Anioł Gammael wszedł. Nie, wpłynął. Był nieziemsko piękny. Spowity bielą. Aureola lśniła, błękitne oczy wpatrywały się w przestrzeń.Uśmiechnął się i powitał mnie swoim melodyjnym głosem.
– Czy mogłabym się dowiedzieć, jaką jest obecnie oferta wycieczek na Ziemię? – zapytałam
Skinął ręką i pojawił się biały fotel – jak kiedyś. I równie białe biurko z białym laptopem. Gammael zasiadł włączył komputer i czekając, aż otworzy się program, spojrzał tym razem bezpośrednio na mnie. Tonęło się w tym błękicie, własną znikomość się czuło w porównaniu do ogromu i przepastności tego spojrzenia. A to przecież zwykły anioł z IX chóru. Za chwilę zerknął przelotnie na monitor – widocznie program się jeszcze nie otworzył. Uśmiechnął się jeszcze raz i zapytał :
– Zapomniałem,jak się nazywało to piwo?
Ależ oczywiście, co za gapa ze mnie, co za faux pas. Należało zaproponować. Pilot, przycisk, szybkie wybieranie i już :
Piwo Kasztelan Niepasteryzowane schłodzone do 5° C.
Atmosfera, już przedtem niebiańska, stała się jeszcze bardziej cudowna. Światłość (wiekuista?) przenikała przez bursztynowy płyn. Sączyliśmy piwo powoli, na monitorze przesuwały się kolejne sławne z kultu miejsca. Miły głos odczytywał objaśnienia. Gammael czasem wtrącał jakąś uwagę, czasami ja miałam jakieś pytanie. Ponieważ piwo wysączyliśmy, wybrałam na pilocie jeszcze jedną kolejkę.
Oglądaliśmy katedry, bazyliki, kościoły i klasztory najpierw europejskie, potem poza Europą.Zarówno katolickie różnych obrządków, jak i prawosławne. Ponieważ piwo wysączyliśmy, znowu wybrałam po jednym.
Na monitorze oglądaliśmy katedręw Mcchecie* na Kaukazie, i klasztor pod Kazbekiem** potem przeskoczyliśmy nad góry Pamiru, już nie szukając miejsc kultu a jedynie pięknych widoków, a ponieważpiwo wysączyliśmy,wybrałam kolejny raz.
Przesuwaliśmy się po Grzbiecie Akademii Nauk na Szczyt Ismaila Samaniego*** – 7495 m, który dawniej, w latach od 1932 do 1962 znany był jako Pik Stalina. Ponieważ i to piwo wysączyliśmy, wybrałam kolejny raz.
Skręciliśmy nad Karakorum, smukły Laila Peak**** zafalował niebezpiecznie, nie byłam pewna, czy ta strzelista iglica to napewno Laila a nie Cerro Torre. Chyba nie uszłoby mojej uwagi przeskoczenie trzech czwartych Azji i całego Pacyfiku?Czy może podczas wybierania na pilocie kolejnego piwa aż tak się zagapiłam? Gammael tymczasem snuł jakąś opowieść o pojedynku z demonem, jaki stoczył gdzieś w tej okolicy, całkiem niedawno, bo tak jakoś około starszego trzeciorzędu w czasieorogenezy alpejskiej*****.
Ponieważ piwo wysączyliśmy, no nie, wystarczy. Poprosiłam, żeby dalszy przegląd odłożyć na jutro. Zgodził się ze mną, skinieniem ręki zwinął biurko, komputer i fotel, pożegnał się i wyszedł.Usadowiłam się wygodnie, i już miałam zasnąć, kiedy zajrzał powtórnie
–Przeppraszam, zapomniwłem się pożewgnać – Do zobawczenia – i zniknął.
–Wtedy wszystko było nowe i ładne. Te góry były dwakroć wyższe. Wicher pędził nad nimi i rozwiewał śnieg na szczytach z jednej strony obnażając litą skałę, z drugiej strony ubijając fantastyczne nawisy. Stałem, nieporuszony na tamtym szczycie, o tam, szaty łopotały za mną jak flaga, młode słońce lśniło na klindze miecza. Demon szedł, skacząc po górach*, z tej strony. Każdy krok jego żelaznej stopy kruszył skaliste zbocze w piarg, który z ogłuszającym hukiem staczał się w przepaść. Zbliżał się szybko. Ale ja się nie uląkłem. Wywinąłem nad głową młynka moim świetlistym mieczem, aż świsnęło i runąłem na niego. Nie zdołał się osłonić. Padł, przerąbany na pół. Mój miecz był piękny i święty. Zwał się Durendal. Potem dostał się w łapy jakiegoś dyletanta, który go połamał.
