|
||||||
|
Dzień dobry Historia, którą Wam opowiem, wydarzyła się już parędziesiątków lat temu. Miałem jakieś szesnaście lat, a że woli Bożej jeszczewtedy nie czułem, to na ryby chodziłem. Pewnego jesiennego dnia wybrałem się nad Odrę, aby przymoście kolejowym, nieopodal dworca kolejowego, rybkę sobie złapać. Tym razem,bo zwykle sam na ryby chodziłem, miałem kulę u nogi. Tą kulą był mój, młodszy ocztery lata, brat. Musiałem zabrać brata ze sobą, gdyż inaczej sam musiałby w domusiedzieć, a opiekę nad nim miałem surowo nakazaną. Taki dwunastolatek, dlaszesnastolatka to nie partner, zwłaszcza na rybach. Nie miałem jednak wyjścia.Jedziemy. Nabrzeże z którego zamierzałem ryby łapać, miało, jakbyspecjalnie dla wędkarzy postawiony, drewniany pomost wzdłuż brzegu. Zeszliśmyna pomost, grzecznie przywitaliśmy się z wcześniejszymi wędkarzami i ja,posadziwszy uprzednio brata na pomoście, wędkę do akcji szykować zaczynam. Wtym czasie nie miałem jeszcze wędziska i za pomocą samej żyłki, haczyka iciężarka ryby łapałem. Wyciągam więc z worka na kapcie, który akurat awansowałna wędkarską torbę, deseczkę, na której nawiniętą żyłkę miałem. Odwinąłem iporządnie ułożyłem na pomoście, aby przy wyrzucaniu nie poplątała się. Doczepiłem haczyk, umocowałem ciężarek. Na haczyku umieściłem dorodnądżdżownicę, tak zwaną rosówkę i machnąłem jak procą. Żyłka jak błyskawica poleciała w pożądane miejsce,miałem już wprawę. Po opadnięciu przynęty na dno rzeki, wybrałem luz inaprężoną już żyłkę umocowałem na uprzednio przygotowanym patyku, wbitymprostopadle w pomost. Rozsiadłem się na deskach i czekam. Branie zasygnalizujepatyk. Czekam dłuższą chwilę i szarpnięcie. Ryba? Nie, to zapomniany chwilowobrat przypomniał szarpnięciem za rękaw kurtki, o swoim istnieniu. -Ja też chcę łapać ryby! –zażądał. No masz babo… . -Cicho bądź, ryby płoszysz. Nie umiesz łapać, nigdy narybach nawet nie byłeś. -Ale się nudzę. Siedzimy już dwie godziny i nic się niedzieje. Chcę łapać! To już dwie godziny? Sprawdzam na zegarku i faktycznie,smarkacz ma rację. W tym momencie, patyk zaczął podrygiwać. Branie! Zostawiłemkapryszącego brata i do wędki, podcinam i jest. Mały okoń. Za mały do worka. Zaczynam procedurę od początku. Ułożenieżyłki, rosówka, wyrzut, naciągnięci żyłki i zamocowanie na pionowym patyku.Szarpnięcie. Tym razem wiem, że to za rękaw. -Co jest? -Nudzę się. Zrób mi wędkę. Na odczepnego, zrobię. Może będzie siedział cicho?Wyjąłem z torby wędkarskiej jakąś resztkę żyłki, która kiedyś za wędkę robiła.Jak robiła kiedyś, to może robić i dziś, myślę sobie. Ta żyłka nawinięta byłana dużą szpulę i miała ze trzydzieści metrów. Rozwijam, no serpentynasylwestrowa. Szukam ołowiu na ciężarek, nie mam. A co tam, przecież i tak tylkoatrapę wędki robię. Na szczęście mamhaczyk. Dżdżownica na hak braterskiej wędki nanizana zostaje i żyłka do wody. Po zamocowaniu na pionowym patyku sygnalizacyjnym, atrapa wygląda smutno. Żyłkaswobodnie zwisa w zwojach do wody, zero naciągu, ale jest spokój. Maruda,zajęty obserwowaniem swojej wędki, jest cicho. Ja obserwuję swój modelowypatyk, który ani drgnie. Po kwadransiesłyszę -O! Żyłka się napręża- to brat obok podnieca się swoimpierwszym łapaniem. Lekceważę zachwyt małego i dalej uporczywie wpatruję się wswój sygnalizator. -Gryzon-ochrona danych osobowych- popatrz! Spoglądam, atu żyłka, przedtem w zwojach, teraz wyprostowana. Patyk poziomo. RYBA! -Ciągnij!