|
||||||
|
W ten wtorek Krycha poszła na nocną zmianę; brydż u kumpla spełzł na niczym, bo się gospodarz gwałtownie pochorował, a partner Zenka został wysłany w delegację. W dodatku kablówka wyłączyła sygnał – awaria miała potrwać do pojutrza. Co robić z takim wieczorem? Zdesperowany Zenek sięgnął po przeczytaną gazetę – znał już wszystkie wyniki wczorajszych rozgrywek – i nagle rzucił mu się w oczy repertuar kin. Sam nie pamiętał, jak dawno był ostatni raz w kinie. Wiedziony impulsem, odrzucił kilka pierwszych pozycji: melodramat, komedię romantyczną, fantasy (to dla dzieci!). Następne kino było w pobliżu i oferowało coś interesującego:mocny kryminał z elementami walk wschodu; w dodatku tytuł był mu znany – kumple niedawno wspominali ten film z uznaniem. Zdecydował się pójść. Bilety w niedużym, starym kinie na skraju osiedla nie były drogie. Przyszedł kilka minut przed seansem, ale kilka miejsc jeszcze było. Kupił jedno z dwóch pustych miejsc w środku sali – chyba ktoś zrezygnował? Obok jego fotela siedziała całkiem ładna, choć nie pierwszej już młodości brunetka. Zenek uśmiechnął się przyjaźnie, lecz jej mina była raczej chłodna. Już po rozpoczęciu seansu na ostatnie wolne miejsce obok Zenka wpakował się raczej zaniedbany facet, w długiej kapocie i nieporządnej fryzurze. Zenek odruchowo przysunął się do brunetki. Film zaczął się ostro. Już po kilku minutach Zenek z najwyższą uwagą obserwował pościg samochodowy po zatłoczonych ulicach LA. I wtedy sąsiad z lewej zaczął się okropnie wiercić. Szukał czegoś po kieszeniach, nawet wstał na chwilę w tym celu, wreszcie znalazł i tryumfalnie wyciągnął butelkę taniego wina. Zadowolony usiadł z powrotem i trącił Zenka w ramię z donośnym szeptem: – Łysy! Masz korkociąg? – Nie jestem łysy! – A korkociąg masz? – Nie mam! – To może twoja dziewczyna ma? – gest ręki menela wskazywał brunetkę. – To nie jest moja dziewczyna –chłodny niesmak na twarzy sąsiadki skłonił Zenka do gwałtownego protestu. – A korkociąg ma? – Nie ma. – Krótkie i szybkie negatywne odpowiedzi powinny najszybciej wyciszyć nachała, pomyślał sobie Zenek, koncentrując się z powrotem na akcji. W jakimś stopniu pomogło – następne ujęcie, zawiązujące plan policyjnej akcji, częściowo zagłuszyło rytmiczne bicie w dno flaszki w celu wybicia korka. Wreszcie rozgłośne plaśnięcie dało nadzieję na spokój. Daremną. – Łysy! Masz szklankę! – Już mówiłem: nie jestem łysy! – A szklankę masz? – Nie mam. – A twoja dziewczyna ma? – To NIE jest moja dziewczyna! – A szklankę ma! – Nie ma! Ostatnie zaprzeczenie znów dało Zenkowi chwilę spokoju, ryk silników prawie zagłuszał lekki bulgot z prawej. Po chwili poczuł znów trącenie w ramię.: – Łysy! Napijesz się? W tym momencie cała widownia ryknęła zgodnym chórem: – ŁYSY! NAPIJ SIĘ!!! Mąż jest to coś, z czym żona musi się zżyć i jakoś tak znosić, choćby z piersi wyrywał jej się okrzyk „Biada!”, oraz coś z czym wieczorem się wieczerza, a rano śniada.