*Przypis do przypisu. Jestem bardzo umiarkowaną miłośniczką prozy Andrzejewskiego, ale ten tytuł mi pasował do czynności wykonywanych przez demona.
Kiedyś umrę… No cóż, wszyscy wiemy, że śmierć nie wybiera, Gdyby otruł mnie ktoś, kielich z jadem, bym wypił do dna, Bo zabitych nam żal, no i Bóg ich do raju zabiera. Żywy ciężki ma los, a o martwych od wieków się dba.
Ból wykrzywi mi twarz, tracąc siły, na ziemię upadnę, Dusza pomknie gdzieś w dal i w przestworza poniesie ją koń, Gdy otworzy się raj, kilka jabłek z ogrodu ukradnę… Ale tam stoi straż. I bezbłędnie celuje wprost w skroń.
Już zatrzymał się koń, ale wątpię, bym znalazł się w raju, Wokół pustka i piach, nie wiem, po co mój koń mnie tu wiódł, Ale nagle mój wzrok padł na bramę żelazną w oddali I klęczący tam tłum, czekający na kogoś u wrót.
Głośno parsknął mój koń, potem znów, jakby w przepaść miał runąć, Lecz choć parskał i rżał, w naszą stronę nie zwrócił się nikt. Siwy starzec zza wrót chciał ogromną zasuwę odsunąć, Ale brakło mu sił, machnął ręką i z oczu nam znikł.
I nie wzburzył się lud, nikt nie krzyknął, nikt słowa nie wyrzekł, Tylko z przodu ktoś wstał, jakby lepiej zobaczyć coś chciał. Zrozumiałem, gdy sam rajskiej bramie przyjrzałem się bliżej: Za ta bramą był sad pełen jabłek. I krzyż w sadzie stał.
Siwy starzec zza wrót uniósł dłoń, a więc znak został dany. To był sam święty Piotr! Sam apostoł ku górze wzniósł dłoń! I ukazał się sad – rajski ogród jabłkami usłany, Ale tam stała straż, celująca bezbłędnie wprost w skroń.
Każdy wiele ma próśb, ale ja wcale wiele nie pragnę: Przyjaciela chcę mieć… Rajskich jabłek odurza mnie woń… Wierną żonę chcę mieć – właśnie dla niej tych jabłek ukradnę, Ale wciąż czuwa straż i bezbłędnie celuje wprost w skroń.
Siwy starzec zza wrót coś po cichu nakazał strażnikom, Ktoś z nich podał mu klucz i do bramy zbliżyli się znów. Szarpnął kraty sam Piotr, zardzewiały gwóźdź z zamka mu wypadł. Gdy otworem stał raj, tłum przed siebie się rzucił bez słów.
W piersi brakło mi tchu, stałem z tyłu zupełnie bezradny. Pomyślałem: „No cóż… Skoro tutaj mnie przywiózł mój koń, Skoro jestem tu już, no to trochę tych jabłek ukradnę…” Lecz dostrzegła mnie straż. I bezbłędnie trafiła mnie w skroń.
I zaświstał mój bat, bezlitośnie nim konia smagałem. Wiozę jabłka. I wiem: to nieważne, że garść, a nie wóz. Właśnie tobie je dam, bo ty jedna wciąż na mnie czekałaś, Nawet wtedy, gdy koń, galopując, do raju mnie wiózł.
Dwaj mnisi buddyjscy złożywszy śluby czystości, wracają z pielgrzymki do swojego klasztoru. Po drodze spotykają kobietę, która nie umie przejść przez wielką kałużę. Jeden z tych mnichów, pomimo przysięgi, że nigdy nie dotknie kobiecego ciała, bierze ją na ręce i przenosi przez kałużę. Potem mnisi ruszają dalej. Jakiś czas później jego towarzysz zwraca się do niego: – Wiesz, że złamałeś śluby? Dotknąłeś kobiety. Ów mnich spogląda na niego spokojnie i odpowiada: – Tak, ale ja to zrobiłem 5 godzin temu, a ty ją niesiesz nadal.
