Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

GRYZONIU…..!

  

Reszta jest milczeniem…..

List zza grobu

Jeśli czytasz te słowa, wiedz, że tytuł jest dosłowny iautora tego wpisu niema już wśród żyjących.

Za życia zaplanowałem taką formę komunikatu pożegnalnego,o czym kiedyś uprzedzałem. Opublikowanie niniejszego zaleciłem któremuś zezstępnych, skoro wstępnych zbrakło już.

Czego od Was chcę, ośmielając się zza grobu odzywać?Niczego specjalnego, ot kilku słów prawdziwych o mojej byłej osobie, przy czymrównie mile widziana będzie uroniona łezka, jak i westchnienie ulgi. Uważambowiem, ze nieprawdziwe jest porzekadło zobowiązujące przy życiu pozostałych,do mówienia o zmarłym tylko dobrze. Wtedy ci mający za uszami milczeniempominięci byliby, co z kolei prowadziłoby do wypaczenia, tak przez wszystkich umiłowanej,prawdy w oczy i za plecami.

Zachęcam do takiej właśnie szczerości, jeśli Ktoś zechcekomentarz jakiś popełnić. Polemiki z autorem raczej nie spodziewajcie się, takdziś uważam, obiecuję jednocześnie, że nie będę krytyków mojej osoby straszyłnocami, jeśli taka możliwość niespodziewanie zaistnieje. Także proszę o szczeresłowa, być może uczestniczymy w powstawaniu nowej świeckiej, tradycji.

 

Ze swojej strony zapewniam, że możliwość korespondencji zPaństwem zaszczytem dla mnie była, choć czasem uciążliwym nieco. Jednak zbieżącej perspektywy uciążliwości jawią się jako niedotkliwe wcale. Wiecie, comam na myśli, co nie?

W związku z powyższym, nie będę pisał nic złego o Nickachjeszcze żyjących i Wszystkich zachowam w pamięci jako osoby pozytywne. W końcudoczekałem się kilku miłych słów, i nie tylko, a przecież nie pisze się w takisposób do kogoś nie wzbudzającego żadnych emocji. A emocje, proszę SzanownychPaństwa, najważniejsze są w życiu człowieka. Ja, trup, Wam to mówię, towierzcie.

 

Dziękuję za uwagę i żegnam się z Państwem w sposóbostateczny. Z drugiej strony istnieje możliwość, nikła, że gdy znajdziecie siępo mojej stronie czasu, to … .

 

gryzon

// Ojciec zmarł nagle kilka dni temu. Spełniam Jego ostatniąwolę.

// Syn Gryzona

:)))

Elegia

o Tuwimowskiej metodzie

przekładania Puszkina

 

„Tam przy zatoce dąb zielony,

Złocisty łańcuch okuł mu pień,

A na łańcuchu kot uczony

Bez przerwy krąży w noc i w dzień”.

 

Króciutki, prosty ten czterowiersz

Raz Tuwim skomplikować chciał,

Lecz nic nie zdziałał, bo się dowiesz,

Że  rym mu w ucho prztyczka dał.

 

Daremnie gdzies nad ” łukomorzem”

Za ogon kota ciągnął bard,

Daremnie słowa kroił nożem,

Rozwalił mu się domek z kart.

 

Prózno się miotał w rymów tańcu,

Spod dębu do jawora lazł:

Sam przykuł szyję swą na łańcu…..ch!ch!ch!…

Słow nie chciał szyku zmienić raz…

 

Więc zwinął łańcuch się jak kobra,

Kot miaucząc, w strachu uciekł hen,

I został tylko dziwny obraz

Dantejskich takich oto scen:

 

Zielony jawor przy ztoce,

Złocisty n nim łańcuch – wąż,

A biedny Tuwim dnie i noce

W krąg na łancuchu chodzi wciąż……

***

 kotek 

Julian Tuwim osobiście  hehehe 

 

  

 

Dwa lata minęły… jak jeden dzień…

Wyspa na której wszystko się wyjaśnia.
Tu można stanąć na gruncie dowodów.
Nie ma dróg innych oprócz drogi dojścia.
Krzaki aż uginają się od odpowiedzi……
W.Szymborska

Świeci jedna z nieznajomych gwiazd,
Znowuśmy oderwani od domu,
Znowu między nami tyle miast,
Pas startowych lamp aerodromu.

Tutaj u nas zimne mgły i deszcz,
 Tutaj u nas zimne, złe poranki,
 Na nieznanych drogach raz po raz
 Znów czekają na nas niespodzianki.

