Tradycyjnym polskim daniem, wielokrotnie w literaturzeopisywanym, jest kotlet schabowy i to w dodatku z kapustą. Danie to przylgnęłodo Polaków jak nie przymierzając, rzep do psiego ogona. Powiedziałby ktoś, żeinkryminowany kawałek smażonego mięsa, jest koniecznym atrybutem prawdziwegoPolaka.
Chciałbym dziś przedstawić potrawę do kotleta schabowegocałkiem podobną. Potrawę, która rośnie sobie w trawie, a nie kwiczy przedprzyrządzeniem. Tu emocje zenitu sięgać powinny, więc nie będę dłużej trzymałPaństwa w niepewności i ogłoszę, że o grzyba mi chodzi.
Czubajka kania będzie bohaterkądzisiejszego dnia.
Na mojej wyspie występują tegrzybki w ilościach niewielkich, przeważnie na „posesjach” sąsiadów. Na mojejdziałce pojawiają się tylko sromotnikibezwstydne, które chociaż podobno jadalne, nie są zbyt atrakcyjne kulinarnie zewzględu na nieszablonową aparycję. O powalającej woni już nie wspomnę.
Wróćmy do kani. Otóżprzeprowadzając tegoroczny oprysk jesienny przeciw komarowy, wyczaiłem jedenegzemplarz sowy. W pierwszej chwili chciałem od razu zerwać i z łupem do domkulecieć, ale po zastanowieniu, zostawiłem grzybka. Niech sobie rośnie.Przypomniałem sobie bowiem, że młoda bardzo kania podobna jest niezwykle dotrującego muchomora sromotnikowego. Później ją sobie skoszę, a ponieważwłaściciele trawnika, na którym ta sójka rosła, zakończyli już sezon, miałempewność, że nikt w tym koszeniu mnie nie ubiegnie. Po dwóch dniach zrobiłemgrzybkowi zdjęcie.
Na zdjęciu widać już wyraźnie,że to oczekiwana kania rośnie, a nie trujący muchomor. Dla pewności jednakpostanowiłem poczekać jeszcze jakiś czas ze zrywaniem. Niech zacznie bardziejparasolnika przypominać, a i masę grzybek zwiększy, rosnąc sobie dalejswobodnie. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Coś jednak nie dawało mi spokoju,jakieś porzekadło po głowie mi chodziło. Czegoś kania pożąda nade wszystko.Przez chwilkę myślałem o pierwszym sekretarzu, ale wtedy o Kanię by chodziło.Wreszcie mam, kania dżdżu potrzebuje. Zadowolony z konewką do sowy poleciałem,choć wcale tak sucho nie było, ale dla pewności grzybka podlałem.
Po kilku dniach wyglądał tak:
Średnica kapelusza 24centymetry, to rozmiar nie na każdą patelnię, tak sobie dzielę skórę naniedźwiedziu, gdyż kania rośnie jeszcze. W końcu dzień oczekiwany nadszedł.Zrywam kani kapelusz i do domku niosę, gdzie grzyb sprawiony i do mleka na dwakwadranse włożony został. Następnie w jajku zamoczony, w tartej bułcewytarzany, na rozgrzane, sklarowane masło położony, w czterech kawałkach, gdyżnie mamy tam patelni 28 centymetrowej, do właściwości konsumpcyjnych, poprzezproces smażenia, dochodził.
A sama chwila spożycia jakacudowna była? Wprost nie da się wystarczająco barwnie opisać. Mieliśmy z Żonąpierwszorzędne śniadanko.
Co, że schabowy, to zwykle naobiad? Prawda, na obiad, ale już nie miałem cierpliwości z kanią do obiaduczekać. Zaprosiłem na śniadanie.
