Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,286
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Diabelskie szczęście..


„Nie sądź po ustach do uśmiechu skorych,
że się ból w czyjejś nie zagnieździł duszy;
nie wiesz, jak często nieraz walczyć trzeba
nim się jęk śmiechem zdławi i zagłuszy.”
(K.Przerwa Tetmajer)

Krystyna Konarska…

Prawdziwa Historia Śródziemia, czyli wtę i wewtę

List otwarty do „Głosu Ithilien”

Szanowni Państwo!

Zainspirowany ustaleniami mojego szanownego kolegi, profesora Kiryła Jeskowa z Uniwersytetu Easterlińskiego, przeprowadziłem w ciągu ostatnich miesięcy szereg badań, obejmujących wiele woluminów z Państwowego Archiwum Akt Nowych, zawierających również niepublikowane fragmenty Czerwonej Księgi Marchii Zachodniej. Wynika z nich niezbicie, że szacowny nasz poprzednik, niewątpliwy twórca podwalin pod historię Śródziemia, profesor J.R.R. Tolkien, poszedł na lep taniej popularności, przedstawiając opowieść o tzw. „pierścieniu trzymającym władzę” w sposób nie do końca zgodny z prawdą historyczną.

Niezgodności zaczynają się już na poziomie interpretacji związków międzyludzkich (i innych ras). W aktach oznaczonych symbolem „Hiacynt” znalazłem szczegóły związku elfa Legolasa i krasnoluda Gimlego, z których niezbicie wynika, iż bohaterów tych łączyło coś więcej niż tylko tzw. męska przyjaźń. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że byłby to nie tylko związek homoseksualny, ale także międzyrasowy, a takowe związki w Śródziemiu były skrajnym ewenementem – dość wspomnieć, że w całej znanej historii były tylko trzy takie przypadki, a i to między ludźmi i elfami (Luthien z Berenem, Idril z Tuorem i Arweny z Aragornem). Jak więc traktować uczucie pomiędzy elfem a krasnoludem? Co myśleć o tym, że żaden z nich nie zdecydował się na coming out? Czy „przyjaźń pomiędzy Lasem a Górą” nie powinna być wykreślona ze spisu szkolnych lektur?

Moje wątpliwości wzmogły się po przeczytaniu akt niejakiego Mithrandira, znanego również jako TW Gandalf. Jego częste podróże i pozyskiwane podczas nich informacje wyraźnie wskazują na przynależność tego osobnika do numenorejskiej agentury . Świadczą o tym również częste zmiany tożsamości, do których sam zainteresowany przyznaje się z dezynwolturą godną arcyszpiega: „Wiele mam różnych imion w wielu różnych krajach (…) Mithrandir dla elfów, Tharkun dla krasnoludów; Olorinem zwano mnie za niepamiętnych czasów mojej młodości na dalekim zachodzie; Inkanusem – na południu, Gandalfem – na północy”.

Sama zresztą agenturalna działalność tego pana nie byłaby aż taką sensacją, jednak zmuszony jestem wysunąć pod jego adresem poważniejsze oskarżenia natury moralnej. Co kryło się za jego częstymi podróżami do Shire, kiedy to za wozem pełnym zabawek i fajerwerków uganiały się młode hobbicięta? Czy skłonność do tych północnych karłów nie daje nam do myślenia? A już gotowość do samotnej podróży spod wzgórz Dol Baran do Minas Tirith na jednym siodle z hobbitem Peregrinem Tukiem i niejasne wspomnienia tego ostatniego świadczą o Mithrandirze jak najgorzej. „Pojedziesz teraz ze mną. Przekonasz się, jak niesie Gryf” – oto jego słowa wypowiedziane do hobbita przed wspomnianą podróżą, w obecności osób trzecich. Na złodzieju czapka gore – TW Gandalf niedługo po tych wydarzeniach w pośpiechu opuścił Śródziemie na pokładzie jednego z elfich statków.

Prawdziwą jednak perełkę zachowałem na koniec. Otóż wiadomo powszechnie, że Powiernik Pierścienia wraz ze swoim wiernym sługą podróżowali przez Nindalf, Północne Ithilien i Mordor, prowadzeni przez przewodnika Smeagola, którego teczka w Archiwach zawiera również pseudonim operacyjny TW Gollum. Cóż stało się z tym osobnikiem? Nie ma niezależnych świadków, którzy mogliby zeznać pod przysięgą, że widzieli go PO zakończeniu misji Powiernika Pierścienia. Prześladowanie panów Bagginsa i Gamgee na pustkowiach płaskowyżu Gorgoroth? Walka z Powiernikiem Pierścienia w Sammath Naur? Cóż, to tylko wersja jednej strony tych wydarzeń, dodajmy, strony zainteresowanej ukryciem prawdy.