Mężowie nie mają pojęcia o obowiązkach rodzica i zdolności zapamiętania, kiedy rocznica. Wydaje im się natomiast, że po całych tygodniach zaniedbywania żon i czynienia z nich melancholiczek wszystko można naprawić jednym głośnym cmoknięciem w policzek. Kiedy się im uświadamia całą okropność ich tego czy innego postępku, słuchają w sposób demonstracyjnie cierpliwy, z nieznośnym uśmieszkiem wyższości, I myślą: „Och zaraz jej przejdzie, niech się tylko do końca wyzłości”. Wchłaniają cockaile w tempie szybszym niż organizm jest je w stanie przyswoić. A gdy im rzucić ostrzegawcze spojrzenie, robią minę męczennika, którego kat – sadysta usiłuje rwać obcęgami i zarazem moralnie gnoić. Gdy chodzi o przejście pięciu mil dzielących ich od pola golfowego, objawiają nadzwyczajną raźność, natomiast byle wzmianka o pomocy w zmywaniu naczyń wprawia ich w stany letargiczne I wdają się wtedy w wywód na temat: „Kobiety jako istoty z natury nierozsądne i nielogiczne” Zmuszenie ich do wstania z łóżka albo pójścia spać o tej samej porze co żona wymaga nadzwyczajnego trudu. A kiedy się wykonuje jakąś prostą, codzienną i naturalną czynność, jak np. nacieranie twarzy kremem albo poprawianie warg szminką, zachowują się, jakby byli przekonani, że ich żona praktykuje czarną magię albo wręcz jest szamanką religii Voodoo. Stać ich na dzielność, opanowanie i niewzruszony spokój, gdy w grę wchodzą choroby, to znaczy oczywiście choroby ukochanej osobie. Natomiast kiedy sami dostają kataru lub niestrawności, można by sądzić, że są już obiema nogami w grobie. Gdy jest się z nimi sam na sam, nie dbają o drobne przejawy kurtuazji i urok ich znika kompletnie albo co najmniej w połowie. Ale im większe towarzystwo, tym żwawiej podsuwają żonie krzesła, popielniczki i tace z kanapkami, i to z takim mnóstwem ukłonów i szurnięć, że aż by się chciało dać im tym krzesłem czy tacą po głowie. Mężowie to doprawdy przejaw życia irytujący i niewydarzony. I trudno pojąć kaprys Opatrzności, który większości z nich dał głęboko kochające i oddane żony. Ogden Nash
Bzy już rosły w najlepsze, słowiki kląskały aż w sercu coś łkało . Pewnego dna czołgałam się w tych bzach na czworakach i pieliłam chwasty. Posuwałam się powoli z kubełkiem i motyczką, kiedy usłyszałam rozmowę. To była Żonlilia z Psiaporą. – Zburzyć to łatwo, ale potem odbudować, to wprost nie wiadomo, od czego się zabrać – mówił Psiapora – my po prostu nie wyrabiamy już tam na dole. – Procedur nie ma. Procedury są w księgach, księgi w bibliotece a biblioteka w Raju i kółko się zamknęło. – Księgi dotyczące Czyśćca nie powinny być w Czyśćcu? – Powinny, ale trzeba je ściągnąć, tylko nikt nie wie jak. Ta wiedza też jest w księgach. Ktoś tam musi pojechać, odnaleźć te księgi, przeczytać, albo ta Philadelphia coś doradzi. Ty, Psiapora masz firmę transportową, dostaniesz zlecenie, delegację i jedź. Poszli dalej i już nic więcej nie słyszałam. Wieczorem Psiapora przyszedł do mnie bardzo zaambarasowany. – Nie mogę jechać, muszę interesu pilnować i sposób zredukowania zatrudnienia obmyślić, bo wszystkie dusze już rozwiezione. Zarobiłem, nie powiem, ale jak im teraz będę z tego pensje za postój wypłacać to z torbami pójdę. Nikogo z pracowników nie wyślę w tę delegację, bo to durnie. Zapytam wprost : czy pani nie chciałaby pojechać? – Jeśli to możliwe… och tak. Bardzo bym chciała. – Zatrudnię