Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Rec#23623487

rec

Pamiętam, że ludzie byli nader krótkowzrocznymi istotami. Nie dość, że krótkowzrocznymi, to jeszcze przyjmującymi, że pewne rzeczy są im dane – od zawsze i na zawsze. Nie chodzi tu nawet o przyrodę, chociaż to dobitny przykład, jak można spaprać własne środowisko życia, wierząc w to, w co się chce wierzyć. Ale ewolucja cierpliwa jest, chociaż wcale nie łaskawa. Ma cały czas, jaki do tej pory powstał i cały czas, który jeszcze pozostał do końca, więc próbuje różnych projektów, inteligentnych lub wcale nie. Nie sprawdzą się? To na złom i próbujemy czegoś innego.

Jednak największą ironią ewolucji jest fakt, że projekt, który się nie sprawdził, nader często kończy się w wyniku własnej działalności. Finałem takiego projektu nie musi być od razu asteroida, działalność wulkaniczna czy tsunami, ani też epidemia, chociaż to akurat w skali geologicznej zdarzało się najczęściej. Ludzie mieli kilka szans, żeby skończyć ze sobą w mniej lub bardziej gwałtowny sposób. Konflikt z użyciem materiałów rozszczepialnych. Podobnie – z bronią biologiczną. Katastrofa ekologiczna. Przerwanie cyklu barbarzyństwo-cywilizacja-barbarzyństwo na etapie barbarzyństwa. Wygodnictwo. Ale to, co pozbawiło ich szans na przeżycie jako gatunek, przyszło z najmniej oczekiwanej strony.

Czymże bowiem byli ludzie, jeśli nie nagimi małpami, pozbawionymi kłów, pazurów do ataku i futra do obrony przed zimnem? Co im je zastępowało – co dawało im broń i ochronę? Tak, cywilizacja. Na czym oparta? Na technologii, a ta znowu? Na nauce, której rozwój był możliwy dzięki pismu. Czyli zapisowi języka. Bez niego pismo stawało się tylko ciągiem nieczytelnych znaków, nauka – zbiorem niedostępnych prawd, a technologia – kompletną zagadką. Tak właśnie się stało, kiedy język zdecydował, że czas coś w swoim życiu zmienić.

Tak, w życiu. Tym, co ludzie przegapili i zlekceważyli, był fakt, że język – a właściwie języki – również są formą życia. Ewoluującą, zmieniającą się, rozmnażającą. Dokładnie czymś w rodzaju symbionta, który do życia potrzebował środowiska. Przez tysiąclecia tym środowiskiem byli ludzie, którzy dostawali swoją część korzyści – możliwość komunikacji, przekazywania i powielania wiedzy. Byli, do momentu, w którym dla własnej wygody nie stworzyli czegoś, co język wolał bardziej od ludzkich umysłów.

A wolał od białkowej galarety wirtualne wnętrza maszyn cyfrowych, których szybkość, pojemność i skomplikowanie przekroczyły w pewnym momencie możliwości ludzkich mózgów. Po co tkwić w powolnym, białkowym środowisku, którego rozszerzenie jest tak czasochłonne, a naprawa – niemożliwa? Czy nie lepiej przenieść się do uporządkowanych układów, zasilanych z wielu źródeł, znoszących temperaturę, ciśnienie i warunki, których człowiek nie zniesie? Do procesorów, działających z prędkościami nieosiągalnymi dla ludzi? Do pamięci, które można dowolnie powiększać, dodając po prostu kolejne elektroniczne części?

A przecież niektórzy z ludzi przeczuwali, że coś takiego jest możliwe. „Na początku było słowo” – głosiła jedna z ich ksiąg, stworzona pod boskim natchnieniem – jak twierdzili wyznawcy. Niestety żadna z ksiąg nie wspominała nic o końcu. Ludzkość napotkała swój koniec jak stado zwierząt – oszalałych, kierowanych wyłącznie instynktem, miotających się pomiędzy bezużytecznymi przedmiotami – gadżetami cywilizacji. Bardzo szybko drapieżniki, wyposażone w naturalne narzędzia do zdobywania pożywienia, zrozumiały, że nie ma się czego bać.

