Upragnionasobota z niedzielą. Wreszcie mogła odpocząć i trochę się rozerwać.
Z lekka odświeżonapo całotygodniowej orce przystąpiła Irenka do bardziej szczegółowego zaplanowaniatych 2 wolnych dni.
Otworzyła swójróżowy, bogato zdobiony kolorowymi dżetami notesik i z zainteresowaniemodczytała zapisy pod literką, jaką los wskazał jej na ten łykend. I? Jest paręimion z telefonami. Wybrała Irka z Włoszczowej.
Dlaczegowłaśnie Irka? Bo lubi Włoszczową. Można lubić brzydkie psy, a miasteczka niemożna? Można. Zadzwoniła do wytypowanego podpytując go niezobowiązująco o planyna sobotę:
„ A może byśmytak, najmilszy, zamiast do Tomaszowa, wpadli na dzień do mnie? Dobra, zmienię.Pościel też? Ok, zmienię i pościel”
Po niepokojącodługiej pauzie, w czasie której Irenka zaczęła już układać w myślach wiązankę,jaką obrzuci swojego interlokutora w razie uzyskania odpowiedzi odmownej, Irek jakby wyczuwszy jej raptownie zmieniający się nastrój dosyć pośpiesznie oświadczył, że wprawdzie ma proszony obiad zprzeciągającym się deserem u tej rudej Bronisławy z hurtowni owocowej, alegdzieś tak koło 18 już będzie wolny. Powtórzył stanowczo i dwukrotnie: „Służę oosiemnastej”, po czym, zawiesiwszy swój melodyjny głos, czekał na reakcję. Ach, jakona lubiła taką kulturę osobistą. Szarmancki. Szalały za nim wszystkie kobietynie tylko w bardzo bliskiej, ale i całkiem dalszej okolicy, co nikogo niepowinno specjalnie dziwić.
Gdzieś tak o17.45, już przy ostatnich przygotowaniach, przemknęła jej przez myśl trzeźwarefleksja, że jednak zmarnowała dopołudnie. Pomarkotniała. Mogła jednak wybraćinną literkę. Cóż, stało się, w niedziele już taka roztrzepana nie będzie.Jednak wychodzi ten cały tydzień obowiązków, w sobotę trudno się skupić. Aprzecież taką miała świetną pamięć, że nawet koleżanki zazdrościły mimo, że przecież każda kobieta doskonale pamięta pewne tak ważne rzeczy, jak szczegóły imidżu znajomychpań. Rejestruje je przez kilka lat i dzięki temu potrafi inteligentniekonwersować na każdy temat podczas każdego przypadkowego spotkania.
„No, teplatynowe włosy a’la Niemka z zachodnich landów na głowie Steni to bardzodobrze dobrana farba, nic a nic nie widać, że zaczęła łysieć. A jakiej powagidodają jej te sine wory pod oczami, jeszcze 2 lata temu ich nie miała. Ale tenróż na policzkach to kula w płot, wygląda jak klaun po wyczerpującym występie.Dobrze chociaż, że zaczęła wreszcie regularnie wstrzykiwać botoks i nie może się już takgłupawo uśmiechać. W ogóle nie może. I te sztuczne rzęsy, gdzie ona to kupiła?I mnie by się przydały… A tak w ogóle to wygląda na więcej lat niż ma. Choć trzeba przyznać, że zachowała dawną figurę. Masywna jak zawsze.”
Irenka mogła tak, nie narażając swej pamięci na żaden wysiłek, porozmawiać o każdej dowolnej znajomej.
Ale co kobietapamięta w mężczyźnie? Jak malarka, to dużo. Ale jeżeli nie malarka, tylkonormalna, męską twarz pamięta mniej więcej i tylko z grubsza. Chyba, że miałkolący zarost.
Irenka nie byłamalarką.
Nadszedłwyczekany moment spotkania, men pojawił się w zasięgu Irczynego wzroku, ale jego uśmiechnięta twarz kompletnie nic jej nie mówiła. W popłochu próbowała przypomnieć sobieimię tego, z którym się dziś umówiła. I nic. Pustka. Nawet nie pamiętała najakiej literce otworzył się różowy notesik. Chłop się przybliżał niepokojącoszybko i pozostało jej tylko strzelać. Serią.