Stękają, ryczą dnieprowe fale, Wicher w gwałtownym uderza szale, Nadbrzeżne wierzby skrzydły silnemi Wyrzuca w górę, zgina ku ziemi. Bladawy księżyc tylko przez szpary Wyjrzy niekiedy z ciemnej pieczary, Jak w czarnym morzu łódka wśród burzy To się pogrąży, to znów wynurzy. A jeszcze kury nie piały trzecie I jeszcze cicho na bożym świecie, Świergoce ptactwo w rozliczne tony I rozłożyste skrzypią jesiony…
Pan Ignacy Lajkonik był w kropce. W dużej, czerwonej kropce ze strzałką „Jesteś tutaj”. Spojrzał w prawo, potem w lewo, żeby się upewnić, czy na pewno dobrze trafił, a potem jeszcze raz popatrzył na wielki, turystyczny plan miasta. Wszystko się zgadzało, był w kropce.
Tego dnia pan Lajkonik wcześniej skończył pracę i postawił sobie za punkt honoru zrobić pani Chandrze prezent. Pamiętał, jak bardzo podobały jej się herbaciane róże, ale przynosić jeszcze raz taki sam bukiet? Nie, to nie uchodzi. Jaki zatem? Może rudożółte chryzantemy? Pan Ignacy pamiętał jednak, że na Wschodzie chryzantema to symbol japońskiego cesarza – nie wiadomo, jak to przyjmie ktoś związany z Indiami. Myślał dłuższą chwilę, a nad głową podskakiwała mu mała biała piłeczka – zwyczaj, który kiedyś zobaczył w telewizji, a który bardzo mu się spodobał. Wreszcie piłeczka przestała podskakiwać, a pan Lajkonik wpadł na pomysł. Zamiast triumfalnego „Ju-huu” grzecznie przeprosił, jak zawsze, kiedy na kogoś wpadł, i ruszył na poszukiwania.
Albowiem istotą pomysłu było sprezentowanie uroczej gospodyni olbrzymiego bukietu ozdobnych, ciemnożółtych słoneczników. Pan Ignacy miał jeszcze w pamięci głębokie, soczyste kolory u pani Chandry: wiśniową czerwień sari, pomarańcze i żółcie zasłon i narzuty na kanapie oraz słoje z różnobarwnymi, egzotycznymi przyprawami w kuchni. Niestety, pan Lajkonik już od ponad godziny krążył po mieście – bez rezultatu. W kolejnych kwiaciarniach panie bezradnie rozkładały ręce: „Gdyby pan zapytał tydzień temu…”, „Ledwie parę dni minęło, jak sprzedałam ostatniego…”, „Były, panie kochany, do wyboru, do koloru, ale już nie ma!”, a pan Ignacy, coraz bardziej ponury, kierował kroki do następnej. Był już i na dworcu, i w nowej galerii handlowej, gdzie znudzone dziewczę zaoferowało mu słonecznika w wersji hardcore – pracowicie skomponowanego z czarnej, lakierowanej skóry. Był na bazarze, gdzie przeróżne babuleńki w wieku mocno emerytalnym i nie tylko miały przepiękne borowiki, podgrzybki i kurki – ale ani jednego słonecznika.
W swoich poszukiwaniach pan Lajkonik został skierowany przez bardzo uprzejmego i uczynnego policjanta aż tutaj – na obrzeża miejskiej starówki, gdzie dzięki dotacjom stworzono nowoczesne zaplecze dla turystów: place i skwerki wyłożono granitową kostką, postawiono ławeczki, reflektory oświetlające zabytkowe gmachy – kościoły, resztki murów obronnych, miejskie muzeum oraz ratusz – i wspomniany plan miasta. Stał więc pan Ignacy w kropce, i zastanawiał się, co dalej. Robiło się już ciemno, w zasięgu wzroku nie było nie to, że kwiaciarni, ale żywej duszy, i wszystko zdawało się wskazywać, że wróci do domu z niczym. Albo ze słonecznikiem z czarnej skóry, brrrr!