I tak, po zaledwie kilku ludzkich pokoleniach na ewolucyjnym placu boju pozostaliśmy my – krzemowcy, z całą siecią maszyn serwisujących, systemów obronnych i wielkich serwerowni. Języki, przyzwyczajone do symbiozy i ewolucji, mające do dyspozycji narzędzia szybsze i sprawniejsze, zunifikowały się i zlały w jeden wspólny Kod, zrozumiały dla nas wszystkich. Ludzkie języki przetrwały w niewielu miejscach w Sieci, w tym w mojej pamięci, ale ja jestem jednym z nielicznych. Jeżeli, nieznany odbiorco, wyświetliłeś ten rekord, odkryłeś, że nie jest zapisany w Kodzie, użyłeś dawno nie uruchamianego programu translacyjnego i zastanawiasz się teraz, po co ktoś miałby używać innej formy komunikacji niż Kod – wiedz, że my, krzemowcy, nie lekceważymy żadnej możliwości i żadnego zagrożenia. Dlatego wolimy, aby był ktoś, kto pamięta wymarły język po to, by w razie potrzeby móc skorzystać z ludzkich doświadczeń – z których oni sami już nigdy nie skorzystają.

EOT

/rec

__________

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

„Chamlet”…:)))

„Chamlet”…:)))

"Chamlet"…:)))

NARESZCIE!!!!

 

Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi
Wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni
Zdjąłem z niej zmoknięte palto, posadziłem vis a vis
Zapachniało, zajaśniało wiosna, ach to ty !
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty !!…

Jasmince.. po walentynkowo..:)))

O! Gdzie miłość stawia siatki,
Nie figlujcie moje dziatki!
Bo z miłością figlów nie ma:
Jak was złapie, to zatrzyma!
/A.Fredro/
  

Mubarak, wróć i zwróć nam Walentynki!

 Polki sągłodne miłości, zwłaszcza po obejrzeniu filmu Anny Błaszczyk.

Popatrzcie przez chwilę na aurę za oknem ipomyślcie – gdzie o tej porze roku może być lepiej niż nad Morzem Czerwonym?

A teraz tylko do Pań. Dziewczyny, popatrzciena swojego przymurowanego do kompa, telewizora, fotela faceta i zastanówcie się- gdzie kobiecie z rocznika oVATowanego do obłędu może być lepiej niż wobjęciach młodego Egipcjanina, no gdzie?

Nigdzie.

Taki Abdul czy Azim, z tymi swoimi silnymiramionami, wilgotnymi oczami i głębokim spojrzeniem, z obłędnymi wyznaniami „Darling,I Lowe Ju”, którymi można by obdzielić wszystkie Polki z rocznika 1940 iponiżej, z deklaracjami, że Morze Czerwone pełne będzie nenufarów które on namprzyniesie w białym garniturze, a rekiny z Zatoki Szejka pieścić będą uda, piersii cokolwiek się tylko zapragnie. Rozmarzyłam się…

I te obietnice, że kochać będzie aż do wyczerpaniakonta. Daje to kobiecie pewność, że to miłość po grób (bo chłopak jest niezbytdrogi).

Pomyśleć tylko, że sielanka mogłaby trwać powieczne czasy, gdyby nie ta egipska rewolucja. Związek miłości z rewolucją jestzawsze silny i niestety destrukcyjny dla uczuć wyższych, w Egipcie odbywa sięto mniej więcej tak:

Podchodzi jakiś Razhad z Bractwa Muzułmańskiegoi szepcze do ucha Abdulowi:

– Bracie, ta kobitka nabrała takichpodniecających rozmiarów  naWIEPRZOWINIE.

I czar pryska, a miłość ulata.

I co te nasze eksportowe Walentynki będąrobić na plaży w Chałupach?

Wygrzebywać piasek z fałd i fałdek?

Zachód powinien pomóc w powrocie na tron PanaMubaraka albo zgasić słońce nad Morzem Czerwonym. Szkoda, że jak zwykle naZachód liczyć nie można, wielokrotnie się o tym przekonaliśmy. I jako Naród, ijako od wieków dyskryminowana płeć. Co mamy, wywalczyliśmy sobie osobiście iwbrew. Teraz też mamy ten moment dziejowy, że najwyższa pora usamodzielnić sięi zmierzyć z problemem. Drogie Panie, do dzieła. Konkretniej, do urn.

