|
||||||
|
Jasmine
Syrenka Warszawska. Symbol miasta uwiecznionypomnikami na Starówce, Powiślu i wiadukcie Markiewicza. Nie ma w Polsce dzieciaka,który by nie znał choć jednej z wersji uroczej legendy o tajemniczej bogince,który by nie rozpoznał charakterystycznej sylwetki najbardziej znanego zwarszawskich pomników. Warszawiacy przywykli do tego swojego ukochanego symbolutak, że nawet przestali go zauważać. Do czasu. Tak się zdarza na ogół, że gdy przestaje sięją zauważać, baba lubi wyciąć numer. Półbaba, okazuje się, też. Zwłaszcza, gdy jest w trzech osobach. Zaczęło się niewinnie… Pewnego razu przyjechała do stolicy szkolna wycieczka.Nie muszę chyba dodawać, że z Włoszczowej. Jak to zwykle bywa podczas nudnawychwywodów przewodniczki dzieciaki rozglądały się wokół z rozpaczliwą nadziejązobaczenia wreszcie czegoś interesującego. Udało się – jeden z uczniów zauważyłi natychmiast obwieścił rezolutnie, ze syrenka jest w ciąży. Ta na Powiślu. Opiekun grupy w celach porównawczych natychmiastpoprowadził wycieczkę do pozostałych pomników. Wszyscy uczestnicy ochoczo i jednogłośnie potwierdzili, że nie tylko jest, ale ciąża wyraźnie zaawansowana. Zgłoszono ten fakt telewizji oraz władzom miasta. Zlecieli się wszyscy jak na skrzydłach i dalej dyskutować: czy aby napewno jest i czy to jest możliwe. Porównano archiwalne zdjęcia pomników z tym, cowidziano naocznie i diagnoza była jednoznaczna. Sformułowano oświadczenie dlaprasy następującej treści: ciąża jest oczywiście niemożliwa, tym niemniejsyrenka jest w ciąży. Lub, jak kto woli, są wszystkie trzy. Skandal wisiał w powietrzu, jako że syrenki cieszyłysię dotąd opinią wzorowo prowadzących się dziewczyn i służyły przykłademczystości wszystkim warszawiankom. Trzeba przyznać, że z marnym skutkiem, alesłużyły. Ciąże były już tak zaawansowane, praktycznie przedrozwiązaniem, ze żaden z rzeźbiarzy nie podjął się zadania zeszlifowaniabrzuchów do przyzwoitych wypukłości. Ciąża to u nas delikatny temat. Telewizja podchwyciła nius zastępując ciążą syrenekśledztwo smoleńskie. Politycy dyskutowali jak wpływ ciąż odbije się nanaszej prezydencji, jak zaogni walkę międzypartyjną i skazi zbliżające sie wybory,a organa ścigania i straż miejska przeglądając monitoring próbowały ustalić,który to tak zbezcześcił pomniki i naraził na szwank nieskazitelną opinięmieszkańców stolicy. W zasadzie sprawa była od początku przesądzona. To niemógł być, no normalnie nie mógł, żaden z warszawiaków. Jakiś cham przyjezdnyalbo asymilowany. Kolejne oskarżenia padały już z większą precyzją. Najpierw pod adresem Ślązaków, bo mają ciągoty do Niemiaszków. Podejrzani byli też Łemkowie -za UPA i Kaszubi – za służbę w Wermachcie. W czasie, gdy komisje rządowe i partyjne ustalałysprawcę, a poszukiwania zataczały coraz szersze kręgi i pomocy oczekiwano