|
|
już wiem mniej więcej jak to działa
Wino, oliwki, ser – to wszystko spowodowało, iż napięcie gdzieś uleciało. Wpadłam na pomysł, żeby się zdrzemnąć. Niby już nie trzeba, ale siła przyzwyczajenia przeważyła. Mgła przestała być straszna, pilota wsadziłam za koszulkę, bo do kieszeni się nie mieścił. Żeby to tak za życia spać. Niby nie miałam na co narzekać. Sen miałam zawsze dobry, ale to, co tu, no po prostu cudo. I przebudzenie radosne i kompletnie bez kaca, mimo, że opróżniłam butelkę. Co to jest jednak Raj : smak, zapach, miłe szumki identyczne z naturalnymi, ale kac już nie, kaca w ogóle nie ma.
Ponieważ siła przyzwyczajenia po przebudzeniu podsuwała mi na myśl omlet ze szczypiorkiem, chrupiące bułeczki i filiżankę café au lait, a umiałam uzyskać tylko wino, oliwki i ser z bazylią, po namyśle postanowiłam wybrać zero. Psiapora istotnie przyleciał piorunem.
I od razu wiele rzeczy się wyjaśniło. Mówił szybko, jednym ciągiem, prawie nie robiąc pauz dla nabrania oddechu : – Mgła się zagęszcza, kiedy zmniejsza się aktywność, to rodzaj wygaszacza. Rozumie się przez to, że dusza jest zmęczona i potrzeba jej spoczynku. Ma być przytulnie. Nie jest? Dowiem się, co można zrobić. Może inny kolor, może jakaś muzyka. Zgubienia pilota jest możliwe, wtedy jest problem, bo nie można wezwać konsultanta. Wtedy się siedzi i czeka, bo jak upadnie może obrosnąć mgłą i się nie wymaca. Strażnik chodzi i czasami zagląda, ale może potrwać, zanim to się stanie. Ja to bym się szybko zorientował, jeśli dusza nie wzywa jakiś czas, to bym przyszedł zobaczyć co się dzieje, ale nie wszyscy konsultanci tak od razy chyba by przyszli. Myślano o monitoringu, ale to by naruszało prywatność. Mogę załatwić smycz, to się powiesi pilota na szyi. Zresztą na razie mogę dać swoją – tu odczepił jakiś kluczyk i podał mi białą tasiemkę z wyhaftowanym złotą nitką napisem Psiapora, Psiapora, Psiapora, Psiapora poprzedzielanym gwiazdami –
– Żeby zmienić zestaw standardowy to się wchodzi w MENU, kursorem na dół, lub do góry, wszystko jedno, na INNE FUNKCJE, a jak się otworzy, to poszukać STOLICZEK , po wybraniu pokazuje się lista, można wybierać i zatwierdzać ENTEREM. Mogę doradzić, żeby zestawy ponumerować i potem przez szybkie wybieranie sobie serwować. Jak by czegoś nie było, to pod listą jest jeszcze przycisk OPCJE. Tam trzeba wyszukać DODAJ i po prostu wpisać co się chce. Dobrze jest wpisać jakieś dodatkowe dane, na przykład jeśli ma być piwo, to żeby było schłodzone, bo inaczej dostanie się ciepłe.
Mówił i mówił, a oczy mu pałały, widać było, że cieszy go własna wiedza i kompetencja. – Czyli już wiem – powiedziałam – Mogę sobie tu siedzieć i wybierać różne wspomnienia, dla rozrywki coś smacznego przekąsić, a jak się znużę, to zasnąć. Muzyka – tak bardzo by się przydała. Tak spędzać wieczność. Przepracować, jak mówił Święty Piotr całe życie, odpokutować za grzechy. Bo ja wiem, może i dobrze. – Nie, to, nie wszystko – powiedział Psiapora – Jest wiele możliwości. I zaczął wymieniać, znowu tym samym pełnym zapału tonem, jak się odtwarza dobrze wyuczoną lekcję. – Przede wszystkim nie trzeba siedzieć w jednym miejscu. Można spacerować po samym rajskim pałacu, po rajskich ogrodach, iść jeszcze dalej, poza Raj. Na przykład zwiedzić muzeum Piekła i Czyśćca, albo zejść na Ziemię. Indywidualnie albo w grupie. Te wycieczki cieszą się ogromną popularnością. Można na przykład uczestniczyć we własnym pogrzebie, można się przyśnić, straszyć, opiekować kimś, można też zwiedzać to, czego się nie widziało za życia. Wiem o jednym himalaiście, który zginąwszy na K2 zdobył go po śmierci. Naprawdę możliwości są nieograniczone. Tylko sobie wymyślać. – A kiedy pracować nad swoim życiem, żeby żałować za grzechy, odpokutować i zadośćuczynić? – spytałam – Na to jest cała wieczność, zresztą zawsze można w wolnych chwilach – odpowiedział Psiapora – no to ja już polecę, acha, tylko jutro mnie nie będzie, bo mam szkolenie – drugi etap. W razie potrzeby przyjdzie ktoś na zastępstwo – i już go nie było.
czyli jak się tam dostałam. I wszystko jest inaczej, niż myślałam.
To był taki ładny dzień. Ciepły, słoneczny. Na taki dzień czekałam z ostatnim przed zimą koszeniem trawy.
