Odwiedziło nas

  • 1
  • 187,287
  • 82,895

Kalendarz

październik 2026
P W Ś C P S N
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728293031  

Duet miłosny…


Wiedźminka przedstawia:)))

Totalna inwigilacja

Kowalski będąc na lotnisku zauważył elektroniczną wagę.Stanął na niej, wrzucił monetę i po kilku sekundach usłyszał:
MA PAN 175 CENTYMETRÓW WZROSTU, WAŻY 78 KILOGRAMÓW I LECI NAJBLIŻSZYM SAMOLOTEM DO PARYŻA.
Zaskoczony Kowalski jeszcze raz stanął na wadze, wrzucił monetę i usłyszał to samo.
Postanowił wypróbować maszynę. Poszedł do toalety, narzucił płaszcz, założył kapelusz, stanął na wadze i wrzucił monetę. Usłyszał:
MA PAN 175 CENTYMETRÓW WZROSTU, WAŻY 78 KILOGRAMÓW I KIEDY SIĘ PAN PRZEBIERAŁ, UCIEKŁ PANU SAMOLOT DO PARYŻA.

KOT….


pytałem starego człowieka
jak mu przeszło życie

otworzył
na oścież drzwi

po chwili
zawarł

— tak mi przeszło
odrzekł

(do izby
wskoczył z sieni
czarny kot

i usiadł na jego ramieniu)

  

PONOĆ ORKIESTRA GRAŁA DO KOŃCA…

Iwan..c.d..

  Kot Iwan jako dziecko wcale nie przypominał koteczka z obrazkowych książeczek. I dziś, kiedy osiągnął wiek dojrzały, wcale nie jest podobny do normalnych kotów. Kot Iwan jest rodem z Leśnej Podkowy. Pytałem kilkakrotnie Marysię Iwaszkiewiczównę o jego rodowód. Bardzo zmieszana przyznawała się skwapliwie, że jego ojcem był słynny bandzior podwarszawski, kot Bazyli. Ale ja podejrzewam, że mama Wani, chowana w lasach, miała jakiś niedobry romans ze żbikiem albo nawet rysiem.

Bo patrzcie, jak wygląda kot Wania. Przede wszystkim ma wcale nie okrągłą, ale mocno pociągłą i chudą twarz. Nad tą twarzą bardzo męską,bardzo surową, zupełnie wyzutą z kociej dobroci i wręcz okrutną, sterczą do góry uszy dość długie, spiczasto zakończone, bez mała z pędzelkami, co to sami wiecie, a ja rozumiem. Oczy ma Wańka jaskrawoseledynowe, może raczej jak siarka i w tych oczach nie uświadczysz współczucia ani serdeczności.  Cała postać jest dość olbrzymia, raczej przerażająca, nogi tak grube, jak moje ręce w przegubach. W każdym razie kot Iwan najczęściej budzi podziw i grozę.

 Od razu wyznam rzecz wstydliwą. Kot Iwan nas często bija. Moją żonę, moje córki i mnie. O coś raptem obrażony zaczaja się w korytarzu i biada temu, kto tam wejdzie. Podskoczy,walnie łapami po nodze zamachowymi ciosami, a bywa, że i ugryzie. W stosunku do mnie stara się miarkować, ale też swoje odbieram. Bije mnie jak bokser, po męsku, chowając pazury. Czasem, kiedy nie jest zły, ale przychodzi na niego dziwna drapieżna fantazja, nagle przeleci obok i kopnie mnie wzgardliwie z obu tylnych nóg. Jest to nasza wstydliwa tajemnica rodzinna. Przed światem udajemy,że nasz kot kocha nas ślepą, szaloną miłością.

