Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

40 Męczenników…:)))


   
Z okazji dnia Mężczyzn – naszym niewątpliwie sympatycznym Panom –
 wszystkiego najlepszego (!!!!) i oczywiście wiosny:))) nie tylko w sercach:)))

Ekonomia poetyczna

 

 hehehe ,te godziny długie gdym,

   Tysiącem powściągany uzd,

Biedził się by staranny rym

   Trafiał w publiki gust!

Znużył mnie rymotwórczy trud –

Uprośćmy go ! Metodą  – skrót!

 

Gdy wers wydłuża się nadmier…,

   Przycinam go oparę syl.:

Wiem, że mnie w swej pedanter.

   Skarci każdy dr fil.,

Lecz pkmsł wyda się  bezcen.

Komuś, dla kodo czas to Pien.

 

Styl nadal czysty jest jak kryszt.

   I nie zatracadawnej subt.,

Sens wciąż logiczny i przejrzyst.,

   Zrozumie nawet głupt.;

Nie znajdzie u mnie błędów jęz.

Najsro,ższy kryt. lit. lub recenz.

 

Szerowkiej rzeszy wiernych czyt.

   Odsłaniam swój pisarski warsz.

I radzę innym twórcom lit.,

   Tak młódszym jak i starsz.,

By zastosowali mój syst.,

Z którego zysk jest oczywist.

 

O ileż więcej satysfa.

   Twórca dostarczy swej pobl.,

Gdy tę teorię wcieli w prak.

I każdy wiersz uszczupl.!

Stosując chwyt w postaci skaraj.,

Podwójnie zwiększy swą wydaj.!

 

Przy tym – oszczędnośc kolosal.

   W kosztach piór, atram. i papier.:

Gdyby to wiedział Dante Al.,

   Skróciłby swe „Infer.”,

Wudałby mniej pien.i wdzięczną ludz.

W o wiele mniesz.stop. by zanudz.

 

Również ty, dramaturgi sprób.

   Poety naśladować przykł.:

Widz łatwiej by uwagę skup.,

   Gdyby mógł zamiast zwykł.

Słów Ham. u Szeksp.usłyszeć ( cyt):

” Być albo nieb. – oto jest pyt”.!

 

Jeśli zas i powieścippis.

   Zacznie mój przykład nasladow.,

Bez trudu uda mu się wcis.

   W jednotomową pow.

Każdą trylogię albo tetr.:

Skrór – cud co w przód pchnie trud bell. lettr. !  

 

Harry Graham

 

 

 

 

 

 

Dzień Kobiet właśnie się zaczął!

To nic, że jeszcze prawie dwie godziny. Na Wyspie staramy się zrobić tak, żeby miłe rzeczy zdarzały się nieco szybciej : ) I dlatego – od Panów, dla Pań, z okazji tej okazji…

 

TEATRZYK ZIELONA GĘŚ NA EMERYTURZE
MA ZASZCZYT PRZEDSTAWIĆ
odnalezioną w przepastnych archiwach
a następnie starannie odkurzoną
przez dobrych ludzi
SIELANKĘ W JEDNYM AKCIE
PT.:
„NA POCZĄTKU MARCA POECI
ZACHOWUJĄ SIĘ CAŁKIEM JAK DZIECI”

KURTYNA
Idzie znacząco w górę, odsłaniając scenę usianą tu i ówdzie kępkami trawy. Wśród kępek stoi na czworakach profesor Bączyński, co i raz skłaniając głowę ku ziemi. Z jego boku klęczy młody poeta Gżegżółka z piórem, czystą kartką papieru oraz znękaną miną, traktując grzbiet profesora jak biurko. Z lewej strony wchodzi Osiełek Porfirion.

PORFIRION:
Cześć – profesorze oraz Gżegżółko
Na czółku czy rysować kółko?
Cóż za przyczyna nieodgadniona
Każe wam tworzyć Grupę Laokoona?

GŻEGŻÓŁKA:
wzdycha ciężko

PROFESOR:
Ku Matce-Ziemi skłaniam głowę
Gdyż mam metody naukowe.
Angelologia asumpt daje
By sądzić, że ten grunt odtaje,
Który grzać będę swym oddechem.

PORFIRION:
Omalże nie wybuchłem śmiechem!
Lecz tylko gbur się z druha śmieje.
Niech wiosna słońcem grunt ogrzeje,
Po cóż tu chuchać na czworakach?