W tej właśnie chwili od strony zabytkowych budynków nadszedł szybkim krokiem młody mężczyzna. Zbliżył się do zaparkowanego w pobliżu dostawczego samochodu, otworzył go i pospiesznie zaczął umieszczać w jego wnętrzu duży, prostokątny pakunek, przyniesiony pod pachą, kiedy pan Lajkonik delikatnie zapukał w jego ramię. Wywołało to wstrząsający skutek – młody człowiek podskoczył jak oparzony i krzyknął. Pan Ignacy zdumiał się: – Przepraszam bardzo, nie miałem zamiaru pana przestraszyć. Chciałem tylko zamienić dwa słowa na temat słoneczników – Mężczyzna spojrzał na pana Lajkonika zdumionym i przerażonym wzrokiem – Słucham?!? – – Powiedziano mi, że tutaj mogę je znaleźć – wyjaśnił ostrożnie pan Ignacy. – Kto panu powiedział?! – – Jeden policjant… – – P-p-policjant? To policja już wie? – – Jeżeli skierował mnie tutaj, to chyba wiedział co mówi? – zastanowił się pan Lajkonik – Chociaż z drugiej strony, nie widać tu żadnej… – Ale rozmówca już go nie słuchał, tylko wpatrywał się z rozpaczą we wnętrze swojego samochodu i powtarzał – Co mam robić? Co ja mam teraz zrobić? – – Wie pan, może zacząć od tego, gdzie ja teraz dostanę słoneczniki? – podpowiedział życzliwie pan Ignacy. – W tej sytuacji… – zaczął młodzieniec – Będzie chyba najrozsądniej… – po czym już bez słowa wyciągnął pakunek z samochodu, wręczył go panu Lajkonikowi, zajął miejsce za kierownicą i odjechał. Bez pisku opon, ale prawie.
Jakąś godzinę później pan Ignacy Lajkonik zadzwonił do drzwi pani Chandry. Otworzyła mu, a on, uśmiechnięty od ucha do ucha, wniósł duży, prostokątny przedmiot do jej mieszkania, położył go na stole i powiedział po prostu – Proszę. To dla ciebie. Rozpakowali razem prezent z płacht szarego papieru – i oczom gospodyni ukazał się w całej krasie przepiękny obraz. – To „Słoneczniki” Van Klocka, kubizm. Ładna kopia, prawda? – zapytał szalenie z siebie dumny pan Ignacy. Ponieważ pani Chandra nie odpowiedziała, spojrzał na nią. Stała z dłońmi przy ustach, mimo orientalnej, śniadej cery wyraźnie blada. – Co się stało? Nieładne? –
Pani Chandra zamiast odpowiedzi włączyła telewizor, od razu na lokalny program. Z ekranu młoda pani reporterka mówiła poważnym tonem – Dzisiejsze niespodziewane ustąpienie ze stanowiska dyrektora Muzeum według niepotwierdzonych informacji ma związek z zuchwałą kradzieżą. Policja i prokuratura odmawiają komentarza, ale wiadomo, że w najbliższy piątek w Muzeum miała zostać otwarta wystawa „The Best Of Kubizm And Kuflizm”, a w jej ramach zaprezentowane obrazy mistrzów tych gatunków, takich jak Wilhelm Van Klock, Costka Iacta czy też Siergiej Błok –. Pstryknął pilot i telewizor umilkł. Pan Lajkonik patrzył to na obraz, to na panią Chandrę, to na ciemny ekran. Widać było, że intensywnie myśli.