– WitajZiuteczku, słonko ty moje, nawet sobie nie wyobrażasz jak mi ciebie brakowało,jak się za tobą stęskniłam i jaka jestem szczęśliwa, że w końcu cię widzę. Iczuję…
To „czuję” to miałbyć taki wybieg. Na widok uśmiechu mężczyzny raptownie znikającego po nazwaniugo Ziuteczkiem Irenka wciągnęła go pospiesznie, a nawet nieco bezceremonialnie dosłużącej za sypialnię wnęki i zaczęła nerwowo szukać znaków szczególnych, któreewentualnie mogłaby pamiętać i które pozwoliłyby go wres
zcie zidentyfikować.
Akurat w przypadkuZiutka nie trzeba by było sięgać zbyt daleko. Irka pamiętała bowiem, że miałpod lewa piersią duże znamię i jego właśnie poszukiwała teraz przytulona dojego klatki piersiowej. A myśli gnały jak oszalałe.
„Nie maznamienia! O w morde, nie ma! To kto to kurde jest?! Jak nie Ziutek?”
Niezawodna wtakich sytuacjach kobieca intuicja wydobyła z odmętów Irczynej pamięci kolejneimię. Ksawery. Nie namyślając się zbyt długo wyszeptała je czule…
O żesz! Mensztywnieje jeszcze bardziej, a gęba robi mu się ponura. Znowu nie trafiony.Swoją drogą jakiś dziwnie kapryśny. Pomylisz imiona, wielka mi rzecz, a temujuż się pokazują muchy w nosie.
Widząc narastające zdenerwowanie partnerki i zniezadowoleniem obserwując jej spowodowane tym roztargnienie, a chcąc zakończyćto niezbyt mu miłe błądzenie po imionach kalendarza, Irek zaproponowałprzejście na bardziej familiarne „kotuś”. Ten kotuś ratował go nieraz wpodobnych tarapatach, niech się więc dziewczyna nie męczy. Istotnie, obdarzającsię hojnie „kotusiami” wkrótce odetchnęli oboje z ulgą.
No cóż, Irenka niemogła tej randki nazwać udaną. Zamiast koncentrować się na tym, czego odspotkania oczekiwała, zmuszona była poddawać się dręczącym rozmyślaniom. Jeżelito nie Ziutek, a nawet nie Ksawery, to w końcu kto zacz i jak mu jest na imię?
Zrezygnowała wkońcu z błądzenia po pamięci, ale przyrzekła sobie, że już nigdy nie będziekorzystać z różowego notesika. Krył w sobie zbyt wiele niebezpiecznychniespodzianek.
Lepiejpowalczyć o coś nowego i od razu zapamiętywać jako kotuś 27, kotuś 33 …
Znowu łapię się na tym, że robię to, czego nie powinnam. Tak jak za życia, jestem na każde zawołanie innych, a swoje sprawy zaniedbuję.
Korzystając więc z okazji, bo Diabełki zorganizowały pierwszą długą wycieczkę i wiedziałam, że nic nie przeszkodzi, postanowiłam się zmierzyć ze sprawą, która mnie gnębiła zarówno za życia, jak i po śmierci. Należałoby tu coś poprawić. Może teraz uda mi się rozwiązać ten problem.
Chodzi o moja matkę. Zostałyśmy same bo Ojciec zmarł a brat wyemigrował. A u niej postępowała demencja – wtedy jeszcze nie było wiadomo, czy to choroba Alzheimera. Ona sobie na początku zdawała sprawę. Była przerażona, czekała ratunku, a ja nie umiałam nic poradzić. Nikt nie umiał. To właśnie mnie gnębi. Można to poprawić?