Wszystko przygotowałam, kosiarka miała wyostrzony nóż, kable odnalezione i połączone gwarantowały zasięg do każdego zakamarka. Czy się dobrze wtedy czułam? Może nie najlepiej, ale kiedy wszystko inne idzie dobrze…
Szło dobrze, ale potem się coś popsuło. Nieokreślone zrazu, potem umiejscowiło się za mostkiem. Taki piekący ból. Co należy zrobić? Wyłączyłam kosiarkę, przysiadłam na krzesełku. Nie ustępowało a nawet jakby się wzmogło. Co robić ? doraźnie witamina C, aspiryna – nie da rady, są daleko w domu, nie ruszę się na razie, zresztą może przejdzie. Och, czytałam kiedyś, że jak się zakaszle, to się taki masaż serca zrobi. Zakaszlałam. Zabolało jak diabli, aż spadłam z krzesełka. Leże więc i rozmyślam, co dalej. Próbuję się dźwignąć, ale opadam. Bo ciągle boli.
Jakiś trzask słyszę, okno się otwiera i głos sąsiadki :
– Pani Lukrecjo, co się stało?
Chciałam zamachać do niej ręką, że słyszę . Zamachałam? W każdym razie ból nagle ustał.
I dalej już przepisowo : ciemny tunel, a w oddali światełko. Więc idę, idę, idę…
Wychodzę z tunelu i widzę przed sobą bramę. Piękną, ogromną, ozdobioną płaskorzeźbami i okuciami, które lśnią jak złoto. Podchodzę bliżej, żeby się przyjrzeć, a ona sama bezszelestnie się otwiera.
A za bramą – sala – wielka, piękna, jasna, choć źródła światła nigdzie nie widać. Daleko, pod ścianą wielkie biurko stoi. Za biurkiem siedzi pan, starszy już, ale bardzo przystojny, garnitur z płótna lnianego w kolorze ecru, koszula jaśniejsza o ton, ale nie biała, krawat beż z brązową prążką. Harmonia barw bez zarzutu.
No i ten pan zrywa się i biegnie w moim kierunku z wyciągniętą ręką
– Witamy, witamy – Piotr jestem. Święty – a złocista poświata dookoła głowy mu pełga.
I prowadzi do krzesła rzeźbionego, wysciełanego aksamitem – proszę siadać – dodaje i widząc moje skrępowanie stanem ubioru prosto z ogródka – spokojnie, tu się nic nie pobrudzi. – No to siadam, nie zważając więcej na poplamione sokiem z trawy dżinsy, wyciągnięty tiszert, tenisówki zniszczone, jeszcze dobrze, że w psią kupkę nie wdepnęłam.
– No tak, to był zawał, wiem, że bolesne (tu przytaknęłam) – Ale krótko trwało – dodał tonem ucinającym dalszą na ten temat dyskusję – bywa gorzej.
– Pewnie, mogłoby być wiele gorzej – zgodziłam się – ale taki nagły zgon, bez spowiedzi i sakramentów…
– Już dawno nie jest wymagane – oświadczył. Wiele się zmieniło. Choćby ja : tam u was cięgle jestem przedstawiany jaki siwy, zarośnięty starzec w opończy. Tak jest przecie
ż o wiele lepiej – dodał spoglądając po sobie z ukontentowaniem.
– No więc witamy szanowna panią w raju.
– W raju? Zdziwiłam się – zasłużyłam na raj, bez czyśćca? Nie, no bo na piekło to raczej nie.
– Droga pani – odparł święty – piekło i czyściec już dawno zlikwidowane. Za drogo było, rachunek ekonomiczny, zresztą komu to tłumaczę – uśmiechnął się.
– Jak to i co teraz jest? – zapytałam oszołomiona
– Skansen. Można zwiedzać w wolnych chwilach. Ciekawe i pouczające. Było zresztą trochę problemów, tuż po likwidacji, niektóre do dziś zostały nierozwiązane, mam na myśli wzrost bezrobocia. Najstarsze diabły przeszły na emeryturę, średnie znalazły zatrudnienie w skansenie, ale cała rzesza młodych… Ale i tak jest lepiej. Sumy łożone na działanie piekła zwiększały się z roku na rok. Wzrost cen energii, tak, tak tu też. Obecnie organizujemy szkolenia dla młodych diabłów i wielu już się przekwalifikowało. Pracują teraz w raju. Niestety reszta na zasiłku. No, ale przejdźmy do załatwiania formalności. Odwrócił się do stojącej za nim szafy, otworzył drzwiczki i wyjął podłużne pudełko. Włączył komputer i przez chwilę szukał, stukając klawiszami i przeglądając przewijaną listę.
– Przepraszam – zwrócił się do mnie – poproszę numer pesel – podałam – no, już mam – ucieszył się.
– Jeszcze poproszę nazwisko panieńskie matki – podałam – W porządku.
Wziął pudełko i przysunął do czytnika kodów kreskowych. Maszynka pisnęła coś w rodzaju „ping”. Wcisnął ENTER i rozpakował pudełko. Wewnątrz był pilot.
– Przeszliśmy na samoobsługę. Każdy nowoprzyjęty dostaje pilota. Tym pilotem uruchamia sobie rozmaite funkcje, na przykład wspomnienia które może przeżywać po raz wtóry, może ingerować, jeśli chce, żeby odwrócić to, co było złe. Takie przepracowanie życia, to z jednej strony pokuta i żal za grzechy, z drugiej możliwość zadośćuczynienia, naprawienia tego, co było złe, ale również radość tam, gdzie było wszystko w porządku. Wybrać trzeba datę w formacie DD-MM-RRRR i po chwili będzie akcja. Jak się chce tylko oglądać, to wystarczy, jak się chce ingerować to tu jest funkcja „POPRAW” .Kończy EXIT.