panią na etat, powiedzmy dyrektora. Wehikuł się znajdzie – A trafię? – Nawigację zainstalujemy. Ta Żonkilia przepustkę wypisze.. Od rana następnego dnia rozpoczęły się przygotowania. Umowa z Psiaporą spisana, delegacja wystawiona, teraz do Żonkilii po zlecenie i przepustkę. Pierwszym problemem było zrobienie zdjęcia. Żadna znana technika nie jest w stanie sfotografować duszy. Może były jakieś nieznane, ale takie rzeczy były w księgach, księgi w bibliotece a biblioteka, etc. Znaleziono kogoś, kto namalował miniaturę. Żonkilia w tym czasie telefonowała do Raju, aby się dowiedzieć, co ma zawierać taka przepustka. Psiapora z kolei telefonował do swoich warsztatów, żeby przygotowali wehikuł. – Ten biały – krzyczał do słuchawki – koniecznie ten biały a nie zielony. W końcu po wydrukowaniu, podarciu i wyrzuceniu niezliczonych wadliwych przepustek, sporządzono właściwą, naklejono miniaturę, a Psiapora oświadczył, że pracownik już wyjechał z warsztatu i lada chwila tu będzie. Wyszliśmy wszyscy przed Bramę. W oddali kłębił się już tuman kurzu. Zatoczył koło pod bramą, a kiedy pył opadł zobaczyłam ni mniej ni więcej tylko białego Dodga Challengera. Wysiadł z niego umorusany, gamoniowaty pracownik Psiapory i oddał kluczyki. Psiapora sam osobiście wszystko sprawdzał i oglądał, na koniec wsiedliśmy i zaczął mi objaśniać co do czego służy, ustawił nawigację, i mówił, mówił a ja już go nie słyszałam, czekałam aż skończy i zostawi mnie samą. W życiu nie marzyłam o takim samochodzie, widziałam go zresztą tylko raz, na filmie „Znikający punkt”. Wreszcie skończył gadać I wysiadł. Zapięłam pasy. Sprzęgło. Jedynka, Żonkilia mówiła coś do mnie przez otwarte lewe okno. Psiapora mówił coś z prawej. Co tam. Zwolnienie sprzęgła, delikatnie gaz i poooszło. Durni i gamoniowaci byli ci pracownicy Psiapory, ale na mechanice się znali. Silnik po prostu śpiewał. W tym czasie ruch był w Zaświatach niewielki. Właściwie wcale go nie było, poza tymi przewozami dusz. Challenger szybko się rozbujał do setki. Góra Czyśćcowa zniknęła w oddali, Dorodne zarośla też pozostały w tyle. Przede mną pejzaż płowy z ciemniejszymi plamami jakichś zagadkowych roślin i płaski, szeroki, środkiem droga prowadziła. Nie oparłam się pokusie, zjechałam na piaskową pustynię i dalejże harce wyczyniać, kółka, ósemki wykreślać, tuman kurzu we wstecznym lusterku obserwować z uciechą. Nawigacja się wydzierała, że nie tam mam jechać, ale co tam. I ta droga, jak wstęga, prowadząca w nieskończoność Wszechświata. I ta szybkość, której za życia
I zdarza się mi coś takiego, jak na tym fragmencie filmu. Tylko trzeba zamienić tego przystojnego, oczywiście, niewątpliwie Barrego Newnana na piękną, oczywiście, niewątpliwie Lukrecję. Wreszcie dojechałam do Bramy Raju. Nie otworzyła się. No, coś takiego. Wysiadłam, aby poszukać dzwonka albo kołatki. Nie było, ale była strzałka odsyłająca gdzieś w prawo. I napis : WEJŚCIE DLA SŁUŻBY I DOSTAWCÓW. Wsiadłam do Dodge’a i pojechałam zgodnie ze wskazówką. http://www.dailymotion.com/video/xcvq87_vanishing-point-1971-desert-scene_shortfilms http://www.dailymotion.com/video/xcvov3_vanishing-point-1971-dirt-road-chas_shortfilms http://www.dailymotion.com/video/x601m1_vanishing-point-1971-3_auto – Księżulku, bredzisz! – a ty hrabio, Wspak obwiązałeś szyję kryzą. – Te wina całkiem mię osłabią. – Jak mnie twój karczek, o markizo.
