|
||||||
Zjawił się pod wieczór przemarznięty mały elf, mówił, że na kilka chwil… Wkrótce minął miesiąc i kochany mały elf w serce zapadł mi, jak nikt. Cichy, jak żak ruszył vabank, w kółko „je t’aime”, w gwiazdach, jak Lem. Gdzież tam bon ton, zmysłów voyager, pieścił mnie aż do szczytu marzeń. Budził mnie niewinnie w środku nocy mały elf, pytał, czy to sen, czy nie? Lubił się zaklinać, że na zawsze, mały elf, – zawsze się rozwiało w dym. Wszystko, co chciał, tu, u mnie miał: i winegret i plac Pigalle, i varietes, chłodne trzy czwarte, a został żal, smutny bell’arte. Może to deszcz, może to łza. Pytasz, jak jest? Comme ci, comme ca… Mówił, że błąd, że nudzi się, otwarte drzwi, więc s’il vous plait… Wyszedł tak pod wieczór mój znudzony mały elf, czekam, pewnie czekać chcę… łatwo go poznacie, nie pytajcie więcej mnie: ot, zwyczajny mały elf.…. To nie jest ucieczka Lecz kiedy nie boli już nic Dorośnij najpierw do tych łez Ty mówisz że znasz ją najlepiej Możesz się skryć za piosenką Dorośnij najpierw do tych łez Żeby nie było tak łzawo to jeszcze dodam PS Śmiejąc się ryzykujesz, że wezmą cię za głupka. Żyła sobie swoim życiem, obok niej swoje losy przędli inni. Ani ona ich niepotrzebowała, ani oni jej. Od tego już tylko krok do kłopotów z postrzeganiem -nie zauważano się nawzajem tak konsekwentnie, że ktoś tu musiał być nierealny.Ona lub oni. No bo jak można żyć tak długo nie będąc przez nikogo dostrzeżoną? A jednak. Oni, każdy z osobna, jak każdy człowiek w masie, byli nieciekawi. Znalitylko jeden motyw istnienia i aktywności – więcej. Ona żyła w swoich marzeniach, innym świecie, gdzie problemy wygładza sie jakserwetki na stole w kuchni, a one znikają wraz z załamaniami na serwetkach. Pojakimś czasie wyznaczała sobie nowe powody troski. Pewnie i ona chciała więcej…Problemów? Coś w nas siedzi takiego, że pragniemy mieć kogoś obok siebie. Gdy niesposób znaleźć tego kogoś wśród ludzi, szukamy wśród psów, kotów i pelargonii. Nasza dziewczyna, mimo ostrzeżeń „nie idź ta drogą”, a może właśnie byzrobić im na przekór – poszła. Wycinając z różnych gazet kawałki postacizbudowała sobie tego jedynego na świecie, niepowtarzalnego. Teoretycznie powinienbyć piękny, bo wybierała te elementy, które w gazetowych postaciach uznała zanajlepsze, ale wyszło gorzej niż zwykle. Przeciętniak, lecz właśnie takiegosobie wymarzyła i powiesiła swój kolaż na ścianie, by móc na niego ciąglespoglądać. Od tego momentu jej życie nabrało sensu. Miała kogoś. Trwało to jakiś czas, a ona uznała go za najlepszy w swoim życiu. Aż przyszły wydarzenia, których nie potrafiła zrozumieć. Kobiety, głównie starsze, ustępowały jej miejsca w tramwaju, przepuszczały wkolejce do kasy, wszyscy ją teraz zauważali. To pewnie dzięki Wycinance iczystemu, niepokalanemu uczuciu jakie ich łączyło. Tak sobie myślała i to jejbardzo schlebiało. Nie miałaby nic przeciwko temu, by inne jej zazdrościły. Pojakimś czasie uznała, że to musi być zazdrość, bo niby co innego? Pewnego dnia gospodarz kamienicy odwiedził ja w porannych godzinach i pozlustrowaniu jej sylwetki orzekł, że już pora. Kazał zabrać rzeczy osobiste. Wostatniej chwili dorzuciła do reklamówki swoją Wycinankę – jego wizerunek. Obiecałasobie przecież, ze nigdy nie będzie sie z nim rozstawać. Gospodarz powiózł ją prosto na porodówkę. Pewnie