PROFESOR:
Pokazuje na migi Porfirionowi, aby zbliżył ucho do profesorskich ust; scenicznym szeptem tłumaczy
Przyczyna jest nie lada jaka.
Chucham, aby w zasięgu wzroku
Pojawił mi się pierwszy krokus.
Bym – gdy już całkiem z ziemi wyjdzie –
Dał boskiej go Hermenegildzie!
Z dawna to uczuć moich obiekt…
A co dopiero na Dzień Kobiet!

PORFIRION:
wzruszony do głębi profesorskim poświęceniem
Ależ! Bączyński! Profesorze!
Wstawaj-że z ziemi, byle skorzej!
Nim wilka zdążysz z zimna złapać.
Patrz, co przyniosłem dzisiaj dla Pań!
Sięga za kulisy, co nie jest wcale trudne, zważywszy, że rzecz dzieje się w Najmniejszym Teatrze Świata i wyciąga olśniewający żółcią, świecący własnym światłem i tchnący wiosenną świeżością bukiet żonkili.

  


Fanfary, wszyscy stają na baczność, włącznie z Profesorem, co sprawia, że


GŻEGŻÓŁKA
wydaje rozpaczliwy jęk i deklamuje ze wzrokiem błędnym
Jakże ma stworzyć wiersz poeta
Gdy atmosfera całkiem nie ta?
W hałasie takim i zamęcie
Nie uda się to przedsięwzięcie!

PORFIRION:
Gdy grzmią fanfary, milkną muzy.
Nie szukaj jednak tu ekskuzy
Lecz żwawo! Pracuj pomyślunkiem
A my stworzymy ci warunki…

Za czym Porfirion wystawia zza kuli krzesło i stolik, na którym Gżegżółka siada, podczas gdy Profesor Bączyński, jako przedstawiciel angelologii stosowanej, zwabia Muzę z całkiem anielskimi skrzydłami i lirą. Osiełek i Profesor zachowują stosowne milczenie, Muza natycha, lira brzmi i już po chwili młody, zdolny, obiecujący poeta Gżegżółka wpada na znakomity pomysł i zaczyna pisać jak szalony. Mija kilka minut, publiczność na widowni zaczyna się niecierpliwić, kiedy

GŻEGŻÓŁKA
zrywa się z krzesła, staje w pozie dramatycznej i deklamuje:
W Dzień Kobiet czynię to zeznanie:
Kocham was wszystkie, nasze Panie
Na nic jedzenie, na nic spanie
Jeśli się nie śpi, nie je – dla Niej
Czy groźne lwice, czy też łanie
W mieście, czy w leśniczówce Pranie
Na krześle, w wannie, na tapczanie
W Dzień Kobiet – niech nam żyją Panie!

Następują owacje, damska część widowni mdleje, na scenę przemocą wdziera się poetka hermetyczno-sympatyczna Hermenegilda Kociubińska w celu wycałowania Gżegżółki, a i zyskania przy tej okazji części splendoru, Profesor Bączyński i Osiełek Porfirion rozdają omdlałym paniom żonkile z bukietu, przy wybrzmiewających brawach Kurtyna, niewątpliwie płci żeńskiej, nie opada, a tylko ociera łzy wzruszenia.

Dzień Kobiet właśnie się zaczął!

To nic, że jeszcze prawie dwie godziny. Na Wyspie staramy się zrobić tak, żeby miłe rzeczy zdarzały się nieco szybciej : ) I dlatego – od Panów, dla Pań, z okazji tej okazji…

 

TEATRZYK ZIELONA GĘŚ NA EMERYTURZE
MA ZASZCZYT PRZEDSTAWIĆ
odnalezioną w przepastnych archiwach
a następnie starannie odkurzoną
przez dobrych ludzi
SIELANKĘ W JEDNYM AKCIE
PT.:
„NA POCZĄTKU MARCA POECI
ZACHOWUJĄ SIĘ CAŁKIEM JAK DZIECI”

KURTYNA
Idzie znacząco w górę, odsłaniając scenę usianą tu i ówdzie kępkami trawy. Wśród kępek stoi na czworakach profesor Bączyński, co i raz skłaniając głowę ku ziemi. Z jego boku klęczy młody poeta Gżegżółka z piórem, czystą kartką papieru oraz znękaną miną, traktując grzbiet profesora jak biurko. Z lewej strony wchodzi Osiełek Porfirion.