Do, mi, sol, fa…. – Kochać się trzeba… – Księżulku, poprawże sutannę ! – Niech skonam, pani, jesli z nieba Gwiazdki dla ciebie nie dostanę.
– Chciałabym być maleńką psiną ! – Całujmy wszyskie po kolei Pastuszki nasze. – Pieśń i wino ! – Witaj miesiączku w gwiazd alei !
Skoro jesteśmy pierwsi i możemy się urządzać, to wybraliśmy sobie trzy klitki, ładnie położone, trochę na uboczu, z widokiem na dość rozległy plac. Cały następny dzień sprzątaliśmy te trzy klitki. Oraz czwartą, dla pickupa. W magazynie było wszystko, co potrzeba. A najlepsze, że jak odkryliśmy, nie trzeba było szukać. Można było na przykład powiedzieć – och, jak by to było dobrze znaleźć ścierkę do podłogi – i się znajdowało. I to w zasięgu ręki, a nie gdzieś na niesłychanej wysokości. Następował wtedy jakiś ruch pod warstwą kurzu, coś tam się kotłowało, przesuwało bezszelestnie i płynnie i za chwilę przed nosem wystawał jakiś fragment, tylko złapać i pociągnąć. Znalazły się więc mydła, płyny, proszki, (hydrant z wodą był bliziutko klitek). Nawet gumowe rękawice były. A jak była pomoc potrzebna, to niezawodny Psiapora podsyłał któregoś ze swoich pracowników. Tak, stanowczo dobrze nam się działo. Jot zapragnęła posadzić kwiaty, ja chciałam mieć trawnik a wszyscy troje marzyliśmy o krzewach bzu . Słowiki obiecał dla nas złowić jeden z tych pracowników Psiapory, jak tylko będzie w okolicy Marylondy Prokwińskiej. Garaż dla pickupa też powstał. Jedno nas tylko dziwiło, że ciągle byliśmy sami. Kiedyś jeździliśmy pickupem po całym sektorze, wyjechaliśmy też dalej i zjeździliśmy cały taras i nigdzie żywej duszy. Innym razem pojechaliśmy w dół, do wylotu tunelu i także nic. Pomyślałam, że zapytam Żonkilię, ale jej nie zastałam. Była tylko sekretarka, która powiedziała, że szefowa jest na odprawie i żeby przyjść jutro. Następnego dnia Żonkilia sama przyszła do nas. Bardzo się ucieszyła na widok umorusanych i gamoniowatych diabełków zakładających dla nas trawnik. Potem powiedziała, że z duszami nastąpił impas. Nie chodzi o oprogramowanie, bo to już naprawiono. Mianowicie nie wiadomo, jak rozdysponować dusze, według jakiego klucza, jak je przyjmować do sektorów, bo, jak powiedziała, nie ma procedur. Procedury są opisane w księgach, księgi są w bibliotece, a biblioteka w Raju. I tyle. – A nie można bez procedur? Na przykład według listy, albo losować, albo brać jak leci od pierwszej z brzegu? – zapytałam , – Ja to proponowałam, ale jest frakcja twardogłowych, którzy są temu przeciwni. A czas płynie, środki do nas nie docierają, niedługo się energia wyczerpie, zwłaszcza tam na dole, gdzie te wszystkie dusze koczują. Jest ich tyle, że je skompresowano, bo się nie mieściły. To samo w sobie jest już ryzykowne, bo jak przeprowadzić dekompresję, żeby była bezstratna – nikt nie wie. To jest w księgach, księgi w bibliotece, a biblioteka w Raju. I koniec. Teraz te wszystkie dusze po miliardzie upakowane w brykietach 10X10X10 cm, leżą na kilku