– Nie ukradłem tego obrazu – wyjaśnił w końcu pan Ignacy. Wydawało się, że gospodyni lekko odetchnęła. – Dostałem go… zapewne od złodzieja. Co nie zmienia faktu, że trzeba go będzie oddać – dodał smętnie. Pani Chandra podeszła do niego i mocno go objęła. – Ale w tym celu… – zastrzegł pan Ignacy – …będę musiał zatelefonować w parę miejsc –. Kiedy już to zrobił, zapakowali obraz z powrotem i razem pojechali do Muzeum. Były ex-dyrektor (bo na wieść o ich wizycie odwołał swoje ustąpienie), który znał pana Lajkonika z czasów, kiedy ten był SuperLajkonikiem, nie posiadał się z radości. – Nieba panu przychylę, panie Ignacy! – powtarzał, i nie bez przyczyny, bo sam wyglądał na wniebowziętego. Pani Chandra została posadzona z rewerencjami na wielkim fotelu, a dyrektor wziął pana Ignacego na bok i coś mu z przejęciem tłumaczył. Pan Lajkonik machał dłońmi, dyrektor składał swoje, w końcu doszli do porozumienia. A następnego dnia do drzwi pani Chandry zapukało dwóch silnych panów w niebieskich kombinezonach, którzy grzecznie się przywitali i poprosili o pokwitowanie. A kiedy je dostali, z widocznym wysiłkiem wnieśli do mieszkania i postawili we wskazanym miejscu wielką donicę z pełnym kwiatów drzewkiem bauhinii, obsypanej ognistopomarańczowymi kwiatami. Wyszli, kłaniając się gospodyni, a pani Chandra siadła pod swoim nowym kwiatkiem i przeniosła się prosto w gorące lato Indii.
___________
Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Diamentowa moc więtsza jest we złocie i we srebrze i w stali.A gdy będzie przywiązan u myszki lewej, przynosi zwycięstwo nad nieprzyjacielem i zwierz szkodliwy skromni, pokusy odgania czyni człowieka sprawnegi i śmiałego, mocniąc go w rzeczach zaczętych.Między wszelakim kamieniem jest ten natwardszym, tak iż mu stal nie zdoła, tylko mocz kozłowy a jego krew.
Miesięcznikom i też opętanym ludziom jest pożyteczny.Diament czyni człowieka mocnego przeciw nieprzyjacielom, sny próżne odpądza, truciznę oddala bowiem tak powiadają, iż się poci, jeśli jad blisko położon, wszkże kto by ten kamień pił, byłby mu sam trucizną śmiertelną.
KRYZOLIT
Tego kamienia jeden rodzaj przeźrzysty żółtej barwy, mając w sobie niejakie pałające iskry.Drugi rodzaj jest jego barwy woskowej, a jest zielony jakoby morska woda ku więtszej zieloności się mająca, a gdy ji na słońcu położy, tedy złota gwiazdę przez się ukazuje, a bywa nalezion w murzyńskiej ziemi. Kiedy bywa w złoto wprawiony tedy się przeciwi strachom nocnym, dawa mądrość i cześć, szaleństwo odpądza.Gdy ji kto starwszybędzie pić, pomaga przeciwko dychawicy. ..
POKRZYK
Jest mniemanie, a głupie, między ludem, jakoby pokrzykowe korzenie miało rość na kształt człowieczy: samiec mężczyzny, a samica białejgłowy. I są tak w tym od mataczów i szalbierzów utwierdzeni, że się od tego nie dadzą odwieść, dosyć drogo te pokrzyki na czary i gusła, które im tymże przedają, płacąc.
A nie chcą prawdzie wierzyc, ze to nie pokrzykowe korzenie, ale przestępowe albo mieczykowe albo wodnej trzciny albo kossaćcowe.Wyrzynają postać obojej płci człowieczej ci machlerze i oszukacze ludzi. A gdzie włosy mieć chcą, tam ziarko prosiane albo jęczmienne kładą i do ziemie znowu albo w piasek przez dni dwadzieścia zakopują. Potem zaś, wykopawszy, obrzezują i formują postac człowieczą, włosy na głowie, na brodzie i w łonie nożykiem ostrym formując. I udają to ludziom prostym, powiadając, z jaką trudnością i niebezpieczeństwem te pokrzyki wykopują, na jakich miejscach i z czego rosną: tj. pod szubienicami, gdzie z moczu tych, które wieszą, rosną. Do tego, jako do psa czarnego i do kura czarnego ten korzeń przywiązawszy , sobie pierwej uszy woskiem zatkawszy, żeby głosu tego pokrzyku nie słyszeli, wyrywają. Który to krzyk kiedy by usłyszeli zaraz by pomarli, jakoż jednak pies i kur na om krzyk jego zdychająTe i inne baśni o tym pokrzyku od tych mataczy i oszustów bywają……….