Po tych wszystkich przeżyciach, wzruszeniach, wspomnieniach czułam się wyczerpana. Owinięta mgłą, której biel już mi nie przeszkadzała, drzemałam, budziłam się, posilałam, znowu zapadałam w jakąś nirwanę. Coś tam się marzyło, coś tam śniło, coś tam grało. Nawet nie wiem, ile to czasu trwało, bardzo przyjemne było, za życia nigdy mi się nie udawało. Aż wreszcie poczułam się wypoczęta – jak nowonarodzona – mimo, że po śmierci. I dawaj, kombinować co tu by można. Wezwać Gammaela? Nie, chyba nie. Iść do biblioteki ? Zawsze mi było mało, ale teraz mnie energia rozsadza, raczej wybrać ZERO i niech przyleci Psiapora. Przyleciał, ale jakiś jakby inny. Cień dawnego Psiapory. Udawał, że wszystko w porządku, paplał, sypał jak z rękawa pomysłami, ale mu przerwałam. – Co się dzieje? – Ależ nic, wszystko w porządku – ba, nie ze mną takie numery. No i pokazało się, że chodziło o tą firmę, którą mieli z Poświstem założyć. Co to wycieczki dusz miała urządzać na ziemię. Podzielili się zadaniami. Poświst miał opracować atrakcje – to znaczy świecenie, straszenie, ukazywanie się i znikanie, a Psiapora wziął na siebie stronę prawną. I o ile Poświst ze swego zadania się wywiązywał, to Psiapora nie mógł ruszyć z miejsca.
W tej dziedzinie byli prekursorami. W Raju nikt do tej pory firmy nie zakładał. Nawet nie było wiadomo gdzie zgłaszać, na jakich formularzach i kogo pytać. Aniołowie odpowiadali niechętnie, właściwie zbywali byle czym – wyżsi rangą w ogóle nie chcieli rozmawiać. Diabły były wszystkie takie, jak oni dwaj : młodzież, bez solidnego, diabelskiego wykształcenia. Ot, po podstawówce zostali przyjęci do Raju, gdzie odbyli kilka szkoleń – to wszystko. A oni obaj chcieli wyjść poza to, czego ich nauczono i do czego przygotowywano. Stworzyć coś, czego jeszcze nie było. I klops.
I już nawet mniejsza z tym, czy to jest zgodne z linią Raju, zwłaszcza, że ta niby jest poluzowana – co nie zabronione to dozwolone. Przynajmniej oficjalnie. Nikt nic nie powie? Powie ta anielica z biblioteki. Mówię to Psiaporze i natychmiast tam idziemy. – Patronem przedsiębiorców jest święty Józef – powiedziała Anielica z biblioteki – No jasne. Audiencja u świętego Józefa. Jak się wystarać o taką audiencję – Składa się podanie do sekretariatu. Na piśmie. – Gdzie jest sekretariat? – Sekretariat jest w nowym Raju. Tam jest teraz remont, ale chyba biuro przyjęć już działa.
Idziemy się dowiedzieć, co trzeba napisać. Kiedyś już szłam tym hallem i przechodziłam koło wejścia do nowego Raju. Teraz nie było już słychać łomotu maszyn, tylko jakieś szmery. Weszliśmy. Korytarz był oświetlony prowizorycznie, ale podłoga, sufity i ściany były już wykończone. Minęliśmy ekipę sprzątającą, potem natknęliśmy się na inna ekipę montującą oświetlenie. Po remoncie całość wyglądała imponująco. Po obu stronach korytarza ciągnęły się drzwi z tabliczkami, jednak jeszcze bez jakichkolwiek napisów czy wskazówek. Napotkany anioł nadzorujący roboty objaśnił, że sekretariat to będą piąte albo szóste drzwi na lewo. Były piąte i szóste i następne też. Pod piątym, w środku stało biurko, za którym siedział bardzo zaaferowany diabełek. Reszta sprzętów jeszcze nie rozpakowana stała spiętrzona pod ścianą. Biurko założone było stertami dokumentów, które diabełek układał do różnokolorowych segregatorów. Spojrzał zrazu nieprzychylnie, ale kiedy wzrok jego padł na Psiaporę natychmiast się rozpogodził. – W czym mogę koledze pomóc? Zerwał się z biurowego fotela i rozpakował dla nas dwa krzesła spośród owiniętych folią sprzętów. Wyjaśniliśmy, że o audiencję u Świętego Józefa. Niestety nie wie, ale postara się dowiedzieć. Zaczął grzebać w stercie papierów. Wygrzebał telefon. Krótko trwało, może za piątym połączeniem się uzyskał potrzebną informację.
