….Żyjemy tak
Jak dobry los pozwala
Nie do śmiechu
I głupio się użalać
Żyjemy tak
Jak ten na wodzie znak
Nietrwały znak….
/J.Wołek/
|
||||||
|
….Żyjemy tak Jak dobry los pozwala Nie do śmiechu I głupio się użalać Żyjemy tak Jak ten na wodzie znak Nietrwały znak…. /J.Wołek/ Kiedy nawiązałam z Nią kontakt przez internet była już dorosła. Roześmiana, wiecznie zajęta, miała wielu Przyjaciół, ale znalazło się też miejsce dla mnie. Długo nie wiedziałam, że aż tak wiele wycierpiała. Zamknięta w czterech ścianach na czwartym piętrze bez windy, zagryzająca z bólu palce do krwi, płacząca w poduszkę. Szczęście dla Niej oznaczało komputer, dostęp do sieci i, z tego chyba cieszyła się najbardziej, schodołaz. W końcu, choć z trudem, mogła wyjść z klatki i nie tylko przez okno zobaczyć Słońce. Ale tego dowiedziałam się później, o wiele później, bo nie jest z tych, którzy krzyczą na cały świat, że złamał im się paznokieć. Cały czas, do końca życia będzie potrzebowała pomocy. Jest godna litości? W żadnym razie. Tak wiele ma do ofiarowania, mimo fizycznej ułomności jest duchową Miss Świata. Umie nie tylko brać, więcej daje niż bierze. Rozejrzyj się, popatrz, może ktoś taki jest tuż obok, za ścianą. Tak często wystarczy uśmiech, rozmowa, najmniejszy gest, żeby przywrócić chęć do życia załamanym, którym świat ofiarował niewiele poza bólem i ciągłą niepewnością jutra. Każdy może znaleźć się w podobnej sytuacji. Urodziłeś się zdrowy, masz świetną pracę, korzystasz z uroków życia? Cieszę się. Tylko nie wszyscy sobie z tego zdają sprawę, że nic nie jest nam dane raz i na zawsze. Jutro Ty może zostać zamknięty w czterech ścianach tęskniąc za towarzystwem innych ludzi, może nawet będziesz chciał przestać żyć, stracisz nadzieję? Masz coś? Jeśli twierdzisz, ze nie, nie uwierzę. Masz przecież siebie. Dziel się sobą z innymi, tymi, którzy właśnie teraz tego potrzebują. Im więcej dajesz, tym więcej otrzymasz w zamian. Nie tylko wtedy gdy niespodziewanie dopadnie Cię nieszczęście. ZAWSZE. Sprawdź jak drogocenny jest uśmiech tych, którym pomogłeś. Po prostu bądź. Dziękuję. Zimne światło gwiazd ostrzega mnie nie raz: PS: Niestety, teledysk został usunięty. W zamian inny, też bardzo lubię a może nawet bardziej. Babę zesłał Bóg Raz mu wyszedł taki cud Babę zesłał Bóg Coś innego przecież mógł Żeby dobrze zrobić wam Żeby dobrze zrobić wam Babę zesłał Pan Bóg też chłopem jest Bóg ci zesłał mnie Autor: Jasmine
Nie obłapiaj pierwszej lepszej talii, Umykając nie łam rąk i nóg. Pomyśl sobie, jak do skał Australii Dobił był świętej pamięci Cook. Mlaszcząc smakowicie wśród azalii, Tam dzikusów lud na brzegu siadł. Dzień i noc w słonecznej tej Australii Każdy tam każdego gryzł i jadł. Lecz w czym przyczyna, że tubylcy zjedli Cooka? Któż się domyśli? Milczy nauka. A mnie normalna, zwykła myśl do głowy puka: Jeść im się chciało – więc zjedli Cooka. Mówią, że wódz ich, kawał gbura tudzież mruka, Mruknął, że smaczny byłby kok ze statku Cooka. Szło im o koka, o tłustego garkotłuka – Lecz przez pomyłkę pożarli Cooka. Bo w noc jak kruczoczarne skrzydło kruka Odnajdzie Cooka, kto koka szuka. Któż z góry wie, ile kukułka lat wykuka… Stuknęli w ciemię – i nie ma Cooka. Ale istnieje inne jeszcze domniemanie, Że przez szczególne zjedli go poszanowanie, Że zły czarownik ich napuścił, chytra sztuka: Rusz się narodzie, konsumuj Cooka! Bo to jest gratka i dla dziadka, i dla wnuka – Kto Cooka zje, ten odziedziczy cnoty Cooka. W rozumowaniu tym, być może była luka, Lecz nim spostrzegli – nie było Cooka! I już po uczcie – i zakrada się zwątpienie, Biednych tubylców gryzie sumienie – I chociaż dzicy, czują, że ich czyn ten bruka – Bardzo żałują, że zjedli Cooka.