Odchodziła powoli. Trwało to około ośmiu lat. Gubiła się coraz bardziej. Musiałam jej stopniowo ograniczać wolność. Tragedią dla niej było zabranie klucza do furtki. To było uzasadnione, bo wychodząc traciła kierunek, błądziła po okolicy, sąsiedzi ją odprowadzali. Ale czy mi było wolno? Wtedy musiałam pracować, bo wcześniej na chore dziecko miałam kilkanaście lat przerwy. A moja starość i emerytura już wyglądały zza horyzontu. Szukałam osób do opieki w ciągu dnia. Odchodziły po miesiącu, dwóch, bo nie była łatwą podopieczną. Na koniec znalazłam panią, mieszkała niedaleko, dorabiała opieką nad starszymi ludźmi. Ona została do końca.
Teraz, siedząc z pilotem w ręce przesuwam sobie obrazy z tamtych lat. Ot taki, z początków: jesteśmy w banku. Matka ma podpisać wypłatę odsetek z lokaty. Nie może trafić długopisem w odpowiednie miejsce. Patrzymy na siebie, pani z banku też rozumie. Robię z palców okienko i matka bazgrze coś wewnątrz , „W porządku” mówi pani z banku. Bierze tak podpisany papierek i wypłaca pieniądze. Potem mówi: „a może teraz podpisze pani upoważnienie dla córki, to się pani nie będzie fatygować następnym razem?” Brzmi to bardzo uprzejmie, ale wszystkie trzy wiemy o co chodzi. Pierwszy raz w życiu przeżywam taki rodzaj zgrozy, bo uświadamiam sobie, że to dopiero początek. Wychodzimy, kupujemy sobie lody, oglądamy wystawy, wstępujemy do księgarni. Staram się ją zająć, aby zatrzeć to wspomnienie. Ona zapomina. Ja nie.
Następny obrazek, trochę później– matka, jeszcze wtedy chodziła sama po zakupy. Gdzieś na ulicy przewróciła się. Ktoś podwiózł ja do domu. Potem okazało się, że złamała nogę w stawie biodrowym. Lekarz dał skierowanie na operację.
W szpitalu na Konarskiego w Otwocku były tylko duże, wieloosobowe sale. W tej chyba dziesięć łóżek, chyba nie zawsze wszystkie zajęte. Na łóżku po drugiej stronie przejścia leżała chuda starsza kobieta, z nogą na wyciągu. Nie była przytomna. Jeśli nie spała, jęczała i zawodziła.
Uderzyło mnie wtedy po raz pierwszy, że w tym nie znanym miejscu matka się zupełnie pogubiła.
Przed operacją brat przyjechał z USA. Siedzieliśmy oboje w szpitalu w ciepłe, letnie popołudnie, porę odwiedzin. Sala była pełna ludzi i gwarna. Tylko my trwaliśmy w milczeniu. Matka nagle spojrzała z przestrachem w kierunku okna: „Ktoś tam jest, ktoś tam stoi !” powiedziała i zrozumieliśmy, że ona nie wie, gdzie jest. Wydaje jej się, że jest w swoim domu i wtargnął tam jakiś intruz. Brat przesunął się z krzesłem tak, by zasłonić sobą obcych ludzi w sali. Ja wykonywałam bezsensowne ruchy, niby porządkując w szafce.
W sali zrobiło się jakoś ciszej i tym wyraźniej słychać było jęk tamtej kobiety po drugiej stronie przejścia. Nasza matka znieruchomiała – chwilę nasłuchiwała „Po co to trzymać takiego psa ?” zapytała nagle.
Nie wiem, co można zrobić w takiej sytuacji. Jak na komendę wstaliśmy i wyszliśmy z sali. Rząd krzeseł stał trochę dalej, ale nie poszliśmy tam. Oparci o ścianę zanosiliśmy się histerycznym śmiechem. Przechodzący lekarz przyjrzał się nam uważnie.
Może tu można coś poprawić? Co by to dało?
Ta operacja się udała, wstawiono metalową protezę, ale zapowiedziano, że następne złamanie będzie już nie do naprawienia.