– W siódmym pokoju na prawo urzęduje taki, co wie. Anioł, ale bardzo porządny facet – dodał. Anioł przyjął nas grzecznie, także rozpakował z folii dwa krzesła. Dał kartkę papieru i długopis, po czym podyktował tekst podania. Podpisaliśmy je oboje, bo miałam zostać prokurentem. Anioł kazał nam zrobić ksero – dziesiąte drzwi na lewo, a po
tem złożyć w pokoju – trzynaste drzwi na prawo. Tam pismo przyjęto, ostemplowano i wpisano na dziennik. Kopię, również ostemplowaną, z datą i numerem sprawy otrzymaliśmy z powrotem.
– Teraz już tylko czekać- powiedziała nam z uśmiechem anielica w okienku – zwykle około dwóch tygodni. No cóż. Jak trzeba, to trzeba. Ja byłam zadowolona, Psiapora się wyraźnie niecierpliwił. – Aż dwa tygodnie, a Poświst codziennie pyta, co z firmą… – A co mu dotychczas odpowiadałeś? – Że tylko patrzeć. – No to masz wreszcie coś konkretnego. Za dwa tygodnie będziesz wiedział, czy to możliwe, czy nie. – Zabije mnie, jak mu coś takiego powiem. Lepiej pójdę na chorobę na dwa tygodnie.
Muszę się zastanowić, jak wykorzystać dwa tygodnie wolne od Psiapory.
Przypisy
*Jean Delannoy film „Kościrzucone” 1947 – biuro w Zaświatach, niestety chyba nie ma na YouTubie.
Wiele lat temu, w zamożnej rodzinie z dobrych sfer narodził się chłopak. Dzieciak był dorodny, nie za duży i nie za mały, oczywiście od razu stał się oczkiem w głowie kochających rodziców. Szybko też zauważono coś, co go odróżniało od innych dzieci: w pępku miał złotą śrubkę.
Otoczony staranną opieką chłopak rósł, rozwijał się, edukował. Poczucie własnej inności dotarło do niego dość szybko – i jeszcze szybciej stało się nieznośnym brzemieniem. Niestety, żaden zespół lekarzy nawet z najlepszych, najdroższych klinik nie potrafił nic w sprawie śrubki zrobić. Ba, nawet nic na ten temat wyjaśnić nie potrafili!
Mimo poczucia alienacji udało mu się skończyć szkoły, potem studia. Od tej jednak chwili obsesyjna myśl o pozbyciu się śrubki opanowała go niepodzielnie. Zaczął włóczyć się po świecie, szukając pomocy u różnych dziwnych postaci:znachorów, szamanów, nie stroniąc też od oficjalnej medycyny, gdy tylko jakiś kolejny ośrodek obudził w nim nadzieję. I nic!
Lata mijały. Nasz bohater,sfrustrowany i prawie zrezygnowany, trafił wreszcie do odległego klasztoru gdzieś na krańcach Nepalu – i tam trafił na kolejną obietnicę rozwiązania. Kolejną, bo wielu kuracji już próbował, zawsze bezskutecznie. Ten sposób był raczej magiczny, i bardzo trudny – ale był, i jeszcze nie sfalsyfikowany! To wystarczyło, by podjąć próbę realizacji.
Metoda polegała na tym, żeby dokładnie o świcie kończącym najkrótszą czerwcową noc znaleźć się samotnie na pewnej przełęczy. Bagatela! Samotna wędrówka po Tybecie, w dodatku plątanie się w górach po nocy i pod presją kalendarza! Lecz nic nie usprawiedliwiłoby niepodjęcia tej próby. Zapewne dlatego próba została podjęta.