Po Irczynych kłopotach z nomenklaturą zaprzyjaźniony związekwkroczył niespodziewanie w nowy etap. Zakochani przedyskutowali problem iwniosek był jeden – trudno doprawdy polegać na naturalnych, danych od Boga, oznaczeniachosobniczych. I wtedy Irek objawił natchnienie. Już jak on coś wymyśli, tołysemu włos się zjeży. Nie dość, że sobie kategorycznie zażyczył, o czym poniżej,to jeszcze twierdzi z przekonaniem, że tak powinno być od początku każdegozwiązku, już przy ołtarzu. Tatuaż. Na wzgórku łonowym, czcionką czytelnej wielkości, napis: WŁASNOŚĆ IRECZKA Ale kiedy Irenka, oczarowana pomysłem, zasugerowałapodpisanie wzajem ptaszka jakimś pięknym, damskim imieniem, choćby „IRENKA”, tojuż taki wyrywny nie był. I słusznie, bo tu jednak pewien kłopot jest. Jeśli człowiekpatrzy tylko dnia dzisiejszego, ewentualnie jutrzejszego, jak jaki nieprzymierzając polityk – zrobi sobie takitrwały tatuaż, a potem tragedia lub co najmniej dyskomfort gotowe. Z tatuażamiżartów nie ma i tu się nie da tak szast-prast! – zmieniać jak polityk poglądy ipartie. Poglądy zmienione, a filutek straszy. Nie bardzo jest jak usunąć, a wiadomo jak zareaguje zmiennikczy zmienniczka. Może grymasić, w końcu to nie to samo co matuszka – partia,która nie tylko przytuli każdego, ale i wywianuje. Taki tatuaż działa pewniej niż przysięgi składane po koleiprzed kapłanami wszystkich wyznań z Kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnegowłącznie. I jak z takim brzemieniem żyć? Nie da się, normalnie nie da. Tylko jak to wyperswadowaćwariatowi? Co gorsza, Irek w swoim natchnieniu rozwinął oboje skrzydełi wysunął kolejne propozycje, tym razem odnośnie Irenczynych ud. Na prawym – „czekamy” i strzałka w górę. Lewym – „wracaj łobuzie” i również w górę. Kolejnym intelektualnym fajerwerkom białogłowa zapobiegłaoświadczając kategorycznie, że prędzej życie straci, niż da sobie coś takiegowytatuować. Wyobraziła sobie swoje życie po rozstaniu, a więc bez Ireczka, za to zpozostałymi na pamiątkę tatuażami, i serce w niej zamarło. Irek bardzo rozczarowany postawą ukochanej oświadczył zmocą, że już on wymyśli coś jeszcze lepszego i zniknął. A dlaczego to piszę? Żeby Was ostrzec. Nigdy nie wiadomo co takiemu przyjdzie dogłowy. A później człowiek musi całe życie pokutować. Działo się to na Dalekim Wschodzie, dawno temu – za panowania cesarza Xiao Pu, zwanego Kuzynem Niebios, syna cesarzowej Miao Fu, znanej także jako Nefrytowa Kotka, i wnuka cesarza Lu – Księżyca Nad Rzeką Kiang. Pewnego słonecznego poranka, okraszonego jednakże delikatnym, jedwabistym wiatrem, który wiał dzięki wstawiennictwu Smoka P’hao, udobruchanego modłami poprzedniego wieczoru, na dwór Kuzyna Niebios – niech okaże się godny swoich Znakomitych i Szanownych Cesarskich Przodków – zawitało dwóch cudzoziemców. Byli to długonosi, wysocy ludzie, niezawodnie pochodzący z Zachodnich Prowincji; ich suknie i buty nosiły znaki dalekiej podróży, dlatego szambelan Sun Pan, zanim jeszcze wysłuchał ich prośby o audiencję u Kuzyna Niebios – niech w jego ogrodach zawsze kwitną wonne różane krzewy – klasnął trzykrotnie w dłonie. Na ten znak do biura szambelana wpadli służący, porwali zdumionych cudzoziemców i na nosowy rozkaz dworzanina ponieśli ich do dworskich łaźni. Tamże z uszanowaniem zdjęli z nich odzież, wymyli do czysta i namaścili wonnym olejkiem pośledniej jakości, którego jednakże cesarska tłocznia dostarczała bez