była to już ostatnia chwila,bo personel zaczął nagle poruszać się z nerwowym pośpiechem. Nic z tego nie rozumiała, bo też nie znała takich przybytków jakprzychodnie, gabinety, nie mówiąc o szpitalach. Bała się trochę tego rozgardiaszu, ale ponieważ jego obraz był przy niej, uznała,ze nic złego nie może się jej przytrafić. To, co się z nią działo i co kazali jej robić lekarze, było takie nierealne.Jednak posłusznie wykonywała wszystkie polecenia. Trwało to dość długo i pewnie by w końcu przerwała tę dziwaczną inscenizację,gdyby nie obecność Wycinanki. W końcu co za różnica, gdzie spędza czas. Byle z nim. W domu, w szpitalu, naspacerze. Marzenia o nim przerwał jej dosyć niespodziewany okrzyk lekarza –Jest! Nie bardzo zrozumiała co się kryje za tym okrzykiem, z satysfakcją jednakzauważyła, że zainteresowanie wszystkich towarzyszących jej osób przeniosło sięna to coś, co oni określili jako „Jest”. W czasie, gdy personel coś tam, coś tam robił przy tym „Jest”, ona delikatniei dyskretnie dotykała Wycinanki samymi opuszkami palców. Pojawił się lekarz i oświadczył: „Ma pani… No jak Bloga kocham nie wiem co,ale jest” I to coś położył jej przy piersiach. Co to było? Ona też nie wiedziała. To było jak płomienie ogniska. Widać zmieniającesię kształty, czuć ciepło, a dotknąć nie sposób. Jednak ta obecność cieszyłają, była czymś zupełnie nowym i wielkim w jej życiu. Chcąc się pochwalić swoim szczęściem przybliżyła Wycinankę do „Jest” i przedstawiającich sobie szepnęła cichutko do ukochanego, że to jej nowa Nadzieja. Nadzieja (to wcześniejsze porównanie do płomyka ognia nie jest przypadkowe)zachowała się jak bezwzględny morderca. Wycinanka zaczął najpierw czernieć,zwijać się i odkształcać, by zabłysnąć przez chwilę jasnym ogniem i rozsypaćsię w pył. Wygląda więc na to, że wszystko przemija, nawet najczulej pielęgnowanezłudzenia. Ta prosta prawda dla niej już taka oczywista nie była, burzyły się wniej sprzeczne emocje. Z jednej strony radość z nowej Nadziei, z drugiej obezwładniającyżal po utracie swojej wycinanki – sensu życia. Kobieta dopiero w tym momencie uświadomiła sobie, ze powinna wreszcie podjąćjakąś decyzję. Żyć wspomnieniami czegoś pięknego, czy żyć z nadzieją? Każdy z nas pewnie wybrałby po swojemu, i dobrze. Każdy wybór jest tusłuszny, każda decyzja trafna. Ona wybrała wspomnienia i po niedługim czasie zaczęła czernieć i deformowaćsię od ciepła Nadziei, by zaraz później buchnąć krótkim płomieniem i zamienićsię w garstkę popiołu. Jak wycinanka. Nadzieja została sama. Czy sama? Podobno widywano ją na oddziałach onkologicznych, geriatrycznych, jakiś czaspóźniej wśród kobiet oczekujących wypłaty, w ośrodkach Monaru… Ba, nawet wśródpolityków, którzy nie wiedząc co robić żywili nadzieję, że to się wszystkowkrótce zawali i uwolni ich od bólu decyzji. Ostatnio widywano ją na ulicach Kairu. Nie wiem jakim samolotem wróci, będę czekać na nią w skrzydle przylotów,bardzo jest mi potrzebna. Ale będę też chronić swoją wycinankę, nie pozwolę jej zniszczyć. Nikomu. Przysiadła na chwilę w kuchni czekając aż zagotuje się woda w czajniku. Gapiła się bezmyślnie w cieknący kran. Kap..kap…kap… Pomyślała, że to jej czas przeciekający przez palce. Nie za darmo. Za wszystko przecież zawsze płaci. Z nawiązką. Spojrzała na zegar wiszący na ścianie. Nie bardzo trafiony prezent od kogoś tam o kim chciała zapomnieć. Powiesiła go tam kiedyś, bo ten ktoś był wtedy ważny. Było, minęło, nie wróci… I dobrze. Dobrze? Nagle wskazówki oszalały. Zaczęły się cofać w zawrotnym tempie aż… Krajobraz za oknami autobusu przesuwał się monotonnie. 