 Trzeba przyznać, że jego gniew jest w zasadzie usprawiedliwiony. Kot Wania panicznie lęka się mężczyzn z torbami albo z pakunkami. Kiedy przyjdzie pan hydraulik, wesoły,pogodny, nieśwadom  grozy,  jaką budzi, kot Iwan zamienia się w malutką białą myszkę i chowa się w najdalszym kącie pod łóżkiem Ani. Pełen współczucia wpełzam do niego, żeby wyjaśnić sytuację. Lecz Wańka słucha mnie chyba końcem ogona, cały zamieniony w słuch pacjenta, który słyszy ostatnie uderzenia swego serca. Wańka w takim stanie to kupka wstrząsającego, matafizycznego przerażenia.

  Ale gdy tylko  pan hydraulik wyjdzie z mieszkania,  Iwan w postawie tzw. „niskiego kota” biegnie szorując brzuchem do łazienki czy kuchni, obwąchuje krany, brzegi wanny i wszystkie te miejsca, których dotknął Bogu ducha winny rzemieślnik, i wtedy się zaczyna.

 Całe swoje tchórzostwo, całą swoją małoduszność, całe swoje upokorzenie wyładowuje na nas.Gania nas po całym mieszkaniu, znowu zuchwały i pyszny, znowu arogancki i pogardliwy, gania nas tak wszystkich, gryzie, kopie, boksuje. A my chowamy się po kątach, ekskuzujemy się płaczliwymi głosami, prosimy o przebaczenie.

 Jest tylko jedna osoba przychodnia, wobec której Iwan zachowuje się bezczelnie i okrutnie. To pewna miła, starsza pani, co przychodzi czasem pomóc w sprzątaniu. 

Nie wiadomo, co w niej drażni naszego tyrana. Może fakt, że – zdaniem okrutnika – rządzi się samowolnie w jego mieszkaniu, że namaszcza  cuchnącą pastą jego podłogi, a może tylko zwykły fakt, że jest słabą, bezbronną kobietą.

  W takie dni zamykamy Iwan w kolejnych pokojach, a on brutalnie dobija się do drzwi, wygraża, jęczy domagając się wypuszczenia i  wcale nie ukrywa, że chce pożreć z kościami sympatyczną, kochającą zwierzęta  osobę.

  Ale zanim tan drań tak się rozwielmożnił w naszym mieszkaniu, na które przecież ja mam urzędowy nakaz, zanim nas podporządkował sobie, zanim wprowadził ustrój krwawego despotyzmu, losy jego ważyły się dość długo chyba sześć miesięcy. Całe pół roku żona rozpoczynała dzień od pogróżek, że to już ostatni dzień, że po obiedzie definitywnie i ostatecznie wyrzuci kota Iwana do jego braci-clochardów w piwnicy. Początkowo próbowałem łagodzić żonę, usprawiedliwiać beniaminka. Lecz wkrótce spostrzegłem, że po obiedzie jakoś nic się nie dzieje. Kot dalej rządzi się bezceremonialnie po domu, jakby był głuchy niczym pień, jakby miał pamięć niczym kura. A żona jakaś cicha, zupełnie nie zawzięta.

  Wobec tego od tej pory wysłuchiwałem już całkiem beznamiętnie – zupełnie jak kot – codziennych ostrych not, demerch’ów  i wygrażań z pozycji coraz słabszej siły. Moja żona ciskała się w łazience, a kot drzemiąc spoglądał na mnie z nieprzyjemną ironią…

C.d.n.

Iwan..

 Z przyjemnością zabieram się teraz do opisu mego kolegi, sublokatora i rezydenta. Jest to kot Iwan, zwany poufale Wanią, którego pięć lat temu podrzuciła nam Marysia Iwaszkiewiczówna. Nie mieliśmy z żoną jakoś ochoty na zwierzę w domu, dość nas wymęczyło chowanie dzieci, ale właśnie dzieci, obie córki, Ania i Marysia ,  od dawna męczyły o kota. Marysia Iwaszkiewiczówna, szukając klienta na kociaki,wydedukowała, że jesteśmy z żoną w krytycznej sytuacji, maltretowani przez dzieci. Wobec tego pewnego dnia w tekturowym pudełku czy w jakiejś torbie przybył do Warszawy kot Iwan, a właściwie trzymiesięczny kotek Wańka, szary z ciemnymi pręgami dachowiec, chudy, długonogi, bardzo nerwowy.