hałdach. Firma Psiapory przerzuca je koparkami i polewa wodą, żeby się nie zagrzały. To nie może trwać wiecznie. W razie jakiejś pomyłki może dojść do katastrofy, bo ich ilość przekracza masę krytyczną. – Co się może stać? – Nastąpi reakcja łańcuchowa. Łańcuchy przeniosą ruch obrotowy z przednich zębatek do tylnych, przekładnia planetarna zwiększy moc krążącą a wtedy cała Masa Krytyczna* wsiądzie na rowery, i dziarsko pedałując wyruszy w przestrzeń. I szukaj wiatru w polu. *Masa Krytyczna – nieformalny ruch społeczny, polegający na organizowaniu spotkań maksymalnie licznej grupy rowerzystów i ich wspólnym przejeździe przez miasto. Spotkania te odbywają się pod hasłem „My nie blokujemy ruchu, my jesteśmy ruchem” Irenka o jakiej Wam się nie śniło Młodość upłynęła jej na pokornym oczekiwaniu tego, coprzyniesie los. Odkąd stanęła na nogach, wiedziała, że jej powołaniem jestżycie zakonne. Taka była tradycja rodzinna – pierworodny na księdza, pierworodnado zakonu i cała rodzina była urządzona. Błędem byłoby wspominać, że dziewczę pogodziło się zeswoim losem – ono tego losu niecierpliwie wyczekiwało. Wrodzoną niecierpliwośćkoiła Irenka modłami. Porannymi, południowymi i wieczornymi. Martwiła się o wszystkich i za wszystkich się modliła,a wymodliwszy szczęście dla innych, martwiła się o to, że nie ma się o comartwić i modliła by znowu móc się martwić i modlić. Ten przydługi wstęp powstał wyłącznie w jednym celu –abyście sobie uzmysłowili, że modliła się na okrągło. Wracając pewnego dnia z wieczornych modłów spotkała nagościńcu pięciu młodych ludzi rodzaju męskiego. Niezwykle wprost uprzejmych,nadskakujących, komplemenciarzy. A jacy byli szarmanccy i delikatni! Krótkomówiąc – spotkała pięciu lokalnych dżentelmenów. Od spojrzenia do słowa, od słowado gestu – spadło na Irenkę zauroczenie i pozwoliła sobie na niekontrolowaneporywy z wszystkimi pięcioma młodzieńcami. Czego porywy? No powiedzmy, żeserca. Panie emablowane przez kulturalnych i ciepłychmężczyzn wiedzą, o kogo chodzi. Te, które nie miały przyjemności orazwykluczonych z tej przyjemności panów informuję, że jest to szkoła wołomińska.Przeciwieństwo szkoły pruszkowskiej. Nie wdając się w szczegółowe różnicepomiędzy obiema szkołami warto tylko odnotować, że szkoła wołomińska przypadłaIrence do gustu. Tylu kompletów, co ona się wtedy nasłuchała, to inna kobieta,i to ta po wariacku kochana, przez całe życie nie usłyszy. Czy dziwi kogoś, że następnego wieczora wracała zmodłów tą samą drogą? Ku swojemu ogromnemu szczęściu stwierdziła, że młodych dżentelmenówbyło o dwóch więcej. By was nie narażać na stres – podsumuję. Razemsiedmiu. Trudno dziś ocenić, czy to dzięki tym dwóm nowym, wybitnie sprawnym,czy też dzięki ogólnej ich magicznej liczbie, ale stało się – Irenka straciłaswoje wcześniejsze powołanie na rzecz zupełnie nowego. Coś ja natchnęło, że jużod teraz to ona musi być kochana przez jak największą liczbę mężczyzn. Zapewne każda o tym