Z innych możliwości to tu jest klawisz „STOLICZKU NAKRYJ SIĘ” Jedzenia i picia tu nie potrzeba, ale wychodząc naprzeciw upodobaniom wielu naszych pensjonariuszy dołączyliśmy i to. W standardzie jest wino, sery, zioła, oliwa. Smak i zapach identyczny z naturalnym. Można zmienić zestaw na przykład na sznycel wiedeński, zaraz jak się to zmienia – szukał przez chwilę, w końcu powiedział
– Nie, nie mogę znaleźć, jakoś przez MENU się wchodziło. Po wybraniu „0” zgłosi się konsultant, to powie, Rozumie pani, ja mam niejakie trudności w obsłudze, mam już przecież ponad 2000 lat. Konsultantami jest młodzież, wiedza wszystko, ot po prostu tak sami z siebie, dodam, że najlepiej radzą sobie właśnie te przekwalifikowane diabełki.
– A co się dzieje z najgorszymi grzesznikami, takimi co kiedyś lądowali w piekle, w kręgu ósmym i dziewiątym? No bo w końcu te diabełki kogoś obsługiwały.
– Ach, oni nie dostają pilota
– I to jest kara?
– Pros
zę mi wierzyć, tak. Wieczność bez pilota, to naprawdę nie ma czego zazdrościć.
Wyprostował się w fotelu i uśmiechnął się.
– Chyba już wszystko. Resztę wyjaśni konsultant. On też będzie sprawował opiekę.
Nacisnął dzwonek i w drzwiach ukazał się aniołek. Piękny, bielutki. W złotych włosach lśniły refleksy. Tylko jakieś miedziane były, te refleksy. Oczy z bliska okazały się żółte, a źrenice pionowe. Czyli diabełek po szkoleniu. Przyłapałam się na spoglądaniu czy spośród tych miedzianych splotów nie wystają różki, ale nie.
– Nazywam się Psiapora – rzekł, kłaniając się grzecznie – zaprowadzę panią na miejsce wiecznego odpoczywania.
Poszliśmy. W wielkim hallu marmurowa podłoga nie była przykryta dywanem i wyraźnie słyszałam stukot kopytek. Miejsce wiecznego odpoczywania było – no właśnie. Nie było pokojem. Z białej mgły wyłonił się biały fotel z podłokietnikami i przesuwanym blatem. Siadłam, podwijając nogi. Było naprawdę wygodnie.
– Pilota należy skierować tak prosto przed siebie – powiedział Psiapora i wybrał jakąś datę.
Oglądałam różne obrazy, ćwiczyłam funkcję POPRAW. W miarę upływu czasu kontury sprzętów zacierały się, poczułam się zmęczona, poprosiłam Psiaporę o zakończenie na dzisiaj.
– Chyba rzeczywiście dość jak na początek – powiedział – W takim układzie się pożegnam. W razie potrzeby proszę wybrać „0”, przylecę piorunem.
Odszedł, a mgła zasunęła się za nim. Skąd się wzięła ta mgła ? Gęstniała z minuty na minutę. Ledwie widziałam, własne kolana i ściskanego w garści pilota. Strach, że jeśli wypadnie mi z ręki, to go nie odnajdę graniczył z paniką „Wieczność bez pilota, to naprawdę nie ma czego zazdrościć.” brzmiało mi w uszach. Jak najgorsi grzesznicy, „Wieczność bez pilota”. Chociaż przecież już nie oddychałam, czułam, że się duszę, a ta białość oblepiała mnie coraz szczelniej. Po chwili już nie widziałam poszczególnych przycisków. Zero, jak wcisnę 0, to Psiapora przyjdzie, ale 0 też nie było widać.
I wtedy przypomniałam sobie, że przyciski z cyframi są ustawione w czworobok 3 x 3, a 0 jest pod nimi, pośrodku, bez żadnego sąsiedztwa. Przesunęłam palcami i odnalazłam je.
Potem przypomniałam sobie ,że STOLICZKU NAKRYJ SIĘ było po prawej, takie większe i okrągłe. Kieliszek wina, o tak, byłby w tej chwili tym, co by mi dobrze zrobiło . Smak i zapach identyczny z naturalnym a inne efekty też?
Nacisnęłam. Po chwili wynurzył się z mgły ciemny kształt i robił się coraz bliższy i wyraźniejszy. Mały stolik przykryty serwetką, butelka z zielonego szkła, pełna ciemnego płynu, miseczka z oliwkami i pokruszonym serem. Zapachniało bazylią. Identycznie, jak w naturze. Wino było półwytrawne, wolałabym wytrawne, ale będę zmieniać następnym razem. Zaszumiało w głowie identycznie jak naturalnie. Zagryzłam oliwką.
Kiedy na salę wkroczył najwyższy Naczelnik Wydziału Zbawczej Profilaktyki, wszyscy zgromadzeni z szacunkiem ucichli. Naczelnik – stary, doświadczony Anioł Stróż,który pochował już niezliczone ilości swoich podopiecznych, a wielu z nich później do służby skaptował, przeszedł wszystkie szczeble Wydziału. Był już zmęczony i niezbyt energiczny. Szybko powitał zebranych i przekazał prowadzenie jednemu ze swoich sekretarzy.
– Powodem, który zebrał tu nas, wszystkich Naczelników Średniego Szczebla oraz Kierowników Delegatur, jest bardzo marna sytuacja kadrowa Wydziału – zaczął bez zbędnych wstępów prelegent.