odróżnych nacji, do ustalania prawdy włączył się Irek z Włoszczowej — sprawcawielu ciąż, a zwłaszcza pozamałżeńskich (dla zainteresowanych dam: sms pod nr6699, codziennie, ale najlepiej po 23). Ten unikalny w skali kraju fachowiec po uważnym obejrzeniuwszystkich syrenek zdiagnozował przypadek stwierdzając, że syrenki zaciążyłybez udziału osób trzecich bez względu na ich płeć. Swoje stanowis Zarówno władze, jak i telewizja potwierdziły, że „król jest nagi”. Ciąże z braku odpowiedniego narządu zewnętrznego wprawdzie są,ale zapłodnienia nie było. I wszystkim ulżyło. Warszawiankom — bo mogły nadal brać przykład z syreneki rodzić bez zapłodnienia. Ślązakom, Łemkom i Kaszubom — bo na powrót uznano ichza Polaków. Jest tylko jedno zmartwienie. Jeżeli te dziwneprzypadłości pomników warszawskich będą się powtarzać, to doczekamy się skandalinie tylko z istniejącymi monumentami, ale i tymi, do których się nam wyrywająserca. A wtedy wybuchnie nowa wojna polsko – polska, tymrazem o seksualizm pomników warszawskich. A w tej wojnie nie będzie zmiłuj się.Do ostatniej kropli krwi. Raz królowa pewna była, (Co przecież nie raz się zdarza) I wysoko się nosiła, (Co nie wymaga komentarza). W szafie sukien miała dwieście (Jedna od drugiej droższa), Bucików (numer czterdzieści) Posiadała aż pół kosza. Musiała przestrzegać diety Gdyż sto pięć kilo ważyła Król co dzień jadał kotlety Ona nie, choć je lubiła. Przy zamku park był dość duży Panowie stali w szpalerze Za nimi dziarscy żołnierze Ubrani w złote pancerze Królowa schodzi do parku Gdyż świeże powietrze jej służy I nagle jak wryta staje A za nią ( jak każą zwyczaje) Świta i wszyscy lokaje. I dreszcz jej przechodzi po karku. Czuje ( wypadek to nader rzadki!), Że pękła gumka, co trzyma jej majtki. Więc myśli : kto pomoże? Uczono mnie za młodu Że nieraz z mego rodu (Nie całkiem bez powodu) Ktoś czuł się niewygodnie Ja jednak wpadłam gorzej. Tracili głowy, trony W rebeliach, a czasem żony, skarby i złote korony, Lecz nie wiem, czy zgubił ktoś spodnie. Potem usiadła w cieniu czereśni. Posłucham – rzecze – słowików pieśni. Woli królowej słucha dworzan kupa Bez ruchu stoją panowie w szpalerze Za nimi dziarscy żołnierze Ubrani w złote pancerze, Nie drgnęli nawet na ważną wieść, Że obiad podano i stygnie już zupa. Deszcz zaczął padać, a potem lać Oni musieli ciągle stać I tak minęło godzin sześć. Królowa siedzi na ławce. Jak kloc Siedzi i siedzi. Aż nadeszła noc. Wówczas z jej ust padł rozkaz taki: Dwunastu ludzi ławkę tę dźwignie, I zanim całkiem kolacja wystygnie, Rozkaz to rozkaz. Nie ma żartów, Kto nie wykona, pójdzie do paki. Z marmuru była owa ławka, Nieść taką to niełatwa sprawka, Grozi ruptura albo czkawka, Więc w duchu klęli do stu czartów. Myśli królowa : od strasznej sromoty Uratowałam skarb królewskiej cnoty!