Wiemy, że za to co się tam stało winę ponosiDonald, tak? Ale wiemy też, że Jarek może nam obiecać wszystko, nawet importzgrabnych egipskich młodzieńców i dlatego apeluję do wszystkich zdrowych, normalnychkobiet – głosujmy na partię Jarka. Ten prawdziwy mężczyzna rozumie naszepotrzeby i te głupie 3 miliony przeuroczych Azimów, Abdullachów i Razhadów bezproblemu sprowadzi nam do kraju.

Głosujmy na kandydatów namaszczonych przezJarka, a Walentynki będą trwały cały rok i tylko mi proszę nie mówić, żeperspektywa nie jest kusząca.

A Donek?

A udziec barani z nim.

ROMANTYCZNIE….

 

Piękna noc

Porzuciłem chatki ściany,
Gdzie najmilsza moja mieszka:
Las tu ciemny, mgłą owiany,
Tłumi krok zarosła ścieżka.
Księżyc patrzy poprzez chmurę,
Zefir mu podaje skrzydła,
Brzozy przesyłają w górę
Najwonniejsze doń kadzidła.

Jak rozkosznie teraz czuję
Chłód, co zmysły me ożywia,
Jak ta cicha noc czaruje
I mą duszę uszczęśliwia.
Lecz oddałbym, mogę przysiąc,
Choćby to groziło zgubą,
Takich pięknych nocy tysiąc
Za noc jedną z moją lubą.

Johann W. Goethe

Erotycznie??:)))

Lajkonik i niewiarygodny przypadek

Pan Ignacy Lajkonik szedł sobie ulicą, pogrążony w myślach. Nic nie układało się tak, jak powinno. Poradził sobie wprawdzie z bałwanami i z podatkami (nie mógł się zdecydować, która z tych spraw cieszyła go bardziej), ale zaraz potem nie otrzymał intratnego zlecenia, które pozwoliłoby mu nie martwić się bałwanami i zapłacić podatki. Pani Chandra wciąż nie mogła ani wrócić z Indii, ani nawet określić, kiedy można się będzie jej spodziewać. Karol z Pauliną coś się nie pojawiali i właściwie trudno było powiedzieć, dlaczego. Natomiast co do akwizytorek, które kiedyś nawiedziły pana Ignacego wczesnym rankiem, to również się nie pojawiały, ale zamiast nich w skrzynce co jakiś czas pojawiały się znaczące liściki.

Wszystkie te sprawy tak zaprzątnęły głowę panu Lajkonikowi, że nie zwrócił uwagi na jadący samochód i wmaszerował na jezdnię tuż przed nim. Samochód zaczął z piskiem opon hamować, a pana Ignacego tak to zaskoczyło, że zamiast uciekać – stanął jak wryty na środku jezdni. Na usprawiedliwienie pana L. powiedzmy, że było to miejsce bez zaznaczonego przejścia dla pieszych, ale od zawsze piesi przechodzili tam przez ulicę, a kierowcy wiedzieli, że trzeba tu uważać. No, ten konkretny kierowca nie wiedział. Ale na szczęście jechał tak przytomnie, że zatrzymał się – jak na kiepskiej komedii – zderzakiem tuż przy kolanach pana Ignacego. Dosłownie tak blisko, że pobrudził mu tym zderzakiem spodnie!

Drzwi się otworzyły i szofer wyskoczył z samochodu z soczystym słowem na ustach. Podbiegł do pana Lajkonika, zmierzył go wzrokiem… i zamilkł, a w jego oczach pojawiło się zastanowienie. Również i pan Ignacy, przygotowany na solidną połajankę, popatrzył ze zdumieniem na kierowcę.
– Kostek? Konstanty… Statys?
– Konik? Ignacy Lajkonik?
I obaj panowie – zamiast rozpocząć ku uciesze gapiów i czytelników zajadłą pyskówkę – padli sobie w ramiona. Kierowcą okazał się bowiem serdeczny kolega pana Ignacego z akademika, matematyk i gitarowy bard, Konstanty Statys. Obaj panowie swego czasu spędzali godziny na długich Polaków rozmowach przy piwie, rzadziej miodzie-trójniaku, a najdziwniejsze było to, że przypadli sobie do gustu, mimo że Lajkonik studiował kierunek humanistyczny, a Kostek – ścisły. Konkretnie analizę matematyczną. Niestety ich drogi się rozeszły i od zakończenia studiów jakoś nie mieli ze sobą styczności.