Później było tylko gorzej. To był dla mnie problem nierozwiązywalny. Kiedy stawała się zupełnie niekontaktowna, kiedy witała mnie krzykiem, nie poznawała – myślałam o domu opieki. Wszystkie, jakie były w okolicy odwiedziłam. Wtedy przypominałam sobie zdarzenie ze szpitala. W obcym miejscu przestałaby pojmować rzeczywistość.Błądziłaby, aż by zaszła tam, skąd umysł już nie znajdzie powrotu.A oni tam w domach opieki nie mieli ani czasu, ani cierpliwości.
Raz, w którymś z takich domów który oglądałam, a było to w porze obiadowej, rozmawiam z szefową, widziałam, jak korytarzem do jadalni idzie staruszka, powoli, z wahaniem. Pielęgniarka popycha ją gniewnie. Nie, mojej matki nikt tak nie będzie traktował, mówiłam sobie i później sama sadzałam ją siłą przy stole, albo ładowałam pod prysznic, klnąc niesprawiedliwy los.
Znajome miejsca, znajome głosy uruchamiały istniejące jeszcze strzępy pamięci. Zastanawiałam się, czy jej było wszystko jedno.Mnie na pewno nie. Miałam poczucie, że odbieram, właśnie, co? Zapewnić higienę, opiekę, ale odebrać pamięć, człowieczeństwo, skazuję na istnienie wegetatywne. A może się mylę, może to tylko moja filozofia dorobiona ad hoc? Te przebłyski świadomości trwały chwilę, coraz krótszą. Może to tylko ja, dla spokoju własnego sumienia skazałam ją na trudy, brud i niewygody? Może odwrotnie, trzeba było nie oglądając się na te przebłyski zapewnić jej higienę i opiekę?
To trzeba koniecznie poprawić? Tylko jak?
Czasami w niedzielę uciekałam na godzinę, może trochę dłużej do pokoju na piętrze i zamykałam drzwi. Latem rozkładałam leżak na balkonie. Jadłam truskawki ze śmietaną, albo inne owoce. Pamiętam melon z koniakiem. Alkohol dawał zapomnienie. Nie, raczej znieczulenie. Chwilowe. Ale dobre i to. Bo czasami sytuacja stawała się nie do zniesienia. I to nie jakiś opór przed tym, co jeszcze wczoraj było akceptowane, nie protesty i krzyki, żeby się wszyscy wynosili. Najgorsze byłocoś innego. Kiedy widać było, że nagle, na chwilę, na jedną sekundę zdaje sobie sprawę z własnej niemocy, kiedy patrzyła przerażona w moje oczy jakby z pytaniem, czy to prawda. Tego najbardziej się bałam. Tchórzostwo? Brak zdecydowania? Ale jak można oddać coraz bardziej bezbronnego człowieka obcym? Wyrzucić z domu, który był jej do jakiejś przechowalni, gdzie będzie czekała na śmierć.
Ustawiam pilota na lato. Jest sobota, piękny, słoneczny dzień. Będzie bardzo ciepło. Dałam matce herbatę i bułkę z masłem. Wędliny nie chciała. Zmieniłam pościel, przebrałam. Usnęła. Teraz muszę rozpalić w kuchni. To wymaga wiedzy, której ciągle mam za mało. Zmięte gazety, sosnowe drewienka. Podpalam, gęsty dym wypełnia kuchnię, bo komin nie ciągnie. Za późno się wzięłam do rozpalania, na dworze jest za ciepło.Otwieram okno. Znowu od początku. To samo. Kolejna próba. Tym razem zamykam drzwi do kuchni i okno. Po podpaleniu zestawu startowego szarpnięciem otwieram drzwi. Tworzy się jakby dmuchnięcie miecha, powietrze wpada przez palenisko do komina. I pociągnęło. Dokładam jeszcze drewek, potem węgla. Zaraz płyta rozpali się doczerwoności bo nie umiem jeszcze tego regulować. W gorące letnie dni podczas takiego gotowania w kuchni robiło się piekło. Teraz nie będzie inaczej.