dodatkowych kosztów. Zatrzymali się z zakłopotaniem przy zadziwiająco krótkich fryzurach przybyszów – wszak szambelan wyraźnie nakazał utrefić ich warkocze, a tych… nie było. Zaś krótkie włosy oznaczały przecież ludzi z gminu, których przecież tak doświadczony dworski praktyk jak Sun Pan nie dopuściłby przed oblicze Kuzyna Niebios – niech jego warkocz sięga zawsze jego kostek. Kiedy wszystko to się już dokonało, a cudzoziemcy, poniekąd oszołomieni tempem i jakością usług, jak również jedwabnymi zwojami, w liczbie dwudziestu jeden, które musieli wypełnić równymi rządkami pisma Ai, by uzyskać audiencję – doszli do siebie, Sun Pan wskazał im dwornym gestem lektyki, które też zaraz po zajęciu miejsc bosonodzy kulisi ponieśli ku Zalecanemu Miastu. Lektyki dostarczyły gości i szambelana tylko przed Siódmą Bramę – dalej musieli iść pieszo. Szli zatem, mijając cesarskie ogrody i stawy, z których tresowane karpie Ku zawodziły tęskne melodie, sale biesiadne i kuchnie, haremy i biblioteki, urzędy i stajnie, zbrojownie i place ćwiczeń, na których wojownicy w błyszczących zbrojach wznosili okrzyki ku chwale Kuzyna Niebios, Xiao Pu – niech jego wrogowie uciekną ze wstydem i nie noszą swych nędznych głów na karkach po tej stronie Wielkiego Muru. Wojownicy ci, ich uzbrojenie i sprawność, byli widomym znakiem, że niczego się tu nie ukrywa przed gośćmi, którzy i to mieli wiedzieć, że ani Cesarz, ani jego Generałowie nie traktują ich jak szpiegów, a gdyby nawet, to czymże byli oni i ich małe, skłócone kraiki w Zachodnich Prowincjach wobec potęgi Państwa Środka? Zaufanie, gościnność i lekceważenie zarazem – to mieli odczuć goście, i takie posłanie z wizyty zanieść do swych domów i władców, jeżeli przeżyją podróż powrotną. Orszak, do którego dołączali coraz to nowi dworzanie, damy dworu i równie ciekawi gości eunuchowie, minął już wszystkie kręgi Zalecanego Miasta i zdążał w kierunku Średniej Sali Audiencji. Szambelan Sun Pan zatrzymał ich władczym gestem przed wartownikami z cesarskiej gwardii, zwanej od koloru zdobień przy zbrojach Jadeitowymi Tygrysami, rozwinął dwa pierwsze zwoje i wysokim, przenikliwym tonem odczytał ich treść. Rozstąpili się wojownicy i orszak wpłynął do sali, gdzie na dziewięciu marmurowych stopniach podwyższenia, symbolizujących dziewięć Krain Państwa Celu stał rzeźbiony w szlachetnym drzewie Ping tron, na którym zasiadał, oparłszy dłonie na głowach drewnianych żółwi, Cesarz Xiao Pu, Kuzyn Niebios – niech jego panowanie będzie długie i owocne. Wystąpił tedy starszy i bardziej doświadczony z gości, klęknął przed cesarskim tronem, złożył przewidzianą protokołem ilość ukłonów i jął mówić. Zanim jednak wypowiedział pierwsze zdanie do końca, zbliżył się doń mistrz ceremonii, sędziwy Ja Cie i uderzył go delikatnie mahoniową laską ze złotymi okuciami na znak, że to jego ustami będzie przemawiał gość do uszu Kuzyna Niebios – niech zawsze słyszy on głos swoich pokornych poddanych, sławiących władzę Cesarza. Ku mistrzowi zatem skierował wzrok i głos starszy z gości, a Ja Cie wiernie tłumaczył jego słowa. Brzmiały one następująco: – Cesarzowi Xiao Pu, Kuzynowi Niebios, dziedzicowi dynastii Ulung, czołobitne pozdrowienie śle Mistrz Wilhelm Durlach z Neupolsheim pod Getyngą, właściciel i naczelny dyrektor firmy Durlach i Synowie. Doszło do uszu Mistrza Wilhelma, że Państwo Celu liczy sobie tysiąc tysięcy tysięcy mieszkańców, a wszyscy oni ze swojej