Od razu następnego dnia po zakwaterowaniu się w naszym mieszkaniu kot zginął. Przepadł absolutnie i bez śladu. Zrewidowaliśmy całe mieszkanie,odsunęliśmy wszystkie meble, zajrzeliśmy do wszystkich schowków. Kota Iwana nigdzie nie było. Ale było otwarte na oścież okno w pokoju Ani,  gdzie denat ostatnio przebywał. Z lupą przy oku zbadałem blaszany parapet. Tak, znalazłem jakieś ryski. Mogły być dziełem pazurów lecącego w przepaść Iwana, mogły też powstać przypadkowo. Słyszałem już przedtem, że spadające koty, szczególnie młode, żeglują w powietrzu jak wiewiórki i wychodzą z opresji cało. Więc obleciałem z góry na dół wszystkie klatki schodowe. Bezskutecznie. Przesłuchałem panią z kiosku na okoliczność podwórkowych dzieci. Nie, żadne dziecko nie znalazło bezdomnego kota. Wlazłem zatem do piwnicy, gdzie żyją bezpańskie kocury. I tam nie było Wańki. Jak detektyw z angielskiego filmu na klęczkach zbadałem beton pod naszymi oknami.Oprócz gołębich obfitych kupek nic nie znalazłem.  Przeszukałem w końcu kubły ze śmieciami w  tragicznej nadziei, że tam będą zwłoki małoletniego samobójcy. Jeszcze jedno rozczarowanie. Więc zaczęliśmy rozpaczać z żoną, jęliśmy wyobrażać sobie, co to będzie, kiedy wrócą dzieci ze szkoły. Ze łzami w oczach poszedłem na miasto szukać otuchy u dobrych ludzi. „No nie martw się – mówili bez przekonania – kot zawsze się znajdzie”. Wyżalałem się długie godziny objaśniając szczególnie drażliwą sytuację. Bo wcale nie chciałem kota, zawsze byliśmy z żoną uprzedzeni do kotów, ale skoro już się pojawił, skoro dzieci kochają, to jak żyć dalej. Wróciłem załamany do domu. Żona cała w żałobie stała przy oknie patrząc na ulicę w oczekiwaniu, że może zdarzy się cud i nagle zza rogu, od tej strony,gdzie jest piwiarnia, wyjdzie kot Wania i pozdrowi ją przyjaźnie łapą.

Umówiliśmy zdławionym, cichym głosem, że żona weźmie na siebie ciężar ostrożnego, delikatnego poinformowania dzieci o nieszczęściu. 

Rychło wpadła Ania z tornistrem na plecach, który w pośpiechu rzuciła na podłogę korytarza. Tak jej było śpieszno do kota.Podniecona, zdenerwowana, jąkając się oświadczyła, że nie mogła doczekać końca lekcji.

– Gdzie jest kot?

– Wejdźmy do twego pokoju – powiedziała żona zdobywając się bohatersko na żałosny spokój.

Stuknęły drzwi,  a ja zamarłem w korytarzu czekając na wybuch tragicznej rozpaczy dziecka.

Tymczasem po krótkiej chwili rozległy się wrzaski, ale rozdzierające wrzaski radości.

– Ty, ty brzydki, ty kochany, najukochańszy, maleństwo słodkie, jak ty  mogłeś, ale dobrze, że już jesteś, och najdroższy, gdzie jego mleczko, och, och! Potem odezwały się szaleńcze cmokania i bliskie zawału resztką sił wpadłem do pokoju, gdzie kot Iwan stał pośrodku z wyprężonym grzbietem w geście przeciągania się, z przebiegłym i cynicznym uśmiechem, jaki pojawia się na jego pysku w momencie ziewnięcia.

 Okazało się, że żona powiedziała Ani o nieszczęściu, a biedne dziecko runęło jak długie na swoje łóżko. Wtedy coś pisnęło i z cienkiej fałdy narzuty wyskoczył zaspany i obrażony Wania…(….) Cdn.

