Odwiedziło nas

  • 0
  • 187,285
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Czarownica

Gdy się ocknęłam zobaczyłam, że jestem klatce. Prawie nie czułam wyrwanych ze stawów rąk i nóg. Krew. Skądś kapała, chyba ze zranionej głowy. Płuca płoną żywym ogniem. Chwilę mi zajęło nim przypomniałam sobie, że byłam topiona. Jakimś cudem przeżyłam. Tylko czy to dobrze, czy źle, jeszcze nie wiem.
W twarzach, które otaczały moje więzienie zobaczyłam, nie, to nie jest nienawiść, to strach. Jeszcze nie dociera do mnie dlaczego. Boję się.
Kulę się w kącie i czekam.
Nadciąga noc. Nie jestem głodna, od zawsze byłam niejadkiem. Chce mi się pić.
Strach narasta gdy słyszę, że ktoś się zbliża do miejsca mojego uwięzienia. Mimo ciemności widzę jej oczy. Stare, mądre, współczujące.
Zastanawiają się co z Tobą zrobić, słyszę słowa płynące z bezzębnych warg Anioła, który zechciał mnie nawiedzić.
Przyniosłam ci wodę, mówi kobieta. Dziękuję.
Próba sięgnięcia po kubek omal nie kończy się niepowodzeniem. Wyrwane ze stawów ręce odmawiają posłuszeństwa. W końcu się udaje. Nie wiem jakim cudem. Każdy łyk przynosi ulgę i daje siłę w oczekiwaniu na wyrok. Nie wiem za co, dlaczego. Staram się sobie przypomnieć.
Już wiem.
Jest piękny, słoneczny dzień. Mama idzie z dziećmi siostry na szkolne boisko. Siostrzenica zwichnęła nogę. Przyniesiona na rękach płacze.
Przez głowę przemykają mi myśli. Ból, lekarz, strach. Ja się kiedyś bałam i przeniosło się to moje myślenie na cierpiące dziecko.
Już nie myślę, działam odruchowo. Siostrzenica na kolanach dziadka, mojego taty, moje dłonie nad Jej stopą… Nie dotykam, mówię tylko nie bój się kochanie. Uśmiecha się… Kostki wracają na swoje miejsce. Za chwilę biega i zapomina o bólu. Wszyscy jesteśmy… chyba trochę przerażeni tym co się wydarzyło. Najbardziej ja.

Tak było. Tylko dlaczego klatka i oczekiwanie na wyrok? Przecież teraz już nic mi nie grozi, to nie średniowiecze.To tylko sen?

Aprobata

 roza 

Trzęsienie róż ! I nic innego.

I nie inaczej – tylko właśnie!

Trzęsienie róż! I w różach niebo !

A niech to jasny piorun trzaśnie!

 

Poezjo ! Matko ! Któżby skłamał.

Kiedy cię woła ? I juz łoskot!

Ten szklany pręt nad głową złamał

Różany czarnoksiężnik Bosko.

 

Z rozpaczy ? Nie wiem.Może, może….

Lecz gdy trzasnęło i zabłysło,

Trzęsieniem róż przyznałeś Boże,

Najświętszą rację  mym zamysło.

 

 roza 

Julian Tuwim

 

 

NIE MA BRZYDKICH KOBIET…

Raj rozdział 13

ratowanie własnej skóry (?)

Minęło trochę czasu, od kiedy Psiapora, zmieniony na twarzy, przyszedł i wyjaśnił mi, że wszystko się pozmieniało. Na taki stan, jaki istniał przed reformą. Znowu będzie Raj, Czyściec i Piekło. Teraz trwają negocjacje, co się  do czego przyłączy, jak podzieli się dusze. To bardzo ważna kwestia, bo za duszami idą środki.

Aktualnie trwają negocjacje ….

– Czyli mogą nas z Raju wysłać do Piekła, albo Czyśćca? 

– Tak, na to wygląda 

– Jakie będą kryteria?

– Jeszcze nie wiadomo – w każdym razie on, Psiapora nie wie.