codziennej miseczki ryżu nabierają posiłek do ust za pomocą drewnianych pałeczek. Mistrz Wilhelm wzywa Cię, o Panie i Władco, byś ukrócił ten proceder i w Swej mądrości wskazał Swoim poddanym właściwą drogę. A tą jest, jak wiadomo, spożywanie posiłku za pomocą łyżki, widelca i noża, zwanych zbiorczo sztućcami. – Te właśnie najwyższej jakości sztućce (tu gość przyciągnął przyniesiony przez kulisów okuty podróżny kufer, otworzył go i przekazał z ukłonem na ręce zdumionego ochmistrza Ba Donga grawerowane pudełko, w którym na safianowej podkładce leżały srebrne: łyżka, nóż i widelec) przesyła Ci w darze Mistrz Wilhelm, zwracając się z pokorną prośbą, byś zakupił dla całego swego dworu niezbędną ilość kompletów. Do prośby tej dołącza Mistrz Wilhelm jeszcze jedną, a to taką, byś w Swej łaskawości zezwolił, Panie i Władco, na sprzedaż sztućców dla swych poddanych. Rzekłem, a teraz cierpliwie oczekiwać będę na pełną rozwagi odpowiedź Krynicy Mądrości. Cesarz ruchem brwi nakazał ochmistrzowi, by ten zbliżył się i podał mu pudło. Wyjął z niego sztućce i przez chwilę bawił się nimi, sycąc oczy egzotycznymi kształtami. Zanim wszakże powiedział cokolwiek, czy to aprobująco, czy też z dezaprobatą, zza szeregu dworzan wyłoniła się postać w prostej, żółtej szacie. Był to mędrzec Laj Kou Ning, od lat już służący Cesarzowi radą i posiadający ten przywilej, by działać i mówić w obecności Majestatu Kuzyna Niebios – niech posłuszne mu będą wszystkie żywioły, Ziemia, Niebo, Woda i Ogień. Laj Kou Ning bez słowa skłonił się przed Cesarzem, wyciągnął dłoń i chwycił pałeczki z kości słoniowej, którymi Cesarz zaledwie dwie su wcześniej raczył spożywać śniadanie. Wstrzymali oddech dworzanie na takie świętokradztwo, ale Cesarz przyzwalająco poruszył małym palcem lewej dłoni, więc nikt nie śmiał pisnąć ani słowa. Zaś Laj Kou Ning, nadal milcząc, uchwycił czarkę z herbatą i za pomocą pałeczek ułożył na jej dnie herbaciane listki w inicjały cesarskie. Za czym strząsnął herbaciane krople z pałeczek, skoczył zadziwiająco żwawo ku jednemu z Jadeitowych Tygrysów i pałeczkami rozbroił go z miecza, sztyletu i wszystkich strzał, nie czyniąc mu zasię żadnej krzywdy. Za czym tymi-ż pałeczkami wydepilował wnętrze nosa ochmistrza Ba Donga, który aż spuścił głowę ze wstydu, że śmiał pozwolić sobie na taką abnegację w obliczu Cesarza. Za czym podbiegł ku szalejącemu na złotym łańcuchu cesarskiemu gepardowi i pałeczkami wyciągnął mu z łapy cierń, którego już od tygodnia nie mogli znaleźć najznamienitsi cesarscy opiekunowie dzikich stworzeń. Za czym zmierzył pałeczkami wszystkie wymiary Cesarza i na ich podstawie sporządził, również za pomocą pałeczek, model nowego letniego pałacu, który kształtami odzwierciedlał proporcje swojego Dostojnego Lokatora, a który cesarscy architekci natychmiast rozpoczęli budować. Za czym zanurzył końce pałeczek w kałamarzu cesarskiego skryby i na jego przybranych w jedwab plecach napisał epigramat Jue-ju, opiewający wi Za czym, oczyściwszy pałeczki z wszystkiego, co się podczas tej prezentacji na nich zebrało, Laj Kou Ning bez słowa położył je z powrotem przy cesarskim nakryciu, skłonił się jeszcze raz i wycofał na swoje miejsce z tyłu sali. Zaś Cesarz Xiao Pu, Kuzyn Niebios – niech strzeże nas przed długonosymi najeźdźcami – przywołał na Swoje Dostojne Oblicze uśmiech i klasnął z zadowoleniem w dłonie, nie żeby wydać polecenie, ale by wyrazić