– Ludzie rodzą się bez opamiętania,a że każdemu przysługuje prawo do opieki, potrzeby są ogromne.Przez długie lata wystarczało stałą opieką otaczać tylko najważniejszych ludzi, pozostałych doglądając jedynie dorywczo.Jeszcze niedawno kmiotek czy robociarz nie byli w stanie zauważyć braku stałego doglądania. Niestety, ta komfortowa dla Wydziału sytuacja zakończyła się definitywnie.
Rozwój błyskawicznej komunikacji elektronicznej (zaprawdę, diabelski to wynalazek!) sprawił, że nie wystarczy już jeden funkcjonariusz na cała wieś czy posterunek na miasteczko. Ludzie żądają indywidualnej ochrony – a niestety, Szef Szefów im ją pochopnie obiecał!
Do tego nabór niezbędnie potrzebnych nowych kadr jest szalenie utrudniony. Po prostu nie ma kim pracować! Do służby trafiają jednostki wręcz niezbyt zdatne, nieprzygotowane, w efekcie znudzone i niesumienne. Jako przykład chciałbym kolegom przedstawić przypadek funkcjonariusza Stupidyna, wyraziście ilustrujący nasze bolączki kadrowe.
Stupidyn został przeszkolony w zakresie służby w mieście; uzyskał wynik marny, ale pozytywny. Skierowano go do opieki nad przeciętną rodziną miejską – nietrudna na pozór misja, tam nawet dzieci jeszcze nie było, kobieta spokojna, mąż pije umiarkowanie. Po trzech latach opieki był już tak znudzony, że sprowokował podopiecznego do wyskoczenia przez okno, dokonując w ten sposób najcięższego naruszenia zasad Wydziału!
Doprowadzony po tym niefortunnym wypadku przed Komisję Etyki, Stupido bezczelnie tłumaczył, że chciał tylko zbadać granice głupoty, którą można wcisnąć człowiekowi, nazywającego samego siebie „rozumnym”.
Bezpośrednim powodem tego nadzwyczajnego zebrania jest uzasadnione przypuszczenie, że pomysły podobnych badań mogą się niestety pojawić w głowach innych naszych funkcjonariuszy – Stupidyn wspomniał coś o tajnym „Kole Naukowym im. Karola Darwina” zajmującym się tym zagadnieniem, które działało w Akademii podczas jego nauki. W tej chwili niestety trudno wydobyć z niego jakieś szczegóły. Dlatego w imieniu Naczelnika nakazuję panom wzmożenie osobistej kontroli nad podległymi wam służbami. Strach pomyśleć, do czego może doprowadzić masowe testowanie granic głupoty ludzkiej, zwłaszcza skumulowane na terytorium jednego kraju!
Słyszę pytanie z sali o los funkcjonariusza Stupidyna. No cóż… na razie uniknął odpowiedzialności służbowej. Jest w bardzo złym stanie. Tuż przed zakończeniem jego bezsensownego testu okazało się, że przechodząca w pobliżu wysoka brunetka (tak, tak! brunetka!) była zakamuflowanym sługą mocy pogańskich. Ci zawsze zrobią wszystko,by się przeciwstawić naszym, nasienie przeklęte! Dysponując zarówno przewagą doświadczenia i wiedzy, jak i zaskoczeniem, nie dość, że odstawiła człowieka w całości z powrotem do łóżka,to jeszcze Stupidynem cisnęła o ziemię z taką zajadłością, że nieszczęśnik wbił się w samochód i z wielkim trudem się ewakuował. Obecnie jest w szoku i z rzadka udaje się nawiązać z nim kontakt.
Pamiętajcie! Cokolwiek zaplanujecie,siły pogaństwa i piekła zrobią wszystko, aby się to nie udało.Dlatego czujność jest naszym podstawowym obowiązkiem. To my powinniśmy być skuteczniejsi! W każdej sprawie!
Czy są jeszcze jakieś pytania? Nie, żaden z tutejszych Oddziałów nie może liczyć na posiłki z US Salvation Army. Oni tam też mają masę własnych problemów.
Skoro nie ma więcej pytań, ogłaszam zakończenie odprawy. Życzę samych sukcesów w dalszej służbie. Do następnego spotkania!
