Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

IISTORICZESKIJ RAMAN…


Zdobi mego stołu blat

Szkło po zagranicznym piwie,

W nim czerwony róży kwiat

Z pąka rodzi się cierpliwie.

Więc pod czujnym okiem tym

Historyczną piszę powieść,

Lecz nie mogę naprzód iść,

Myląc prolog z epilogiem.

Nasłuchuję, wypatruję

I spisuję to, co czuję,

Piszę prozą lub rymuję,

Ale nie chce schlebiać Wam.

Takie są natury prawa,

Zmieniać ich- nie nasza sprawa,

Czemu piszę- nie wiem sam.

Już przede mną kartek sto

-Nieprzebyte śnieżne dale,

Lecz dlaczego i mój los

W wątek się wplątuje stale?

Czemu wciąż się pragnę bić

Z przeciwnikiem wymyślonym,

Bohaterem nie chcąc by

W stan spoczynku przeniesionym?

Prawda i w zmyśleniu tkwi,

Ale powieść nie gotowa,

Więc pozwólcie pisać mi

Aż do ostatniego słowa.

Pragnę, póki róży kwiat

Na mym stole czerwienieje,

Krzyczeć, kiedy milczy świat,

Szeptać, kiedy świat szaleje

Nasłuchuję, wypatruję

I spisuję to, co czuję.

Incitatus

Raj, rozdział szósty

Pierwsza próba przepracowania życia – spotkanie z ojcem

 

Koniec. Koniec z rozrywkami. Spacerami, zwiedzaniem i tak dalej. Mam przepracować życie, żeby zaznać spokoju i odpoczywania. Niby mam na to wieczność, ale trzeba zacząć . Pożył człowiek trochę to i jest co przeglądać.
Zacząć, ale od czego ? Czy przeglądać wszystko od początku do końca, czy może od pamiętanych i nie dających spokoju grzechów głównych i pozostałych?
Może inaczej. Nie będzie jeszcze na poważnie. Będzie na próbę. Żeby potem poszło gładko, jak już będzie naprawdę.
Więc na próbę – jakaś niedziela na przełomie października i listopada 1990. Godziny na przykład południowe. Wybrałam datę na klawiaturze pilota. I jest : pochmurny dzień jesienny, brzozy ogołocone z liści, powykręcane, mizerne sosny. Kolorystyka uboga. Ciemnobure i jasnobure. Od jasnoburego nieba odcina się ciemnoburą kreską grzbiet wydmy. Ktoś idzie tamtędy. W ortalionowej, ocieplanej kurtce, kaszkiecie, podpierając się znalezionym w lesie kosturkiem. To mój ojciec. Tyle czasu go nie widziałam. Wybiegam naprzeciw
– Tato – wołam, nie widzi mnie, no jasne to tryb tylko do oglądania, prędko wciskam POPRAW i jeszcze raz :
– Tato!
– O, jesteś – ucieszył się i zaraz z lekką pretensją – dlaczego wybrałaś ten dzień, nie mogłaś jakiegoś letniego, nad rzeką albo nad morzem?
– Bo chciałam spacer z tych ostatnich do lasu i na wydmę. Bo ten zupełnie ostatni był niedaleki. Deszcz zaczął padać i schroniliśmy się pod klonem jesionolistnym, na rogu Asnyka i 11-listopada. Potem już nie wychodziłeś. Po twojej śmierci przystawałam w tym miejscu. Za ogrodzeniem siedział często czarny kot i patrzał. To byłeś ty?
– Jakiś czas pokutowałem jako kot. To za to, że ich nie lubiłem
– No, coś podobnego. Pokuta za nielubienie? Bo nie pamiętam, żebyś któremuś coś zrobił. Nie, raz było. „Pogoniłeś kota” temu czarno – białemu. Uwił sobie posłanie na dopiero co wyprasowanych spodniach marengo, a zaraz mieli przyjść goście. Pamiętam. Krzyczałeś, goniłeś go dookoła stołu, a kiedy schował się pod kredens próbowałeś go wypłoszyć kijem od szczotki. Wiesz, a może to poprawić? Żeby wszystko odbyło się gładko i żebyś kota nie postraszył.
– Po co, przecież odpokutowałem.
– Odpokutowałeś, oczywiście, ale jak usuniemy przyczynę, to może Ci zwrócą? Powinni zwrócić!
Popatrzył na mnie jak na wariatkę – co zwrócą?
– No, tę pokutę. A jak nie zwrócą, to powinni zaliczyć na poczet – kontynuowałam z zapałem, którego mógłby mi pozazdrościć Psiapora.
– Na jaki znów poczet? Mniejsza z tym. Ja nic nie poprawiałem. Za moich czasów piloty nie miały funkcji POPRAW. Tylko WŁĄCZ i WSTAW DATĘ. Potem zmienili, ale obsługa jeszcze nic nie umiała wyjaśnić. No dobrze. Poprawiaj – zdecydował.
– Kiedy to mogło być? Twoje imieniny, czy mamy?
– Moje raczej. Może 61 albo 62?
– Poszukamy – powiedziałam. Okazało się, że 60.
– Najpierw pooglądamy, dobrze?