Signe Marie Brochmann (Zinken Hopp) Spolszczył Józef Giebułtowicz
Nie, nie będzie o wdzięku stylowych par, muślinowych jak mgła sukniach… I tak już nie pamięta, że tańczył ze mną walca.:) W oczekiwaniu na kolejne teksty pozwolę sobie podzielić się z Wami swoim odkryciem śródnocnym.:) Dziwnymi drogami chadzają nocne marki. Gdybym nie wiedziała, że to prawda, nie uwierzyłabym, że nocną podróż zaczęłam od powrotu do tematu, który szczególnie mnie zajmował kilka lat temu, czyli tekstów o religiach. Zakończyłam zaś, na razie, tu: Regina Bielska – polska piosenkarka, gdańska gwiazda piosenki lat 50-tych i 60-tych… Nigdy wcześniej o Niej nie słyszałam. Szczególnie polecam wywiad z Panią Reginą. Rzadko ostatnio spotyka się taką kulturę wypowiedzi. Idealna wręcz dykcja, nie tylko znane z zamierzchłych czasów „ł”, ale też, co dziś budzi jeszcze większe zdziwienie, bardzo wyraźnie wymawiane, zwłaszcza w tekstach piosenek, „ą”, „ę”. W pewnym momencie przyłapałam się na tym, że byłam zdziwiona, iż przed pauzą głoski tracą swą dźwięczność.:) Przestaję zanudzać, posłuchajcie sami.:) Liliowy wrzos – Regina Bielska (1963) http://www.youtube.com/watch?v=dVNwarW82o4&feature=related PS: „Ą, Ę” Pewnego dnia w dzielnicy pojawił się Obcy. Widziano go już od około południa – byle jak ubrany, z ni to workiem, ni to plecakiem zarzuconym na jedno ramię pętał się po ulicach, rozglądał, może za czymś węszył? Z ludźmi specjalnie nie gadał… Wieczorem, tak jak wszyscy pojawił się w naszej knajpie. Przyszedł dość późno, ferajna już była w komplecie. Filowałem z kąta, popijając piwo przy stoliku, jak powoli wkręca się w rozmowy moich chłopaków. Trochę porzucał strzałkami – dość celnie! – trochę wypił, tu i ówdzie zagadał. Nie gadał za dużo, ale zręcznie i na temat. Lepszy cwaniak, mimo bylejakiego wyglądu – trzeba go obserwować, żeby mi chłopaków nie zbajerował! Rozmowa zeszła na przekręty – chłopcy przechwalali się, ile to który z frajera potrafi wyciągnąć. Oczywiście sumy rosły jak długość złowionej ryby wraz z odległością od rzeki; wymyślność metod również. Obcy słuchał, przychwalał dosyć chłodno, prowokując chłopaków do coraz większych fantazji. Wreszcie powiedział: – Organizowanie wielkich akcji dobre jest na filmach… Najlepiej zarabia się na najprostszych sprawach.Na przykład na zakładach… Nie trzeba się namęczyć z przygotowaniami. Chłopcy go wręcz zakrzyczeli. Taki ktoś, z zewnątrz, nieznany w dzielnicy będzie ich nauczał jak robić przekręty? – No, widzę, że prędzej się w oko ugryzę, niż was przekonam – skwitował protesty Obcy. – No to się ugryź – zaproponował Blondyn, dość mocno rozgrzany rozmową. – Po co? Postaw coś, załóżmy się, wtedy to będzie miało sens. Blondyn łyknął haczyk. Był przy forsie. – Stawiam stówę, że nie możesz ugryźć się w oko – zadeklarował. – A ty? Masz tyle? – Mam – Obcy pokazał dwa papierki – Może być. Jak zakład, to przyjmuję. Benek popatrzył na ścianę, gdzie jeszcze tkwiła w tablicy strzałka rzucona przez Obcego w samą dychę, i szybko dołączył do Blondyna. – Ja też stawiam stówę! Zaraz dołączyło jeszcze trzech, po pięćdziesiąt. Obcy nie podnosił wkładu, ale chłopcy wymyślili,że za jego stówę pobalują dziś za frajer. Forsa znalazła się na stole, w dwóch kupkach. Obcy siadł wygodnie pod ścianą. Chłopcy otoczyli go ciasno, wymieniając docinki, podczas gdy on wysuwał usta w coraz dłuższy