PORFIRION:
Cześć – profesorze oraz Gżegżółko
Na czółku czy rysować kółko?
Cóż za przyczyna nieodgadniona
Każe wam tworzyć Grupę Laokoona?

GŻEGŻÓŁKA:
wzdycha ciężko

PROFESOR:
Ku Matce-Ziemi skłaniam głowę
Gdyż mam metody naukowe.
Angelologia asumpt daje
By sądzić, że ten grunt odtaje,
Który grzać będę swym oddechem.

PORFIRION:
Omalże nie wybuchłem śmiechem!
Lecz tylko gbur się z druha śmieje.
Niech wiosna słońcem grunt ogrzeje,
Po cóż tu chuchać na czworakach?

PROFESOR:
Pokazuje na migi Porfirionowi, aby zbliżył ucho do profesorskich ust; scenicznym szeptem tłumaczy
Przyczyna jest nie lada jaka.
Chucham, aby w zasięgu wzroku
Pojawił mi się pierwszy krokus.
Bym – gdy już całkiem z ziemi wyjdzie –
Dał boskiej go Hermenegildzie!
Z dawna to uczuć moich obiekt…
A co dopiero na Dzień Kobiet!

PORFIRION:
wzruszony do głębi profesorskim poświęceniem
Ależ! Bączyński! Profesorze!
Wstawaj-że z ziemi, byle skorzej!
Nim wilka zdążysz z zimna złapać.
Patrz, co przyniosłem dzisiaj dla Pań!
Sięga za kulisy, co nie jest wcale trudne, zważywszy, że rzecz dzieje się w Najmniejszym Teatrze Świata i wyciąga olśniewający żółcią, świecący własnym światłem i tchnący wiosenną świeżością bukiet żonkili.

  


Fanfary, wszyscy stają na baczność, włącznie z Profesorem, co sprawia, że


GŻEGŻÓŁKA
wydaje rozpaczliwy jęk i deklamuje ze wzrokiem błędnym
Jakże ma stworzyć wiersz poeta
Gdy atmosfera całkiem nie ta?
W hałasie takim i zamęcie
Nie uda się to przedsięwzięcie!

PORFIRION:
Gdy grzmią fanfary, milkną muzy.
Nie szukaj jednak tu ekskuzy
Lecz żwawo! Pracuj pomyślunkiem
A my stworzymy ci warunki…

Za czym Porfirion wystawia zza kuli krzesło i stolik, na którym Gżegżółka siada, podczas gdy Profesor Bączyński, jako przedstawiciel angelologii stosowanej, zwabia Muzę z całkiem anielskimi skrzydłami i lirą. Osiełek i Profesor zachowują stosowne milczenie, Muza natycha, lira brzmi i już po chwili młody, zdolny, obiecujący poeta Gżegżółka wpada na znakomity pomysł i zaczyna pisać jak szalony. Mija kilka minut, publiczność na widowni zaczyna się niecierpliwić, kiedy

GŻEGŻÓŁKA
zrywa się z krzesła, staje w pozie dramatycznej i deklamuje:
W Dzień Kobiet czynię to zeznanie:
Kocham was wszystkie, nasze Panie
Na nic jedzenie, na nic spanie
Jeśli się nie śpi, nie je – dla Niej
Czy groźne lwice, czy też łanie
W mieście, czy w leśniczówce Pranie
Na krześle, w wannie, na tapczanie
W Dzień Kobiet – niech nam żyją Panie!

Następują owacje, damska część widowni mdleje, na scenę przemocą wdziera się poetka hermetyczno-sympatyczna Hermenegilda Kociubińska w celu wycałowania Gżegżółki, a i zyskania przy tej okazji części splendoru, Profesor Bączyński i Osiełek Porfirion rozdają omdlałym paniom żonkile z bukietu, przy wybrzmiewających brawach Kurtyna, niewątpliwie płci żeńskiej, nie opada, a tylko ociera łzy wzruszenia.

Los, przeznaczenie…

Mój Pajacyk papierowy na sznurku

Od czasu do czasuktoś się wiesza. Nawet nie dlatego, że musiał, bo wiedział za dużo, ale takzwyczajnie, po ludzku. I dynda w drzwiach do łazienki tarasując przejście innymużytkownikom.

Jakie manewry mogą wtej sytuacji wykonać owi użytkownicy?