Młodzian był twardy i zdeterminowany, lata włóczęgi zahartowały go dostatecznie. Przygotował się starannie, wyruszył – i przed sobótkową nocą dotarł tuż pod wskazaną przełęcz. Zgodnie ze szczegółowym harmonogramem, przekazanym mu przez mnicha, tuż po północy pokonał ostatnie metry i znalazł się na przełęczy. Wokół otaczały go okazałe skaliste iglice sąsiednich szczytów, porozdzielane głębokimi i wąskimi szczelinami przesmyków. Zgodnie z receptą ułożył się na płaskim szczycie siodła, nogami na wschodnią stronę, i odsłonił brzuch. Złota śrubka blado połyskiwała w powoli blaknących ciemnościach. Zbliżał się świt.
Pierwszy promień słońca pojawił się nagle, przedzierając się wąziutkim przesmykiem między dwoma częściowo przesłaniającymi się szczytami. Dzięki precyzyjnemu ułożeniu naszego bohatera uderzył prosto w śrubkę, która wesoło rozbłysła. I wtedy zadziałała magia! Promień zwinął się nagle w mały śrubokręcik, obrócił się parę razy, śrubka się wykręciła – i zniknęła!
Cóż to była za radość! Młodzieniec zerwał się na równe nogi, zaczął krzyczeć: „Hurrra!!! Hurrraaaaaa!”, wymachiwać rękami jak oszalały, podskakiwać z radości! Po tylu latach udręki wreszcie był taki sam, jak inni!
Pan Ignacy Lajkonik wyszedł pewnego ciepłego, majowego popołudnia z bloku pani Chandry. Udawał się do swojego domu, który ostatnio – wstyd powiedzieć – zaniedbywał. Ale nikogo to nie dziwiło, ponieważ po powrocie Chandry z Indii uczucie pomiędzy dwojgiem bohaterów rozkwitało, a strzały Amora miały ten efekt uboczny, że znakomicie rozpraszały pana Lajkonika, przynajmniej jeżeli chodziło o codzienne obowiązki. Na szczęście pan L. dawał sobie radę z pracą, ale już z całą resztą, która nie dotyczyła pani Chandry – nie bardzo.
Obejmowało to również rozpraszanie podczas najprostszych czynności, takich jak chodzenie czy omijanie przesz… Oupsss! Pan Ignacy zaledwie kilka kroków od klatki potknął się o coś, nie widząc nawet, o co. Boleśnie stłukł sobie goleń, zdusił na ustach przekleństwo i w końcu, chcąc nie chcąc, zainteresował się tym, co stanęło mu na drodze. A były to obdrapane blaszane taczki, wypełnione ziemią i resztkami roślin. Tuż obok stały łopaty i grabie, oparte o kubeł na śmieci. A na trawniku trzech panów w roboczych drelichach pieczołowicie uklepywało ziemię wokół świeżo posadzonych kwiatków, na panalajkonikowe oko – pelargonii. Pan Ignacy popatrzył na nich ciągle jeszcze nieprzytomnym wzrokiem, po czym syknął z bólu i wrócił do przytomności tak, jak wraca ten, co właśnie dostał kopniaka w nogę. Albo sam postawił tę nogę, gdzie nie trzeba. Po czym, już jako całkiem przytomny, aczkolwiek nieco obolały obywatel, zwrócił na pracujących panów baczniejszą uwagę. Już od pierwszego kopa… o pardon, od pierwszego siniaka na goleni było widać, że coś tu jest nie tak.
Zazwyczaj robotnicy z zieleni miejskiej nie podchodzą do swoich zadań szczególnie entuzjastycznie. Ot, trzeba wykonać robotę, polegającą zwykle na uporządkowaniu jakiegoś terenu, wykopaniu, zakopaniu lub przekopaniu ziemi, posadzeniu roślin lub skoszeniu trawy. Człowiek się przy tym męczy, więc bywa, że pod koniec dnia pozwala sobie na niewielkie wzmocnienie, i to raczej nie tym, co dodaje skrzydeł, ale na przykład piwkiem. Wtedy humor się poprawia, na lica wypełzają uśmiechy, pracownicy z właściwym sobie wyczuciem komentują kreacje przechodzących pań, czasem rzucą dowcipem z tak zwanej górnej półki, czasem wymsknie im się jakieś nieparlamentarne wyrażenie.