Oboje byliśmy poruszeni. Dom z tamtych czasów w kuchni zielone linoleum, w hallu białe ściany –boazeria będzie za kilka lat, na podłodze ciemnoczerwony wojłokowy chodnik. Za oknami zima, bo styczeń, piec mruczy, w kuchni matka kręci się jak fryga, trzaska garnkami, raz woła dzieci, żeby przyszły jej pomóc, zaraz potem je wypędza, bo tylko przeszkadzają. Przypatruję się rodzicom – wtedy jeszcze młodym, energicznym i, co tu dużo gadać, przystojnym. Bratu – całkiem miły z niego chłopczyk. Sobie. O rany, całkiem ładna byłam. Dlaczego wtedy się sobie nie podobałam?
Matka każe dzieciom wynosić półmiski i talerze do jadalni. W sąsiednim pokoju – bibliotece leżą na krześle ojca spodnie od garnituru. Wełniane, marengo. Niespodziewanie do jadalni zajrzał kot. Bardzo nas to ucieszyło. Kota nie było trzy dni. Byliśmy bardzo zmartwieni. Teraz musiał się wślizgnąć, kiedy matka wychodziła po coś na dwór. Zastanawialiśmy się, czym go nakarmić, ale baliśmy się, że wobec panującego w domu stanu wyjątkowego, każą nam go wypędzić. Więc wepchnęłam go do biblioteki i zamknęłam drzwi. Właśnie ojciec wyszedł z piwnicy, gdzie zaopatrywał piec i potupał po schodach na górę, do łazienki, aby po tych brudnych robotach się umyć. My, dzieci flanelowymi szmatkami przecieramy sztućce, ustawiamy sterty talerzyków, które będą później potrzebne, przy tym rozmawiamy i głośno śmiejemy się. To denerwuje matkę, więc każe nam iść na górę, być cicho i nie pognieść odświętnych ubrań. Wychodzimy z ociąganiem, gadając i chichocząc

– No, tego nie wiedziałem. To była twoja wina z tą biblioteką, przez ciebie pokutowałem jako kot!
– Zupełnie zapomniałam – też jestem zdziwiona.
– No, jedźmy dalej – mówi ojciec, wydaje się, że ten teatr mu się podoba,

Dalej widzimy, jak ten młody ojciec schodzi po schodach, mijając się z matką.
Nagle słyszymy krzyk, tupot, jakieś łomoty – nieruchomiejemy. Po chwili widzimy dzieci zbiegające po schodach, aby zobaczyć co się stało. – Cholera, psiakrew – krzyczy ojciec,  biegając z kijem za kotem. Kot kluczy pomiędzy nogami stołu i krzeseł, na koniec wsuwa się pod kredens, a zobaczywszy otwarte drzwi przemyka tamtędy i dalej po schodach na piętro. Ojciec oprzytomniał – Tych spodni się nie da założyć, pokazywał białą kocią sierść wtartą w (bielską) wełnę marengo.
– Wyczyścimy- ofiarowały się dzieci, aby tylko odsunąć od kota dalsze ewentualne przykrości. Zwilżoną wodą szczotą wyczesują kocią sierść, chichocząc. Wtem rozlega się dźwięk dzwonka do furtki. Tableau!
– Wyłącz to, wyłącz – krzyczy ojciec. Wyłączam.

– Co robimy? Może go jednak wypu
ścić ?
– Nie zgadzam się. Jest biedny, głodny, zmarznięty i zobacz, nos ma pokaleczony
– To zostawić i robić swoje.
– Pójdzie do jadalnego, jest głodny, lepiej nie myśleć, co zrobi
– No to musisz go zanieść do waszego pokoju na górze.
Ustalone.
– Wchodzimy? Wciskam POPRAW.
Cofam godzinę na 14:00. Efekt niesamowity. Jestem jedenastoletnią sobą, i jednocześnie to wszystko widzę z boku, jak z widowni kina czy teatru. Czekam na wejście kota, łapię go i ruszam po schodach na piętro.
– Lukrecjaaaa – woła matka – sztućce wyczyszczone?
– Jeszcze nie, odpowiadam, wpycham kota do biblioteki i zamykam drzwi
– No, nie – mówi ojciec – Jeszcze raz. Może tego też nie pamiętasz, ale miałaś przydomek Panienka Zaraz – Zaraz. Nic nie było teraz, wszystko było zaraz.
Znowu cofam się do czasu, w którym wchodzi kot, łapię go i ruszam po schodach na piętro.
– Lukrecjaaaa – woła matka – sztućce wyczyszczone?
– Zaraz, zaraz – odpowiadam i już jestem w połowie drogi, kiedy matka wychodzi z kuchni i woła
– Wyrzuć tego kota na dwór i weź się wreszcie do tych sztućców, skaranie boskie!! – Puszczam kota, beczę i schodzę czyścić te sztućce.
– No, nie. Jeszcze raz – komenderuje ojciec. Znowu cofam czas, mówię bratu, żeby czekał na schodach, łapię kota, podaję go bratu i :
– Lukrecjaaaa – woła matka – sztućce wyczyszczone?
– Zaraz skończę, muszę do ubikacji – brat niestety potyka się, puszcza kota, który zbiega na dół.

– To się chyba nie da poprawić – ojciec jest wyraźnie zrezygnowany.
– Jeszcze jedna próba, ale ty się musisz włączyć – mówię – jak wyjdziesz z piwnicy, to nie idź od razu na górę, tylko do kuchni i jakoś zagadaj matkę. A ja zdążę wynieść kota.
– Spróbuję, jak to się robi ?
– Wciśnij POPRAW –
Jeszcze raz cofam na 14:00. Trzymam kota, ojciec wychodzi z piwnicy, patrzy na mnie porozumiewawczo.

Tak było. Pamiętam. Dzieckiem będąc, dawno temu siedziałam w kucki w hallu, a on wyszedł z piwnicy i popatrzał porozumiewawczo. Czy to, co jest teraz, było wtedy? Czy wtedy było to, co jest teraz, czy teraz jest teraz, czy jest wtedy?

Ojciec staje w drzwiach kuchni i pyta o coś, chyba zasięga rady w sprawie krawata. Z kotem pod pachą wbiegam na schody, to tylko siedemnaście stopni, moment i kot bezpiecznie ulokowany, drzwi zamknięte, słyszę ciągle głos ojca i jednocześnie :
– Lukrecjaaaa – woła matka – sztućce wyczyszczone?
– Zaraz, zaraz – odpowiadam, zbiegając ze schodów.
– No i zrobione, ale jestem zmęczony – w głosie ojca słyszę ulgę – Koniec na dzisiaj.