Wywołuję pilotem Gammaela – nie odpowiada. No to pędem do biblioteki, może Philadelphia coś wie. Nie wie nic pewnego, ale sugeruje, że to może chodzić o przepracowane życie. A ja się zabawiałam , na wycieczki jeździłam. Diabłom pomagałam,  Anioła piwem raczyłam. Może jeszcze zdążę coś zrobić, wybrać co najpilniejsze, bo od tego trzeba zacząć! Wszystkiego i tak nie zdążę. Philadelphia radzi nie panikować, ale dobrze jej mówić.

– Musisz sprawdzić swój aktualny status – powiada

– Co?

– Status. Czyli jak to teraz wygląda, co się udało przepracować i poprawić – czekaj, mam znajomą w BOOD.

Nie wiem co to jest BOOD, na razie nie pytam, bo ona telefonuje, czekam, co będzie.

– Nazywa się Digitalia. Przyjdzie do ciebie jeszcze dziś.

BOOD to Biuro Obliczeń Odległości od Doskonałości. Digitalia oczywiście blond, trochę przypomina Gammaela. Tez taka niedosiężna.

– Aktualny status można sprawdzić on line, spróbujemy. Musisz podać dane tzn. pesel i inne. Podałam. Digitalia wstukała i zapytała – ty jesteś Lukrecja? No to się zgadza. Stan jest niezły, ale na Niebo to chyba za mało. Trzeba by jeszcze popracować, ale trzeba się spieszyć. Bo piloty mogą być niedługo wyłączone.

I tyle. Cienia współczucia, cienia zrozumienia nie widziałam. Żadnej rady.  Załamana poszłam znowu do biblioteki. Philadelphia była inna. Przejęła się. Rozmawiałyśmy szeptem, bo to przecież biblioteka. Trochę dalej stała grupka aniołów rozmawiająca, może dowcipkująca, bo coraz to chichotali. Popatrywałam na nich, byli inni. Inna paleta barw – to się rzucało w oczy przede wszystkim. Nie biel – złoto – błękit, ale jakieś beże, płowości, złote ochry, zgaszone zielenie – właściwie moje ulubione kolory – dlatego patrzałam. A kiedy Philadelphia odeszła, odwołana przez klienta, jedna z anielic odłączyła się od tamtej grupy i podeszła do mnie.

 – Nazywam się Żonkilia – przedstawiła się –  Mogę pomóc.

Poszłyśmy do miejsca mojego wiecznego odpoczywania. Żonkilia otworzyła laptopa, chwilę czekała na połączenie z serwerem i zaraz przeszła do rzeczy.

–  Nie jest źle – mruknęła i przewijała dalej – zupełnie nieźle, i nagle – o, a to co? Tego raczej nie można tak zostawić. Odwróciła monitor tak, abym i ja widziała.

– O cholera, faktycznie – przeraziłam się na widok (….)

– Dobrze, zaznaczą to i jedziemy dalej – i szybko przesuwała całe moje życie, aż do końca.

– Jeszcze jest kilka drobiazgów. Na moje oko na piekło za mało. Tyle, że to nie o moje oko chodzi.

Czekałam przestraszona.

–  Poprawiamy tamto – zadecydowała – no, sytuacja była rzeczywiście ekstremalna. Żeby ją złagodzić, można usunąć tę osobę, tę drugą przesunąć w czasie, to zrobi się spokojniej. Jesz
cze poprawimy biomet, ten niż się przesunie na południe a wyż nasunie z północy. Będzie rześko i słonecznie – bardziej optymistycznie. Teraz ty nie będziesz już musiała tak ostro reagować….

– Nie wiedziałam, że można wprowadzać takie zmiany

– Bo nie można. Ja mogę – odpowiedziała Żonkilia, wpatrując się w monitor.

– A jak się wyda? – byłam przestraszona nie na żarty. Spojrzała na mnie przelotnie

– Niby jak?

– No, ktoś sprawdzi, zobaczy… 

– Zobaczy to, co jest, a nie to co było, bo tego już nie będzie. 

– A wszechwiedzenie?