marzy, ale Irenka – osobaprostolinijna i bezpretensjonalna – nie wstydziła się ani wcześniejszegopowołania, ani tego zrodzonego ostatnio. Trochę było w tym PR, trochę kokieterii, mniejsza ztym. Było. Zrobiła się gawędziarą seksualną. Niestety nastąpiło coś, czego nie przewidziała. Otóżten seks tak się jej rzucił na urodę, że stała się pięknością. No normalnietaką, że mucha nie siada. I chłopy się wystraszyły. Ochotę co prawda mieli, aleod ochoty większy był strach. Potwierdziła się stara prawda, że kobieta pięknazostaje sama. I tak oto piękna Irenka, obiekt uwielbienia wszystkichpanów i co poniektórych pań, szła przez życie w samotności. Ale zrodzone z wiekiem uczucia macierzyńskie pchały jądo desperackich kroków. Skoro nie można było przygadać chłopa po dobroci, totrzeba było znaleźć sposób. Wiemy, jaki jest niezawodny sposób na faceta? Wiemy. Alkohol spra Nie wypada mi tu opisywać do jakich metod musiała sięuciekać Irenka, ale powiem wam, że na samą myśl się wzdragam. Co nie oznacza, że nie skorzystam gdy będzie trzeba. Szlachetnieurodzeni tak mają, że nim rano powie tradycyjne „dzień dobry”, tradycyjnie wysusza butelkę wina. Samirozumiecie, mus to mus. Wracając do naszej bohaterki – uporczywe starania Irenkizostały uwieńczone i uwiecznione kilkoma sukcesami. Bo i dżentelmenów wmiasteczku był dostatek. Jak w każdym. Córki śliczne, czyli wiadomo jaki los jeczeka. Powielą życiorys mamusi – najpierw mnóstwo miłości, a później pustka ibędą się musiały dobierać do meneli. Chyba, że któraś odważy się wcześniejoszpecić. A sama Irenka? Fortuna potoczyła się kołem. Irek prawiczek i na odwyku, więc odkąd są razem, wróciłojej pierwsze powołanie, a życie biegnie od pielgrzymki do pielgrzymki. Ireczek, o jakim wam się nie śniło. Darujmy sobie jego dzieciństwo. W przeciwieństwie do innych chłopców, onanizował się tylko jak musiał. Jak nie musiał, to nie było siły, by go do tego skłonić.Prośbą, grożbą, obietnica korzyści materialnej. Już tylko to, zwiastowało siłe jego charakteru.
Czy ten fakt należy łączyć z jego późniejszym powodzeniem u dziewcząt, trudno ocenić.
Faktem jest był przez dziewczyny rozchwytywany.
Każda chciała mieć alibi w osobie Ireczka. Rodzice dziewcząt mieli bowiem o Irku wyjątkowo dobrą opinie, i z nim wypuszczali z domu swe córki bez obawy, że może się coś nieprzyjemnego przytrafić. Ot taki młodociany gentelman.
I nawet jak Ireczek z córka wracał nad ranem tłumacząc, że obserwowali zachód słońca to rodzice nie wnikali w różnice pomiędzy wschodem a zachodem tylko przyjmowali jego wyjaśnienie jak prawdziwe i nie podlegające wzruszeniu.
Dziewczęta natomiast te spotkania organizowały w sposób dla siebie przyjemny. Zostawiały Ireczka gdzieś nad brzegiem rzeki, wskazywały palcem w którym miejscu słońce będzie zachodzić i nakazywały pilna obserwacje. O dostrzeżonych nieprawidłowościach miał meldować głosem. I nigdy nie meldował, gdyż dziewczyny precyzyjnie miejsce zachodu wskazywały.