EXIT, EXIT, EXIT i znowu jesteśmy na ścieżce. Idziemy w milczeniu, kontemplując szarobure kolory z odcieniem zielonego lub płowego. Splątane korzenie sosny, która rośnie na zboczu a deszcze oraz wiatry usunęły spod niej piasek. Z zamyślenia wyrywa nas buczenie ojcowego pilota.
– Co to jest?
– Wygląda jak telefon, pokaż – mówię. Z boku jest przycisk ODBIERZ. Naciskam i płynie głos :

„Dziękujemy za dokonanie korekty czynu z przeszłości. Ponieważ czyn został już odpokutowany, zostanie ona zaliczona na poczet pozostałych, jeszcze nie odpokutowanych grzechów”.

 

KOŃ I JA…

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie

Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny.
Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami.
My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi.
W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy.
Wspominamy z nostalgią lata 80.
Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem.
Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę.
Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad.
Ojciec postawił mu piwo.
Do szkoły chodziliśmy półtora kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola.Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju.
Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna.
Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych.
Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo – jak zwykle.
Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na Milicję, żeby zakablować rodziców.
Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy.
Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a Milicja zajmowała się sprawami dorosłych.
Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
Pies łaził z nami – bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
Mogliśmy dotykać inne zwierząta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru. Każdy dzieciak to wiedział.
Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić Dzień dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień dobry wymusić.
Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód.
Niektórzy wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.

Dziękujemy rodzicom za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas „dobrze” wychować.
To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!

~bw4bv7

Jako przeciwwaga do powyższego tekstu coś, co mnie przeraziło.:
Postęp po szwedzku
http://tnij.org/lp94

Wolę swoje wychowanie w patologicznej rodzinie.

Raj, rozdział piąty*

naprawdę jest wiele możliwości

Miałam dziś nic nie robić i nawet umawiałam się z Psiaporą, że ma wolne, ale przyszedł. Przeprosił, ale, jak powiedział, nadarzyła się okazja,  zdobył sprzęt grający  i przyszedł go zainstalować. Technics, używany, ale w bardzo dobrym stanie. Płyty można wypożyczać, zresztą książki i filmy też. Bibliotekę prowadza aniołowie. Jak znajdzie DVD, to tez zainstaluje.

Bardzo sprawnie połączył tuner, całkiem przyzwoite kolumny i CD. Sprzęt wyglądał na normalny, ziemski. Gdzie podłączy zasilanie , tu nie ma żadnych gniazdek. Nigdzie nie podłączył. Włączało się moim pilotem wszystko. No, coś takiego.

 – Bo energia tu jest wszędzie – objaśnił – i maszyny ją asymilują. Tylko włączyć pilotem trzeba.

Jeszcze mi ustawił szybkie wybieranie do biblioteki i poszedł, życząc miłego dnia.

Najpierw śniadanie czy połączenie z biblioteką? Chyba miło by było jeść i słuchać – tylko czego?

 VI Beethovena byłaby dobra : Allegro ma non troppo – Obudzenie się pogodnych uczuć po przybyciu na wieś.

http://www.youtube.com/watch?v=v50XkRrp5x8

Do tego twarożek ze szczypiorkiem, kromeczka pełnoziarnistego chleba, herbata, albo bawarka, może jeszcze troszkę konfitur na spodeczku? Albo miód?

No to wybieramy bibliotekę. Miły głos pyta, czym może służyć. Nie W CZYM POMÓC ale CZYM SŁUŻYĆ. Mówię o płycie. Jest, oczywiście. Czy przyjdę, czy ktoś ma przynieść. Chętnie bym przyszła, ale czy trafię? Oczywiście, to bardzo łatwe. Trzeba wstać i iść przed siebie. Na końcu będą drzwi z napisem, BIBLIOTEKA.

 

Okazało się niedaleko. Za drzwiami była zarówno biblioteka, gdzie można było czytać przy stolikach jak i wypożyczalnia. Poszłam do wypożyczalni. Obsługiwała anielica, bo to na pewno była anielica a nie anioł. Od znanego mi Gammaela różniła się tym, że patrzała nie gdzieś na przestrzał, ale na mnie. I uśmiechała się. Zapytałam o katalog. Ona jest katalogiem. I od razu zaczęła wymieniać wszystkie wykonania VI Symfonii, które można wypożyczyć, nawet takie, które wykonywano zanim nastała możliwość nagrania na jakikolwiek nośnik, oraz takie, które na ziemi nie miały jeszcze premiery. Jeśli chcę, to może mi wydrukować? – Nie, dziękuję. A można o coś jeszcze zapytać? – Bardzo proszę –  Jak trafię z powrotem do mojego miejsca wiecznego odpoczywania?  – Trzeba wyjść z Biblioteki i iść przed siebie. Na końcu drogi będzie moje miejsce.

Oczywiście. Proste. Faktycznie w ten sposób dotarłam z powrotem. Włożyłam płytę do compaktu i już miałam włączyć, ale zastanowiłam się, czy nie będę sąsiadom przeszkadzać. Czy mam jakichś sąsiadów? Jak się dowiedzieć?

Trzeba zastukać. Jak się stuka w mgłę? Zwyczajnie – podeszłam krok do przodu i zgiętym palcem zastukałam, tak jak się stuka w drzwi. Stuk, stuk, rozległo się i zaraz potem – Proszę – więc nacisnęłam klamkę, której nie było i uchyliłam drzwi. Za drzwiami był taki sam biały fotel, jak mój,  Siedział na nim jakiś sympatycznie wyglądający jegomość. Oburącz trzymał spory kawałek gruyera i obgryzał go drobnymi kęsami – Cześć – zawołał i na powitanie pomachał tym serem – znamy się, jestem G. Może po śniadaniu pójdziemy na spacer? Nie byłem jeszcze w Ogrodach – No pewnie, bardzo chętnie. Andante molto mosso – Scena nad strumieniem

http://www.youtube.com/watch?v=v50XkRrp5x8

Po śniadaniu więc wyruszyliśmy. Jak się idzie do Ogrodu? Trzeba iść przed siebie, aż się dojdzie do drzwi, za którymi jest taras z którego po schodach można zejść do Ogrodu.