– Wszechwiedzący jest tylko Bóg. Ale on się nie zajmuje takimi sprawami, jak funkcjonowanie oprogramowania. Chodzą słuchy, że teraz pracuje nad zupełnie nowym, wielkim projektem. Ale może to tylko plotki.

– Czyli w Raju nie zostanę?

– Raczej nie. A właściwie po co?

– Tu było dobrze – odpowiedziałam.

– Było, ale nie będzie. Zmieni się na stan poprzedni. Lilia w ręku, niekończący się spacer w kółko po łące, monotonny śpiew „Hosanna, Hosanna”, żadnych pilotów, bo po co, żadnych pragnień, atrakcji, żadnych wycieczek

– Pilotów nie będzie?

– No  pewnie, po co? One były do poprawiania błędów. A w Raju pozostaną tylko czyści.

– Czyli walczymy o to, aby nie piekło?  

– Tak!

Pomogła mi. Dlaczego? Wierzę, że nie tylko dlatego, że za duszami idą środki.

 

 

Raj, rozdział 12

oficjalne dementi. A guzik

Po  wyjściu Gammaela myślałam o jego opowieści. Ale niedługo. Uważałam go za mitomana i sensata i nawet zastanawiałam się, gdzie naprawdę mógł się nabawić tych obrażeń. Potem, zajęta bieżącymi sprawami, przestałam zaprzątać sobie tym głowę.

Jakiś się jednak obecnie niepokój wyczuwało. Niekonkretnie, ale jednak. Niestety obgadać nie było z kim. Philadelphia była bardzo zapracowana, Gammaela nie można było nigdzie znaleźć. Co do Psiapory, to zajęty był biznesem. Organizowali wycieczkę za wycieczką – podobno były fantastyczne. Sama bym chętnie pojechała, ale firma była jeszcze w organizacji, po prostu moc papierkowej roboty, chociaż prokurent nie jest od tego, ale robiłam co mogłam, bo ja  lubię, jak w firmie wszystko gra. Poza tym nie mieliśmy jeszcze na opłacanie personelu. I to właśnie ta praca odwracała mi uwagę od tego, co się wokół działo. A teraz w hallu widywało się więcej dusz, niż kiedyś. Snuły się, rozmawiały szeptem zebrane w grupki i milkły, gdy się podchodziło.

To nie mogło pozostać niezauważone. Toteż pewnego razu ogłoszono zupełnie znienacka oficjalne dementi:

 – Pogłoski o wojnie i rozpadzie Raju są nieprawdziwe. Pragniemy uspokoić wszystkie dusze. Stan jest stabilny, nie należy się spodziewać żadnych zmian, a jeśli już, to na lepsze – grzmiało z megafonów, które zainstalowano nie wiadomo kiedy – Nadal do dyspozycji  dusz jest biblioteka, rekreacja, wycieczki, słońce, góry, morza południowe i północne. Dziś polecamy szczególnie…..

Uspokojona wróciłam do siebie. Lekka kolacyjka, wino, jakiś dobry film – wybrałam, „Pracującą dziewczynę” z Melanie Griffith, Sigourney Weaver, Alecem Baldwinem i Harrisonem Fordem, żeby sobie powspominać dawne czasy*.

http://www.efilmy.net/film,6587,pracujaca-dziewczyna–working-girl-1988-lektor-pl.html

Jakoś tak mniej więcej w momencie, kiedy Tess McGill dowiedziała się, że szefowa ją oszukała a narzeczony zdradził i stała na nadbrzeżu ze stężałą twarzą patrząc na rozświetlony, nocny NY, wszedł Psiapora.

 – Raj się rozpadnie, nie wiem, co z firmą.

Jakby piorun strzelił.

 – I jeszcze coś : jest oficjalny zakaz współpracy dusz z personelem.

*Pracowałam parę lat w firmie, która miała biuro w Mariottcie. Szyk –  cyk i elegancja –  Francja. Każdego ranka my, pracownicy biur wysypywaliśmy się z autobusów i tramwajów, biegliśmy do holu LIM Center i dalej na lewo, do sześciu szybkobieżnych wind, które nas rozwoziły po piętrach. Słysząc piosenkę z tego filmu i patrząc na taką scenę wręcz szukam siebie w tym tłumie.