A tutaj uwagę pana Lajkonika zwróciła bijąca od panów melancholia i trzy nosy zwieszone na kwintę. No owszem, nie zawsze ma się powód do radości, ale żeby wszyscy trzej naraz? Pan Ignacy poczuł, że sytuacja wymaga działania. Lekko utykając, podążył przez trawę ku trójce ponuraków. – Dzień dobry! – zagaił życzliwie – Cóż to panowie robicie? Najbliższy pan podniósł smętny wzrok i tonem, w którym nie było nadziei, odpowiedział – Jak pan widzi, szanowny panie, sadzimy kwiatki… – No właśnie widzę – ucieszył się pan Lajkonik, masując potłuczoną kończynę – Pelargonie, prawda? Wyobraźcie sobie panowie, jak to będzie, kiedy się przyjmą i zakwitną soczystą czerwienią? Wszyscy ludzie, chodzący tędy, będą je podziwiać i radować się, że tu tak ładnie. Tu jeden z dalszych panów nie wytrzymał. – Guzik będą podziwiać! – jęknął rozdzierająco – Nic się nie uda! Nic nie będzie kwitło!
Pana Lajkonika ten ton kompletnie zbił z pantałyku. – Skąd ten pesymizm, szanowny panie? – zapytał. – No jak to, skąd? – odpowiedział zgryźliwie i pytaniem na pytanie ten z pracowników, który się dotąd jeszcze nie odzywał – To pan nie wie, co nas czeka? – Mmm – zastanowił się pan Ignacy – Zamykanie stadionów? Wybory? Koniec świata w grudniu za rok? – To też – machnął ręką rozmówca – Ale w bliższej perspektywie… Pan wie, że znad Skandynawii jak co roku nasuwa się zimny front polarny? W ciągu czterdziestu ośmiu godzin będzie tutaj i jak pan myśli, co się stanie z tymi pelargoniami? Zakwitną? Przecież szlag je trafi na miejscu! – Serwuś, daj spokój, nie denerwuj się tak, bo coś ci się stanie – ostrzegł go kolega. – Ale… ale… – zająknął się z lekka pan L. – W takim razie trzeba coś zrobić! Bo ja wiem, owinąć je czymś albo przykryć… Ja wam pomogę! – Ba, kiedy nie mamy czym! – odezwali się wszyscy trzej w posępnym unisono.
Pan Lajkonik podrapał się w głowę, skrzywił się z powodu bolącej nogi i wreszcie wykoncypował rozwiązanie – Zaczekajcie tu panowie chwilę, ja zaraz wracam. W rekordowym tempie dotarł do domu, zapakował do torby kilka płacht folii, które zostały jako przydasie po remoncie mieszkania (dawno, dawno temu) i ruszył z powrotem. Panowie jako żywo nie ruszyli się z miejsca, więc pan Ignacy załadował torbę na taczki, chwycił za rączki i podjechał do nich. – Proszę bardzo, jest folia – oświadczył radośnie – To jak, bierzemy się za to? Robotnicy niespiesznie wstali z miejsca i bez entuzjazmu zaczęli rozciągać płachty folii nad świeżo uporządkowanymi rabatkami razem z panem Lajkonikiem. Jego zaś aż korciło, żeby zadać im jedno pytanie, aż w końcu nie wytrzymał. – Panowie, ale przecież o tym zimnym froncie wiadomo od dawna. Sam pan powiedział, że tak jest co roku. To kto, do jasnej anielki, decyduje, żeby sadzić pelargonie w takim idiotycznym terminie?