   Ref.Nadzieja –  to kompas jest mój,
            A sukces nagrodą za śmiałość
      I piosnka, ot! jakaż że bądź,
    By tylko o domu śpiewała!

Teraz wierzysz, że przez mglistą dal a dal
Wszystko z nagła tak inne się staje,
Że burzowych chmurzysk bury wał
Lekką pianką z piwa się wydaje.

 Trzeba tylko umieć czekać, trwać,
 Trzeba umieć byle czym się cieszyć,
 By nam życie czasem chciało słać
 Skąpe w radość i uśmiech depesze
  Ref  . Nadzieja….

I pamiętać zawsze trzeba nam,
To, co nie zdążyliśmy dośpiewać,
Jasnych ukochanych oczu blask
I jak moskiewska zamieć zawiewa.

Znowu między nami tyle miast,
– Życie raz nas łączy raz nas dzieli,
W niebie jedną z nieznajomych gwiazd
Bóg poświęcił na pomnik nadziei…..

(Tekst Incitatus)
  

Lajkonik i trudna decyzja

dedykowane Autoce/ Autorowi/ Autorom (aleście namieszali!) tego tekstu – zamiast komentarza

Pan Ignacy Lajkonik po wydarzeniach z wulkanem namiętności przez dłuższy czas nie mógł dojść do siebie. Owszem, wulkan udało się ugasić, na miejsce jego erupcji przyjechało paru oficjeli, żeby przed kamerami pogratulować sobie nawzajem udanej akcji gaśniczej (o harcerzach i wiadrach z wodą jakoś się nie zgadało), a pagórek pozostały po wulkanie na drugi dzień został spłaszczony przez Płaszczaków i obsiany trawą przez Trawników ze służb miejskich. Szły wybory samorządowe i wszystko musiało być na glanc, a nie, żeby się coś wypuczało w najmniej odpowiednim miejscu, widocznym z ulicy.

Wszystko to napełniało pana Ignacego głębokim niesmakiem, mimo że samo gaszenie i harcerzy wspominał dość mile. Postanowił sobie jednak, że będzie unikać centrum handlowego oraz okolic – i w tym kierunku dalej niż mieszkanie pani Chandry jego noga nie postanie. Którego to postanowienia dotrzymywał twardo. Dlatego właśnie przeprosił się z bazarkiem i znowu zaczął robić zakupy właśnie tam, na warzywnym straganie pana Modesta i nie tylko. Jak ktoś znał targowy placyk jak własną kieszeń – tak, jak pan Lajkonik – to doskonale wiedział, do kogo zajrzeć, żeby dostać najlepsze rzeczy – pieczywo, nabiał, owoce i warzywa, skarpety czy budziki.

Tego dnia jednak pan Ignacy przyszedł na bazar po dłuższej przerwie i nawet on nie potrafił powiedzieć, skąd wzięło się stoisko zaraz z brzegu – niby nie w eksponowanym miejscu, nie w pierwszym rzędzie, ale jednak każdy wchodzący kierował spojrzenie w tamtą stronę. Niektórzy zwalniali kroku i podchodzili do nowego straganu, niektórzy prychali albo po prostu przyspieszali i szli dalej w swoich sprawach. Pan Lajkonik nie zwolnił, ale i nie prychnął; zakonotował sobie w pamięci, żeby sprawdzić, co też tam można nabyć i najpierw odbył zwyczajową rundkę po bazarze. Poutyskiwał sobie wspólnie z panem Modestem na rzeczywistość, politykę i (innych) klientów, nabył dwa bakłażany (wymoczone w osolonej wodzie, a następnie upieczone na nasmarowanej tłuszczem blasze – palce lizać) i inne warzywa, tudzież dwa kilo jabłek (w tym szarej renety, która wykrzywiała buzię przy jedzeniu, ale którą pan Ignacy i jego siostrzeniec pasjami uwielbiali). Odwiedził jeszcze parę miejsc, zanim zdecydował się wrócić do dziwnego straganu.