Pewnego dnia człowiek, który szukał szczęścia wpadł na pomysł. – Bóg musi mieć receptę na szczęście. Idę do niego – powiedział. Szedł wiele dni aż napotkał lwa. – Hej człowieku! Dokąd pędzisz? – zapytał lew. – Idę do Boga po receptę na szczęście – odpowiedział człowiek. – Poczekaj, mam małą prośbę – rzekł lew. Straciłem apetyt. Spytaj go co mam zrobić. – Spytam go – odparł człowiek i podążył dalej; Szedł aż napotkał usychający baobab. – Coś wielkiego uwiera mnie pod korzeniami. Usycham! Wybaw mnie od cierpienia! – Kiedy nie mogę – odrzekł człowiek. Idę do Boga po receptę na szczęście – powiedział i odszedł. Goniło go błaganie baobabu. – Spytaj Boga co mam zrobić… Człowiek szedł dalej aż napotkał piękną dziewczynę. Dziewczyna płakała. Gdy go spostrzegła zawołała. – Mógłbyś mi pomóc? Szukam męża, bo już wkrótce będę stara! – Nic z tego. Idę do Boga po receptę na szczęście. Przede mną długa droga – wymamrotał i szybko odszedł. Usłyszał jeszcze prośbę dziewczyny, aby w jej imieniu poprosił Boga o radę. Wreszcie dotarł na miejsce. – Witaj – rzekł uprzejmie Bóg. W czym mogę ci pomóc? Szukam recepty na szczęście – odpowiedział człowiek. – Hmmm – zastanowił się Bóg. Ono jest o krok od twojego nosa. Musisz je tylko złapać! Człowiek ucieszył się, że szczęście jest tak blisko i przypomniał sobie lwa, baobab i dziewczynę. Opowiedział o ich kłopotach. Bóg rzekł: – Powiedz dziewczynie, że jest najpiękniejsza i ma najlepsze serce. Pierwszy mężczyzna, którego napotka po usłyszeniu tych słów, będzie jej mężem. Drzewu powiedz, że pod jego korzeniami jest ukryty największy skarb na ziemi. Ktoś musi go odkopać… Lwu przekaż, że jeśli zje pierwszą napotkaną osobę, natychmiast odzyska apetyt. Człowiek był tak podniecony, że nie zastanowił się nad słowami Boga. Chciał jak najszybciej złapać szczęście, więc zaczął biec. Po kilku godzinach napotkał dziewczynę, która spytała: – Hej, no i jak? – Bóg powiedział, że szczęście jest tuż przede mną. Śpieszę się, żeby mi nie uciekło – wysapał człowiek. – A spytałeś Boga o mnie? – zapytało nieśmiało dziewczyna. – Owszem – rzekł człowiek. Bóg powiedział, że jesteś najpiejniejsza i masz najlepsze serce. Pierwszy mężczyzna, którego spotkasz, po usłyszeniu tych słów, to idealny kandydat na męża. – Zaczekaj – powiedziała dziewczyna. Przecież to właśnie ty! Mężczyzna odrzekł: – O, może nie teraz. Muszę gonić moje szczęście. Wrócę gdy je złapię. Po kilku dniach spotkał usychający baobab. Ten zapytał: – Spotkałeś Boga? Znalazłeś szczęście? – Spieszę się – wydyszał człowiek. Bóg powiedział, że szczęście jest tuż-tuż. – Spytałeś o mnie? – Bóg powiedział, że pod twoimi korzeniami jest ukryty skarb. Ktoś musi go odkopać i będziesz mógł się napić. – Kop – rzekł baobab. Będziesz bogaty a mnie ulżysz! – Nie teraz. Najpierw muszę dogonić szczęście, które mi umyka. Aż wreszcie spotkał lwa. Wynędzniały lew zapytał słabym głosem: – Spotkałeś Boga? – Spieszę się! – krzyknął człowiek. – A spytałeś o mój problem? – O tak – odrzekł człowiek. Bóg powiedział, że musisz zjeść pierwszego napotkanego człowieka a odzyskasz apetyt.
I tak historia człowieka, który gnał za szczęściem, dobiegła końca.
Zwyczajny, codzienny łomot krzątaniny żoninej w kuchni obudził wreszcie Zenka. Chwilę leżał, usiłując strząsnąć z siebie wrażenie, pozostawione mu po sennych majakach. Noc była okropna! Na szczęście minęła – było już nawet całkiem późno.
Zenek wstał, obmył oczy i poszedł do kuchni czegoś się napić – suchość w gardle stanowiła niepokojący łącznik z zapamiętanym koszmarem. Krycha znad zlewu popatrzyła na niego spod oka.
– No, nareszcie wstałeś. Spałeś jak zabity!
– Daj spokój, wiesz, że wczoraj późno wróciłem…
– Wiem, wiem, za świeży też nie byłeś. Rano rzucałeś się okropnie po łóżku i krzyczałeś,ale obudzić to się ciebie nie dało…
– Krycha, daj spokój, pamiętam tylko,że miałem koszmarny sen.
– Później mi opowiesz, teraz siadaj i zjedz coś – obiad będzie późno.
Jakoś nie miał nastroju do komentowania opóźnienia. Siadł przy stole, kubek gorącej kawy wreszcie ukoił nieznośne uczucie suchości. Zjadł niewiele: kromkę chleba z serem, przegryzł kawałkiem papryki. Nie miał apetytu.
Żona chwilę jeszcze snuła wizje dramatycznych konsekwencji wieczorów spędzanych z kolegami, ze szczególnym uwzględnieniem wczorajszego gospodarza. Nagle przerwała, bo coś się jej przypomniało.
– Słuchaj, nawet nie wiesz, jak draka była na dole, kiedy spałeś!
– Gdzie na dole? – zapytał, zadowolony ze zmiany tematu.
– Koło naszej klatki. Ktoś coś chyba zrzucił z okna, Kowalskim okropnie dach wgięło w ich nowiutkiej Skodzie. A tak się chełpili, że stać ich na taki wypasiony model! Alarm wył, że umarłego by zbudziło. Ale ty, oczywiście, przetrzymałeś…
– I co? Nikt nic nie widział? Żadnych śladów? – Zenek chętnie nawiązał do bezpieczniejszego tematu.
– Nic. Ani kawałka tego czegoś, co spadło. Jak się ludzie zbiegli, była już tylko dziura w dachu.
– Ludzie boją się gadać. Na pewno ktoś coś widział. To auto stoi tam jeszcze?
– Nie. Kowalski odwiózł je do warsztatu. Ale stara Malinowska, ta z pierwszego piętra, wiesz, ona zawsze tam w oknie siedzi… więc ona twierdzi, że wypadku nie widziała, bo właśnie poszła sobie zrobić herbatę.
– No to miała plotkara pecha. Tyle godzin dziennie w oknie i taki spektakl ją ominął!