8 godzin jazdy, za chwilę znajdzie się u celu podróży, w miejscu którego do niedawna nie było na oficjalnej mapie Polski. Zaprosili ją znajomi. Przyjedź, odpoczniesz, odzyskasz wewnętrzny spokój. Na dworcu nikt na nią nie czekał. Miasteczko wydawało się senne, niezwykle urokliwe. Sprawdziła na wszelki wypadek rozkład odjazdów. Cudownie. Jeśli nikt się nie pojawi czeka ją noc na dworcowej ławce. Dobrze przynajmniej, że jest ciepło. Z piskiem opon podjechał jakimś cudem jeżdżący jeszcze samochód. Przepraszam, miałem sprawy do załatwienia i nie zdążyłem na czas. Mam nadzieję, że się nie gniewasz. Ależ oczywiście, że nie. Byłam pewna, że przyjedziesz, skłamała. Całą drogę milczeli. On widocznie nie miał ochoty na rozmowę, ona była bardzo zmęczona. Mieszka na wsi, ale to, co zobaczyła zaskoczyło ją. Zupełne odludzie. Do najbliższych sąsiadów, naszych przyjaciół, mamy 3 kilometry, poinformował Szymon. Będziesz miała okazję ich poznać. Opowiadaliśmy im o tobie. Jutro nas odwiedzą. Polna droga doprowadziła do bramy. Nie czekała aż Szymon wstawi samochód do garażu. Wzięła torbę i ruszyła w stronę domu. Już wcześniej dowiedziała się, że należał on do niemieckiej rodziny, która opuściła go i chętnie pozbyła się na rzecz nowych właścicieli, praktyczne za grosze, wraz z wieloma hektarami należącej do gospodarstwa ziemii. Pierwsze wrażenie jej nie zmyliło. Mrok w środku wydawał się gęstszy niż na zewnątrz. Nie rozproszyło go nawet serdeczne powitanie żony gospodarza, Dagmary. Długo nie mogła zasnąć. W chwilach krótkich drzemek bardziej się męczyła niż odpoczywała. Ściany pokoju składały się przygniatając sufitem. Rzadko się modliła, nigdy nie była zbytnio religijna. Tamtej nocy kilka razy budził ją jej własny głos nieomal wykrzykujący Ojcie nasz któryś jest…Na chwilę odzyskiwała spokój żeby znowu zapaść w dręczącą koszmarami drzemkę. Jak się spało? Dobrze, dziękuję. Wstydziła się przyznać do tego co przeżyła w nocy. Byli tacy mili i serdeczni. Zwłaszcza ona. Widać było kto tu rządzi, że ona nie ma zbyt wiele do powiedzenia, ale bardzo starała się zachować choć cień pozorów. Droga wśród drzew zachęcała do spaceru. Podążyła nią. Przecież nie miała na razie nic innego do roboty. Drewniany krzyż wśród brzóz. Podobno jeszcze niedawno zamordowani tu w czasie wojny straszyli. Tak ludzie mówią. Podobno był ksiądż i odprawiał egzorcyzmy. Podobno od tej pory już nikt tu nie widział ducha. Dobrze, że jest wrześniowe przedpołudnie, bo…I tak dreszcz jej przebiegł po plecach. Wyobraźnia, zawsze miałam zbyt rozszalałą, pomyślała. Tu i teraz jest piękny słoneczny dzień. Troski zostały gdzieś daleko. Nie czas na ponure myśli. Minęła barakowóz. Dziś pusty. Niedziela. Łąka. Kwiaty, motyle, krzątające się pracowicie pszczoły, muśnięcie wiatru na policzkach. Uśmiechnęła się. Na skraju łąki olbrzymi dąb. Podeszła do niego i poddając się impulsowi, przytuliła się do ciepłego pnia. Poczuła spływającą wprost do jej duszy siłę, spokój i pewność. Wszystko będzie dobrze. Już wkrótce. Uderzyła ją