opowiedziano, przedstawili sprawę tatusiowie z Pomroków Jasnych swoim dzieciom. Dlatego też dzieci nie były zdziwione, ani zawiedzione, że pod choinką nie znalazły żadnych prezentów, a tylko postanowiły, że w następnym roku postarają się być jeszcze grzeczniejsze. I o to właśnie chodzi!
_____________
Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net i na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Kiedy mnie pytasz czym jest miłość Mówię -Tobą jest. To Twój łagodny wzrok i uśmiech, to Twój każdy gest To Twój kolejny dramat To Twój kolejny żart Oraz to wszystko co nam wróży ślepa talia kart. Więc się nie pytaj,bo miłość taka nie zna wielkich słów, Lubi tak milczeć jak jasne słońce,jak księżyca nów, a kiedy złe to wicher za nią wyje,a deszcz puka, a kiedy radość to rozpływa się wilgotna mgła.
Takiej miłości więc nam życzę kiedy tylko wzrok,mówi na tyle aby rozwiać wątpliwości mrok Takiej miłości więc nam życzę kiedy tylko gest, mówi na tyle by zrozumieć jak to z nami jest
Kiedy mi mówisz że nie wystarczy tylko wzrok i gest, na tyle spraw codziennie innych mówisz wiesz jak jest… Powiem Ci że na pewno,potrzeba wiele słów stąd tyle różnych książek pod poduszkami snów. W tej codzienności nam jednak potrzeba prostej prawdy słów,by zauważyć jeszcze słońce i Księżyca nów. Więc skoro tyle zdań wyszukanych oraz gorzkich słów ,kosztuje czasem prosta sprawa by zostańmy bez…
http://www.youtube.com/watch?v=4xeivKv5sMs&feature=related
|
|
Najnowsze komentarze