Właściwie trudno powiedzieć, co było w tym stoisku dziwnego. Na pewno nie sama konstrukcja, typowych blaszanych „szczęk”, ani też rozłożone na nim towary – przezroczyste, foliowe torebki, kolorowe tekturowe pudełka czy też buteleczki. Może sprzedawca? Mężczyzna w nieokreślonym wieku, robiący wrażenie niesłychanie uprzejmego i pomocnego… ale właśnie: robiący wrażenie, ponieważ kiedy pan Lajkonik usiłował przyjrzeć się jego twarzy, czuł, że wzrok sam ześlizguje się na bok, nie pozwalając na rozpoznanie rysów. Mimo to pan Ignacy podszedł, zaczekał aż poprzedni klient załatwi swoje sprawunki, po czym grzecznie się przywitał i zapytał, co też można tutaj dostać?

– Aaa – radosnym głosem powiedział sprzedawca – pan u nas po raz pierwszy? To dzień dobry, co ja mówię – dzień świetny, albo nawet doskonały! Mamy wszystko w najlepszym gatunku! Już, już mówię, co mianowicie; otóż otrzyma pan u nas… ( – A ilu was właściwie jest? – pomyślał sobie pan Ignacy) …szczęście, radość i zadowolenie. To nasze trzy główne produkty. Widzę, że pan jest znawcą, wyczuwam zafascynowanie Orientem – o, proszę, tutaj mamy czystą nirwanę z Dalekiego Wschodu w torebkach do zaparzania. Jeżeli zaś szanowny pan życzy sobie czegoś bliżej rzeczywistości, to polecam świetne tao, w pastylkach albo rozpuszczalne, jedna saszetka na pół litra przegotowanej wody. A może pan palący? W takim razie z Bliskiego Wschodu towar premium, kadzidełko w stylu kismet, jedno wystarczy na dobre cztery godziny determinizmu. I jak się to panu podoba?

Pana Lajkonika zatkało. Kiedy już odchrząknął z lekkim zakłopotaniem i tym samym się odetkał, powiedział niepewnie: – Wie pan, to wszystko są rzeczy dość… ostateczne. A ja myślałem o czymś powszednim. O, na przykład: mam ostatnio kłopoty z zasypianiem…
– Ach, sny! – rozpromienił się tamten – Mamy, oczywiście, że mamy! Wspaniałe marzenia, w kolorze, stereo, a nawet surround, o lataniu, sny bohaterskie, powroty do przeszłości, a tutaj – ściszył nieco głos i mrugnął znacząco do pana Ignacego – sny z dodatkiem pieprzu, rozumiemy się? Od osiemnastu lat… –
Pan Lajkonik zastanowił się chwilę – To znaczy, że można sobie dowolnie ustalić, o czym się będzie śnić? – zapytał.
– Noo, kto może, to może – nadął się z lekka sprzedawca – ale w czym rzecz, bo widzę, że pan się zainteresował tematem?

Pan Lajkonik rozejrzał się wokół, po czym przechylił ponad rozłożonym towarem i wyszeptał rozmówcy kilka słów na ucho. Tamten zrobił mądrą minę, przewrócił oczyma i powiedział: – Da się zrobić. Ma pan coś… cokolwiek, najlepiej zdjęcie?
Pan Ignacy grzebał chwilę w portfelu, po czym z najgłębszych jego zakamarków wyciągnął pognieciony kartonik i wręczył sprzedawcy. Tamten odwrócił się ku wnętrzu straganu, coś wcisnął, coś przekręcił, dało się słyszeć ciche buczenie, dźwięk wzniósł się na chwilę do wizgu i ucichł. Pan ze straganu ponownie obrócił się ku Lajkonikowi i wręczył mu foliową torebeczkę z różowawym proszkiem. – Proszę bardzo – powiedział – należy się …siąt złotych. Przyjął zapłatę i z ukłonami pożegnał pana Ignacego.

Ten pospiesznie skierował się ku wyjściu z bazaru, nie mogąc się już doczekać zamówionego snu. W pewnym momencie jednak poczuł, że ktoś przytrzymuje go za łokieć, odwrócił się, zniecierpliwiony, i zobaczył pana Modesta. Starszy pan stał z zasępioną miną, kręcąc głową.
– Panie Ignacy, po co to panu? – zapytał.
Pan Lajkonik pokręcił głową w osłupieniu – Ale co pan… O co panu… Przecież ja…
Pan Modest zacisnął na chwilę usta, po czym wyjaśnił:
– Pani Ignacy kochany, ja tu stoję jak dzień długi, z warzywami, pan przecież wie. A ci tam – pokazał ruchem głowy stragan ze szczęściem, radością i snami – stoją tu od dobrego tygodnia z hakiem. I wie pan co? Przychodzą do nich różni – starzy, młodzi, faceci, babki. Widzę ich potem, jak tu przychodzą – i nikt z nich się nie uśmiecha. No nikt – łapiesz pan? Jedni wyglądają, jakby tydzień nie spali, wzrok błędny, oczy podkrążone, inni zapłakani… Jedna kobita przyleciała o coś błagać tamtych – zmiął pod nosem nieprzystojne określenie – to ją wyśmiali, że sama chciała. Panie Ignacy, nie słyszałem, o czym żeście gadali z tym młodym, ale proszę, niechże pan nie próbuje… –