Zainteresowała nas kępa drzew, pinii jak się zdaje. Drzewa tworzy
ły piękną kompozycję na tle białych skał i ciemnobłękitnego nieba. Kiedy podeszliśmy bliżej zobaczyliśmy je w całej urodzie. Parasolowate korony i duże szyszki jakby przylepione do gałęzi.
Allegro –  Wesoła zabawa wieśniaków

http://www.youtube.com/watch?v=yvBz4YQUsKA&feature=related

 – Lubisz orzeszki piniowe? Zapytałam – Jasne, że lubię – to rozejrzyj się, czy nikt nie patrzy, a ja zerwę kilka tych szyszek. Kiedy już je miałam i połowę wręczyłam G. nagle nie wiadomo skąd rozległ się głos jak trąba jerychońska i stanął przed nami pałający gniewem anioł z mieczem w dłoni. Głupia sprawa. Allegro –  Burza

http://www.youtube.com/watch?v=ANRCCBtNYE4&feature=related

 – Proszę Cherubina, zaszło nieporozumienie – zaczęłam, ale przerwał mi – WON – czy coś podobnego, wrzasnął i machnął mieczem, aż świsnęło. Złapałam G. za rękaw i pociągnęłam w kierunku, który rozgniewany anioł wskazywał palcem.

G się opierał:

– Przecież to nie żadne drzewo wiadomości, tylko pinia

– Chcesz z nim dyskutować, to najpierw popatrz, co on ma w ręku

– I co mi zrobi tym mieczem, przecież jestem duszą – odpowiedział G.

– Nie wiem ale wolę nie próbować.

G szedł milcząc obok. Kątem oka zobaczyłam, że wepchnął sobie do ust całą garść świeżo wyłuskanych orzeszków piniowych.

 Przeszła nam chęć dalszego zwiedzania Ogrodu więc wróciliśmy do  Rajskiego Pałacu.

Sprawa wyjaśniła się, kiedy poszłam do biblioteki zwrócić płytę. Nie popełniliśmy żadnego grzechu. Można spożywać wszystkie owoce z Rajskiego Ogrodu. Drzewo Wiadomości jest w starej części Ogrodu, do którego wchodzi się tylko z przewodnikiem, poza tym  jest ogrodzone, więc nawet przez roztargnienie nie da się zerwać z niego owocu. A ten anioł był aniołem japońskim i po prostu ćwiczył iaido.

Ale lepiej nie podchodzić do nich zbyt blisko.

Allegretto –  Pieśń pastuszka – radosne i dziękczynne uczucia po burzy.

http://www.youtube.com/watch?v=o2_n3i17s1U&feature=related

Przypisy:

*Rozdział ku czci Gryzonia.

 

Lajkonik i wyczucie chwili

Pan Ignacy Lajkonik ponownie nacisnął guzik dzwonka, posłuchał, jak za drzwiami wybrzmiewa ptasi świergot… i dalej stał, cierpliwie czekając. Obok niego pani Chandra poruszyła się niespokojnie, a kiedy na nią spojrzał, z zaniepokojeniem podniosła do góry brwi.
– Jesteś pewien, że się z nimi umawiałeś?
Pan Ignacy przyjaźnie się uśmiechnął.
– Stuprocentowo pewien. Nie dalej jak trzy dni temu dzwoniłem i potwierdzili, że to dzisiaj.
Stali więc i czekali, a czas dłużył im się niemiłosiernie… A właściwie nie dłużył im się wcale, bo stali razem, chociaż nie da się ukryć, że bycie razem jest  przyjemniejsze w gościnnych objęciach miękkiej kanapy. Licząc na tę kanapę, pan Lajkonik ponownie użył przycisku dzwonka.

Tym razem za drzwiami dało się usłyszeć niespieszne człapanie, stuk odsuwanej zasuwy i oto w drzwiach ukazał się wysoki, chudy mężczyzna nieco podobny do agenta Coopera z serialu „Miasteczko Twin Peaks”, ale o całkiem niepodobnym do agenta nieobecnym wzroku za szkłami okularów. No i dzielnego agenta w serialu rzadko można było oglądać w szlafroku, w kapciach na bose nogi i z mokrą czupryną układającą się w imponujący czub. Popatrzył na pana Ignacego, potem na panią Chandrę, uśmiechnął się niepewnie i odchrząknął.

– Dzień dobry… – prawie szepnął, po czym przełknął z wysiłkiem i już głośniej powiedział – Dzień dobry! A to niespodzianka! –
Pan Lajkonik przejął inicjatywę. Rzucił serdeczne – Cześć, Antoś! – po czym już bardziej formalnie dokonał prezentacji – Poznajcie się, to mój przyjaciel ze studiów, Antoś, to znaczy Kazimierz Antoni Sanderski, a to… jest Chandra – dokończył tonem, który nie pozostawiał wątpliwości, kim jest w tym towarzystwie pani Chandra. Teraz dopiero pan Antoni wyciągnął dłoń w kierunku pani C. i wymamrotał – Miło mi… –

– Ale, Antoś, jak to niespodzianka? Przecież umawialiśmy się na dzisiaj, parę dni temu sam potwierdzałeś? – zdziwił się pan Lajkonik, kiedy zamknęły się za nimi drzwi. Pan Antoni niespokojnie pociągnął nosem – Hmmm… to przecież… miało być… za tydzień? Wybaczcie, doprowadzę się tylko do porządku, rozgośćcie się tymczasem – i zniknął za drzwiami łazienki, z której zaraz rozległ się szum suszarki.
– Kochanie, przecież pytałam, czy to na pewno miało być dzisiaj – szepnęła pani Chandra. Pan Ignacy skinął głową – Tak, na pewno. Po prostu Antoś ma swoje… No, jest już taki ekscentryczny.