A to inna piosenka, która mi się dobrze kojarzy z pracą:

http://www.youtube.com/watch?v=6gpFnTbA7eY

 

 

BYŁ HOMEL….NIECH BĘDZIE I BEŁZ…

Deszczu tydzień pierwszy – fragment pierwszy:)

 hahaha 

Oto najgłówniejsze, najkardynalniejsze i pierwszorzędne z  dezyderatów, których natychmiastowe, niezwłoczne i nieodwołane wprowadzenie w życie powinno byc treścią najistotniejszych pragnień, dążeń i wysiłków wszystkich prawdziwych, gorących i niedwuznacznych przyjaciół Zakopanego.Tuszę sobie, szanowne panie i szanowni panowie, że moje proste, może nieudolne, ale szczere i bezpretensjonalne wypowiedzenie się przedstawiło sprawę jasno wobec sumienia narodowego, a lojalnie wobec świetnej władzy centralnej – wobec czynników miarodajnych kraju i gminy.

Nie powodowały mną żadne względy postronne, osobiste lub, co gorsze, polityczne.Jeno z głębi obudzonego polskiego sumienia, bez nienawiści ku nikomu ( to akcentuję przede wszystkim i podkreślam ! ), wprost spod serca , z żarliwą miłością ku naszym najdroższym skarbom narodowym, wypowiedziałem całą prawdę, tylko prawdę i nic oprócz prawdy.

Albowiem prawda, drodzy państwo, wprowadzona jako zasada naczelna do zyvia publicznego….Ogarniajmy jak najszersze horyzonty i nie dawajmy się zepchnąć ze szczytów – przypomnę na zakończenia naczelne hasło mojego zycia . A stojąc już nad grobem  powierzam je z ufnością młodym, silnym i wytrwałym, ufającym, a szczerym duchem.Ogarnijmy…..

Ptofesor Tabes kończył swoje przemówienie.Starczy, szanowny głos przygasał i wznosił się, zapadał ze wzruszeniai budził nutą energiczniejszą , urywał sie, nawiązywał znowu wreszcie umilkł.

Grzmot oklasków zgromadzonego tłumu prowadził szanownego przezesa „Opieki  Szczytów ” aż do jego skromnego miejsca w ostatnim rzędzie krzeseł.A gdy juz usiadł, entuzjazm nie ustawał..Prezes powstał i rozdawał naokoło ukłony i tłumiąc łzy spoczął nareszcie.  

Andrzej Strug.

Zakopanoptikon hahaha 

Roztrzepaniec gapowaty

MUSZĘ odreagować. Tyle bulwersujących treści się pojawia, które ciskają moimi emocjami w te i nazad, że MUSZĘ. Impulsem do owego odreagowania stało się moje spotkanie z tymi, którzy z założenia, jak twierdzą niektórzy, mają nas zdołować, poniżyć, a jak im się nie zapłaci to nawet na Dzień Dobry nie odpowiedzą, że o odwzajemnionym uśmiechu nie wspomnę. Chcecie się dowiedzieć jak mi poszło? Nie? I tak opowiem.:)