Barszcz jest zupą pracochłonną. Taki, jaki dla niej robiłam . Buraki, mnóstwo innych jarzyn starte na tarce dosyć drobno i gotowane ponad godzinę. Musiało być miękkie. Zakwaszone cytryną, potem zaprawione śmietaną. Chociaż już nie wiedziała, jak się nazywam i kim jestem, nazwy dań obiadowych pozostały i prawidłowo się kojarzyły. Nie było przypadku pomylenia barszczu z rosołem. Te obiady były bardzo ważne. To była okazja, żeby porozmawiać.
No, gotowe.
Idę do niej. Łóżko jest puste. Rozglądam się. Śpi skulona w fotelu. Jestem zdumiona, jak mało miejsca w nim zajmuje. Ze wszystkich istot na świecie najładniej śpią koty. I małe dzieci. Kotom tak zostaje. U ludzi się zmienia na gorsze. Śpiący stary człowiek wygląda jak martwy.
– Mamo!
Otwiera oczy, już nie brązowe z zielonymi cętkami tylko mętne, zaniebieszczone. To zaćma. Zdiagnozowana trzy lata temu. Okulista powiedział, że nic nie jest w stanie zrobić. Narkozynie wytrzyma. Bezradność. Poczucie, że cokolwiek zrobię, będzie źle i niewystarczająco. Jak to można poprawić? Zatrzymać czas w miejscu, gdy była zdrowa i szczęśliwa? Trzeba zapytać konsultanta, czy to się da zrobić.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co bym, będąc na jej miejscu wolała. Wiem tylko, że nie życzę nikomu takiej sytuacji.
A jeszcze bardziej, nie życzę tego swoim dzieciom.
Po dwóch tygodniach Psiapora otrzymał wiadomość, że święty Józef go oczekuje go o 11 przed południem w swoim gabinecie w Nowym Raju, pokój 111.
Poszliśmy oboje, bo jak chyba wspomniałam, miałam być prokurentem. Święty Józef przyjął nas sympatycznie. Poprosił, aby usiąść, poczęstował wodą źródlaną z Choaspu dalekiej krynicy. Strzepnął sobie z klapy drewniany wiórek, uśmiechnął się, znowu strzepnął sobie jakiś wiórek z drugiej klapy – przepraszam – rzekł – takie niewinne hobby, stolarka*, zawsze się jakiś wiórek uczepi….wiecie, co? Chodźmy do warsztatu, tam sobie pogadamy, a ja skończę heblować te deski. Obawiałam się najgorszego, ale popchnęłam Psiaporę w kierunku drzwi, które wskazywał święty.
Zaraz za drzwiami przepasał się fartuchem roboczym, w krzepkie dłonie pochwycił hebel i szybkimi, precyzyjnymi ruchami zaczął wygładzać sosnową deskę – No, terazsłucham – powiedział
Psiapora roztaczał swoje wizje nie mówił tylko o spodziewanych korzyściach. Święty skończył heblowanie jednej deski i teraz przymierzał drugą, ustawiając raz tak a raz inaczej, żeby się słoje zgodziły.
– Piękny rysunek tych słojów, prawda? A to jest w ogóle bardzo ciekawa inicjatywa. Właściwie nie rozumiem, dlaczego nikt dotąd na to nie wpadł. Oczywiście zdarzało się, że ktoś chciał coś ulepszać, ale było to zgłaszane do Centrali w formie pomysłów racjonalizatorskich. Niektóre weszły w życie. Inne jeszcze są rozpatrywane. Taka firma jak wasza może przyspieszyć wdrażanie, bo będzie zainteresowana. A czego się po niej spodziewacie dla siebie? Psiapora się stropił.
– No, ja myślę, że będziemy mogli rozwijać świadczone usługi – zaczęłam –wtedy może będziemy także otrzymywać jakieś zlecenia. I że nas docenią. Właściwie to nie wiemy, czego moglibyśmy się spodziewać – zakończyłamniezręcznie.
Święty Józef w milczeniu strugał do gładkości kolejną deskę. Wiórki słały się na podłodze i pachniało żywicą.
– To będzie taka ława z oparciami, w stylu rustykalnym – powiedział – Zasługi. Tak to jest to, co powinniście zbierać.W Raju to ma znaczenie. Zapisywane są w wielkiej księdze w dziale Rachuby Zasług. Każdy może mieć konto, kto zasłuży na chociaż jedną zasługą. Można je gromadzić, można się nimi wymieniać, to znaczy płacić nimi.