Tymczasem w zamku wejściowych drzwi zachrobotał klucz, a po chwili ukazała się w nich nowa postać – średniego wzrostu blondynka w modnym wiosennym płaszczu, dzierżąca w dłoni siatkę z zakupami. Zamknęła za sobą drzwi, zrobiła dwa kroki w kierunku kuchni i zauważyła gości. Pan Lajkonik uśmiechnął się do niej, a ona najpierw podniosła brwi ze zdziwienia, a potem parsknęła śmiechem.
– Cześć, kochani! Antoś znowu namieszał, co? – wykrztusiła, kiedy już mogła mówić – Kaśka jestem, żona tego tam – machnęła ręką w kierunku łazienki. – A ty pewnie jesteś Chandra? Ignacy przy każdej okazji o tobie opowiada… – Pan Lajkonik kaszlnął, zakłopotany i dostał z tej okazji przyjacielskiego szturchańca – No, już nie bądź taki skromny!

Pani Chandra z rosnącym zdumieniem słuchała tego monologu, którego – wydawałoby się – nie mogło przerwać nic poza średnich rozmiarów kataklizmem. Fertyczna pani Kasia była tak inna od swojego introwertycznego męża, że wydawało się jakby pochodziła z innego wszechświata, a przynajmniej z innej planety, i nie żeby z Wenus. Szybkość, z jaką mówiła, ciskała spojrzeniami i śmiała się, wskazywała raczej na Merkurego. Jej bystre spojrzenie szybko wyłowiło minę pani C. i od razu posypały się wyjaśnienia: – Byłam pewna, że przychodzicie dzisiaj, ale Antoś kolejny raz wmówił mi, że dopiero o dwudziestej, i był tak granitowo pewny, że mu uwierzyłam – na chwilkę, maleńką chwileczkę, jej uśmiech stracił na intensywności, ale zaraz znowu przyjął formę od ucha do ucha – Już tak mam z tym chłopem, wiecie, takiego to albo utłuc, albo pokochać! – po czym pokazała im na sekundę język, robiąc minę mówiącą „ale i tak go kocham”.

– Ale, ale, ja tu was zagaduję, a kolacja sama się nie zrobi! Chodźcie na chwilę do kuchni, wszystko mam już prawie gotowe, wyskoczyłam tylko po ostatnie drobiazgi – rzuciła pani Kasia i nie dało się jej odmówić. Przeszli do dużej, jasno oświetlonej kuchni w stylu rustykalnym, w której pani Chandrze bardzo miło się siedziało, podczas kiedy pan Ignacy, najwyraźniej już rozkrochmalony, dotrzymywał gospodyni kroku w konwersacji, przerzucając się z nią żarcikami, ale nie wyłączając z rozmowy swojej towarzyszki. Pani Chandra ani się obejrzała, kiedy opowiedziała Kasi, skąd pochodzi, co robiła w kraju i w Indiach, oraz jak to się poznali z panem Ignacym – a wtedy pyszna złota sałatka, rozsiewająca wokół aromat czosnku i ananasa, wjechała na stół, razem z nią apetyczne kawałki puchatej bagietki, a jednocześnie za szybką piekarnika rumieniły się już miniaturowe hiszpańskie kiełbaski, każda owinięta wstążką francuskiego ciasta.

Razem zanieśli wszystkie te pyszności na stół, tymczasem pojawił się wśród nich również pan Antoś, jakże jednak odmieniony! Na jego obliczu gościł życzliwy uśmiech, a on sam nie dorównywał może małżonce w szybkości i celności żartów, ale trzeba przyznać, że starał się, jak mógł. Pani Chandra szybko wybaczyła mu początkowe zachowanie, tym bardziej, że wino, które wybrał z zakamuflowanej półki i nie bez trudności otworzył, okazało się znakomite!

Coś jednak nie dawało jej spokoju. Krążyło wokół nich, chowało się w zakamarkach swobodnej konwersacji, wysuwało czułki zza żartów – aż w końcu pani Chandra skojarzyła znaczące spojrzenia pana Lajkonika z dziwnymi wypowiedziami pana Antosia. Dziwnymi, bo niepasującymi do siebie nawzajem. Otóż pan Kazimierz Antoni dwojga imion w jednej chwili opowiadał z przejęciem o zeszłotygodniowym występie swojej córki Idylli w przedszkolnych jasełkach, żeby po kwadransie roztrząsać jej szanse podczas letniej sesji egzaminacyjnej na Uniwersytecie. Tu wtrąciła się delikatnie pani Kasia, uściślając, że chodzi o egzamin kończący gimnazjum, a stąd rozmowa sama zeskoczyła już na reformę edukacji. Pani C. poczuła się nieswojo również w chwili, kiedy gospodarz zapytał jej z uśmiechem: „I jakże też się bawiliście w tej Toskanii?”, a pani Katarzyna w tejże chwili wpadła mu w słowo: „W Indiach, miałeś na myśli Indie, PRAWDA?!?”

Chandra już, już miała zapytać, co tu właściwie jest grane, ale popatrzyła najpierw na pana Lajkonika, który leciutko – prawie niedostrzegalnie – pokręcił głową na boki, jakby sugerując, że nie pora na to, a potem to już on wszystko wyjaśni. A było co wyjaśniać, ponieważ kiedy kolacja się skończyła, a goście mieli się ku wyjściu, rozmowa zeszła na wspólnych znajomych. W pewnym momencie pan Antoś zagaił: – A co tam u Igora? Wyszedł już ze szpitala? Noga cała? Ale ten samochód to paskudnie rozwalił, co? – a pan Ignacy na sekundę zesztywniał, a potem pospiesznie potaknął i zmienił temat.