Od dawien dawna, można powiedzieć, że od zawsze, byłam gapowatym roztrzepańcem, takim co to położysz mu coś przed nosem a i tak nie zobaczy, dopóki nie pokażesz mu palcem. Wszystko co się dało gubiłam, przegapiałam, nie zauważałam.
Wczoraj, a właściwie dziś w nocy ocknęłam się przerażona, bo nieomal umknął mi ostateczny termin przedłużenia licencji na niezbędny każdemu internaucie produkt. Stres, bo na pewno się pomylę przepisując cyferki, konto jednorazowe, jak się pomylę to jak to potem odkręcić? Jako szczęśliwa nieposiadaczka e-konta (wówczas, teraz już mam) musiałam skorzystać z usług banku stacjonarnego. Wyjazd do pobliskiego miasteczka konieczny. W banku kolejka, a jakże, dłuuuuuga. I tu powinno zacząć się narzekanie. Nic z tego. Panie siedzące w 6-u okienkach, takie dorośnięte w komunie, obsługiwały klientów na tyle sprawnie, że ledwo zdążyłam pobrać nieco gotówki z bankomatu i już było, że teraz ja. Bo ja…tu kartka z danymi…i…Na to miły głos zza szyby: Widzę, że większa wpłata, pobieramy 10 procent od wpłacanej sumy, jeśli pani zależy na obniżeniu kosztów, to polecam…, bo tam tylko 2,50, za wszystko. Proszę, tu są kwitki, niech pani przepisze to co na kartce i będzie dobrze. Miłego dnia życzę, wzajemnie, uśmiech. Tam równie miła pani sprawdzić raczyła czy się nie pomyliłam, nie żądała za to dodatkowej opłaty.
Niesiona na skrzydłach świeżo odniesionego sukcesu odwiedziłam jeszcze jedno miejsce, z równie pozytywnym skutkiem. Szczegółów Wam oszczędzę, mientkie serce mam.:)

A teraz do sedna, czyli tematu. Że co?, że wstęp zbyt długi i dalszego ciągu już nikt nie przeczyta? Nawet jeśli to prawda, to ja mam odreagować tym wpisem, nie ewentualni czytelnicy.;)

Dwie scenki na temat. Ze mną w roli głównej, coby uwidocznić moje gapowato-roztrzepanie, skutkujące permanentnym strachem przed spędzającymi mi sen z powiek pomyłkami.:

Scenka 1-a.
Jakaś tam okazja i goście w dom. Dawno temu, czasy kiedy to picie odbywało się w szklankach wkładanych w uchwyty. Czy ktoś to jeszcze pamięta? Kawa czy herbata? pytam. Woda zagotowana, ja przejęta. O tym, że zapomniałam włożyć szklanki do uchwytów dowiedziałam się gdy wrzątek poparzył mi stopy.

Scenka 2-a.
Bardzo się śpieszę. Wezwanie URZĘDOWE, na konkretną godzinę. Sama w domu, jak nie przymierzając Kevin. Jak zawsze na ostatnią chwilę. Gotowa, uff…Tylko gdzie ten klucz?! Przecież nie mogę wyjść nie zamykając drzwi! Czarna rozpacz. Przeszukuję wszystko, łącznie z lodówką, bo on może być WSZĘDZIE, przecież doskonale pamiętam, że go widziałam, pewnie gdzieś położyłam, nie mam pojęcia gdzie. Przez okno widzę, że autobus odjechał. Załamana siadam na kanapie. Dosłownie opadają mi ręce. Z prawej dłoni na podłogę wypada klucz. Jestem praworęczna.

O wybieraniu się do miasta w kapciach, po sprawdzeniu, że jestem odpowiednio ubrana i makijaż perfekt, nie ma nawet co wspominać. Przykłady mogłabym mnożyć.

Reasumując w konkluzji od własnej percepcji, zwracam się z uprzejmą prośbą o wskazywanie mi wszystkiego palcem i nie denerwowanie się gdy i tak nie zobaczę.:) Pracuję nad sobą od lat, pewne efekty widzę nawet ja. Nie pomyliłam się wpisując numer konta! Hip hip hurra!

Raj, rozdział jedenasty

incydenty na granicy

Raj, rozdział jedenasty – incydenty na granicy

Wracałam właśnie z biblioteki i spotkałam  go w korytarzu. Szedł wspierając się na lasce, jedno skrzydło, przewiązane chustą trójkątną wlokło się po posadzce, wzrok jeszcze bardziej  nieobecny, niż zwykle, włosy – dawniej tak piękne i złote sterczały jak badyli i, czy mi się zdaje, były jakieś osmalone czy splamione czymś brunatnym? To był jasny anioł Gammael!