Księgowana Zasługa jest zapisem wartości wytworzonej dużej zasługi. Mniejszego wymiaru zasługi są liczone w mniejszych jednostkach. I tak może być Trzyćwierci, Dwiećwierci, Jednaćwierć, Półćwierci, Jednatrzeciaćwierci, Ćwierććwierci. Obecnie na skutek inflacji Jednatrzeciaćwierci i Ćwierććwierci wyszły z użycia i mają wyłącznie wartość numizmatyczną. Za to wprowadzono Półtorejzasługi i Dwiezasługi.Za jedną wytworzoną dużą zasługę otrzymuje się więc obecnie Półtorejzasługi, a za jeszcze większą Dwiezasługi.Ulokowane na koncie mogą być używane do wymiany, czyli obracać się, lub spoczywać. I naliczane są oczywiście odsetki. Tak można przy dużej aktywności zasługotwórczej zgromadzić prawdziwy kapitał – mówiąc to zręcznie łączył na pióro i wpust oheblowane deski, i tak powstawała na naszych oczach ława w stylu rustykalnym.
– Wielu nie wie o tych rozliczeniach. Nie wiedzą o możliwości gromadzenia kapitału. Albo im się nie chce. To niedobrze, bo potem wychodzą takie rzeczy jak konieczność oszczędzania energii. Bo od tych zgromadzonych zasług jest podatek. Nieduży, dziesięcina. Z tego można by opłacić wszystkie koszty Raju, Czyśćca i Piekła (te są największe). Powinno na wszystko starczyć. Ja sam należę do frakcji popierającej rozwój przedsiębiorczości. Tak, że młody człowieku – to było do Psiapory – masz moje całkowite poparcie. I zawsze służę radą. Pójdziecie teraz do Rachuby, tam zgłosicie konieczność otwarcia konta i złożycie deklarację opłacania dziesięciny od dochodu. Formularze muszą mieć. Nie dajcie się zbyć, że będą za tydzień. I to wszystko. Życzę powodzenia.
W Rachubie najpierw trzeba było trochę poczekać, potem istotnie powiedzieli, że formularze się skończyły, ale są zamówione i będą za tydzień. Psiapora prawie płakał. W końcu ktoś wyciągnął z szafy jeden wygnieciony egzemplarz. Dwie strony tego było. Wypełniliśmy, podpisaliśmy, złożyliśmy, otrzymaliśmy potwierdzenie. I można było otworzyć firmę.
Już wychodziliśmy, kiedy się okazało, że jeden z aniołów w dolnej szufladzie swojego biurka znalazł mnóstwo formularzy zgłoszeniowych.
* Święty Józef kiedyś był cieślą, teraz przeszedł na stolarstwo.
W jeden z pierwszych naprawdę ciepłych wiosennych dni młody wilczek odważył się po raz pierwszy opuścić rodzinną jamę, bezpiecznie ukrytą u podnóża skalnego urwiska.Mama-wilczyca poszła na polowanie, wokół było pusto i cicho, nic tylko słońce i łagodne podmuchy wiatru. Wilczek baraszkował pośród niskich traw, próbował złapać małego ptaszka, potem wyrywał zębami kępki trawy. W pewnym momencie poczuł, że znalazł się w cieniu – popatrzył w górę i zamarł z przerażenia.
Od strony słońca spadało na niego coś potwornego: czarna, postrzępiona kula o niewyraźnych krawędziach, niewiarygodnie szybka. Szczeniak kwiląc, rozpłaszczył się na brzuchu. Tuż nad jego głową z potwora na dwie strony wysunęły się wielkie łapy…
Młody orzeł, równie smarkaty jak nasz bohater, z gracją rozwinął skrzydła i po gwałtownym zwrocie spokojnie usiadł na grubej gałęzi obok, z zainteresowaniem przyglądając się wrażeniu, jakie wywarł na świeżo znalezionym towarzyszu.