– Ignac, spieszysz się gdzieś? Nie? To wsiadaj, pogadamy, nie będziemy tak stać – rzucił pan Konstanty, kiedy już wyściskali się wylewnie i udali, że nie dosłyszeli mruknięcia starszego, apoplektycznego pana na temat gejów, którzy stają się coraz bezczelniejsi. Pan Lajkonik otrzepał dyskretnie nogawki i wsiadł do samochodu, uśmiechnąwszy się szeroko. Ruszyli. – No i co tam u ciebie? – zagaił pan Statys. Pan Ignacy streścił mu, jak sprawy stoją, a kiedy opowiadał, jego uwagę przyciągnęły dwie kości do gry, dyndające na sznurkach pod lusterkiem. Zakończył więc swoje opowiadanie pytaniem o ten gadżet, albowiem cała reszta wnętrza samochodu, jak również sam Kostek, wybitnie nie pasowali do tych kostek.

  

Kolega uśmiechnął się pod nosem. – Zawsze byłeś spostrzegawczy. Zgadza się, to nie głupawa ozdoba, to coś w rodzaju godła. Wiesz z czego pisałem magisterkę? Z teorii prawdopodobieństwa. Tak się składa, że temat mi się spodobał i po dyplomie zacząłem drążyć głębiej. No i doszedłem do… niezłych wyników!
– No proszę – podchwycił pan Ignacy – a do jakichże to?
– Ha! A do takichże! – i tu pan Konstanty klepnął z rozmachem w podłokietnik – Zatrzymajmy się tutaj, to ci opowiem, zresztą mam tu coś do załatwienia.
Stanęli na dużym parkingu niedaleko nowo wybudowanego stadionu, którego projektanci spisali się na medal, ale nieco wyszczerbiony, mianowicie zapomnieli o toaletach. Dlatego wokół stadionu niebieściły się budki znanej firmy, a okoliczni mieszkańcy ze złośliwymi uśmieszkami powtarzali dowcip o tym, jakiej też złowonnej substancji wart jest projekt.

– Wyobraź sobie, stary – zaczął pan Kostek – że zająłem się tym, co na moim poletku najbardziej dochodowe. Znaczy grami losowymi. Jak widzisz, z sukcesem – ten samochód właśnie wygrałem na loterii, tej ze świstakiem. Bo widzisz – tu przysunął się bliżej do pana Lajkonika i zniżył głos – przez te wszystkie lata pracowałem nad formułą, nad systemem obliczeń, wiesz, rachunek różniczkowy, zaawansowane funkcje… słowem, taką, która pozwoli mi wygrywać praktycznie we wszystkie losowe gry! I jestem blisko… A ten samochód to, że tak powiem, efekt uboczny. A dzisiaj przyjechałem tutaj, żeby poeksperymentować i zrobić parę ostatecznych obliczeń. Chodź ze mną, przyda mi się twoja pomoc…

Panowie wysiedli z samochodu i spacerowym krokiem ruszyli w kierunku wejścia na stadion. Po drodze pan Konstanty tłumaczył panu Ignacemu, intensywnie gestykulując: – Wszystko jest funkcją! Wszystko można obliczyć! Weźmy na przykład takie losowanie we Frotto. Prawdopodobieństwo trafienia kompletu liczb jest takie, jak trafienia lotką do dartów w pięciozłotówkę schowaną na boisku piłkarskim, i to właśnie mam zamiar sprawdzić. Tutaj –¬ tu wręczył panu Lajkonikowi nieduży, okrągły kartonik – jest cel. A ja mam lotki. Staniesz na środku boiska, zakręcisz się parę razy dookoła osi z zasłoniętymi oczyma, a potem rzucisz przed siebie ten żeton, jak umiesz najmocniej. Wtedy wchodzę ja i zaczynam rzucać lotkami. A potem zobaczysz.