pochwałę dla Laj Kou Ninga. Klaśnięcie to i wyrażona nim pochwała zostały natychmiast zanotowane przez skrybę w Księdze Cesarskich Faworów. A sam Cesarz obrócił się ku gościom i przez usta szanownego Ja Cie dał im odpowiedź: – Wasze „sztućce” są piękne, ale ich piękno niesie ze sobą jedną wadę: zbytnią specjalizację. Czy widzieliście, co jeden człowiek, prawda, że jeden z najmędrszych, potrafi zdziałać naszymi pałeczkami? Zanieście swojemu panu, Mistrzowi Wilhelmowi, moje pozdrowienia i przekażcie mu, by wymyślił coś prostszego i zarazem bardziej uniwersalnego, co dorównuje prostotą i mnogością zastosowań naszym pałeczkom. A kiedy to wymyśli, wróćcie tu i zadziwcie mnie tak, jak zadziwił mnie Laj Kou Ning. Na tym zakończyła się audiencja. Goście z nosami na kwintę opuścili cesarski pałac, stolicę, a po dłuższej podróży również i Państwo Celu – i już więcej się w nim nie pojawili. Zaś po ich wyjściu szambelan Sun Pan, który był świadkiem tego wszystkiego, został ponownie wezwany przed Cesarskie Oblicze. Cesarz, Kuzyn Niebios – niech jego mądrość sławna będzie na całym świecie, od skorupy olbrzymiego żółwia, podtrzymującego cztery słonie, aż po zwieńczenie firmamentu – przemówił do niego bezpośrednio, jako do zaufanego dworzanina: – Dobrze się sprawiłeś, Sun Pan. Wykonałeś wszystkie moje polecenia. Aliści spójrz na Laj Kou Ninga – on nie otrzymał żadnych poleceń, nie wypowiedział ani jednego słowa, a zrobił to, czego od niego oczekiwałem. Jako mój wierny sługa, otrzymujesz awans, a twoje pobory wynosić będą od dziś o dwanaście juanów więcej. Ale następnym razem naucz się od Laj Kou Ninga, jak skutecznie spławiać takich domokrążców! Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net i na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora. Rozpad Raju
Znowu minęło trochę czasu. Jak było do przewidzenia, na Raj nie zasłużyłam. Piloty były wyłączone, ogłoszenia były nadawane przez głośniki, a ich teksty były wyświetlane na wielkich telebimach, widocznych z każdego miejsca. Stałam w ogromnym, nieprzeliczonym tłumie w hallu Raju, który jakoś okazał się jeszcze przestronniejszy, niż dotąd go oceniałam. Było zadziwiająco cicho i spokojnie. Niespodziewania piknęły wszystkie piloty i z głośników popłynął pierwszy komunikat : – Dusze zakwalifikowane do pozostania w Raju otrzymają indywidualnie informacje. Po otrzymaniu informacji należy zatwierdzić ją enterem i niezwłocznie udać się w kierunku korytarza prowadzącego do Starego Raju, zameldować się w sekretariacie celem zdania pilota, pobrania lilii sztuk jeden i aureoli. Gdzieś dalej dały się słyszeć pojedyncze piknięcia. Chwilę potem tuż koło mnie jakaś dusza aż się wzdrygnęła na taki sam dźwięk, o mało nie upuściła swojego pilota. Wcisnęła enter i zaczęła się przepychać w stronę Starego Raju. Jeszcze kilka piknięć, kilka dusz ruszyło do Starego Raju. Potem uczyniła się cisza. I znowu rozległ się komunikat : – Dusze zakwalifikowane do Czyśćca po otrzymaniu indywidualnych informacji i zatwierdzeniu ich enterem powinny niezwłocznie udać się w kierunku Nowego Raju i zameldować w sekretariacie. Piloty pikały jeden po drugim, Kolejne dusze przepychały się do widocznego z dala korytarza. Tłum z wolna zaczął rzednąć. Czekałam z rosnącym niepokojem, a czas ciągnął się w nieskończoność. Rozejrzałam się. Ściany hallu tonęły w mroku. Wydawało mi się, że widzę tam jakieś ciemne, zakapturzone