ryjek – co oczywiście nie dawało rezultatu. Po chwili jakby sam zrozumiał, że tak nie da rady – szybkim, wprawnym ruchem wyjął sobie z prawego oczodołu szklane oko, przystawił je do ust i zagryzł. Sala zawyła. Najbardziej wkurzony był Blondyn, ale nawet do niego dotarło, że Obcy wypełnił warunki zakładu. Postawił więc na odegranie: – No dobrze, ten zakład wygrałeś, ale musisz dać się nam odegrać. – To co chcecie, żebym zrobił? Mam się ugryźć w drugie oko? – Stawiam 500, że tego nie zrobisz – Blondyn poleciał na całość. – A masz tyle? Na widok kupki banknotów obcy dołożył jeszcze swoje 50 do już leżących na stole. – Masz szansę – zakład stoi. Inni już nie dołączyli do zakładu – mało który miał jeszcze coś przy duszy. W napięciu obserwowali Obcego, który przeliczył obie kupki banknotów, położył je na środku stołu, skupił się… i wyjąwszy sztuczną szczękę, nacisnął zębami na lewe oko! Blondyn posiniał. Zaczął żądać kolejnych rewanży, ale miał już tylko stówę. Obcy zgodził się na jeszcze jeden zakład, ale postawił tylko dwie stówy z dotychczasowej wygranej. – O co zakład? Mogę was oszczać na sucho! – Na sucho? Jak to? To niemożliwe… – Zakład stanął. Obcy wypił jeszcze jedno piwo, wylazł na stół, wyciągnął sikawkę i mocnym, zupełnie zwyczajnie mokrym strumieniem lunął po otaczających go hazardzistach. – No cóż, panowie – nie zawsze się wygrywa! – powiedział i spłynął z resztą forsy, zanim zwycięzcy zakładu doszli do siebie. Teraz, ilekroć chcę podkurzyć chłopaków, przypominam im udany rewanż. Przyjacielu siądź koło mnie. Po gałązkach biegnie płomień… Kiedy serce ogniska ma barwę czereśni, wtedy ziemia jest bliska, wtedy śpiewa się pieśni… Znacie? To posłuchajcie. Posłuchaj pan, panie podróżny, co się zdarzyło na Próżnej: Oczy tej małej, jak dwa błękity, A lato, jak bywa w Warszawie – młodym służyło łaskawie. Oczy tej małej, jak dwa błękity, Pociągi nie odchodzą ni statki – ona nie wróci do matki. Posłuchaj niewierny kochanku, co nienawidzisz poranków: A tyś był dla niej więcej, jak Bóg, Tytułem wstępu. Po podziale Raju, z całej rzeszy dusz zakwalifikowanych do Czyśćca, zostałam wraz z dwójką znajomych wyłowiona z kolejki przez Psiaporę, mojego dawnego konsultanta, potem współpracownika i w ogóle przyjaciela i komfortowo zawieziona na miejsce przyszłej pokuty. Droga się nie dłużyła, chociaż widoki były wyłącznie na dalekich planach. Z bliska nic. W końcu to kosmos. Z czasem jednak coś zaczęło konkretnieć. Najpierw rozchlapało się o przednią szybę. Psiapora włączył wycieraczki i zmył to -to. Potem pokazywało się raz tu, raz tam, raczej nieokreślone, gęstniejące lub rzednące, ale było tego coraz więcej i działo się coraz częściej, zlepiało w coraz większe kawałki, aż uformowało się w pejzaż. Jakieś równiny, jakieś pagórki, jakieś jary czy kaniony, Pojawiły się zarośla, zrazu pokraczne, potem coraz dorodniejsze. Droga wiodła pośrodku tego troszkę zapuszczonej, ale całkiem ładnej okolicy. Amazon sunął z poszumem silnika. I oto jesteśmy u Wrót Wtórego Królestwa – Znaczy niezupełnie – Co u diabła – to Psiapora do siebie. Bo widzimy przed sobą korek, którego drugiego krańca nie widać. Psiapora zjechał na pobocze, zatrzymał Amazona a sam wysiadł i ruszył truchcikiem wzdłuż stojących wehikułów, rozmawiając z ich kierowcami. Po chwili wrócił biegiem, bardzo wzburzony. – Czekają już osiem