 – O rany, Gammael!– krzyknęłam. Spojrzał przytomniej, rozejrzał się wokół i szepnął :

 – Chodźmy stąd – szybko wskoczyliśmy do mojego miejsca wiecznego odpoczywania. Gammael skinął ręką, ale zamiast fotela pokazał się zydelek na trzech nogach. Spojrzał ze wstrętem.

 – To dlatego, że byłem ranny w rękę i nie jest już tak precyzyjna, poproszę o piwo.

Ustąpiłam mu swojego fotela, bo jak ktoś tak sponiewierany miałby siedzieć na zydelku i zaserwowałam Kasztelana niepasteryzowanego.

 – Dzisiejsza wojna to dno  – oświadczył z mocą, odstawiając pustą szklankę.  – Można jeszcze jedno?

 – Pewnie, że można. Jaka wojna?

 – Wojna może wybuchnąć w każdej chwili.  Zostałem powołany i wysłany na granicę. Tam były incydenty! Oni strzelają z broni palnej, tych ziemskich wynalazków. Kiedyś walczyło się na miecze, byłem w tym mistrzem*. Ostatecznie łuki, ale nie te jakieś garłacze, hakownice czy arkebuzy. Skrzydło mi tym przetrącili. W rękę oberwałem rykoszetem.

 – Ale ja nic nie wiem, tu się nic nie mówi… Że ktoś nastaje i incydenty na granicy?

 – A pewnie, to ich metoda. Same sukcesy, pokój, przyjaźń, stabilna sytuacja i w ogóle sielanka. Zawsze mówiłem, że Diabły się organizują, że się gdzieś urządziły! Teraz tak się rozzuchwaliły, ze plączą się w pobliżu granic, a nawet je przekraczają. Dlatego nas powołali. I wysłali, oczywiście uzbrojonych w miecze. Nawet się nie zainteresowali jak sprawa wygląda. O wszechwiedzeniu mówią, a nic nie wiedzą. Kwatery do niczego, wyżywienie, że psa bym nie poczęstował, a dowództwo – to już słów nie mam. Chodziliśmy na patrole z tymi mieczami, a do tych czortów nie dawało się przecież podejść na długość miecza. Z daleka walili do nas z tej broni palnej. Deltael, świetny łucznik ustrzelił dwóch, to jak do niego jakiś wygarnął z arkebuza, to tylko pierze zawirowało. A dowództwo sobie nawzajem przypina ordery za bohaterstwo, im większe straty po naszej stronie, tym więcej tych orderów.

 – Bój się Boga, a co na to Bóg?!

 – Pewnie mu nie mówią. Albo bagatelizują. On jest osaczony przez te wszystkie sześcioskrzydłe Serafiny, czteroskrzydłe Cherubiny, Trony, Panowania, Moce, Władze, Zwierzchności – już oni tam cedzą i preparują te wiadomości. Żeby jeszcze jakieś Archanioły dowodziły, mogłoby być lepiej, bo to fachowcy. Ale nie, zwykłe anioły z dziewiątego chóru, jak ja, co to w najlepszym razie stróżami bywali. Niektórzy to potrafią się urządzić.

 – Zaraz, a jest tu jakiś szpital? Przecież rannymi ktoś powinien się opiekować, opatrzyć rany…

 – Tu jest Raj. Wszystko się samo się goi. Po co szpital?

Poruszył się gwałtownie i chlabas, bezwładne skrzydło opadło na podłogę, bo się chusta trójkątna zsunęła. Zaczął je zbierać, posykując z bólu.

 – Poczekaj, nastawię ci to skrzydło, umiem. Studiowałam anatomię zwierząt –  spojrzał na mnie jakby urażony  – może trochę boleć, ale postaram się, żeby to nie trwało długo. Zresztą masz jeszcze jedno piwo.

Miejsce zwichnięcia znalazłam szybko, ale wstawienie główki kości w panewkę okazało się trudniejsze, niż myślałam. W końcu anielskie skrzydło było o wiele większe, niż skrzydło gęsi, które preparowaliśmy w prosektorium na Wydziale Weterynarii, wtedy jeszcze na Grochowie. W końcu musiałam pomóc sobie kolanem. Gammael znosił to dzielnie, na przemian posykiwał i popijał piwo. W końcu udało się, złożyłam skrzydło i zabezpieczyłam porządnie chustą trójkątną.