Wyszli z uroczej kamieniczki na starym mieście, pan Lajkonik odetchnął świeżym powietrzem i zaczął tłumaczyć pani Chandrze:
– że pan Antoś dzieckiem może nie w kolebce, ale w szkole podstawowej miał wypadek, który cudem przeżył;
– że od tamtej pory zdarza mu się mieszać sytuacje i czasy, i wcale nie gramatyczne, ale jak najbardziej rzeczywiste;
– że przeróżni ludzie już próbowali wykorzystać ten dar dla własnych – lub reprezentowanych przez siebie instytucji – korzyści, ale nic z tego;
– że pan Antoś sam nie potrafi tego kontrolować, ale w najmn
iej oczekiwanym momencie zdarza mu się powiedzieć coś, co dotyczy zamierzchłej przeszłości lub bliżej nieokreślonej przyszłości;
– ale poza tym jest przemiłym człowiekiem, a żonę to w ogóle ma dzielną kobietę i hoho…

I w tym momencie pani Chandra delikatnie uszczypnęła go w ucho za to „hoho”. Co sprawiło, że pan Ignacy przerwał wyjaśnienia i zajął się udowadnianiem, że „hoho” jest wyłącznie przyjacielskie, a uczucia mocniejsze i głębsze żywi wyłącznie względem pewnej przemiłej brunetki o egzotycznej urodzie. Skończył udowadniać i trzymał tę brunetkę w objęciach jeszcze przez chwilę, żeby nie było już żadnych wątpliwości. Pani Chandra otworzyła oczy, uśmiechnęła się tak, że powietrze wokół nich pojaśniało i jeszcze przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Wreszcie pan Lajkonik coś sobie przypomniał, westchnął frasobliwie i dodał:
– Ale Igora to ja widziałem nie dalej niż wczoraj. Tryskał zdrowiem i energią, więc… chyba trzeba będzie do niego zadzwonić, i to szybko.
Pani Chandra przytaknęła i też sobie coś przypomniała.
– Masz jakieś plany na wakacje? Może, hmm, wybierzemy się razem gdzieś na południe?
________________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Raj, rozdział czwarty

Piekło i szatani! Ani chwili nudy!

Następnego ranka nie wybrałam ZERA. Leniwie zabierałam się do śniadania, rozważając, co będę robić i najbardziej uśmiechało mi się takie rozwiązanie, że NIC nie będę robić. No i nie wyszło. Psiapora wpadł jak bomba, radosny i hałaśliwy.

 – Na ziemię polecimy. Będzie wycieczka kierowana przez Pośwista, w klika dusz do zamku. Można będzie straszyć. Na szkoleniu nam powiedzieli, co zrobić, aby jęki i dzwonienie łańcuchami było słyszane przez ludzi. I żeby nas widzieli ! To znaczy na razie jeszcze nie  do końca wiadomo. Ale mamy z Poświstem pomysł. Odkryjemy to  i będziemy pierwsi, wtedy będziemy organizowali we dwóch takie wycieczki na cały Raj. Poświst jest opiekunem profesora  Raphaela Du Bois, tego, który badał taki związek chemiczny, co świeci : LUCYFERYNĘ

 

 – Będziecie obaj organizowali takie wycieczki? A po co ?

 – To jest tak: Jesteśmy konsultantami i opiekunami dusz. Mamy dbać o to, żeby było fajnie. W końcu to jest Raj i powinno być fajnie. Odwrotnie niż w Piekle gdzie nie musiało, nawet nie powinno być fajnie. W Raju ma być ciekawie i wesoło. Żeby dusze się nie nudziły. Nie wszyscy lubią Haendla, Bacha, Glucka i takich tam. A nawet jak lubią, to czasami mogą coś lżejszego, albo emocjonującego. Adrenalinki trochę na przykład. Zabawa w teatr na przykład. Można zagrać Białą Damę lub ojca Hamleta. Zły pomysł? A my zbieramy zasługi. Jesteśmy dobrze oceniani i z czasem awansujemy. I nie opiekujemy się już pojedynczymi duszami, od tego będziemy mieli  pracowników. My będziemy organizować i koordynować. Z czasem zostaniemy Cherubinami lub Serafinami.

Acha, taka wizja. Nie wiem, czy całkiem zgodna ze znanym mi kierunkiem. Kogo by tu zapytać? Gammaela? Albo wystarać się o audiencję u Świętego Piotra? Chociaż zdawało mi się, z tego, co mówił, że poszło w kierunku liberalizmu. Poza tym przecież istniało coś takiego, jak wszystkowiedzenie. Nie zaufać temu – to byłby brak wiary. Poczułam się znacznie spokojniejsza.

Psiapora patrzył na mnie tymi żółtymi, przejrzystymi, kocimi oczami, a malowała się szalona determinacja.

Rozśmieszył mnie. No dobra. Na nicnierobienie mam całą wieczność, jeszcze zdążę. Wyszliśmy szukać Pośwista. Razem z profesorem stali w hallu. Poświst był podobny do Psiapory, tylko źrenice miał prostokątne. Profesor  Raphael  Du Bois, piękny siwy pan robił wrażenie strapionego.

 – Nie rozumiem, skąd ten pomysł. To, co badałem było bioluminescencją, czyli działo się w organizmach żywych. Takich tu nie mamy. Tu nic nie oddycha. Lucyferyna nie zaświeci bez działania enzymu Lucyferazy, a skąd go bez żywej komórki wziąć ?

 – Może jest syntetyczna ? Poszukam i wrócę piorunem – krzyknął Poświst, stuknął kopytkami o posadzkę i frunął w przestrzeń, jak wystrzelony z procy.

 – Najgorzej, że nie wiem, czy to jest legalne. Boże, po co mi to wszystko. Już miałem prawie całe życie przepracowane, o niczym tak nie marzyłem, jak o spokoju, a tu masz – biadał profesor.