Pan Lajkonik opuścił głowę i westchnął. Głęboko westchnął i rozdzierająco. A potem podniósł wzrok i smętnie się uśmiechnął. – Dziękuję, panie Modeście kochany – powiedział cicho. I wysypał różowy proszek do kratki ściekowej nieopodal. Pan Modest, usatysfakcjonowany, uścisnął mu dłoń i pobiegł truchcikiem do swojego stoiska, przy którym już tupała w nawierzchnię zirytowana jego nieobecnością klientka. A pan Lajkonik poszedł ciężkim krokiem do swojego mieszkania. Wszedł, rzucił za
kupy byle gdzie i powlókł się do ulubionego fotela. To znaczy – wróć, chciał powlec się do fotela, ale po drodze rzucił okiem na ekran komputera. Zamiast wygaszacza ekranu widniała na nim migająca koperta! Pan Ignacy Lajkonik poczuł, jak wstępują w niego nowe siły. Uśmiechnął się, machnął ręką i poszedł czytać najnowszą pocztę z dalekich Indii.

http://tnij.org/i0wd
__________________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.

Ważne ostrzeżenie!!!

 czacha   

Uwaga pojawił się nowy wirus!!! Nazywa się „PRACA”

Jeśli dostaniesz dzisiaj jakąś robotę od szefa, kolegi lub od kogokolwiek innego nie dotykaj tego pod żadnym pozorem! 

Wirus jest skrajnie niebezpieczny.
Usuwa na stałe życie prywatne.  

 


Jeżeli byłeś w kontakcie z wirusem, natychmiast zabierz dwóch kolegów lub koleżanki
i udaj się do najbliższego baru.
Zamówcie piwo albo coś mocniejszego
i po pięciu – sześciu kolejkach, PRACA powinna zostać całkowicie usunięta z twoich obwodów.

Wyślij to ostrzeżenie natychmiast do co najmniej 5 dobrych znajomych aby uchronić ich przed infekcją.
Jeżeli okazuje się, że nie masz 5 dobrych znajomych,oznacza, że jesteś już zainfekowany i PRACA kontroluje twoje życie.
Jeżeli tak jest, natychmiast udaj się do baru i pozostań tam dopóki nie znajdziesz sobie co najmniej 5 przyjaciół…    

Powodzenia  hehe  czacha 

E-mail przesłany i opublikowany za zgodą PRZYJACIELA do PRZYJACIÓŁ  kocham
stan_zwyczajny ?  nie powiem  serce 

Wiatr wiosenny (?)..


No jak, noo jak?! Naprawdę nie wiem:)))

Wolność…


A to czysta wariacja ta demokracja! (Boy- Żeleński)

Moja piosenka (II)

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba

Podnoszą z ziemi przez uszanowanie

Dla darów Nieba…….

                                 Tęskno mi, Panie….

 

Do kraju tego, gdzie winą jest dużą

Popsować gniazdo na gruszy bocianie,

Bo wszystki służą…..

                                 Tęskno mi, Panie…

Do kraju tego, gdzie pierwsze ukłony

Są – ak odwieczne Chrystusa wyznanie:

„Bądź pochwalony !”

                                 Tęskno mi, Panie…

Tęskno mi jeszcze i do rzeczy innej,

Której już nie wiem, gdzie leży mieszkanie

Równie niewinnej……

                                Tęskno mi, Panie….

 

do bez-tęsknoty i do bez-myslenia,

Do tych, co mają t a k za  t a k – n ie za n i e   –

bez światłocienia…..

                                Tęskno mi, Panie….

Tęskno mi owdzie, gdzie któż o mnie stoi?

I tak być musi, choć się tak nie stanie

Przyjaźni mojej………

                                 Tęskno mi, Panie….