postacie, ale nim się przyjrzałam, piknął mój pilot. Wcisnęłam enter tak mocno, że mało palca nie złamałam i ruszyłam za innymi. W sekretariacie otrzymałam numerek i szarą opończę i poszłam w kierunku, w którym szli wszyscy, na plac, gdzie uformowała się długa, wijąca się kolejka. Do rampy czy może raczej peronu podjeżdżały jakieś wehikuły, stojący na peronie funkcjonariusze odbierali od dusz numerki i kierowali do tych pojazdów, które po wypełnieniu się pasażerami, natychmiast ruszały w drogę, a na ich miejsce podjeżdżały nowe. Były tam autobusy, mikrobusy, makrobusy, ciężarówki, półciężarówki, ćwierćciężarówki z kratką a nawet ciągniki z doczepionymi wagonami kolejowymi. Na jednym takich wagonów dał się odczytać napis : pomer vagona 42 mużu k 8 konim**. Pośrodku tego rozgardiaszu miotała się jakaś drobna postać, ubrana bogato i elegancko w czerń i srebro. Ostrym, władczym głosem komenderowała, gestykulując i wywijając ogonem, na którym pobrzękiwały srebrne ozdoby. W pewnej chwili odwróciła się i żółtymi jak topazy oczami omiotła kolejkę oczekujących, jak by chcąc oszacować ich liczbę. Wzrok prześlizgnął się wzdłuż stojących, minął mnie, chwilę potem znieruchomiał i zawrócił. Wydając okrzyk radości czarno ubrany, elegancki Psiapora rzucił mi się na szyję. – Psiapora, nie do wiary, to naprawdę ty? – zawołałam – jednak masz firmę? – Mam, zaraz wszystko opowiem, proszę ze mną – i poszłam za nim do stojącego dyskretnie na uboczu wehikułu osobowego. Lśniące chromowania podkreślały wytworny grafitowy kolor. – To mój prywatny. Amazon*, rocznik 1957, stan idealny – powiedział z dumą Psiapora, pieszczotliwie przesuwając dłonią po gładkiej masce – proszę się rozgościć. Tu jest barek – pokazał. W środku ktoś siedział. To był G. – Zaraz pojedziemy, tylko muszę znaleźć jedną dziewczynę, Licho mnie prosił, aby się nią zaopiekować –powiedział diabełek – Zna pani kogoś w Czyśćcu? – Znam. Nazywa się Żonkilia – Świetnie, to jedna z tych przytomniejszych, pojedziemy do jej sektora. Wsiadłam, przywitałam się z G. zrobiliśmy sobie po drinku. Wnętrze było wygodne, kanapy powleczone skórą w kolorze bordo, pachniało nowością. Zdążyliśmy wypić drugą kolejkę, kiedy wrócił Psiapora z tą dziewczyną, jak się okazało, też znajomą. Wsiedli. Zrobiłam drinka dziewczynie, Psiapora wymówił się, bo prowadził. Zapuścił motor. Usłyszałam cichy, regularny, platynowy szmer silnika. Ruszyliśmy. Diabełek prowadził z dużą wprawą, wręcz dezynwolturą. Lewą ręką trzymał kierownicę, prawą wystudiowanymi, oszczędnymi ruchami zmieniał biegi. Grafitowy Amazon sunął jasną, równą nawierzchnią Drogi Mlecznej jak nieziemska zjawa, dla której nie istnieje granica szybkości (to nie kradzież, to hołd!***) Psiapora zaczął opowieść. – Po tym, jak się rozstaliśmy firma zaczęła podupadać, bo był zakaz organizowania wycieczek. Dostaliśmy ogromny domiar. Poświst się załamał. Ja, idąc za radą świętego Józefa, napisałem odwołanie. Rozpatrywanie go ciągnęło się niemiłosiernie, a ja w tym czasie, także za radą świętego Józefa, założyłem nową firmę w Czyśćcu, tylko na siebie. Cały majątek z tej pierwszej wycofałem i wniosłem aportem na drugą. Pierwszą wyrejestrowałem. I monity przestały przychodzić. Ta nowa to usługi transportowe, jak widać. Po tym podziale Raju trzeba przewozić dusze do nowych miejsc i wstrzeliłem się idealnie. Rozwinąłem, jak to się mówi, skrzydła, stajnię mam nielichą. Pewnym