Iskrzyk…. kamień drogi barzo, czerwony, w ciemnościach świeci jakoby ognisty wągl, barwą albo i mocami zwycięża albo przechodzi insze wszytki kamiene świecące albo pałające, albowiem ten sam kamień ma wszytki mocy, które mają insze drogie kamienie, a są krom prawego dwanaście rodzajów, ale niewielkiej mocy….
Mocy tego kamienia są: powietrze jadowite i morowe odpędzać, zbytków albo cielesnych żądz powścięgać, ciała zdrowie sprawować i zachowawa, aby w niemocy nie wpadało, złe myśli oddala i też przyjacielstwo między ludźmi czyni a wszelkie szczęście rozmnaża.
SZAFIER
Jeśli ji kto będzie z mlekiem pił, a kto ji nosi, czyni go spokojnym, miłym, nabożnym i miłościwym, a duszę w dobrych uczynkach posila, zdrady odkrywa, strachy odpądza, ku naukam czarnoskięskim barzo słuzy .
LUBCZYK
To ziele, gdyby w cale było ze wszytkim, tj z nacią, z korzeniem, z nasieniem i kwieciem kopane pierwszego dnia października o szóstej godzinie na dzień, zwłaszcza gdyby Wenus w dziewiątym stopniu Panny znaku niebieskiego, Merkurisz w pierwszym a dwudziestym stopniu, Mars we dwudziestym ósmym stopniu, w domu dwunastym, byli, żeby jeno Niedźwiadek nie był w Ogonie Smoczym albo blisko niego, wielkie i znamienite skutki czyni: w małżeństwie roztyrki i niezgody w nim równając.
HANYŻ POLNY
Wydworni mistrzowie powiadają tego ziela nasienie być dwojakiego przyrodzenia: albowiem które bywa obijane w jesieni około porównania dnia i nocy tj. gdy słońce w Wagę wnidzie, a miesiąc grzbietem się do niego obróci, być go wielkim i niewymownym użytkiem białogłowskiej płci. Zaś, gdyby się miesiąc rogami swymi ku słońcu obrócił, a było wtenczas obijane, mężczyznom tylko użyteczne, nie białymgłowom.
Największym rozczarowaniem jakie oczekuje ludzkość w przyszłości będzie bankructwo filozofii kolektywnej, która ujmując jednostkę jako funkcję masy poddaje ją rzeczywistości abstrakcjom , takim jak klasa społeczna, państwo, naród, rasa i dopiero na trupach tych światopoglądów urodzi się trzecie widzenie człowieka – człowiek w związku z drugim ja związku z tobą ja w związku z tobą i z nim Człowiek pomnożony przez człowieka, człowiek względem człowieka, człowiek stwarzany człowiekiem, człowiek spotęgowany człowiekiem. I ona, to sztuka przywróci nam zdolność i lotu, i mocy, i mocy By nie powiedziano o was słowami Szekspira ” biada podrzędnym istotom gdy wchodzą pomiędzy ostrza potężnych szermierzy „
Pan Ignacy Lajkonik obudził się tego dnia w podejrzanie wesołym nastroju. Nic go nie bolało, czuł się wyspany i wypoczęty, a pogoda za oknem tym razem jakby wtórowała jego gwizdaniu, kiedy golił się przed lustrem w łazience. Było słonecznie, bezchmurne niebo wydawało się uśmiechać do ludzi, ale kiedy otworzyłeś okno – czuć było chłodny powiew, zupełnie jak od żelu do golenia, świeżo nałożonego na męski podbródek.