 – A rękę gimnastykuj.

Podziękował i poszedł.

*Gammael, jak się później dowiedziałam, władał mieczem całkiem dobrze, jak zresztą każdy anioł. Obiektywnie rzecz biorąc jednak do mistrzostwa było mu daleko. Ale lubił o sobie myśleć, że jest niezrównany w tej konkurencji.

 

Marketing e-moll

Autor już na wstępie pragnie zaznaczyć, że nie był jego intencją stuprocentowy realizm, a opisywane poniżej wydarzenia nigdy nie miały miejsca. Niemniej ma autor nadzieję, że czytelnicy przeczytają poniższy tekst z przyjemnością.

Ogromne, rzeźbione drzwi otwierają się, a gromki, nosowy głos anonsuje „Maestro Jan Sebastian!”. Wchodzę, mijając dwóch drabów w liberiach z posrebrzanymi lampasami, w świeżo upudrowanych perukach, z łydami w opiętych pończochach. Ten z lewej, licząc, że nie zauważę, pozwala sobie na uśmieszek i ciche, ironiczne prychnięcie. Zaciskam dłoń na lasce z bukowego drewna… tym razem ujdzie mu to na sucho, mam na głowie ważniejsze rzeczy.

    Zmierzam w kierunku tronu, na którym czeka na mnie – niecierpliwie, ale ukrywając to starannie, jak to on – margrabia brandenburski, przyrodni brat księcia elektora, ojca naszego miłościwego króla, zachowaj go, Panie, w zdrowiu przez długie lata. Jestem coraz bliżej, stukanie mojej laski w marmurową posadzkę sprawia, że dworzanie zaczynają szeptać sobie na ucho… „moja sława mnie wyprzedza”, ależ, bzdury, komentują pewno stan moich sukni, zniszczone trzewiki – że też spod tego całego łoju z sadzą widać jeszcze popękaną skórę, no cóż, trudno.

    Jego Wysokość łapie mój wzrok, uśmiecha się, trochę życzliwie, a trochę protekcjonalnie, „my, wielcy tego świata”, ale tak trzeba, tak trzeba. Wysuwam jedną stopę do przodu i składam głęboki ukłon, modląc się, by moja peruka wytrzymała go, nie zjechała mi z głowy… Uff, udało się. Wygłaszam wcześniej przygotowaną laudację na cześć margrabiego Christiana Ludviga, kończąc prośbą o pozwolenie na wykonanie jednego z dedykowanych mu koncertów. Obaj doskonale wiemy, że to czcza formalność, ale zachowujemy konwencje, margrabia dwornie wita mnie na berlińskim zamku i zaprasza na podium dla orkiestry.

    Podchodzę do klawesynu, witam się z moimi muzykami. Ulrich i Eberhardt, David, Hans-Joerg i jeszcze jeden, nigdy nie pamiętam jego imienia, ale też dobry wiolinista, no i pozostali. Graliśmy już wcześniej razem z tym berlińskim ansamblem, a potem oblewaliśmy sukces dobrym reńskim winem, zacni z nich ludzie, tak sobie myślę, że mnie nie zawiodą. Dodatkowo obiecałem im, że szczodrość margrabiego obejmie również i ich, no cóż, w razie gdyby nie, wysupłam te talary z własnej kiesy – są tego warci.

    Siadam do klawiszy, rozkładam nuty – te same, które w pozłacanej tubie ze świńskiej skóry z pieczęcią odłożył niedbale koło siebie Jego Wysokość, sama tuba kosztowała dwanaście groszy, no trudno, tu nie ma co oszczędzać. Biorę głęboki wdech , patrzę na Ulricha, a on kiwa głową, wszyscy są gotowi. Zaczynamy zatem. Oni na swoich smyczkach głośniej, ja w tle, ale to się jeszcze zmieni, wiolonczeliści prowadzą basso continuo… Patrzę przelotnie, tak tylko, żeby skontrolować, jak im idzie. Słyszę co prawda, że wszystko jest, jak trzeba, ale po jednym z zerknięć widzę, ze trębacze świetnie się bawią, dmuchając w te swoje rogi. Moment obawy, zawahania, że dwór Jego Wysokości poczyta to sobie za afront, ale zerkam w drugą stronę i nie, słuchają z nabożeństwem.