 

Cyprian Kamil Norwid

Lajkonik i żywiołowa klęska

Pan Ignacy Lajkonik zawiązał buty, naciągnął na uszy „peruwiańską” czapkę z nausznikami i wyszedł z mieszkania. Wybierał się do mieszkania pani Chandry, zobaczyć, na jakim etapie są końcowe roboty przy budowie oranżerii, a potem na zakupy. Tym razem jednak, zamiast iść na bazarek, na którym królował pan Modest, zdecydował, że przyjrzy się nowemu centrum handlowemu. Miało to swoją logikę – mieszkanie pani C. było położone po stronie dokładnie przeciwnej niż bazar, a niedaleko mieszkania, tuż za byłą główną przelotową drogą wyrosło w ciągu imponująco krótkiego czasu wielkie centrum pod nazwą „Rezonans SA”, zawierające kino, kręgielnię, basen, siłownię, kasyno, galerię handlową, stację obsługi samochodów i palmiarnię. Zapewne właśnie dlatego mieszkańcy osiedla, mówiąc o prezesie firmy zarządzającej centrum, nieodmiennie dochodzili do konstatacji, że odbiła mu palma. Zaś ceny w niektórych sklepach sprawiały, że pukali się w czoło, aż rezonowało.

Oprócz wszystkich wymienionych rewelacji w centrum mieściły się jednak również delikatesy sieci „Jan i Józef”, które pan Lajkonik planował spenetrować, zasłyszawszy, że mają tam w sprzedaży specjały z Indii i Dalekiego Wschodu. Szybko uwinął się w mieszkaniu, podlał wszystkie roślinki, przekazał im czułe słowo od właścicielki i ruszył w kierunku „Rezonansu”. Do przejścia miał jeszcze chodnik koło sporego trawnika pomiędzy blokami a wspomnianą ulicą, kiedy zauważył dziwne zjawisko. Mianowicie na środku trawnika widniała spora wypukłość, której wcześniej tam nie było. Pan Ignacy aż przystanął, żeby popatrzeć. – Czego to ci artyści od happeningów nie wymyślą! – powiedział sobie i poszedł dalej, do centrum, delikatesów i stoiska orientalnego.

Aliści kiedy za czas jakiś wracał tą samą trasą – z bardzo korzystnymi zakupami, dwa słoiczki sosu z mango w cenie jednego i do tego jeszcze opakowanie delikatnego, jaśminowego ryżu – na miejscu wypukłości wznosił się spory stożek, tak mniej więcej ze dwa piętra, z którego szczytu buchały kłęby pary i popiołu. Spomiędzy kawałków darni pod samym szczytem wyglądały smoliście czarne kawałki skały, a w szczelinach pomiędzy nimi przebłyskiwały żółte i pomarańczowe refleksy światła. Wokół pagórka, na balkonach i w oknach okolicznych bloków zgromadzili się przestraszeni i ciekawscy mieszkańcy, zaś samo wzniesienie odgradzał już żółto-czarną taśmą młody człowiek w uniformie.

Pan Ignacy podszedł do niego, spojrzał na mundur i zdębiał. Młodzieniec popatrzył na przybysza i – snadź przyzwyczajony do takich reakcji – dobrodusznie się uśmiechnął, a potem rzekł uspokajająco:
– Nie, proszę pana, to nie to, co pan myśli. Już tłumaczę, jesteśmy z kolegą z wydziału Sejsmologii Semantycznej, a skrót to…
– Właśnie widzę, jaki to skrót – odzyskał mowę pan Lajkonik – i pierwsze słyszę o takim wydziale!
– Nie dziwię się, szanowny panie. Powstaliśmy niedawno, jako interdyscyplinarna komórka pomiędzy Państwowym Instytutem Geologicznym, a Instytutem Badań Literackich.
– No dobrze, i co wy tu robicie? Pomagacie? Zapobiec jużeście nie zdążyli…
– Wie pan, robimy, co w naszej mocy – odezwał się towarzysz młodzieńca, niski grubasek o przyjemnej twarzy – na razie musimy izolować społeczeństwo…
– Tą taśmą? – zdziwił się pan Ignacy – od wulkanu?!? Jak to dalej tak potrwa, to wulkan się sam… zintegruje ze społeczeństwem!