– Cześć! – powiedział orzełek, gdy wilczek już nieco ochłonął. – Fajna zabawa, co nie?
– A co to właściwie było ? Co ty robisz? – głos wilczka jeszcze nieco drżał.
– Wymyśliłem fajną zabawę. Tam w górze, jakieś 80 metrów nad nami, jest skalna półka. Rzucam się z niej głową w dół, i wiesz, przez chwilę jestem zupełnie lekki – jakbym nic nie ważył! To jest fantastyczne uczucie, taki luz…
– A jak ty się na nią dostajesz? – zainteresował się wilczek.
– Można tam po prostu polecieć, ale jak jeszcze za dobrze nie latałem, to znalazłem ścieżkę, po której mogłem się tam dowlec na nogach. Tak się nauczyłem latać. A ty umiesz latać?
– Jeszcze nie próbowałem. Jak to jest? Fajnie?
– Bardzo fajnie. Jak chcesz, to pokażę ci drogę i pomogę spróbować. We dwóch będzie to jeszcze fajniejsze…
Wilczek prowadzony przez orła pokonał trudy wspinaczki, i po jakimś czasie obaj znaleźli się na półce. I obaj równocześnie skoczyli w dół. Pierwsze sekundy rzeczywiście były przyjemne. Ale łąka zbliżała się tak szybko, że wilczek znów zaczął się bać.
– I co teraz robić? – wykrzyknął.
– Teraz rozwiń skrzydła! -odpowiedział spokojnie orzełek.
– Ale JA NIE MAM SKRZYDEŁ!!!
– O, ty to jesteś luzak! – odpowiedział z podziwem orzełek, odchodząc na drugi krąg.
Macie fajnie. Piosnki, ptaszki, fatałaszki, aja znowu przy garach. Że też mnie za każdym razem podkusiło urodzić. A jeszczew dodatku ten najstarszy. Wiem, błąd, mogłam odwlec, ale nic już nie poradzę, aprzygotować się na ewentualność muszę.
Zatem kierując się tym przewidywalnym przygotowałamrecepturę na niedzielną zupkę dla zmęczonych sobotnim wieczorem. Doskonała. Sprawdziłam,polecam.
Najważniejsze w tej potrawie są warzywa:doskonałej jakości, z upraw ekologicznych i bardzo precyzyjnie odmierzone.
Groszek zielony konserwowy – sztuk 10.
Marchewka karotka, równiutka, gładka,niewyrośnięta i bez przebarwień, na grubość małego palca lewej dłoni – sztuk 2.
Groszek przez sitko przecieramy. Dobrze jestdodać odrobinę drobniutko posiekanych listków świeżej mięty (najlepiejpieprzowej) prosto z ogródka. Tak przygotowana zieleninę zalewamy szklanką wina Finca El OrigenMalbec Reserva Mendoza, delikatnie mieszamy i stawiamy na małym ogniu. Wywarnie może się zagotować, to bardzo ważne. Jeżeli okaże się, że po opadnięciuwarzyw nie uzyskamy szklistej powierzchni, dodajemy 3 truskawki (wskazaneportugalskie z Biedronki) i dolewamy kolejny składnik – szklankę wina, tymrazem gruzińskiego Kindzmarauli. Takie sobie, ale do rozgotowania truskawekmoże być.
Po zakończeniu etapu wstępnego możnaprzystąpić do ostatecznego przygotowania potrawy. Przypominam tylko onajważniejszym – dodatki do wywaru muszą być wprowadzane dopiero, gdy wywar dobrzewystygnie.
Rzeczone dodatki to: Isla Negra (chilijskie) -cała flaszka. Iron Stone Shiraz (kalifornijskie) – powinno być 1/2 flaszki, alejak nie ma kto wypić reszty, to wlewamy do zupy wszystko.
Lekko i rytmicznie mieszamy chochlądrewnianą, żeby nam się, Boże broń, warzywa nie przypaliły.
Po paru minutach poczujemy lekkie drżenienadgarstka i to będzie sygnał, że już możemy przystąpić do kulminacyjnegopunktu przygotowywania zupy.