Zwykle odchylająciało wisielca na bok przytulając je odrobinę do framugi drzwi i zgrabnymmykiem przedostają się do upragnionych urządzeń sanitarnych.

Bo, jak to w takichsytuacjach bywa, nim sie wisielca odczepi, wypada zadzwonić do organkówścigania z zawiadomieniem o utrudnianiu korzystania z pomieszczeń.

Policjanci, poustaleniu rodzaju przeszkody muszą obowiązkowo zawiadomić prokuratora, a tenobowiązkowo asystować przy odpinaniu wisielca z postronka.

Nim jednak doszło dowizyty funkcjonariuszy domownicy zorientowali się, że wprawdzie ponad wszelkąwątpliwość wisielec stracił życie, to jednak nie stracił wzroku i mowy. Fuszerka.

Zaczęły zdarzać siędosyć krępujące sytuacje, gdy trup wodził wzrokiem po sylwetkach damkorzystających z łazienki i od czasu do czasu rzucał kąśliwe uwagi.

No moi drodzy! To, żewisi, można jakoś ścierpieć, ale że krytykuje figurę, wyśmiewa niedbałądepilację i zauważa wyciekający botoks… o, to, to już za wiele! Damy mściwieripostowały, że niebawem jemu też zacznie to i owo wyciekać, ale absmak był.

Nie ma dziwne, żewłaśnie te wyżej wspomniane okoliczności zdecydowały o sumiennym zawiadomieniuorganków.

Przybyły z ekipą młodyprokurator rozsiadł sie wygodnie na tapczanie, wyjął notatnik i dalej zbieraćod domowników niezbędne dane denata.

Nieścisłości wzeznaniach dotyczące liczby żon i spraw sądowych były natychmiast korygowaneprzez wisielca. Doszło do tego, że to właśnie jemu prokurator dawał wiaręignorując zeznania pogrążonej w bólu rodziny. I słusznie, bo w końcu kto jaknie sam zaliczający wie najlepiej, ile niewiast był zaliczył.

Ale to tylko otoczkasprawy. Problem polegał na tym, że wspomniany prokurator wyraźnie ociągał sięze sporządzeniem wymaganego dokumentu i wydaniem ekipie polecenia odcięciadenata od powrósła.

Sytuacja stała siępatowa – wisielec wisiał w niewygodnej pozycji, domownicy czekali cierpliwie nadecyzję prokuratora, prokurator czekał na odpowiednie działania domowników.Młody przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości liczył na drobną zachętę lub niecomniej drobny doping skłaniające go do bezzwłocznego zakończenia przewidzianychprawem czynności. A oni nic.

Bezowocnewyczekiwanie przeciągnęło się tak dalece, że młody prokurator wyraźniezniechęcił się do pozostawania w jednym pomieszczeniu z niedomyślnymi debilami.

Wziął  powstał – i poszedł.

Wisielec zaś nadaldyndał, nadal wodził wzrokiem po babach i nadal komentował wrednie. Ludoweprzysłowie twierdzi, że do wszystkiego można przywyknąć, to i do wisielcarównież. Niebawem okazało się, że sytuacja miała i dobre strony. Podczasnaturalnego w danej sytuacji przeszukiwania różnych skrytek i kieszeni denatadomownicy szybko orientowali się, gdzie mogą znaleźć coś cennego. Jak w zabawiew ciepło – zimno, tylko tu wskazówką była eskalacja coraz wymyślniejszychprzekleństw. Im oni byli bliżej, tym on bluzgał wymyślniej. Nic więc dziwnego,że znajdowali. Monety, muszelki, pojedyncze egzemplarze spinek do mankietów,literaturę z okresu późnogomułkowskiego. Ale najważniejszego nie odkryli.
Mieli co prawda w rękach, ale nie potrafili docenić wartości odkrycia.

A chodziło o globulkidopochwowe powodujące barwienie wód płodowych. Rewelacja. Każda ciężarna na 3 miesiąceprzed porodem mogła zaprogramować kolor skóry noworodka posługując się owymiglobulkami. Czarnuszek, czekoladka, żółtek czy ziemisty Aborygen.

Nie chcę w Was rozp
alaćciekawości na temat tych globulek, więc powrócę do wisielca.

Kiedy klątwy ustały,współlokatorzy przypomnieli sobie, że jednak denat im cokolwiek przeszkadza ipostanowiono się poskarżyć. Skarga została wniesiona do prokuratoraapelacyjnego, a tenże przybył i wyjaśnił, co następuje.