    Nie muszę zresztą obracać głowy dalej, to by groziło może nie fałszem, za stary lis jestem na to, ale brakiem koncentracji, wypadnięciem z rytmu, w jaki mnie wprawia moja muzyka… Zresztą i bez odwracania wzroku świetnie wiem, co szepce Jego Wysokości na ucho ten pieczeniarz szambelan. „Wasza Wysokość raczy zauważyć, jak wspaniale podbijają rytm basy, zupełnie jak salwy armatnie na cześć Waszej Wysokości, a znowu rogi, rogi brzmią jak trąby bitewne pod Fehrbellin, kiedy to ojciec Waszej Wysokości, Jego Miłość książę elektor, pogromił przebrzydłych Szwedów. A jak cudownie grają skrzypce i wiole, jednym chórem, jakby je kto musztrował! Toż to dyscyplina niczym w gwardii Najjaśniejszego Pana, Wasza Wysokość wybaczy to porównanie. A sam maestro dźwiękami klawesynu wydaje komendy pozostałym muzykom, prowadzi ich do ataku całkiem jak Wielki Kurfürst…” i tak dalej, i tym podobne. Skąd to wiem? Po pierwsze: ubiegłego wieczoru siedzieliśmy z szambelanem bite dwie godziny, wymyślając te porównania, a po drugie: zapłaciłem mu dwadzieścia talarów gotówką, by sączył je prosto do ucha margrabiemu. Gotówką!

    Ale więcej już o tym nie myślę. Nie tylko dlatego, że mógłbym coś pomylić… Przede wszystkim dlatego, że muzyka ogarnia mnie całego, teraz zamykam oczy – nuty znam wszak na pamięć! – i cały staję się muzyką. Nie tylko naciskam klawisze klawesynu, ale chwytam całym sobą za smyczki, dmę w rogi… nie ma już różnicy między mną, a pozostałymi muzykami, zapominam ich imion, teraz są dla mnie tylko przedłużeniem mojego umysłu, wykonawcami mojej woli – a trzeba przyznać, że nieźle im to wychodzi.

    I zatapiam się w kaskadach dźwięków, opadających z matematyczną precyzją, zbiegających się i rozbiegających, równolegle płynących w jednakowej odległości od siebie, w interwałach, które łączą się i rozłączają. Każdy z nich jest czymś małym, kroplą wody, pojedynczą gwiazdą, ale razem – razem wywołują u słuchających emocje godne wezbranego potoku lub obrotów sfer niebieskich. Czuję, że mknę przez owe sfery, wypełnione pono eterem, a wokół mnie wirują po swoich złożonych orbitach poszczególne muzyczne frazy, skupiam się na samym locie, jak samotny kometa, i wtedy dociera do mnie, że przecież nie sam jestem, że ten lot ma swoją widownię, słuchaczy, że ta fuga jest daremną ucieczką, bo oto kończą się nuty, kończy się koncert i siedzę znów przed klawesynem, a wokół mnie cisza, w której wybrzmiewają ostatnie echa muzyki. Mojej muzyki. Mnie.

    Myślę sobie… nie, nic nie myślę, zbyt daleko jestem jeszcze od tej Sali, w której ciągle jeszcze panuje cisza. Przełykam ślinę i wracam do siebie. Przebiega mi jeszcze przez głowę – gdzieś daleko, jakbym to nie ja myślał, tylko myśl narodziła się sama – że z premii nici, kiedy Jego Wysokość unosi dłonie i zaczyna nimi o siebie uderzać, a za jego przykładem gorliwie idzie cały dwór.

Przed, po lub w trakcie czytania polecam posłuchać i obejrzeć ten film – http://youtu.be/lhXHMzSOK5c
____________________________

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net i na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.