- wrzeszczę. Mały zapiera się i ciągnie. O rany!Jak on ciągnie! -Nie mogę! Chyba się zaczepiła o coś. -Spokojnie, nie popuszczaj- wołam i podskakuję bliżej. -Coś ciągnie za żyłkę- dziwi się braciszek -To ryba! Rybę złapałeś, baranie. Wreszcie zdobyczpozwala powoli podciągnąć się ku powierzchni wody. Jeszcze jej nie widzimy,bratu ciężko idzie wyciąganie -Może ty ciągnij- proponuje nagle -Nie ma tak. Twój połów, sam wyciągnij – mówię zgodnie zzasadami. Najpierw pokazuje się rybi ogon. Duży jakiś. Syrena? Szarpnięcie iokaz, już czuję, że to okaz, podjął próbę ucieczki. Ale brat trzyma mocno i pochwili okaz wykłada się bokiem na powierzchni wody. To leszcz, teraz abramis naleszcza wołam, duży leszcz. Jeszcze tak dużego nie widziałem. Kładę się napomoście i ręką łapię rybę pod skrzela i ląduję ją na deskach. Zbiegają się z sąsiednichłowisk dorośli wędkarze. Podziwiają, gratulują i, pewnie złośliwie, sprawdzająmoją kartę wędkarską Ważna była waga ryby. Opinie zgromadzonych na pomościeróżne były. Ci bardziej zawistni o dwóch kilogramach mówili, ci mniej pół kilojeszcze dorzucali. Nikt nie trafił. Cielsko ryby na wadze w sklepie położoneważyło, uwaga: Trzy kilogramy i trzydzieści pięć deko! To medalowa ryba była. Ale się rozopowiadałem. Na koniec, dla rozluźnienia, żart. Żart w temacie mojegoopowiadanka: Nuworysz na ryby zajechał. Złotym samochodem. Wyjął zbagażnika złotą wędkę i krzesełko wędkarskie z takiego samego kruszcu wykonane.Rozsiadł się wygodnie na tym krzesełku, zarzucił i czeka. Niedługo czekał.Złoty spławik zanurkował, wędkarz zacięcie wykonał i schylił się po złoty,oczywiście, podbierak, ale złowiona rybka niewielki opór stawiała. Po wyjęciucałkiem mała okazała się, ale za to złotego koloru była.. Nasz nowobogackirybkę obejrzał ze wszystkich stron, ze złotem już oswojony był, więc kolorrybki w zachwyt go nie wprawił. -Małaś ty- mruknął półgębkiem- wracaj do wody. Rybkaspojrzała na niego z ukosa i odezwała się ludzkim głosem -A życzenia? Wędkarz spojrzał na rybkę bez zdziwienia i rzekł – No, dobra. Czego chcesz? Miłej soboty, samych przyjemnych rzeczy pełnej, życzę. Było to nocą w porze żniw, gdy śliczny jest łan pszenny – w księżyca jasny blask wśród niw, wybrałem się do Annie. Niepostrzeżenie mijał czas, aż się zgodziła wdzięcznie, gdy poprosiłem tylko raz: Odprowadź mnie przez jęczmień! Błękitne niebo, ucichł wiatr i księżyc opromieniał, a jam ją zgodną, chętną kładł wśród łanów, wśród jęczmienia. Wiedziałem, miłość łączy nas z pierwszego już wejrzenia więc całowałem raz po raz wśród łanów, wśród jęczmienia. Pszenicy łan i łan jęczmienia prześlicznie się zieleni; noc szczęsna, nie do zapomnienia wśród łanów z moją Annie. Zamknąłem ją w uścisku splot, jej serce biło w drżeniach. Szczęsne to miejsce było, ot, wśród łanów, wśród jęczmienia. Lecz na ten księżyc i gwiazd moc, co noc tę opromieniał – i ona wciąż tę pomni noc wśród łanów, wśród jęczmienia. |
||||||
|
Copyright © 2026 Madagaskar08… - All Rights Reserved Powered by WordPress & Atahualpa |
||||||
Najnowsze komentarze