 – Nie wiem, czy jest legalne. Jestem tu od niedawna – powiedziałam – myślałam, ze się dowiem od anioła, ale odnoszę wrażenie, że oni wykazują całkowite  désintéressement  innymi sprawami niż śpiewanie w chórze.

–      Mój nie śpiewał w chórze, tylko pielęgnował Rajski Ogród. Woziłem za nim taczkę ze sprzętem.  Pewnego dnia zniknął bez słowa, a pojawił się ten Poświst. I się zaczęły ulepszenia, ani chwili spokoju.

Daleko w przestrzeni zalśniła iskierka i szybko się do nas zbliżała. To był Poświst z naręczem różnych rzeczy :  – tu jest Lucyferaza w buteleczce, tu moździerz tu pipetki, tlen będzie na miejscu – oświadczył. – To jedziemy!

I polecieliśmy. Nie wiem, z jaką szybkością, nie czuło się przyspieszenia a wiatr nie gwizdał w uszach, ale Ziemia zbliżała się szybko. – Polska czy Francja – krzyknął Poświst – A róbcie, co chcecie – mruknął profesor – No to Polska!

Zamek był odrestaurowany i zamieniony na hotel. Lądowanie było udane i co prędzej udaliśmy się, przenikając przez ściany na poszukiwanie miejsca dogodnego do przeprowadzenia eksperymentu. W pierwszym pokoju nikogo nie ma, idziemy do następnego, to samo i jeszcze następnego – co u diabła, tez pusty. Acha, goście na imprezie. Idziemy dalej , wreszcie jest. Jakaś para igraszki miłosne uprawia. Psiapora z Poświstem torbę otworzyli, wykładają na stół wszystkie narzędzia i buteleczki, ja wyciągam giezło. Profesor du Bois, mrucząc coś pod nosem ubijał  w moździerzu lucyferynę, dolewając pipetką lucyferazę. Gotowe, powiedział. Wysmarowaliśmy giezło, uaktywnioną lucyferazą. Będą widzieli, czy nie?

– Myślę –  ja na to –  że jeśli w lustrze to zobaczymy, to ludzie też zobaczą. Lustro było w łazience. Siebie nie zobaczyłam, ale giezło jak najbardziej. – Szybko –  woła profesor –  bo zaraz zgaśnie.

 

Para na łożu dalej igraszki miłosne uprawia. Ja staję na środku pokoju i zaczynam wymachiwać rękami i podskakiwać, zupełnie jak kiedyś bramkarz Dudek. A oni nic, tylko dalej uprawiają.

Ooooo – jęczy on, ona nic nie jęczy, tylko wpatruje się w sufit. Poświst dmucha lodem, żeby zwrócić ich uwagę, aż się fioletowy zrobił z tego wysiłku, Psiapora szarpie poduszkę, wreszcie ona spojrzała w moja stronę i Aaaaaa –  zaczyna wrzeszczeć.

 – Och, skarbie, nareszcie – krzyczy on

 – Tam, tam – na to ona, wskazując na mnie palcem

 – Gdzie, powiedz, gdzie, to ja zaraz – to znowu on w uniesieniu – wreszcie spogląda i teraz już oboje wrzeszczą Aaaaaa, i zrywają się z łoża.

 – dziesięć, dziewięć, osiem, siedem – profesor odlicza sekundy, oba diabły też – Sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden – koniec – lucyferyna zgasła.

 

Sukces, czy porażka? Diabły były załamane, profesor powtarzał swoje „a mówiłem”.

 – No, o co chodzi? Przecież widzieli i się przestraszyli. Znaczy jest możliwe – tylko ja byłam zadowolona. – Musicie chodzić na szkolenia, może poszukać w księgach, zapytać kogoś ze starszyzny diabelskiej i dalej robić próby – przyznali mi rację. Trochę potrwa, ale założą firmę.

Wróciliśmy. Usiadłam w swoim białym fotelu, a mgła otuliła mnie ze wszystkich stron. Nigdy jeszcze nie było tak wygodnie.

 

 

 

Błękitna wieczność…

                                      


Morze wróciło w czajek okrzyku,

Pieśnią przyboju rozbudzić świt.
Serce jak z druhem z morzem się wita,
Razem z nim śpiewa i razem drży.
 
Och, morze, morze – piaskom i skałom

Na krótko dajesz przyboju gwar,
Morze, ty zabierz mnie w najdalsze  dale,
Unieś ze sobą na grzbietach fal.

Samotne gwiazdy, szukając ciepła,

Przez błękit czasu lecą ku nam,
Morze na dłoniach swych, jak w starych baśniach,
Ze statków składa im przyjazną dań.
Och, morze, morze!

Tłumaczył: Incitatus


Dlaczego skowronek nie śpiewa??…:)))

      

Raj, rozdział trzeci

inne spojrzenie, czyli niekoniecznie już wszystko wiem

 

Bardzo byłam ciekawa, jak będzie wyglądało zastępstwo. Jak co rano wybrałam więc zero.
Żeby zastępca stawił się piorunem, to nie powiem. Zrobiłam sobie kawę, potem wybrałam owoce, zdążyłam zjeść, kiedy mgła się rozsnuła i wszedł. To był prawdziwy anioł. Wielkie białe skrzydła, włosy blond dodatkowo rozświetlone aureolą, błękitne oczy, które robiły wrażenie, że patrzą na wskroś i dalej w przestrzeń. Powitał mnie melodyjnym głosem i wyjaśnił, że od wezwania do przybycia jest regulaminowy czas 30 minut. On się zjawił po 28.
– Nazywam się Gammael – dodał. Potem stanął i czekał. Przyzwyczajona do żywiołowej inicjatywy Psiapory, czekałam również.
– Chciałam się wybrać na wycieczkę na Ziemię – powiedziałam wreszcie.
– Do jakiegoś konkretnego sanktuarium? Za dwa tygodnie można pojechać do Lurdes, za cztery do Watykanu, a za sześć … Mogę zapisać na którąś z tych wycieczek.