W tym momencie pan stojący naprzeciwko pana Ignacego podniósł wzrok, żeby odpowiedzieć, w jego oczach pojawił się popłoch i w końcu wykrztusił z przerażeniem – To ona! Pan Lajkonik aż się obejrzał. Faktycznie, za jego plecami stała wysoka, chuda kobieta z tlenioną fryzurą, ubrana w szarości i fiolety ścinające krew w żyłach. Zacięty wyraz jej twarzy nie wróżył nic dobrego. Wyciągnęła z ust papierosa i odezwała się głosem jak papier ścierny – Pan… kracy! Serwacy! Bonifacy! Wszyscy panowie w tej chwili do mnie. I pan też. Tak, do pana mówię! Na takie dictum nogi same poniosły pana Lajkonika ku nowoprzybyłej postaci. – Dostaliście Zlecenie – wycedziła takim tonem, że wyraźnie było widać dużą literę – Tak, czy nie? – Tak, pani kierowniczko… – wionęło trwożliwie od robotników – To ja się pytam – zjadliwie ciągnęła – czy gdziekolwiek w Zleceniu jest mowa o przykrywaniu czegokolwiek czymkolwiek? No? Jest, czy nie ma? – Nie ma, pani Zosiu… – Dlaczego w takim razie zajmujecie się tym, hę? Fucha? Lewizna? Już ja was znam!
Spojrzenia wszystich trzech pracowników skierowały się ku panu Lajkonikowi, jednoznacznie wskazując prowodyra działań pozazleconych. Chuda pani zmierzyła pana L. od stóp do głów wzrokiem, który skojarzył mu się ze spojrzeniem taksydermisty, wybierającego nowy eksponat do wypchania. – A to kto? – Dzień dobry, pozwoli pani, że się przedstawię. Nazywam się Ignacy… – A to świetnie! – przerwała mu kierowniczka ze złośliwym uśmiechem – I nic więcej nie potrzebuję wiedzieć. Mam Pankracego, Serwacego i Bonifacego, to niech będzie jeszcze Ignacy. Pasujesz tutaj, do roboty jesteś jak widać chętny… Jej głos nie pozostawiał złudzeń, był hipnotyzujący jak wzrok węża. Pan Lajkonik czuł, że nie ma odwrotu, zatrudni się jako czwarty ogrodnik i będzie sadził kwiatki, kosił trawę i sprzątał chodniki już do końca swoich dni, pod kierownictwem i na zlecenie… to znaczy na Zlecenie kierowniczki, pani Zofii.
I pewnie tak by było – pan Lajkonik odszedłby w siną z zimna dal, na której końcu znajdowała się tabliczka „Zieleń miejska”, już nikt by o nim nie usłyszał, a autor nie mógłby opisywać jego przypadków i z żalu wpadłby w alkoholizm – gdyby nie pani Chandra. Cóż jednak znaczy gorące uczucie! Cała sytuacja rozgrywała się wszakże o kilka kroków od jej bloku, a ona sama, usiadłszy na oszklonej werandzie pod bauhinią, zauważyła, że na trawniku dzieje się coś niezwykłego. W pewnym momencie uchyliła jedno z okien i usłyszała
wszystko to, o czym właśnie, Czytelniku, przeczytałeś. Jedną chwilę zajęło jej zbiegnięcie na dół i dotarcie do pana Ignacego. – Nigdzie nie idziesz! – powiedziała głośno i wyraźnie, a od żółci i czerwieni jej indyjskiego stroju temperatura w okolicy wyraźnie się podniosła. Już Zofia-kierowniczka zwracała się w jej stronę, już łypała gadzim okiem, już otwierała usta, żeby wzmocnić swoje czary – kiedy pani Chandra wykonała jedyny rozsądny ruch.
Uśmiechnęła się do panów Bonifacego, Pankracego i Serwacego, przekazując tym uśmiechem wszystkie pozytywne emocje, które przepełniały ją po wizycie pana Lajkonika. A oni poczuli, jak od tego uśmiechu topi się lód w ich sercach. Poczuli się zdrowi, silni i optymistycznie nastawieni do życia. Porozumieli się spojrzeniem, bez słów i zaczęli działać. Pankracy jednym ruchem wyciągnął z kieszeni czysty foliowy worek na śmieci i zarzucił go na głowę pani Zosi. Bonifacy zdecydowanym ruchem podciął jej nogi i posadził z impetem na ziemi, wypełniającej taczki. Serwacy zaś złapał za uchwyty i pospiesznie odjechał w zachodzące na skraju osiedla słońce. Pozostali podążyli za nim, wołając z oddali – Dziękujemy!