– Dokumenty pana poproszę – zirytował się młody człowiek i zwracając się do towarzysza, rzucił: – Spisz go. Wie pan w ogóle – powiedział, zwracając się znowu do pana Lajkonika – co to za wulkan? I dlaczego to MY się nim zajmujemy, a nie inne służby?
– Właściwie to nie – przyznał pan Ignacy.
– A widzi pan, panie… – tu funkcjonariusz SS spojrzał koledze przez ramię – …Lajkonik. To, co możemy tu obserwować, to jest metaforyczny wulkan ludzkich namiętności! Teraz pan wie, co tu robi Sejsmologia Semantyczna?
– Zaczynam się domyślać… – zaczął pan Lajkonik – …ale ten wulkan wygląda na całkiem realny, niemetaforyczny, znaczy!
– Proszę pana – uśmiechnął się z wyraźnym politowaniem młodzieniec – kto tu wie lepiej? Pan, czy my, profesjonaliści po kursach zawodowych! To jest wulkan ludzkich namiętności, rozbudzonych ostatnimi wydarzeniami w kraju! Ilość i intensywność emocji przekroczyła masę krytyczną i bum!
– No, ale – zastanowił się pan Ignacy – jaki ten wulkan by nie był, dymi jak prawdziwy. I przeszkadza – po czym, widząc rodzinę w piżamach, objuczoną bagażami i wychodzącą w pośpiechu z jednego z bloków, dodał – i straszy, jak prawdziwy!

– Hm, taak – przyznał niechętnie starszy funkcjonariusz – i co by pan proponował w związku z tym?
– Ja?? – przeraził się pan Lajkonik – to panowie jesteście fachowcami! Co ja mam… Bo ja wiem, może by go zatkać?
– Aha. Zatkać. – uniósł brwi młodszy – No to od razu mogę panu powiedzieć, że można zatkać. Ale to spowoduje tylko jeszcze większy wybuch w przyszłości, i to całkiem bliskiej.
– No to może jakoś ugasić? – zaproponował pan Ignacy.
– Ale jak? – skrzywił się starszy – A poza tym, nikomu na tym nie zależy…
– Jak to, nikomu? – pan Lajkonik był już coraz bardziej zirytowany tą rozmową oraz faktem, że raz wymienia się go po imieniu, a raz po nazwisku – Tym na przykład zależy – wskazał na balkon, na którym trwały prace budowlane; to lokatorzy usiłowali zamurować okna i drzwi od strony wulkanu. – I tym też – dodał, dostrzegając pikietę mieszkańców z transparentem „Weźcie sobie ten wulkan!!!”, usiłującą podpalić starą samochodową oponę.

Młodszy mundurowy spoważniał. – Obywatelu! Czy wie pan, ile stanowisk pracy istnieje dzięki temu wulkanowi? Sama Sejsmologia Semantyczna to jest ponad dwieście etatów! A jeszcze dochodzą do tego przedsiębiorcy prywatni: firmy przewozowe – tu wskazał taksówkę, zabierającą następną grupę uciekinierów – hurtownie materiałów budowlanych – machnął dłonią w kierunku zamurowywanego balkonu – czy wreszcie sprzedawcy opon – pociągnął nosem, bo pikiecie z transparentem udało się zapalić ognisko. – A media? Czemu chce pan odebrać im chleb? – i rzeczywiście, od strony ulicy zajechała duża furgonetka z anteną na dachu, a z drzwi samochodu natychmiast wyskoczyła ekipa z kamerą.

  

Pan Ignacy poczuł się całkiem zrezygnowany. – To co, czekać aż samo wygaśnie? – zapytał bezradnie. – Na to bym nie liczył! – powiedział raźno starszy funkcjonariusz i dodał półgłosem, ledwie słyszalnym w zgiełku naokoło – Chyba widziałem, jak do tej studzienki tam dalej wchodziła właśnie grupa górników z kanistrami…
I rzeczywiście, erupcja przybrała na sile, wulkan wyraźnie urósł o kolejny metr. Do ekipy z kamerą dołączyła druga i kolejne, tym razem z samymi tylko mikrofonami. Tempo prac na balkonie wyraźnie przyspieszyło, a demonstracja z transparentem powiększyła się o siedem osób, z czego trzy powiewające flagami państwowymi. Tylko z boku dwójka nastolatków w
harcerskich mundurach dźwigała wiadra z wodą i chlustała nimi na zbocze wulkanu. Pan Lajkonik szybkim krokiem podszedł, odstawił na bok siatkę z zakupami i złapał za wiadro. – Skąd bierzecie wodę? – zapytał i uśmiechnął się do nich. Wulkan zawahał się… i zaczął jakby przygasać.

Za panem Ignacym spieszyli do chłopaków z wiadrami kolejni ludzie.
________________

Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany w witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.