„Drodzy rodacy, zawódprokuratora jest u nas wyjątkowo nisko opłacany, a młodzi prokuratorzy teżpragną żyć, podobnie jak górnicy, godnie. Dotychczas cel swój osiągali dziękirozmaitym aferom, gdyż było ich tyle, że mieli co umarzać. Gdy te wpływyokazały się niewystarczające (wobec mnogości spraw ceny spadły) rozciągniętoumorzenia nawet na kwoty circa 10 000. Powyżej – umorzenie niejako z automatu.

Pewnie gdyby nie szaleństwaPO z podwyżkami, sytuacja by się na jakiś czas ustabilizowała. Niestety inflacjai podwyżki podatków spowodowały, ze prokuratorzy muszą szukać dodatkowych źródełdochodów  w odmowach wszczęcia procesu.

Wasz przypadek jestklasycznym przykładem zaradności prokuratorów. Będzie wziątka – wszczynamy iodcinamy, nie będzie – to bujajcie się wraz z denatem.”

Na takie dictumacerbum domowników opanowała chandra, której nawet noszenie denata na rękach pocałym osiedlu nie było w stanie złagodzić.

No ale od czego mamyoddane społeczeństwo. Cała Polska odpowiedziała na apel domowników zamieszczonyw mediach i nawet z jej najodleglejszych zakątków zaczęły napływać dary. A to markoweperfumy Opium, a to dezodorant Brut, a to inny odświeżacz powietrza. Może nie całkiemniwelowały, ale znacznie łagodziły przykry zapach wydzielany przez tegozłośliwca denata.

Jeden, zupełnie nieżyciowy,czytelnik Expressu przesłał nawet nieaktualny cennik obowiązujący w różnychsprawach, u różnych prokuratorów, w różnych częściach Polski.

Analizując dokumentzauważono ciekawą prawidłowość – w regionach, gdzie zwycięstwo wyborcze odnotowałPiS, stawki są sporo niższe. Może ten argument skłoni Was w końcu, by na partięJarosława Kaczyńskiego zagłosować. Będzie taniej.

I tym przesłaniem,Bracia i Siostry, kończę me kazanie przewidziane na weekend dzisiejszy.

Siostra Izis

Lajkonik i nagła odwilż

Pan Ignacy Lajkonik zerwał się z łóżka na pierwszy dźwięk budzika. To był TEN dzień. Pospiesznie się ogolił, umył i włączył ekspres do kawy. Czekając na pierwszą poranną filiżankę, wykonał dwa telefony; porozumiewał się z rozmówcami za pomocą półsłówek i skrótów przypominających bardziej szyfr niż normalną rozmowę. Przegryzł niezdrowym batonikiem, wychylił kawę, zerknął na zegar i czym prędzej wskoczył w ubranie. Założył płaszcz i pędem wybiegł z mieszkania. Najbliższe kilka godzin miał spędzić niezwykle pracowicie, na finalizowaniu niezwykle delikatnych przygotowań, trwających już od kilku tygodni.

Słońce zachodziło, kiedy pan Lajkonik wsiadł do samochodu i ruszył w kierunku lotniska, a gdy wysiadał przed terminalem „Przyloty międzynarodowe”, na zewnątrz było już całkiem ciemno. Samolot z Moskwy spóźnił się, na szczęście niewiele; pan Ignacy czekał cierpliwie, aż pasażerowie przejdą przez kontrolę paszportową, odbiorą bagaże i przejdą koło leniwie opartych o barierki celników… Wreszcie za małżeństwem w średnim wieku – on w eleganckim flauszu i okularach ze złotymi oprawkami, ona w futrze i z rumieńcami na policzkach – pojawiła się niewysoka postać zakutana w płaszcz i kolorowy szal, a pan Lajkonik poczuł, że coś się w nim łamie. Zrobił krok naprzód i otworzył szeroko ramiona. Spod szala wyjrzała uśmiechnięta twarz pani Chandry i już po chwili stali, obejmując się mocno, tak jakby chcieli już nigdy się nie rozstawać.