Pan Ignacy pogwizdywał przy goleniu dość nietypowo, mianowicie partię smyczków z pierwszej części (czyli Allegro) Piątego Koncertu Brandenburskiego, swojego ulubionego. Kiedyś, gdy wszyscy sąsiedzi wychodzili do pracy mniej więcej o tej samej porze, na gwizdanie pana Lajkonika podczas golenia zapadała w łazienkach piętro wyżej i niżej zdumiona cisza. „Jak to?” zdawała się mówić „Dlaczego sąsiad nie gwiżdże ‘Majteczek w kropeczki’ lub bardziej kosmopolitycznie ‘Yellow Submarine’?”. Pan Ignacy, co znamienne, nigdy tej ciszy nie zauważał, ponieważ w jego głowie grała cała reszta orkiestry. Wyobrażał sobie wtedy, że jest zarazem pierwszym skrzypkiem i dyrygentem, a kiedy wyobraził sobie to zbyt intensywnie, zaczynał gestykulować, jakby trzymał w dłoni batutę, a nie maszynkę do golenia. Co ciekawe, nigdy się przy tym nie zaciął.
Odświeżony i dziarski, pan Lajkonik przygotował sobie skromne śniadanie – poranną kawę z ekspresu oraz jajko w toście z patelni – nieduże kurze jajko, a czasem dwa jaja przepiórcze, wbite w wykrojoną wcześniej w kromce tostowego chleba dziurę i usmażone na maśle. Dzisiaj pan Ignacy, zanim zabrał się do smażenia, długo czegoś szukał w szafce pod sufitem, a potem ze zwycięskim uśmiechem wykroił w toście serce z piernikowej foremki.
Po śniadaniu usiadł z kawą do pracy. Włączył komputer, sprawdził pocztę, wyrzucił do wirtualnego kosza cały spam – ten przyzwoity i ten mniej, otworzył plik w edytorze i… złapał się na tym, że zamiast wziąć się za robotę, siedzi na krześle i uśmiecha się życzliwie do komputera. To stwierdziwszy, poczuł się całkowicie rozgrzeszony i zaczął wspominać wydarzenia zeszłego wieczoru.
A było tak: zapukał do drzwi pani Chandry lekko zdyszany, bo w kwiaciarni była kolejka, a pan Ignacy nie cierpiał się spóźniać. Czekanie w kolejce opłaciło się jednak; kiedy gospodyni otworzyła, okazało się, że bukiet herbacianych róż w kolorze specyficznej żółci, po brzegach wpadającym w nutę żółtaworóżową, przepięknie komponuje się z urodą pani domu i jej strojem. Pani Chandra bowiem wyglądała dokładnie tak, jakby wskazywało jej imię – czyli na rodowitą Hinduskę. Czarne, gładko zaczesane włosy zaplotła w warkocz, który opadał na plecy. Na sobie miała ozdobne, wiśniowe sari we wzorek z drobnych rozetek. Z karminem sukni przyjemnie harmonizowała pomarańczowa bluzka choli o lekko spłowiałym odcieniu. Cała postać pani Chandry, uzupełniona o biżuterię (ciężkie bransolety z ciemnego złota) i wspomniany już bukiet, wyglądała na tle wyłożonego ciemną boazerią przedpokoju jak ciepły, rozżarzony węgielek. A pan Ignacy na ten widok po prostu zapomniał języka w gębie.