panująca pod rozłożystą koroną dębu absolutna cisza. Tuż obok łąka żyła, wiatr, brzęczenie pszczół…tu dosłownie nic. Nic? Nie prawda. Tu było to coś. Zatrzymanie w czasie, chwila na to, żeby odpocząć, nabrać sił na jutro. Na dam radę, nie mam się czego bać, zło już nie wróci. Dziękuję, że na mnie czekałeś. Też nie zapomnę, wezmę ze sobą ten czas pomiędzy czasami. Zostań ze mną by wspierać.Wezmę cię ze sobą wyjeżdżając. Z trudem oderwała dłonie i odeszła kilka kroków. Spojrzała na zegarek. Wkrótce obiad. Musi wracać. Obejrzała się żeby raz jeszcze spojrzeć na dąb. Nie było go tam. Dziwne w tym wszystkim było tylko to, że się nie zdziwiła. Pojawił się tam dla niej i zniknął gdy już go nie potrzebowała. Na ścianie barakowozu wisiało lustro. Z daleka zobaczyła w nim młodą, roześmianą dziewczynę. Kogoś jej przypominała…To przecież ja przed laty, zanim… Ocknęła się gdy dotarł do niej świdrujący uszy gwizd. Coś miała zrobić. No tak, miała zrobić sobię herbatę. Czajnik jej o tym przypomniał. Omal nie zasnęła, była bardzo zmęczona. Dobrze, że nie zapomniała założyć gwizdka. Znowu musiałaby kupić nowy. Kiedy nawiązałam z Nią kontakt przez internet była już dorosła. Roześmiana, wiecznie zajęta, miała wielu Przyjaciół, ale znalazło się też miejsce dla mnie. Długo nie wiedziałam, że aż tak wiele wycierpiała. Zamknięta w czterech ścianach na czwartym pietrze bez windy, zagryzająca z bólu palce do krwi, płacząca w poduszkę. Szczęście dla Niej oznaczało komputer, dostęp do sieci i, z tego chyba cieszyła się najbardziej, schodołaz. W końcu, choć z trudem, mogła wyjść z klatki i nie tylko przez okno zobaczyć Słońce. Ale tego dowiedziałam się później, o wiele później, bo nie jest z tych, którzy krzyczą na cały świat, że złamał im się paznokieć. Cały czas, do końca życia będzie potrzebowała pomocy. Jest godna litości? W żadnym razie. Tak wiele ma do ofiarowania, mimo fizycznej ułomności jest duchową Miss Świata. Umie nie tylko brać, więcej daje niż bierze. Rozejrzyj się, popatrz, może ktoś taki jest tuż obok, za ścianą. Tak często wystarczy uśmiech, rozmowa, najmniejszy gest, żeby przywrócić chęć do życia załamanym, którym świat ofiarował niewiele poza bólem i ciągłą niepewnością jutra. Każdy może znaleźć się w podobnej sytuacji. Urodziłeś się zdrowy, masz świetną pracę, korzystasz z uroków życia? Cieszę się. Tylko nie wszyscy sobie z tego zdają sprawę, że nic nie jest nam dane raz i na zawsze. Jutro Ty może zostać zamknięty w czterech ścianach tęskniąc za towarzystwem innych ludzi, może nawet będziesz chciał przestać żyć, stracisz nadzieję? Masz coś? Jeśli twierdzisz, ze nie, nie uwierzę. Masz przecież siebie. Dziel się sobą z innymi, tymi, którzy właśnie teraz tego potrzebują. Im więcej dajesz, tym więcej otrzymasz w zamian. Nie tylko wtedy gdy niespodziewanie dopadnie Cię nieszczęście. ZAWSZE. Sprawdź jak drogocenny jest uśmiech tych, którym pomogłeś. Po prostu bądź. Dziękuję. Ryszard Rynkowski – Kontakt Zimne światło gwiazd ostrzega mnie nie raz: Ktoś daleki tak przesyła mi swój znak Mój i jego świat o milion świetlnych lat, Ale wiem, że on nawiązać kontakt chce H – e – e – ej nie lekceważ nigdy Ktoś daleki tak przesyła wam swój znak Obserwujcie więc rejestratory serc, |
||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||
Najnowsze komentarze