Fragment książki T.Konwickiego „Kalendarz i Klepsydra”

DRZEWA, DRZEWA, DRZEWA…

Uśmiech…


W każdym starszym mieście znajdziesz takie domy,
Które stoją kilka wieków niewzruszone.
Zapatrzy się w okno cichy nieznajomy.
I ujrzy jak ktoś też patrzy w jego stronę.
Kobieta ubrana z tamtych lat żywotnych,
Lekko się uśmiecha, niepewna przybysza.
Wykrzykujesz nagle imię jej gwałtownie-
Gioconda! Lecz w oknie pustka, wokół cisza.
Gioconda to ona przemyka,
Po pięknych krużgankach, przestronnych komnatach,
Tam gdzie łuk odcieni, tam gdzie bazylika.
Gdzie zdobne portale arkadów kantata.
To jej, to jej uśmiech zyskał sobie sławę.
Dzisiaj znam plakaty z uśmiechem pełniejszym.
Reklamują pastę, papierosy, kawę,
Sukienki, obuwie o kształcie piękniejszym.
I jeszcze do tego samochód na trawie,
Samolot w obłokach, rakietę na księżyc.
Jak na Leonarda Da Vincii wystawie,
Pomysłów dawniejszych.
Gioconda jej uśmiech na twarzy.
Świat cudów techniki nieśmiało nam wieszczy,
O którym od wieków człowiek ciągle marzy.
Byleby to nie był jednak świat złowieszczy.
Idziesz przez te bramy które znają wieki,
Patrzysz na podwórka, balkony zmurszałe.
Widzisz jak przepływa tędy czas kaleki
I jak dawne piękno staje się niestałe.
A kiedy zupełnie rozpadnie się w nicość,
Ten świat starych murów, bo był przestarzały,
Przypomni się wtedy smutne, blade lico.
I uśmiech już wtedy bardziej zrozumiały.
Gioconda to ona przemyka,
Po pięknych krużgankach, przestronnych komnatach,
Tam gdzie łuk odcieni, tam gdzie bazylika.
Gdzie zdobne portale arkadów kantata.

Żart na dobry początek dnia

Blondynka i prawnik siedzą obok siebie w samolocie. Prawnikpyta blondynkę, czy nie zechciałaby zagrać z nim w ciekawą grę. Blondynka mówi,że jest zmęczona, odwraca się do okna i próbuje zasnąć.

Ten jednak nalega iwyjaśnia, że „gra” jest bardzo prosta i wesoła. Mianowicie, będązadawać sobie pytania i jeśli któreś nie zna odpowiedzi – płaci 5$. Blondynkaponownie odmawia i znów próbuje zasnąć, ale prawnik nie daje jej spokoju iproponuje inny układ – jeśli ona nie będzie znała odpowiedzi – płaci 5$, jeślinatomiast on nie będzie znał odpowiedzi – płaci 5000$. To przykuwa jej uwagę,poza tym i tak zdaje sobie sprawę, że on nie da jej spokoju, dopóki nie zagrająw tą grę, więc zgadza się. Prawnik zadaje pierwsze pytanie:
– Jaka jest odległość pomiędzy Ziemią a Księżycem?
Blondynka bez słowa sięga do portfela i wyjmuje banknot 5$.
– Ok – mówi prawnik. – Twoja kolej…
– Co to jest, wchodzi na górę na dwóch nogach, a schodzi na trzech?

Prawnik jest zaskoczony, wytęża umysł i nic, dzwoni do znajomych, wysyła maile,przeszukuje internet i nic. Po godzinie poddaje się i wypisuje czek na 5000$,ona przyjmuje, odwraca się i próbuje zasnąć. Prawnik jest jednak ciekawodpowiedzi i pyta:
– Co to jest, co wchodzi na górę na dwóch nogach, a schodzi na trzech?

Blondynka odwraca się i wyciąga banknot 5$. 

CZASEM I TAK BYWA….