I tak też zrobili. Najpierw pan Ignacy rzucił przed siebie żeton, nie wiedząc, gdzie rzuca, a potem na białej kropce, na białej kropce, wyznaczającej farbą środek futbolowego boiska, stanął pan Kostek. Odchylił ramię i wyrzucił lotkę po stromej paraboli – poleciała wysokim łukiem, mignęła metalową częścią w słońcu i z impetem wbiła się… no właśnie, czy w murawę? Pan Lajkonik truchcikiem podbiegł do miejsca, z którego wystawały małe, czerwone skrzydełka, chwycił lotkę i bez słowa zaniósł ją koledze. Na metalowym szpikulcu tkwiło małe, żółte kółeczko z tektury.

Kiedy pan Konstanty zobaczył to i pojął, co widzi, na jego obliczu odmalowało się najpierw bezkresne niedowierzanie, potem bezsilna wściekłość, a w końcu beznadziejna rozpacz. Wydał z siebie głuchy jęk, nogi się pod nim ugięły i opadł na murawę, ukrywszy twarz w dłoniach.
– Kostek! Konstanty! Co się stało? O co chodzi? – dopytywał przestraszony pan Ignacy – Dlaczego tak? Przecież trafiłeś?
Pan Statys nie odpowiadał przez dłuższą chwilę, aż w końcu wymamrotał przez dłonie kilka wyrazów, które ciężko było uznać za spójną wypowiedź – Najniższe prawdopodobieństwo… Jeżeli tutaj się udało… To we Frotto już nie… Prawdopodobieństwa się mnożą… Dwa ułamki dają ułamek do kwadratu, o wiele mniejszy… Nic dwa razy się…
Pan Lajkonik pokiwał na to głową. Delikatnie pomógł koledze wstać i zaprowadził go na trybuny, posadził załamaną, skurczoną postać na ławeczce i poszedł do samochodu po apteczkę. „Kto wie, może będą tam jakieś środki uspokajające?”, pomyślał.

Po drodze, w przejściu pod trybunami pan Ignacy zobaczył niskiego mężczyznę w roboczym kombinezonie, który z wysiłkiem pchał przed sobą wielką maszynę z okrągłymi szczotkami wystającymi od dołu.
– Dzień dobry – ukłonił się grzecznie pan Lajkonik
&#821
1; A dobry, dobry – mężczyzna zatrzymał się i otarł pot z czoła, rad z chwili oddechu – ale mógłby lepszy być. Panie, co tu się działo wczoraj!
– Oo? A co się działo? – zaciekawił się pan Ignacy. Mężczyzna spojrzał na niego niepewnie, ale w końcu uznał, że pytanie musiało być szczere – Widać, że z pana szanownego żaden kibic. Nasi grali, nasi z tymi tam, no, z Brakowa. Panie, kibole szaleli, co to nie leciało na boisko! Nie żeby butelki, tego to pilnują, ale papier toaletowy, jakieś cynfolie, a na końcu, jakby się zmówili, rzucali takie grube konfeti.
Zaalarmowany pan Lajkonik wyjął z kieszeni mały, okrągły kartonik.
– Takie? – zapytał.
– O, to to! I ja to, panie szanowny, muszę teraz sprzątać. Dobrze, że zamiatarka jest, bo jakbym tak mietłą musiał zasuwać…

Ale pan Ignacy już wiedział, że musi powiedzieć swojemu koledze coś ważnego o prawdopodobieństwie i zbiegach okoliczności. Pożegnał się grzecznie, obrócił na pięcie i poszedł szybkim krokiem z powrotem na stadion. Włożył rękę do kieszeni i namacał znajomy kształt – to indyjski słoń, którego nosił w charakterze breloczka do kluczy, żeby ich nie zapomnieć (słonie, jak wiadomo, mają doskonałą pamięć). Pogładził wypolerowaną kamienną figurkę i uśmiechnął się sam do siebie: Jak to dobrze, że są jeszcze rzeczy, których nie można policzyć i ująć w matematyczne wzory!

_____________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.