– No! Opowiadała, że aż wyszła na balkon, z tej ciekawości i mało nie wypadła. Ale jako jedyna miała okazje przyjrzeć się z bliska temu wgnieceniu. Twierdzi, że widziała wyraźny odcisk piór wielkiego skrzydła…
– Skrzydło? Pióra odciśnięte w blasze? Całkiem się babie pomieszało… I co by to miało być? Wielki ptak? Wrona, nawet spadając od nas, nie wgniotłaby samochodu.
– No tak, ale co się z tym czymś stało? Malinowska twierdzi, że musiało odlecieć…
* * * * *
Wieczorem przed spaniem Zenek już zupełnie odprężony przytulił się do żony i powiedział:
– Wiesz, muszę ci powiedzieć, co mnie tak we śnie wystraszyło. Przyśniło mi się, że wypadłem z okna. No sam nie wiem, czemu się do tego okna pchałem…
– To było potworne. Leciałem i tak strasznie się bałem, chciałem się na głos modlić i nie byłem w stanie, im dłużej leciałem, tym bardziej się bałem…
– To tylko sen, Zenek. Było, minęło. Ale jedno mnie w tej historii niepokoi. Kto to jest Izis?
– Izis? Skąd ci do głowy przyszło to imię?
– Jak się rano rzucałeś po łóżku,gadałeś na cały głos: Izis, poratuj! Izis, zmiłuj się! Izis ,wybaw! I jeszcze coś o skorpionach… Tylko nie wciskaj mi kitu o Egipcie. Przecież ciebie, łachudro, nigdy nie było stać nawet na pomyślenie o wycieczce do Egiptu…
Serce me spało, a moja myśltonęła gdzieś w lazurze,nagle ujrzałem przy sobie tużskromniutką czarną różę.Wspaniałą krasą jej kwiat i liśćbynajmniej się nie płoni,a przecież dziwny jakiś czarprzykuwa wzrok mój do niej.Czarna różyczko! zerwę cię,na piersi przypnę sennej – serce się budzi – cóż to? ma dłońchwyta za kwiat kamienny!Odchodzę smutny – w tej chwili znówz kamienia kwiat wykwita;wracam – i znowu moja dłońza zimny kamień chwyta.
K. Przerwa-Tetmajer
Sobotnie ranki zawsze bywają ciężkie…
Tego dnia Zenek obudził się nad ranem – gdzieś koło jedenastej nad ranem – w wyjątkowo kiepskim stanie. Walczył chwilę z niedającą się unieść powieką, potem z uzyskaniem pionu. Gdy i to się udało, powlókł się do kuchni spłukać nieznośną suchość gardła, zupełnie skądinąd niezasłużoną – wszak zwilżał je wczoraj bardzo intensywnie…
Otwierając lodówkę, kątem oka zauważył jakiś ruch za oknem. Ktoś biega po rusztowaniu – pomyślał. Po chwili namysłu odrzucił tę interpretację – remont był wszak u kumpla gdzie wczoraj biesiadowali, przy domu Zenka jeszcze wczoraj żadnych rusztowań nie było, zresztą to X piętro: cztery dni by stawiali, co najmniej…
Jednak za oknem ktoś był. Zenek wiedziony ciekawością podszedł bliżej, obie powieki miał już całkowicie uniesione. Było się czemu dziwić! Za oknem, niedbale pomachując ramionami, uśmiechał się nieco gamoniowaty młody chłopak z dość długimi, pofalowanymi włosami. Zenek otworzył okno.
– Czego? – powitał intruza najuprzejmiej, jak pozwalał mu jego aktualny stosunek do świata.
Chłopak wcale się nie przejął, z nieśmiałym uśmiechem odpowiedział grzecznym „Dzień dobry”. Jego gapowaty uśmiech dziwnie Zenka udobruchał.
– Co ty tu robisz? – zapytał, wciąż nie mogąc zinterpretować sytuacji.
– Latam sobie – odpowiedział chłopak, nadal leniwie ruszając ramionami.
– A to tak można? – zdziwił się Zenek.
– Można… Widzisz chyba.
– I każdy tak może?
– Eee… każdy… trzeba tylko chcieć…
– I ja tak mogę? – Zenek był wyraźnie zaintrygowany.
– No pewnie!
Zapewne niedobudzenie, a również nieznośne poczucie splątania własnych nóg wzmogło Zenkową ciekawość.
– Jak to się robi?
– Normalnie. Wyjdź przez okno, potem ruszaj ramionami, tak jak ja – chłopak zademonstrował nieco szybsze ruchy (był znacznie chudszy od Zenka!). W efekcie przesunął się nieco w górę.
Niewiele myśląc (ach, ten wysiłek!) Zenek wygramolił się na parapet i zrobił ostrożny krok do przodu. Nie zdążył nawet skonstatować, że rozpaczliwe machanie rękami niewiele daje…
Na dole zawył autoalarm uderzonego samochodu. Zanim podbiegli pierwsi sąsiedzi, chłopak zza okna popatrzył z pewnym niesmakiem w dół i powiedział, już sam do siebie:
– Trzeba przyznać, że jak na Anioła Stróża, to jestem wyjątkową świnią…
… Bo ta temu hłopu beło Maciek .
– Co ?
– Spis?
– E coz byk robieł?
Po fili zaś znowa:
– Maciek !
– Co ?
– E coz ta spis telo ?
– Je dy od tego noc.
I zas znowa po filce:
– Maciuś!
– Co?
– Jakoz bedzie?
– E s cym ?
– E s tym.
– z jakiem tym ?
– E s tym, po coś sie zeneł.
– Ehe ! – meśli diaboł. – O to ci idzie! Je – pado – e to mi trza bełokazować całom noc jedne tańcyć, zaś pote cały dzień orać, a jesce i drwa rabac, a pojeść toś mi dała kie musycy.