Ta pierwsza chwila była tak piękna, że trwała jakieś dwa miesiące. Subiektywnego czasu pana Ignacego i pani Chandry, ma się rozumieć, bo w rzeczywistości dla wszystkich pozostałych minęło kilka minut. Po tych dwóch miesiącach, kiedy wreszcie nacieszyli się momentem spotkania, pan Lajkonik chwycił za wózek z (jakże licznymi) walizkami i poprowadził szczęśliwą panią Chandrę do wyjścia. Szczęśliwą, ale zmęczoną, ponieważ lot z Indii trwał kilkanaście godzin, a na lotnisko do Delhi też trzeba było dojechać. Poza tym dawał o sobie znać jet lag, czyli zaburzenia spowodowane nagłą zmianą strefy czasowej – i pani Chandrze oczy same się zamykały.

Pan Ignacy prowadził samochód w milczeniu, ponieważ pani C. zasnęła na fotelu pasażera, ale musiał przyznać, że już dawno mu się z nikim tak dobrze nie milczało. Zajechali na osiedle i pod blok pani Chandry. Pan Lajkonik pomyślał chwilkę i uśmiechnął się do siebie. Zgasił silnik, wyszedł z samochodu, otworzył drzwi pasażera i delikatnie wyjął drobną panią Chandrę z wnętrza, otuliwszy ją uprzednio szalem. Wziął ją na ręce i poniósł przez chodnik i klatkę schodową. Nie miała nic przeciwko temu – na sekundę otworzyła oczy, kiedy pan Ignacy wyciągał ją z samochodu, uśmiechnęła się sennie i mruknęła: „Ty wariacie!”, po czym spała dalej. Pan Lajkonik poczuł się, jakby mu u pleców wyrosła para skrzydeł, i to bez napoju z bykiem, więc niemalże wbiegł po schodach na górę. Nie czując zupełnie, że niesie w ramionach drugą osobę.

Zatrzymał się przed drzwiami i zapukał w nie ostrożnie czubkiem buta. Uchyliły się po cichu, a pan Ignacy ze swoim słodkim ciężarem wsunął się do mieszkania pani Chandry. Wymienił porozumiewawcze spojrzenie z nieznanym Czytelnikom młodym człowiekiem, który kciukiem pokazał, że wszystko jest w najlepszym porządku. Następnie młodzieniec cichutko opuścił mieszkanie, a pan Lajkonik przeniósł panią C. do sypialni i umieścił na łóżku, a tak delikatnie, że się nie obudziła. „Odwrotnie niż ze Śpiącą Królewną” pomyślał z czułością „Nie wolno budzić przez najbliższe sto lat”. Troskliwie zdjął z pani Chandry szal i okrycie (tudzież gustowne buty z małych stóp), przykrył ją ciepłym kocem i na paluszkach wyszedł do drugiego pokoju.

Kiedy – po ładnych kilkunastu godzinach – pani Chandra się obudziła, w mieszkaniu było przytulnie i ciepło. Z kuchni niosły się smakowite zapachy oraz głos pana Ignacego. Wsłuchała się w nie uważnie i uśmiechnęła. – Ach śpij, kochanie! Gwiazdkę z nieba, jeśli chcesz, dostaniesz – nucił pan Lajkonik, niegłośno, ot, żeby pani C. lepiej się wyspała. Uznała, że jej się to udało i popatrzyła w okno. Niewiele zobaczyła, bo do wysokości pół metra było zabite śniegiem, od góry zasłaniała je girlanda sumiastych sopli, a sądząc po delikatnym dźwięku, który niósł się od jego strony, na dworze trwała solidna zamieć. – No tak – westchnęła – skończyły się podzwrotnikowe klimaty, witaj, zimo…

Wstała, przywitała się serdecznie z panem Ignacym i spędziła godzinkę w łazience, doprowadzając się do porządku. Kiedy wyszła, świeża i pachnąca dalekowschodnimi wonnościami, na stole stał już obiad – szwedzkie klopsiki z borówkami. – To tak na odmianę po indyjskiej kuchni – uśmiechnął się pan Ignacy – A poza tym bardzo a propos – i tu ruchem głowy pokazał jej okno, podobnie zaśnieżone jak to w sypialni. Zjedli ze smakiem, siedli na miękkich pufach niedaleko bauhinii i sączyli kawę z korzennymi przyprawami i startą skórką pomarańczy, aromatyczną, słodką i mocną. Pani Chandra opowiadała, jak się rozwinęły sprawy w Indiach, co wchodzi w skład spadku i kogo pozostawiła na miejscu, żeby zarządzał firmą. Część tych rzeczy pan Lajkonik już wiedział, ale teraz pani Chandra miała czas, żeby opowiedzieć mu o wszystkim dokładnie.