godzin. To niedopuszczalne. Wehikułów przy rampie zabraknie i rąbną mi karę umowną. Poderwał Amazona, zgrabnie wyminął stojące wehikuły i popędził lewą stroną jezdni na złamanie karku, gdybym nie była duszą, to bym miała duszę na ramieniu, naprawdę. Trąbił modną w latach sześćdziesiątych fanfarą samochodową La Cucaracha, przeciągle i ogłuszająco . Wszystko, co plątało się po drodze, uskakiwało. http://www.youtube.com/watch?v=q0pf_0cFbVo La Cucaracha Horn I wreszcie dojechaliśmy przed bramę, gdzie stali dwaj strażnicy z halabardami. – Pojedynczo – powiedzieli i skrzyżowali halabardy po przepuszczeniu jednego wehikułu. – Co jest, dlaczego – wrzeszczy Psiapora. – Dokumenty sprawdzamy dokładnie i czy nie przemycają czego, to i czekać trzeba – flegmatycznie odpowiada jeden. – Co mogą przemycać? Dusze aniołowie z Raju kwalifikowali i listy przewozowe CMR sporządzali, wejścia po załadowaniu plombowali! – Też nie dusze są sprawdzane, a wehikuły – odpowiedział z godnością jeden z halabardników. – Moje wehikuły? – Psiapora nie posiadał się ze zdziwienia do tego stopnia, że zapomniał o oburzeniu. – Czekaj Psiapora, mam pomysł. Dusze wysiadka przed bramą, Kierowca składa CMR , odbiera pokwitowanie i zaraz wraca – Psiaporze nie trzeba było dwa razy powtarzać. Tak zarządził. Kolejka wehikułów stopniała w oczach, Te opróżnione zawracały do Raju. Zostawiliśmy jeszcze jednego z kierowców do sterowania tym ruchem (Psiapora obiecał mu premię) i sami wjeżdżamy. Za bramą był tunel. Porządny, oświetlony, po dwa pasy ruchu w każdą stronę plus szerokie pobocza. Jedziemy szybko, światła latarni umykają do tyłu. W oddali już widać wylot tunelu i białe światełko dnia. Dalej droga wiła się zakosami, bo wjeżdżaliśmy na stromą górę. – To są tarasy Czyśćca – objaśnia diabełek – my jedziemy do najwyższego. Czyściec jest strasznie zapuszczony. Przez te wszystkie lata nikt tu nie sprzątał. Pył kosmiczny przysypał wszystko grubą warstwą. – Czemu tak pusto? – Dusze miały być rozwożone, a teraz pewnie idą na piechotę, jak za Dantego. To nie jest łatwa wspinaczka. Teraz będzie inna organizacja. Tarasy są podzielone na sektory, a nie tak jak kiedyś – jeden taras – jeden grzech. W obrębie jednego tarasu można odpokutować wszystkie grzechy. Podobno pomoc przy Zajechaliśmy z fasonem, Psiapora zatoczył łuk na dziedzińcu. Zaraz wyszła do nas Żonkilia. – Dobrze, że jesteście, wchodźcie, rozgośćcie się i już możecie się urządzać. Tu mają być miejsca dla dusz wskazała ręką, a tam jest magazyn. Pełno tam rupieci, ale można znaleźć także sprzęty w zupełnie dobrym stanie. To na początek, potem zamówimy nowe. – Jak je przewieziemy? – Mogę wam dać pickupa – ofiarował się Psiapora – zaraz ktoś przyprowadzi. – A piloty są czynne? – Po co piloty? Acha, chcecie zjeść kolację, dobrze, zaraz wam włączę. – Jesteśmy sami? Jeszcze żadnych dusz nie ma? – Nie ma i jeszcze długo nie będzie. Czekają na dolnym tarasie, bo oprogramowanie padło. Tutaj możecie sobie wybierać, co chcecie. Włączyła nam piloty, urządziliśmy sobie piknik i czas miło upływał. Wreszcie nadjechał rozklekotany Chevrolet pickup, prowadzony przez umorusanego i gamoniowatego pracownika Psiapory, a tuż za nim niebieski Trabant, prowadzony przez innego pracownika, także umorusanego i gamoniowatego. Ten pierwszy dał mi kluczyki od Chevy, przesiadł się do Trabanta i odjechali. – Kiedyś