A baba doń : E ty węIgierska śmierzć zatracona, to ty haw jesce ze zembami do mnie ! Ty niemrawo.Tyrłaku prześlongły! Niedomrozku ! Ty Maciejisko ! I obróciła sie ku niemu, za loskom mówięcy, rzyciom.
– No dobrze – mesli diaboł – Niegze sie gniewa.To nie na długo tyj służby.
Nie wysło dwa pacierza, baba : Maciuś !
– Tuk dopiero beł Maciejisko, tujek Maciuś – mesli diasek. – Co tys ta zaś ?
– Maciuś – gwarzi baba – podze – Dam ci jutro moskolicek z masłem…..
I rencami po nim jeszie, nie przebiero nic….
Widzi diaboł, ze spać nie do, meśli se: Uląze babo, dogodzem ci roz, cobyś dała pokój…
Wzion i zrobieł, co trza, lóg, kce spać .
Kwilecke ta uspał, zaś znowa słisy : Maciuś !
– Je krotni milońscy. Je co ?
A bab doń ; Maciuś! Rad byś jeść moskolicek z masłem ?
– Je dygo ta jus i tak beem jad!
– Ale jesco nie telo ! Ize spyrkom!
Diabłu sie spyrki nie fciało, ale coz bees robieł ?
Wzion, wyzwyrtał babe drugi roz, no – meśli se – teraz juz be ciho do rania.
Wtulił pysk w zagłówek, spi.
A tu nad usyskami : Maciuś !
O! Pokielze trgo bedzie?! Wiera tyn hłop dobrze radzieł, ze go dokucyło! Nie obzywa sie nic.
– Maciuś !
On nic.
– Maciek !
– Nic.
– Słysys?
Nic.
Ale sie diaboł nie naspodział, co sie nie zrobi. Kie sie baba nie dźwignie na pościeli, kie nie kopnie wysy łydka.Do razu diaboł z pościele na dyel zjahał.
A ty dziadygo, ty judasie ! krzicy baba – Hań siedź, kieś pościele niegodny!
Siad diasek na dylak, bo hań podłogi forztownyj nie mieli, po boku sie maco, bo sie godnie stłuk spadujący i meśli se : Haw źle i hań niedobrze…A tu baba wpłac! Jojcy – O ja hudobno, niescynśliwo, o po coz mnie tys ojcowie za cie wydali ! A dobrze padała niebozycka stryna: Nie dejcie Kundy za Maćka! bo to dziad! o raty, raty ! O mamo moja !
A tu baba by juz na uwzientego i babkom mogła być, jino ze dzieci nie mieli.
Tak jojcy, tak jojcy, diasek na forztak siedzi, zimno mu, twardo, ozmyśluje, jaze go nagniewało syćko.
– Je cie diabli wzieni ! – pado babie – Tu jedne noc tąńc, tu pote cały dzien rób, jedz telo co nic, a na drugom noc figluj, a pote znowu ku pługu ?Je dyby jo sie haw cysto pieknie zdar !
Wzion, sjon kosule, zrucieł gacie napośród izby, hup ku oknu, fuk sparom w pole! Leci ku hłopu, w doline.
Hłopisko se przi wtrze lezy, fajke pokurzuje.
Zacudował sie, kie ujźrał.
– Tuś?
– Hawek – pado diaboł – pójdź pod wante!
– Ze jako ? Nie wytrzimiesz tyk trzok dni ? – smieje sie hłop.
– Pódź pod wante – pado diaboł, nie radzi do niego nic.
– Cyś tak do wyhipka leciał, co ani przegwarzić nie możes ? – pyta sie hłop.
– E bracie! – pado mu diasek. – Dobrześ ty padał, co kieby jo na twojim miejscu beł, tobyk sie nie roz, ale trzi tazy objesił.! Ani dwie słowie! Stawka twoja ! Pódź!……………………………………
Jerzy to umysł twórczy, potrafiący zjednać sobie sprzymierzeńców, dzięki temu potrafi zdobyć pieniądze, które po prostu kocha. Prócz pieniędzy ma też sporo przyjaciół, których przyciąga nie tylko kasą, ale również wyszukanym humorem
Nasz Jerzy ma dziś liczbę imienia siedem. Siódemka (oprócz innych znaczeń) to liczba intelektualistów i mózgowców, ludzi, którzy na świat patrzą z pewnego dystansu, okiem chłodnym i krytycznym.
Imię Jerzy jest często spotykane wśród badaczy zagadek,którzy wnikliwym umysłem prześwietlają rzeczywistość. Typowy Jerzy zwykle wyróżnia się w otoczeniu tym, że więcej wie , potrafi dalej sięgnąć wyobraźnią w przyszłość i przewidzieć skutki własnych i cudzych posunięć. Święty Jerzy był wojownikiem; dzisiejsi Jerzowie raczej mają naturę graczy i strategów. Ich najmocniejszą stroną jest rozsądek: nie ulęgają złudzeniom, są odporni na namowy i obietnice, nie dają się nabierać . Nie są też sztywni ani konserwatywni,i potrafią łączyć bystrość z odwagą i zdecydowaniem.(!!!) Zwykle dobrze sobie radzą w takich miejscach, gdzie toczą się gry polityczne lub biznesowe. Górują nad konkurencją tym, że nie wpadają w panikę, zachowują zimną krew, i nie ryzykują bez potrzeby. Wielu Jerzych potrafi przewiercić człowieka wzrokiem i w ich obecności trudno cokolwiek ukrywać. Kobieta potrafi docenić w Jerzym to, co ma on z wojownika , natomiast świat, w którym Jerzy się obraca, jego zainteresowania i pasje, są jej zazwyczaj obce i nie stara się za nim nadążyć…
Charakter: Mężczyźni o tym imieniu są sprawiedliwi, wrażliwi i żądni wiedzy. Mogą zostać doskonałymi psychologami, adwokatami, a nawet księżmi. Także dziennikarzami, nauczycielami, „wygadanymi” działaczami – wszystkie te zawody wymagają bowiem łatwości wysławiania się.Lubią wystawne życie, są błyskotliwi i elokwentni. W życiu rodzinnym wspaniali jako mężowie i ojcowie….