Pani Chandra podeszła zaś do pana Lajkonika, który stał jak wryty, nie wierząc własnym oczom, objęła go i stanąwszy na palcach – pocałowała tak, że poczuł się, jakby zaczęło go rozgrzewać wielkie, ciepłe, indyjskie słońce. A potem popatrzyła na niego; wzrok miał jeszcze błędny i cały drżał. Pokręciła głową z dezaprobatą – Przydałoby ci się teraz coś ciepłego na ząb – powiedziała. Te słowa sprawiły, że wzrok pana Ignacego odzyskał ostrość, a na jego twarzy pojawił się lekki rumieniec. Wzięła go więc za rękę i pociągnęła za sobą, na kolację z gorącą herbatą z sokiem malinowym. Pan Ignacy zaś, powoli wychodząc z szoku, dreptał posłusznie za nią, usiłując sobie coś przypomnieć. Gdyby ktoś szedł tak blisko niego, jak pani C., usłyszałby zapewne niewyraźne mamrotanie: – Zofia… Zofia… Skąd ja ją znam? Jak ona się nazywała… Pani Chandra usłyszała to, odwróciła ku niemu głowę i powiedziała życzliwie – Nie męcz się już. Znam ją od dawna. To wredna baba, a nazywa się Zofia Andersen-Zimna!
__________________
Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Panowie miłościwi, czy wola wasza usłyszeć piękną opowieść o miłości i śmierci ? To rzecz o Tristanie i Izoldzie królowej.Słuchajcie w jaki sposób w wielkiej radości, w wielkiej żałobie miłowali się, później zasię pomarli w tym samym dniu, on przez nią, ona przez niego.
Za dawnych czasów król Marek panował w królestwie Kornwalii.Dowiedziawszy się, iż nieprzyjaciele niepokoją go, Riwalen, król ziemi lońskiej, przybył morzem, aby mu śpieszyć z pomocą. Służył mu mieczem i radą nie gorzej od szczerego lennika i tak wiernie, iż Marek dał mu w nagrodę piękną Blancheflor, swą siostrę, którą król Riwalen miłował przedziwną miłością.
Pojął ja za żonę w klasztorze tyntagielskim. Ale ledwie ją zaślubił, doszła go wieść, iż dawny nieprzyjaciel, diuk Morgan, spadłszy na ziemię lońską pustoszy jego grody, pola i miasta. Riwalen narządził pośpiesznie okręty i powiódł Blancheflor, wówczas już brzemienną, ku swej dalekiej ziemi. Przybił do lądu naprzeciw zamku w Kanoel, powierzył królowę pieczy marszałka Rohałta, którego wszyscy dla jego wierności wołali pięknym mianem Rohałt Dzierżący Słowo; następnie zebrawszy baronów odjechał na wojnę.
Blancheflor czekała go długo. Niestety, nie miał wrócić. Diuk Morgan zabił go zdradą.Nie płakała po mężu; nikt nie usłyszał krzyku ani lamentu; ale członki jej stały się wątłe i słabe; dusza żądała pilnym pragnieniem wydostać się z ciała.Darmo Rohałt silił się pocieszyć ją.
– Królowo – mówił – nic się nie zyska przydając żałobę żałobie.Zali każdemu, kto się rodzi , nie jest pisane umierać ? Niech Bóg przytuli umarłe, a ochrania żywe!….
Ale ona nie chciała słuchać. Trzy dni czekała, aż podąży za swym drogim panem. Czwartego dnia wydała na świat syna; za czym wziąwszy go w ramiona :
-Synu – rzekła – długo pragnęłam cię ujrzeć; i widzę najpiękniejszą istotę, jaką kiedykolwiek niewiasta nosiła w żywocie. Smutna zległam, smutne jest to pierwsze święto, które ci wyprawiam, z twojej przyczyny smutno mi jest umierać. Że więc przybyłeś na ziemię przez smutek, imię twoje będzie Tristan.
Rzekłszy te słowa ucałowała go i, ucałowawszy, natychmiast umarła.
Rohałt Dzierżący Słowo przygarnął sierotę.Już ludzie diuka Morgana wdzierali się do zamku; w jakiż sposób Rohałt zdołałby długo wytrzymac bitwę? Słusznie powiadają ; ” Insza rzecz dzielność , insza szaleństwo”, mus mu był zdać się na łaskę Morgana.Ale z obawy, by Morgan nie zamordował Riwalenowego syna, marszałek podał go za własne dziecię i chował ze swoimi.
Najnowsze komentarze