Same zaś, w tym czasie, z kolegami mniej zainteresowanymi sprzyjającymi okolicznościami przyrody, zgłębiały trudna sztuką seksuologii. Efektem tego zgłębiania było udrożnienie porównywalne z udrażnianiem Kanału Sueskiego.
Wieść o tym jak atrakcyjnym partnerem jest Ireczek rozchodziła się po całej okolicy. Każda chciała mieć takiego Ireczka na własność a rodzice dziewcząt to by Irka nosili na rękach byle tylko z ich córka..
Ireczek dwoił się i troił, ile uradził to uradził ale czasu na naukę to on nie miał. No bo i po co. Już wtedy wiedział, że jego życiowym przeznaczeniem to obserwowanie zachodów słońca, często nawet księżyca, nad brzegiem rzeki.
Jak dziewczęta trochę dorosły i już takiego żelaznego alibi nie potrzebowały, Ireczek stawał się mniej niezbędny. Entuzjazm dziewcząt do Ireczka wyraznie wystygł.
Dziewczyny potrafiły usprawiedliwić się same. No bo w końcu jak taka małolata po kilku dniach nieobecności w domu, kładzie na stół tyle mamony, to gęby rodziców ulegają szerokiemu rozdziawieniu.
Tatuś motorniczy kolejowy, obliczył że żeby tyle zarobić, to musiałby kilka razy okrążyć kulę ziemską jako motorniczy i wtedy pewnie z dodatkiem za wysługę lat, zarobek byłby porównywalny.
Córuś załatw mi ta fuchę, ja tez mogę być galernikiem, nawet na czarno, i za polowe ceny. I tak wyjdę na tym lepiej, niż na kolei.
Wypada stwierdzić, że te młode dziewczyny to straszne egoistki. Nie znam przypadku by któraś własnemu tatusiowi pomogła.
A co Ireczkiem?
Minęło pare lat i dziewczęta, już jako dojrzałe kobiety, na powrót dostrzegły w nim niepowtarzalne walory i zaczęły go zabójczo pożądać. Do tego stopnia, że każda chciała go za męża. I faktem jest, że wiele go miały.
No bo sami przyznajcie taki mąż, takie alibi.
I to nasze „alibi” stawało się ojcem kolejnych dzieciątek w kolejnych małżeństwach.
I nie wiadomo kiedy Ireczek stał się ojcem Wirgiliuszem.
Dumę z posiadania takiej liczby potomstwa, trochę mu zakłócała świadomość, że do żadnego z ich poczęcia nie miał przyjemności się przyczynić.
Prawda jest jeszcze bardziej przygnębiająca. Mimo iż tyle miał dziewczyn, tyle żon i tyle dziecii wnuków, w dalszym ciągu pozostawał prawiczkiem.
I właśnie wtedy, gdy spora gromadka dzieciaków zwracała się do niego per dziadziusiu, spotkał na nieszporach Irenkę, mieszkankę sąsiedniej parafii.
I połączyła ich zbieżność losów.Połączyła i to jak. Tylko zazdrościc.
Irenka dla Irka była urzekająca uczciwa. Miała spora gromadkę dzieci, ale żadne z nich nigdy nie przypisała do konkretnego ojca. A wszystko to przez wrodzone roztargnienie i odrzucająca niechęć do instytucji małżeństwa.
Zobaczycie, że jeszcze wiele o tej parze usłyszymy. A gdybyście chcieli ich zobaczyć to wybierzcie się na obojętnie którą pielgrzymkę.
Ida trzymając się za raczki, marząc by jakaś parafia chciała zorganizować jakąś kolejna pielgrzymkę.
Wtedy byliby nierozłączni. A teraz to tak różnie. Ale pewnie w przyszłym tygodniu ich nie będzie. Tak podpowiada logika. No bo skoro byli w tym tygodniu…. |
||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||
Najnowsze komentarze