Moja fajka
Moja fajka to stary i wierny towarzysz –
Nie opuszcza mnie nigdy w doli i niedoli.
Zarówno gdy mnie życie radością okoli
I gdy ty : kumo : – trosko w sercu gospodarzysz.
Wykurza myśli smętne jak natrętne muchy,
Po szale pocałunków równowagę zwraca,
Chwile jałowej nudy czarodziejsko skraca,
&
nbsp; W siwych dymach przeszłości mej wskrzeszając duchy.
Milszy mi prosty bakuń z mej staruchy fajki
Niż urokliwe opium, niż wschodnie haszysze,
Gdy wraz z dymem wysoko gdzieś w powietrzu wiszę
I przeżywam po cichu moje własne bajki.
A czasem to się bawię z nią w lokomotywę –
Wypuszczam kłęby dymu, dymu całe chmury
I z hukiem monotonnym mknę przez mosty, góry
Mijam czarne tunele i dworce zgiełkliwe.
Przez cudaczne stolice znane mi z atlasu,
Przez cudne okolice oglądane w kinach,
Po lśniących w niedkończoność ciągnących się szynach
Lece gdzieś, gdzie już nie ma przestrzeni ni czasu.
Bolesław Wieniawa Długoszowski
– Je – tok trefieł – myśli diaboł – na hipkacke.Je to se ta potąńcem kolwiek. – Poseł, ubrał sie pieknie, odzienie nowe hłopowe z zyrdki sjon, wyzdajał sie, wybryzował, jak to na wesele..Jaze sie sam do siebie ośmiał.
Baba samo to, po świentalnemu, pod stązkami, bo kajsi pono w Zarze beło, buty żólte, a korole na syji.
– Je to tu na nik biedy nie mas – mesli diaboł
Uzaprzongał konia, siedli, pojechali.Diaboł wióz, bo tak koń seł, jaze bahra w kołak zwoniły.
Całom noc musiał diaboł tańcyć..Bo ta nie jino tańceli, ale sie i bawili, to w dziada, to w kota i myske, to zaś i w ryktara, selinijako, to znowu śtajera, polonesa śli i niedźwiedzia trza beło za jinemi pokazować, a co se diaboł fciał siednąć, to baba ku niemu : Basomamzania ! Śtydu mi nie rób! Jus cie i tak ludzie za psie uho nie majom! Dziadu ! Delengusie ! Tąńc!
Kolwicek sie ta jej jus bał, to seł. Cysto pieknie sie zamordował.Bo ta i naucny nie beł tak. Haj. Całom noc tak sło, do biłeho rania – No – mesli se diasek – nic to. Zajedzieme du domu, to sie wyśpiem. Ti jino raz tak.
Ehę ! Zajehali do domu, zodziewa sie ze świentalnego baba, zodział sie diaboł i na pościel sie pha, a baba nań : Is! Is! Kazbyś sie phał. psie mieso jedne! A nie wies to, ze orba w polu ! Bier sie ! Bo ci haw zapłuźnika nik nie upytał !
Przypatrzeł sie diasek do baby, ale coz bees robieł ?Lewdy ta kielo telo pośniadać dała, już mój diaboł przi pługu.Oro. Jino se tyz ta moc nie zorał, bo niezwycajny beł za pługe hodzić.
Leci baba z połedninom.
– Kieloś zaorał ?
– Je to i to.
Jak baba nie weźnie teremtetować ! – Hej, ty, wietrzny młunie, weredo ! Psia kość zatracona ! Toś ty jino telo oborać zatela zdolał ?
– Jedyjek ani nie siad p pada diasek.
– Ba cos robieł ? Jeść toś ty piersy ! Na to toś hłop! A ku pługowi tos dziecko ? Zarbyś teroz, co ?!Jaskólce gniazdo jedno.! I praski garkem o ziem. Wylało sie. co prziniesła.
Ehę ! – mesli zaś diaboł – To tu tak za robote płacom? Ale to nic.Legnem se nałące, jscawu pozujem, to mi się nie bedzie jeść fciało.
Wiera se tys uzył! Do zahodu słonka na roli orać
musiał, bo babsko ukazało pokiela zorać ma, nie beło rady nijakiej. Idzie wieców do domu – drwa rąb !
Uzgibał sie przi pługu, to jesce nie telo trza beło. Kościska mu trzescały w grzibiecie, ale rąbałbo sie już baby na mój dusiu na ozaist bał.
Zawołała go na wiecerzom, pojad ta kąsecek, u baby kuhnia nie przestrono, telo jino, cobyś nie zdeh, mesli se: Teroz sie by wyśpiem.Baba paciorze smówiła, diasek ta w kąncie cosi po żydowsku uśwandrał, w rzecy ze sie modli, legli.On za hłopa przi babie. Wyciongnon sie, dorobiony beł telo co cud, ocy mruzy, mało co wysło: Maciek !
|
|
Najnowsze komentarze