Pewne światło na sprawę rzucić mogą wspomnienia samego Samwise’a Gamgee, który konsekwentnie buduje obraz zwyrodniałego, fizycznie zniekształconego stwora, aby w pewnym momencie niebacznie zacytować własną groźbę „Ugotuję Smeagola na miękko w tym garnku, jeśli nie zrobi tego, o co go proszę!”. Czy muszę mówić, jaką zemstę wybrali obaj hobbici dla Bogu ducha winnego prostego tubylczego przewodnika, kiedy uznali, że ich zdradził? Czy wymaga dalszych wyjaśnień fakt, iż w ostatni etap drogi przez Mordor ruszyło trzech podróżników, a powróciło tylko dwóch? Czy wobec wyraźnie opisywanych trudności aprowizacyjnych możemy wziąć pod rozwagę możliwość popełnienia przez hobbitów kanibalizmu? Jakże wygodnie w tym kontekście brzmi ich opowieść o upadku TW Golluma w płynną magmę! Niestety brak dowodów rzeczowych i ucieczka Frodo Bagginsa ze Śródziemia (notabene tym samym statkiem, na którym płynął TW Gandalf – przypadek?) nie pozwalają ustalić prawdziwego przebiegu wydarzeń!

Kopię niniejszego listu, opisującego moje ustalenia, wraz z załącznikami, posyłam również do Instytutu Pamięci Numenoru, Oddział Gondor-Wschód.

Z poważaniem

Gomond ben Grima
Wydział Historii Najnowszej
Rohańska Akademia Nauk

RAZ STARCY UJRZELI….

  

OLD MAN RIVER

Zwierzęta z gryzonowej wyspy. Część kolejna, zapewne ostatnia


 

W poprzednich relacjach zdałem Państwu sprawę z bliskich  kontaktów z dzikami, które podchodziły blisko ludzi, gnane apetytem. Pomijam zdarzenie, kiedy dziki zapędziły chłopaków na murek przy bramie wjazdowej na wyspę. Zwierzaki spacer miały wtedy, więc nie apetyt nakazał im podejść tak blisko ludzi, żeby ci ludzie ze strachu na murki uciekali.

 

Dziś napiszę o wysokiej wodzie. Wysoka woda jest na mojej wyspie, zjawiskiem całkowicie normalnym i cyklicznym. Nie jest to typowa powódź, która bierze się, jak wiadomo, z uporczywie obficie padającego deszczu.Nic z tych rzeczy. Spiętrzenie wody na Odrze następuje zwykle z powodu silnych,północnych wiatrów, które to wiatry jakby powstrzymywały wodę z Wrocławia,przed naturalnym połączeniem się z Bałtykiem. Zwykle woda zalewa bramkę wejściową na wyspę, wtedy wchodzimy w gumiakach, które wozimy przezornie w bagażniku samochodu.  Czasem jednak wody jest tak dużo, że gumiaki są za płytkie, więc dostajemy się na wyspę drogą  wodną. Po prostu łódką podpływamy do plaży.

 

Jesienią roku ubiegłego właśnie łódka woziła wyspiarzy.Wyglądało to podobnie, jak w dowcipie-zagadce, o rolniku, wilku, kozie i kapuście.  Tylu chętnych było. Po dotarciu do domków mogliśmy ocenić rozmiary zalania. Posiadłości sąsiadów,których domki usadowione były niżej niż nasz, zalane do wysokości skromnego fundamentu. Trawniki zalane w całości. Leszczyna, pod którą dziki orzechy zbierały, podtopiona. Patrzę tak na tę wodę i myślę sobie, jeśli nasze domki stoją w najwyższej części wyspy, to całe chaszcze w dziewiczej  jej części muszą być zalane. Jeśli moje rozumowanie jest prawidłowe, to jak poradziły sobie z wodą znajome dziki?Potopiły się biedactwa, pomyślałem w pierwszej chwili. W drugiej zbeształem się jednak za zbytni pesymizm. Dziki świetnie pływają, wszak. Woda wzbierała stopniowo, uderzeniowej fali, tak charakterystycznej podczas powodzi w innych regionach kraju,  u nas nie było. Nic im się nie stało, upewniałem siebie, popłynęły, po prostu, na ląd stały.

 

Wtem jakiś tętent! Patrzę, a to stado dzików gna po polance przed naszym domkiem. Stadko liczyło, nie mogłem dokładnie policzyć,gdyż szybko  gnało, gdzieś dwadzieścia pięć osobników. W całej gamie wiekowej. Wtedy też pierwszy raz, odyńca widziałem. Rozbawiło mnie to dzicze do wyspy przywiązanie. Wolały tu zostać, gdzie jedyne w miarę suche miejsca między ludzkimi domkami znaleźć można było, zamiast popłynąć w stronę lądu stałego.