Nie, nie o to mi chodziło. Nietaktem chyba byłoby to wyjaśniać, więc zrezygnowałam.

– A teraz można coś zwiedzić? Rajski pałac, albo ogrody?
– To można teraz. Proponuję pałac – Proponował, ale dość kategorycznie. Właściwie nie pozostawiał wyboru. Wyszliśmy. W hallu było pusto i ciemnawo. Doszliśmy do rozwidlenia dróg .
– Tu można skręcić do Starego Raju, a tu do Nowego. Ten Nowy jest w rozbudowie, trwają prace, tam chyba nawet nie wolno teraz wchodzić ze względu na bezpieczeństwo. Więc chodźmy do Starego.
Istotnie od strony Nowego Raju dobiegały jakieś odgłosy kucia, piłowania, wiercenia, szlifowania, warkot silników maszyn i tym podobne, nie za bardzo zachęcające. Za to od strony Starego Raju płynęła muzyka.
„Alleluja” Haendla, konkretnie. Korytarz był szeroki, oświetlony pochodniami, na ścianach wisiały portrety, we wnękach stały posągi.

Hallelujah hallelujah hallelujah hallelujah hallelujaaaaah
Hallelujah hallelujah hallelujah hallelujah grzmiało wokół.

Z jakiegoś powodu wszystko zniknęło, przestrzeń się zrobiła. Bez ścian i sufitu, ale o to mniejsza, gorzej, że również bez podłogi, co wprawiało mnie w niejakie zakłopotanie. No i w tej przestrzeni rozlegało się ze wszystkich absolutnie stron :

 

For the lord God omnipotent reigneth
Hallelujah hallelujah hallelujah hallelujah
For the lord God omnipotent reigneth

– Po angielsku – stwierdziłam
– Śpiewamy we wszystkich językach – odpowiedział Gammael. Słuchaliśmy w skupieniu.
– Teraz mam solo – powiedział nagle i już zobaczyłam go, jak stał na środku przestrzeni i śpiewa „Niech jasne Serafiny” zdumiewającym kontratenorem z zachwycającymi górnymi rejestrami.
Jak Philippe Jaroussky albo lepiej Derek Lee Ragin, nie, może raczej tak?

 

http://www.youtube.com/watch?v=7FGitvRRJug

– Jesteś Serafinem? – zapytałam, gdy skończył

– N
ie, ani Serafinem, ani Cherubinem, jestem zwykłym aniołem z IX chóru

– A tamte chóry – chciałam wiedzieć

– Nie są lepsze od naszego. Tyle, że oni są wyżej w hierarchii – Płynęliśmy bezszelestnie korytarzem, a za nami płynęło Glory to God

 

http://www.youtube.com/watch?v=mDlRVAFRR…

 

– Są wyżej w hierarchii i mają się za coś lepszego. Niby nic nowego, ale teraz, po likwidacji czyśćca i piekła, po przyjęciu tych wszystkich młodych, zdolnych Diabłów, atmosfera się zrobiła zupełnie nie niebiańska.

 

Dotarliśmy do miejsca mojego wiecznego odpoczywania

– Napijesz się czegoś? – zapytałam. Podziękował. Ale wzięłam pilota i wybrałam OPCJE , DODAJ i wpisałam : PIWO KASZTELAN NIEPASTERYZOWANE, SCHŁODZONE DO 5°C, 2 SZKLANKI i już pojawił się stoliczek. Gammael wziął jedną ze szklanek, nieufnie popatrzał pod światło, spróbował i rozanielił się :
– Świetna ta goryczka – powiedział, skinął lewą ręką i pojawił się fotelik.
– Święty Piotr wspominał, że były problemy, tuż po likwidacji Piekła, niektóre do dziś zostały nierozwiązane, miał na myśli wzrost bezrobocia.
– Tak, to wersja oficjalna. Ach, co tu się działo! Kotły smoły palili pod samym Empireum. Pyły wulkaniczne wyrzucali aż pod Białą Różę, siedzibę Boga . Potem, kiedy w wyniku negocjacji ustalono, że powstanie ten skansen i będą tam mieli synekury uspokoiło się. Sam Lucyfer tam teraz dyrektoruje. Trochę młodzieży przyjęto do pracy w Niebie, zresztą ten cały Psiapora jest takim diabłem, to pani pewnie wie. Mnie tam nie szkodzi, tyle, że są tacy nadaktywni, to bywa męczące. I rozmawiać z nimi nie ma o czym. Nie mają żadnych zainteresowań. Żadnych – powtórzył.
– A co jest do tej pory nierozwiązane? – zapytałam.  Gammael pochylił się w moją stronę konfidencjonalnie:
– Niby bezrobocie, ale to też tylko wersja oficjalna. Tak naprawdę duża, nikt nie wie, jak duża ilość diabłów gdzieś zniknęła. Przypuszczam, że się gdzieś urządzili i obrastają w piórka. Dlaczego tak uważam ? Niedawno zdarzyła się bardzo dziwna rzecz : skradziono napis „Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate”, który na odrzwiach bramy się czyta. Jakieś łebki to zrobiły, takie jak nie przymierzając ten Psiapora. Już ich schwytano. Przyzna pani, że to daje do myślenia. Bo po co im? To było na pewno na zlecenie. A czyje? – zakończył dramatycznym pytaniem – wiem, nad bezpieczeństwem czuwają archaniołowie z ognistymi mieczami, ale tamci też nie z pustymi rekami przyjdą. Zamyślił się.

 

Dokończył piwo, odstawił szklankę, podziękował. Wstał z fotelika, który natychmiast zniknął.
– Gdyby pani zdecydowała się na jakąś wycieczkę, to proszę dać znać – powiedział i poszedł.