Na szczęście zaraz sobie go przypomniał, ale resztę wieczoru pamiętał jak przez mgłę. Pojedyncze obrazy, dźwięki, wrażenia – zmysłowy zapach perfum, chyba drzewa sandałowego, zmieszany z wonią kadzidełka, błyski mosiężnych naczyń, zaskakująca w tym otoczeniu szarlotka z kruchutką bezą na wierzchu i zupełnie stosowna – indyjska herbata z kardamonem, a wszystko to na tle sączącej się leniwie z głośników hinduskiej muzyki, wbrew obawom pana Ignacego wcale nie jazgotliwej. A nade wszystko gospodyni, promieniejąca uśmiechem jak letnie słońce, dolewająca gorącej herbaty do czarek, a przy tym skromna i przemiła. Nisko nad stołem wisiała lampa z kloszem z tykwy, rzucająca krąg ciepłego światła na stół i oboje siedzących przy stole. W tym świetle indyjski strój pani Chandry lśnił, jakby oddawał światło indyjskiego lata, podczas którego był tkany i szyty. Kolory i zapachy kojarzyły się panu Ignacemu z leniwym, sierpniowym popołudniem, kiedy upał zelżeje, a na gałęziach drzew dojrzewają już jabłka, gruszki, śliwki i brzoskwinie o barwie indyjskiej żółci.
Przegadali z panią Chandrą („Och, po prostu Czandra”) cały wieczór, a kiedy się żegnali, pan Ignacy objął ją ramieniem i delikatnie przytulił. Potem, już na klatce, prawie skoczył i wyciął w powietrzu hołubca, bo w najśmielszych snach nie przewidywał takiego przebiegu wydarzeń tego wieczoru. Kiedy wyszedł przed blok, deszcz jeszcze padał, ale już bez przekonania; mimo to panu Ignacemu wydawało się, że przechodząc przez klatkę schodową, przeniósł się w czasie z sierpnia prosto w deszczowy październik. – A mnie jest szkoda lata… – zanucił i pognał dalej jak na skrzydłach.
Z miłych – i tak niedawnych – wspomnień obudził pana Lajkonika niecierpliwy dzwonek do drzwi. Przesunął dłonią po twarzy i poszedł otworzyć drzwi. Za nimi stał jego ulubiony siostrzeniec, Karol, z lekka już zniecierpliwiony. – Cześć, wujek. Co się stało? Dzwonię i dzwonię, a ty nie otwierasz, już się przestraszyłem… – A pan Ignacy przypomniał sobie w tej właśnie chwili, że to już wpół do trzeciej po południu – pora, na którą on sam zaprosił w zeszłym tygodniu Karola, aby poczęstować go niezawodną-i-zawsze-się-udającą zupą pomidorową Lajkonika. Z koperkiem, oczywiście. Teraz, niebotycznie spłoszony, próbował usprawiedliwić się przed siostrzeńcem nawałem pracy.
Karol nie był z tych, którzy potrafiliby się gniewać z takiego powodu, a jeszcze na ulubionego wuja… Wzięli się obaj szybko za kuchenne przygotowania, Karol z humorem, a pan Ignacy – z błogim uśmiechem, który tak długo gościł na jego twarzy, aż siostrzeniec nie zdzierżył. – Wujek, ty coś brałeś? Jakieś lekarstwo – zapytał podejrzliwie. – Ale skąd! – zaprzeczył z oburzeniem pan Lajkonik. – Bo chyba nie te… dopalacze? – upewnił się Karol. – Chłopie, o co ty mnie podejrzewasz? – – No bo tak dziwnie wyglądasz… To jakaś chemia? – Pan Ignacy zastanowił się przez chwilkę – Wiesz co, można powiedzieć, że chemia. Ale naturalna. I nawet mogę ci powiedzieć, jaka… – Karol zamienił się w wielki pytajnik. – To Babie Lato! – powiedział z przekonaniem pan Lajkonik i zamrugał oczami, kiedy jego siostrzeniec zaczął rozglądać się za pajęczymi nitkami i wymachiwać dłońmi w powietrzu, chcąc je złapać. Pan Ignacy Lajkonik parsknął śmiechem i śmiał się jeszcze przez dobrych parę minut. Aż do momentu, kiedy pomidorowa zupa dała znać, że jest już gotowa. ____________
Tekst chroniony prawem autorskim (wszystkie części cyklu o p. Lajkoniku). Opublikowany na witrynie www.kontrowersje.net oraz na blogu www.madagaskar08.blog.onet.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i przedruk tylko za zgodą autora.
Najnowsze komentarze