W tym celu sięgamy do barku, wyjmujemyoryginalną (trudna sprawa, wiem) Finlandię cytrynową i po setce dolewamy 5szklaneczek do wywaru. Cienkim strumieniem. Po namyśle można dolać jeszcze 2szklaneczki, nie więcej.
Pozostaje nam już najprostsza czynnośćfinalizująca nasze przygotowania, a mianowicie wlanie ruchem zdecydowanym, choćniegwałtownym, dwudziestoletniego Balblair.
Tak przygotowaną zupkę studzimy podprzykryciem wstawiając na godzinę do zamrażarki.
Podajemy w półlitrowych szklaneczkach do piwaz plasterkiem cytryny i ziarenkami kardamonu. Tylko niech komuś nie przyjdziedo głowy rozcieńczać ten eliksir lodem!!!
Po wypiciu 2 – 3 porcji słońce zaczynamocniej świecić, kobiety pięknieją w oczach (zwłaszcza własnych), dzieci imężczyźni zaś mądrzeją wręcz nadzwyczajnie. Dzień już nie jest napięty i zupkarobi się tak smakowicie kusząca, że koło południa konsument obiecuje sobienawalić się wieczorem jeszcze bardziej niż wczoraj, byle tylko jutro zupkasmakowała jeszcze bardziej niż dziś.
Z utęsknieniem czekam na Wiosnę i powrót moich ulubionych sąsiadów.
Kilka lat temu sprowadziły się nad moje okno jerzyki. Skorzystały z okazji, że w więźbie dachowej wypadła deseczka. Chyba im tam dobrze, bo wracają co roku.
Któregoś pięknego letniego dnia pałętałam się po przydomowym ogródku. Moją uwagę przyciągnął krzyk rozpaczy, tak do wtedy odebrałam. Okazało się, że napadnięto moich sąsiadów. Jakieś nieznane mi ptaszysko porwało jajeczko jerzyków i upuszczając, rozbiło na pobliskiej łączce. Rozpacz rodziców nienarodzonego poruszyła mnie do tego stopnia, że do późnego wieczora odganiałam zbrodniarza gwiżdżąc na palcach. W tym miejscu powinnam podziękować kolegom z lat wczesnodziecięcych, że nauczyli mnie tego. Wrzaski w stylu A sio! ty niedobry ptasiorze! nie przyniosły pożądanego efektu.
Wkrótce zapewne zapomniałabym o całym tym dramatycznym wydarzeniu gdyby nie ciąg dalszy.
Siedzę sobie na na parapecie i gapię się sycąc oczy zielenią i zaczynającymi rozkwitać ukochanymi różami. Zauważam, że jakiś robal zbliża się do mojego nosa, mając zapewne zamiar wbić żądło w jego czubek. Zanim zdążyłam machnąć dłonią odtrącając napastnika, z ogrodzenia okalającego działkę poderwał się jerzyk i połknął szubrawca.
To był dopiero początek mojej przyjaźni z sąsiadami. Od tamtej pory, z każdym dniem nasza zażyłość się pogłębiała. Ilekroć siadałam na parapecie obok mnie pojawiał się jerzyk, tuż na wyciągnięcie ręki. Rozmawialiśmy o wszystkim, o tym co nas boli, co cieszy. Obserwowałam jak dorasta potomstwo, jak dzieci uczą się fruwać, trzymałam kciuki za ich szczęśliwe dofrunięcie do Afryki i z niecierpliwością czekałam powrotu.
Tylko jedno mnie zastanawiało w naszych relacjach. Kiedy miałam nastrój z cyklu podły, żyć mi się nie chce, to jerzyki omijały mnie szerokim łukiem. Jak ludzcy przyjaciele, którzy obawiają się, że smutek jest zaraźliwy.
Pewnego dnia o świcie, na parapecie wewnątrz mojego pokoju siadł kos, poprosiłam go, żeby może jednak dał mi jeszcze pospać a zapewne będę się zachwycać jego śpiewem gdy się wyśpię. Ale to już inna bajka, o innych sąsiadach.
Najnowsze komentarze