Skończyła opowiadać, kiedy zaśnieżone okna od zachodu zabarwiły się na ciemny róż. – A co u ciebie? – zapytała – Jak sobie dawałeś radę… Niewypowiedziane słowo „samemu” przeleciało pomiędzy nimi, a pan Ignacy wyraźnie je usłyszał. Westchnął, uśmiechnął się i rozłożył ręce w geście „to nie było takie straszne”. – Wiesz – powiedział – Przez ten cały czas, kiedy byliśmy daleko, czekałem na ten dzień, kiedy wrócisz. Miałem nadzieję, codziennie coraz większą… I coraz bardziej za tobą tęskniłem. A teraz, kiedy już jesteś, czuję, jak to, co jest między nami, rozpala się coraz większym ogniem, jest coraz gorętsze… – I pan Ignacy mówił i mówił, a pani Chandra słuchała go z szeroko otwartymi oczami, bo nigdy dotąd nie powiedział jej tak dużo o tym, co do niej czuje i to jeszcze tak pięknie. I w końcu zauważyła, że w pokoju robi się coraz jaśniej. To śnieg, zalegający na parapetach okien, topniał w tempie przyspieszonym – i to samo działo się z festonami sopli. Pani Chandra wstała i podeszła do okna. Teraz za oknem już prawie nie było śniegu ani lodu. Przenikliwy wiatr najwyraźniej ucichł, a zachodzące słońce podświetlało na różowo krajobraz jeszcze nie wiosenny, ale już nie zimowy. Tak, za oknem panowało całkiem optymistyczne przedwiośnie! Odwróciła się i popatrzyła na pana Ignacego wzrokiem, w którym całkiem wyraźnie było widać podziw… zwłaszcza dla temperatury jego uczuć.

Pan Lajkonik wyszedł z bloku pani C. grubo po zmroku. Odwrócił się jeszcze ku wyróżniającej się między balkonami przeszklonej werandzie i podniósł dłoń. Szczupła postać w jednym z okien powtórzyła ten gest i dopiero wtedy pan Ignacy odwrócił się i poszedł do domu, szczęśliwy tak, jak chyba dawno już nie był. Pod swoją klatką przystanął na chwilę, jakby sobie o czymś przypomniał. Wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer.

– Przepraszam, że o tej porze, ale spisaliście się panowie na medal!
– …
– Tak, wszystko zadziałało, jak trzeba, z odmrażaniem włącznie.
– … … …
– No oczywiście, że możecie to wykorzystać w pracy dyplomowej! Nie mam nic
przeciwko!
– …
– Tak, proszę pana, bez problemu mogę wam wystawić referencje. Do kogo zaadresować? Dziekan Wydziału Chłodnictwa i Klimatyzacji? Świetnie! Jutro po południu pismo będzie do odbioru. Dziękuję jeszcze raz – i dobranoc!

_____________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Dziś

 my 

 

Dawniej się trzeba było zużyć, przeżyć,

by przestać kochać, podziwiać i wierzyć;

dziś – pierwsze nasze myśli są zwatpieniem,

nudą szyderstwem, wstrętem i przeczeniem.

Dzieci krytyki, wiedzy i rozwagi,

cudzych doświadczeń mając pełną głowę,

chocby nam dano skrzydła Ikarowe,

nie mielibyśmy do lotu odwagi.

My nie tracimy nic, bośmy od razu

nic nie przynieśli – tylko nam bywa

tak źle. że na złe takie brak wyrazu,

a serce pęka w nas i we krwi pływa.

 

Kazimierz Przerwa – Tetmajer.

Przerwa na reklamę

  

ALEKSANDR SIERGIEJEWICZ PRZECHADZA SIĘ…

 

W lasach, wśród mroku płochej nocy,
Trubadur wiosny wielogłosy
Gwiżdże, turkocze, kląska, zwie….
Durna gadułka zaś, kukułka,
Ptak samolubny ciągle w kółko
Kuku i kuku tylko wie.
A za nią echa gra ustawna.
O głowo nasza nieszczęśliwa!
Nic, tylko uciec. Boże zbaw nas
Od elegijnych pohukiwań!

            A. Puszkin                                tłum. J. Tuwim