na zawołanie: wieś nie wieś, biesie nieś frunęli jak pustułki, a teraz bez wehikułu ani rusz? Dziwił się G. Obejrzeliśmy miejsca dla dusz. Po tym, co pamiętaliśmy z Raju, widok tutejszych był przygnębiający. Ciemne klitki, zasypane kurzem po kolana, pajęczyny rozsnute dookoła, zwieszające się jak kurtyny, poprzetykane mnóstwem suchych pancerzyków chitynowych po dawno wyssanych owadach. Koleżanka, nazwijmy ją J. była załamana. Uradziliśmy, że pojedziemy do magazynu, może znajdziemy tam jakiś sprzęt do sprzątania. Pickup wyglądał gorzej niż był wart. Ruszył z kopyta. Właściwie nic mu nie brakowało, był tylko troszkę powgniatany i porysowany. I miał przerdzewiałą podłogę przy fotelu kierowcy, ale to nic nie szkodziło, trzeba było tylko uważać. Trochę się w drodze powygłupialiśmy, było nam wesoło po kolacji. Takie tam poślizgi, hamowania z piskiem opon a potem znów jedyneczka i strzał ze sprzęgła. Nikogo nie było przecież, takich warunków na ziemi to ze świecą szukać. Za to śmiechu było co niemiara. G. jeszcze przed wyjazdem zamówił u stoliczka trzy czteropaki porządnie schłodzonego piwa. We trójkę mieściliśmy się na przednim siedzeniu, czteropaki wrzuciliśmy na tylne. Czegoś takiego, jak ten magazyn, to ja sobie nie wyobrażałam. Kubatura nie do ogarnięcia ludzkimi zmysłami, zapchana wszerz, wzdłuż i wzwyż. Jak oni to załadowali? Chyba aniołowie skrzydlaci wzlatywali, bo takiego wysokiego wózka widłowego to być nie może. Wiedziona jakąś intuicją J. poszła trochę w prawo i za chwilę ze stosu wyciągnęła miotłę, ścierki, wiadro, szufelki, pudła i kilka opakowań worków na śmieci. Na koniec absolutnie kosmiczny odkurzacz. To znalezisko nas pokrzepiło. Potem udało się nam jeszcze wyszukać trzy fotele w jakim takim stanie, załadowaliśmy to na pickupa i wróciliśmy. Omietliśmy trzy klitki wstawiliśmy tam fotele. Jutro porządnie posprzątamy. A na dziś już dosyć. Zasypiając powtarzałam sobie, że jutro muszę poprosić Żonkilię, abym jedną z tych klitek mogła przerobić na garaż dla pickupa. Kłębami dymu niechj się otoczę, Niech o młodości pomarzę półsenny. Czuję, jak pachną kochanki warkocze, Widzę jaki ma w oczach blask promienny; Czuje znów smutki tęskne i prorocze, Wtóruje mi znów szimiąc liść jesienny. Na próżno serce truciznami poim!… Kochanko pierwszych dni! – znów jestem twoim.
Patrzaj ! powracam bez serca i sławy, Jak obłąkany ptak, i u nóg leżę. O! nie lękaj się ty, że łabędź krwawy I ma na piersaich rubinowe pierze. Jam czysty ! Głos mój śród wichru i wrzawy Słyszałaś…w równej zawsze strojny mierze… U ciebie jednej on się łez spdziewał, Ty wiesz, jak muszę cierpieć – abym śpiewał.
Idź na strumienie, gdzie wianki koralów Na twoje włosy kładła jarzębina; Tam siądź i słuchaj wichru żalów, Które daleka odnosi kraina; I w pieśń się patrzaj tę – co jest z opalów, A więcej kocha ludzi, niż przeklina. I pomyśl: czy ja mam duszę powszednią ? Ja – co przebiegłszy świat – kochałem jedną
Twój czar nade mną trwa. – O! ileż razy Na skałach i nad morzami bez końca W oczach twój obraz, w uszach twe wyrazy, A miłość twoję miałem na kształt słońca W pamięci mojej – Anioł twój bez skazy Na moich piersiach spał – a łza gorąca Nigdy mu jasnych skrzydeł nie splamiła: Twa dusza znała to – i przychodziła…………..
Julisz Słowacki.
|
||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||
Najnowsze komentarze