 

Przeleciały i schowały się za domkiem sąsiada z naprzeciwka, którego w tym dniu na wyspie nie było. Stoję i patrzę, patrzę i czekam na dalszy rozwój wypadków. Coś musi się wydarzyć, gdyż miejsce w którym zwierzęta dziki galop przerwały, jest z trzech miejsc ogrodzone. Na razie nic nie widzę, słyszę jedynie niecierpliwą krzątaninę. Wreszcie zza płotka wystaje jakiś ryjek, potem drugi. Stoję spokojnie, nawet nie drgnę i wyłażą. Najpierw powoli, nieufnie rozglądając się dookoła, wreszcie śmielej opuszczają alejkę bez wyjścia i już są pod moim płotem. Liczę sztuki, na pewno ponad dwadzieścia, ale dokładnie znów nie policzyłem, gdyż dziki ujrzawszy mnie, do galopu się rzuciły. Przeleciały z lewej strony polanki na prawą i skryły się za kolejnym płotem.  Tym razem uliczka ślepa nie była i mogły do mokrego lasu spokojnie wrócić. Nie miały zamiaru tego robić. Kotłowały się w miejscu nowego przed mną schronienia, chrumkały, zadowolone widać z tego, że nie są już w kąt bez wyjścia zapędzone. Nie pokazały się tego dnia więcej, a ja nie poszedłem zaprzyjaźniać się z dzikami bliżej. Z ostrożności, nie ze strachu.

 

Jeszcze o różach słowo winien jestem. Otóż sąsiadka, właścicielka płotu za którym ostatnio dziki się schowały, jest wielbicielką róż i sporo okazów tych kwiatów na jej terenie rośnie. Teren ogrodzony jest płotkiem o wysokości metra, postawionym dla ochrony przed dziczym myszkowaniem. Podziwialiśmy te róże wielokrotnie. Aż tu pewnego razu sąsiadka oznajmia wszystkim, wielce zbulwersowana,że coś jej róże pożera. Idziemy na wizję lokalną. Faktycznie, pąki i rozkwitnięte już kwiaty róż, zniknęły. Na łodyżkach ślady po nożu jakby. Dookoła kwiatów,trawnik, żadnych śladów nie widać. Co za czort? Dziki nie, bo płot i za wysoko dla nich. Ptaki? Nikt nie słyszał o ptakach różożercach. Co więc pustoszy gródek sąsiadki? Odpowiedź nadeszła w ciągu tygodnia. Sama poszkodowana przyczynę wyczaiła.

 

Po prostu wstała, o świcie prawie i na ogródek swój prze okno spoglądała. Wtem coś za płotem poruszyło się i po chwili, sarna wdzięcznym susem w ogródku wylądowała i czując się jak u siebie, dalej róże obgryzać. Dla sprytnie skocznej sarny metrowej wysokości płotek, to żadna przeszkoda. Sąsiadka otworzyła okno i krzyknęła na nieproszonego gościa. Sarna krzyk zarejestrowała,spojrzała na sąsiadkę swoimi wielkimi, smutnymi oczami, ukąsiła jeszcze jeden pąk różany i równie wdzięcznie z powrotem przez płot przeskoczyła. Sąsiadka,gdy sprawcę szkód poznała, uspokoiła się, a nawet zadowolona była, że dzięki różom, z tak bliska sarenkę sobie obejrzała. Minusem tego zajścia było to, że zapał ogrodniczy sąsiadki, osłabił się znacznie.  

 

Znów limit przekroczony. Koniec.

 

 

Dzień dobry

Ponieważ to pierwszy wpis, będzie dość skromnie.

Dziękuję za przyjęcie w poczet autorów, postaram się nie zawieść zaufania. Przyjście tutaj nie będzie oznaczało odejścia z kontrowersji, teksty natomiast będą publikowane tutaj i/lub tam. Czyli może się zdarzyć, że ten sam tekst będzie tutaj i tam. No.

Parę słów o sobie, dla tych, którzy mnie jeszcze nie czytali: mężczyzna przed czterdziestką, żonaty (z Panią Quackie), ojciec dwóch niesfornych synów, zwanych na potrzeby blogowe Juniorami (Młodszym i Starszym). Z wykształcenia nauczyciel polonista, ale niepracujący w zawodzie wyuczonym, tylko w reklamie. Mieszkam w Gdyni, ale swego czasu mieszkałem również w innych miastach Polski, wystarczająco długo, żeby uznać je za „swoje”.

Piszę bloga, który w większości składa się z prób literackich. Czasem dokumentuję swoje podróże, czasem recenzuję różne wydarzenia kulturalne, a czasem robię sobie jaja.

I jeszcze coś: Nom de guerre albo po prostu nick wziął się z kilku źródeł:

Po raz pierwszy użyłem go zdaje się w komentarzach na spieprzajdziadu.com i jestem pewien, że było to w okresie 2005-2007. Ponieważ mowa była tam o kaczkach, chciałem się wpisać w nurt – quackanie miało być ironiczne i odróżniać się od kwakania.

Nieco później skojarzyłem angielskie znaczenie słowa „quack”, czyli szalbierz, naciągacz, znachor. Quackie to zdrobnienie, bagatelizujące negatywne odcienie tego słowa.

A brzmieniowe podobieństwo do polskich „kłaków” jest również zgodne ze stanem faktycznym – w odróżnieniu od Taty Quackie i młodszego brata mam na głowie całkiem spore owłosienie : )))

Tyle na pierwszy raz. Raz jeszcze dzięki i do napisania/ przeczytania!

WALKIRIA….

  

OT kOZAK; :)))

 

„…Wojewoda z kozakiem przyklęknęli za krzakiem….”

Jest…