mankamentem jest, że potrzeba dużej ilości pracowników, ale zaletą, że niewiele im muszę płacić. Wprawdzie po otwarciu Piekła bezrobocie bardzo się zmniejszyło, ale tylko u mnie można jeździć na wehikułach. Chłopakom to się bardzo podoba i zawsze mam kolejkę chętnych na każde wolne miejsce. Wiem, że czasami skubią przewożone dusze, ale to można udowodnić dopiero jak się ktoś poskarży. Wtedy karzę z całą surowością i na jakiś czas jest spokój. Psiapora umilkł, Amazon sunął w przestrzeń z cichym pomrukiem silnika, oczom naszym ukazywały się : Wschodnim szafirom podobne lazury Co się zebrały, jak gdyby powłoka Sfery miesięcznej na niebie bez chmury Radość mym myślom wróciły z wysoka …………………………………………………………… Piękny planeta, co na miłość radzi Całą wschodową rozpogodził ścianę Blask zwyciężając Ryb, swojej czeladzi. Zwrócę się w prawo i okiem przystanę U podbieguna, gwiazd tam ujrzę czworo Po pierwszych ludziach późniejszym nieznane Niebiosa zda się od nich jasność biorą ………………………………………………………………… I tak stanęliśmy u wrót „Wtórego z Królestw” Dante, oczywiście, Czyścieć, Pieśń 1. Podróż do Czyśćca Posłowie Muszę jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy. Spotkałam znajomego z tamtego Raju. Był wychudzony i zestresowany. Powiedział, że był jednym z ostatnich, zakwalifikowanych do Czyśćca. Już się obawiał, czy się załapie. Wtedy zresztą tłum oczekujących, zdenerwowanych niepewnością zaczął się burzyć. Były przypadki odbierania duszom zakwalifikowanym do Czyśćca ich pilotów przez takie dusze, które wiedziały że czeka je Piekło. Wtedy spod ścian ruszyły te zakapturzone postacie. To były Biesy****. W mig zaprowadziły porządek. Wychodząc do sekretariatu w Nowym Raju ten znajomy obejrzał się. Ci, którzy zostali zakwalifikowani do Piekła zostali otoczeni kordonem zakapturzonych Biesów i spychani w głąb trzeciego korytarza, o którym nikt nie wiedział. Wcześniej był zamknięty i zamaskowany. Słychać było płacz i zgrzytanie zębów. Znajomy nie wiedział, dokąd korytarz prowadził. Przypisy *Volvo Amazon. Mam słabość do tej marki. To była pierwsza rzecz, jaka widziałam w życiu, która nie była tandetna. **42 mużu… Określa pojemność wagonów, którymi w armii austrowęgierskiej byli przewożeni na front żołnierze. Hasek, Szwejk ***Hołd, rzecz jasna Leopoldowi Tyrmandowi i powieści Zły ****”Biesy” w inscenizacji Wajdy w Starym Teatrze w Krakowie oparte na adaptacji Alberta Camusa. W rolach głównych: Jan Nowicki (Mikołaj Stawrogin) i Wojciech Pszoniak (Piotr Wierchowieński). http://www.stary.pl/pl/detail/aktualnosci/id/498. Widziałam to na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych w 1972 (chyba). Po bilety stałyśmy z koleżankami, na zmianę, od 6 rano do 20:00, kiedy rozpoczęło się prrzedstawienie. Z tym spektaklem nic się nie może równać. Elementem scenografii, takim jakby multimedialnym, były zakapturzone postacie, które pojawiały się w momentach gęstnienia atmosfery i robiły nastrój. Tamtych Biesów chyba nikt nie sfilmował, jakkolwiek Wajda pojechał z tym do Londynu. Późniejsza ekranizacja we Francji to już nie to. http://news.o.pl/2011/04/08/40-rocznica-premiera-biesy-dostojewski-narodowy-stary-teatr-krakow/ Druga dla mnie w kolejności rewelacyjna inscenizacja to Tytus Andronicus w reżyserii Julie Taymor. http://www.filmweb.pl/film/Tytus+Andronikus-1999-1422
|
||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||
Najnowsze komentarze